Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pierwsze doświadczenie z psychodelikiem... woodstock 2012

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
25 mg 4-AcO-DMT. Do tego 2 kwasopodobne kartony, trudno określić co to naprawdę było, jakiś dopalacz. Parę lufek gandzi spalonych wcześniej i dużo alkoholu.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
2012-08-03, Osiemnasty Przystanek Woodstock
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Marihuana - często i dużo
Alkohol - dosyć często
Amfetamina - kilka razy
DXM - 3 razy w życiu
MDMA - raz

pierwsze doświadczenie z psychodelikiem... woodstock 2012

Zacznę od tego, że mieszkam w dość małym mieście, jakieś 12 tysięcy mieszkańców. Oprócz trawy, alkoholu, amfetaminy, acodinu i mefedronu nie ma dostępu do żadnych innych narkotyków. Historia którą opiszę zdarzyła się na ostatnim Przystanku Woodstock w 2012 roku. Jako łepek niesamowicie zainteresowany nowymi doświadczeniami z substancjami zmieniającymi świadomość, jechałem na Woodstock w nastawieniu, że uda mi się tam spróbować jakiś mocniejszych dragów. Muszę powiedzieć, że wtedy, chodź to nie tak dawno temu, miałem zupełnie inne nastawienie do narkotyków niż mam dziś, a to właśnie za sprawą tego co tam przeżyłem. Ale zanim przejdę do opisu tego co przeżyłem na tripie, pozwolę sobie napisać krótki wstęp: 

Już w pociągu na Woodstock wypytywałem przypadkowych ludzi o to, czy nie mają niczego na sprzedaż, ale jakoś nie miałem szczęścia. W drugi dzień imprezy, około trzynastej wziąłem połówkę arbuza i z koleżanką zaczęliśmy krążyć po ludziach, prosząc aby dolali nam do arbuza tego co sami piją. Gdzieś koło 16, po wypiciu morza piwa, dużej ilości taniego wina, kilku dolowek wódki, a nawet spirytusu byłem już mocno napierdolony. Jako głupi, niewiele wiedzący o świecie gnojek postanowiłem, że poszukam kwasa. Chodziłem po ludziach i pytałem ich po prostu czy nie mają na sprzedaż kwasa/narkotyków. W większości przypadków spotykałem się z dziwnymi spojrzeniami albo ludźmi mówiącymi, że mają tylko gandzię. Po jakiejś godzinie od rozpoczęcia poszukiwań spotkałem w końcu długowłosego kolesia, na oko studenta, z 20 lat, który stwierdził, że ma kwas. Kupiłem 2 kartony po 20 zł jeden i podniecony włożyłem jednego na dziąsło, jednego pod język. Przez jakieś 3 godziny czekałem na efekt którego się spodziewałem. Jednak nie nastąpiły żadne halucynacje, nie miałem żadnych kwasowych efektów o których tyle słyszałem. Zamiast tego zrobiłem się bardzo podniecony, wszystko nieznacznie falowało, byłem trochę znieczulony, mówiłem szybko, a otoczenie wydawało mi się trochę zmienione. Ale na pewno nie było to to, na co liczyłem. Postanowiłem, że idę dalej szukać czegoś mocnego. Żeby nie zanudzać nie będę opisywał tego co działo się potem tylko przejdę od razu do momentu zażycia substancji o której ma być ten TR.

Krótko przez północą połykam 25mg 4-ACO-DMT. Nie miałem pojęcia co się po tym stanie, jakie będą efekty, ile będą trwały. Jakieś 10 minut po połknięciu substancji kolega namawia mnie, żebym szedł z nim na koncert Luxtorpedy, który ma się za chwilę zacząć. Idziemy, minęło kilka minut, ale ciągle nie czuje efektów, ciągle jestem pijany, bardzo rozbiegany i podniecony po tych dwóch kartonach z wcześniej, do tego w międzyczasie zapaliłem MJ. Dochodzimy do dużej sceny. Przepycham się przez tysiące ludzi, chcę się dostać pod scenę. Wchodzę w największe pogo i wtedy... jeb. Zaczynam to czuć. Ta nieznajoma mojemu ciału substancja nagle zaczyna działać. Czuję, że nie ma sensu nawet próbować się opierać. Przecież to właśnie był mój cel i w końcu mam to na co czekałem. Przestaje się opierać i daję się popychać pogującym ludziom aż pod scenę. Kolega który tam był mówił mi potem, że widział jak bezwładnie leciałem przez tłum. Już prawie nieświadomy tego co dzieje się na około, po prostu opieram się o scenę. Nie przeszkadza mi już niesamowicie głośna muzyka ani pogujący tłum tuż obok mnie. Przenoszę się do innego świata...

Po zamknięciu oczu czuję jak moje myśli zaczynają niespokojnie wirować. Z czarnej odchłani wyłaniają się jakieś niewyraźne kolory, kształty układające się w coraz wyraźniejsze wzory. Powoli też zaczynam czuć się dobrze. Dobrze, lepiej, ogarnia mnie euforia. Czuję, że czas i miejsce w którym jestem przestają mieć znaczenie, wszystko schodzi na drugi plan. Oprócz tego czuję także wyjątkowe i niesamowite uczucie zjednoczenia ze światem. Było to chyba najprzyjemniejsze uczucie, jakiego do tej pory doświadczyłem. Dziwna świadomość, że nikt nie chce zrobić mi nic złego, że mam przyjaciół, że jestem potrzebny i akceptowany przez świat taki jaki jestem. Po prostu świat jest dobry. W mojej głowie pojawia się dziwna iluzja. Po zamknięciu oczu widzę, a raczej od środka czuję, że siedzę przy ognisku. Obok mnie jest rozbity namiot i rozmawia ze mną jakiś mężczyzna z długimi włosami. Nie rozumiem sensu jego słów ale wiem, że jest moim pyrzjacielem, że chce dla mnie dobrze. Jestem szczęśliwy i nie potrzebuję niczego innego, a w tym wszystkim nawet nie słyszę muzyki, chociaż siedzę oparty o samą scenę. Nie czuję też tego, że co chwilę jestem popychany i szturchany przez przechodzących i wypadających z pogo ludzi. Siedzę z zamkniętymi oczami rozkoszując się tym co czuję, dopiero po długim czasie, może 30 minutach, zadaję sobie trud, żeby otworzyć oczy. Patrzę na niebo i widzę, że całe jest we fraktalach i mieni się na żółto-różowo-zielono-fioletowo. Zamykam oczy i wracam do tego niezwykłego stanu którego doświadczyłem wcześniej, z tym, że teraz po zamknięciu oczu widzę mgłę z której wyłaniają się przedmioty i kolory. Widziałem między innymi Indiański totem, a także parę innych rzeczy, o których już zdążyłem zapomnieć. 

Koncert już prawie się skończył, zostało jakieś dziesięć minut. W lekkim nawrocie świadomości zdałem sobie sprawę, że powinienem udać się w jakieś lepsze miejce, bo bycie mocno naćpanym pod Woodstockową sceną może nie być najlepszym pomysłem. Z trudnością wstałem, miałem trudności z kontrolowaniem kończyn i przemieszczaniem się. Po wstaniu zaraz zostałem wciągnięty do pogo, przez które znowu bezwładnie przleciałem, a kiedy już się z niego wydostałem przeszedłem jeszcze max 30 metrów i w mojej głowie usłyszałem: 'Na cholorę stąd iść, skoro jest tak dobrze?'. Nie myśląc wiele (bo trzeźwe myślenie to była ostatnia rzecz do której byłem wtedy zdolny) z trudem podszedłem do jakiejś metlowej barierki, wepchałem się między dwóch stojących ludzi i usiadłem przy barierce. W ciągu paru sekund to cudowne uczucie szczęścia, otaczającej mnie dobroci i piękna świata powróciło. Rozkoszuje się nim jeszcze przez jakiś czas, trudno powiedzieć przez ile dokładnie, bo po zażyciu 4-ACO-DMT czas przestał mieć znaczenie...

Jakiś facet szturchnął mnie i powiedział, że to był dzisiaj ostatni koncer, żebym szedł spać do namiotu. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że nie zauważyłem nawet, że koncert się skończył a ludzie powoli się rozchodzą. Nie pozostało mi nic innego jak także wrócić do swojego namiotu, który był rozbity dość daleko, bo przy wiosce Kryszny. Znałem drogę dobrze, bo dużo chodziłem po terenie festiwalu, ale wtedy, w stanie którym byłem wszystko było inne. Wstałem, ale miałem wyraźne trudności z określeniem odległości, a w oczach mi się mieniło. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie jak będę podążać za tłumem, który najpewniej kieruje się na pole namiotowe. Zacząłem iść. Chód był trudny, szło mi się dziwnie, szytwno i miałem trudności z tym, żeby iść prosto. Ten niesamowity stan który miałem wcześniej już trochę mi minął, nie widziałem już fraktali, a przy zamkniętych oczach nie miałem wizualizjaci. Zamiast tego czułem absolutne rozjebanie w głowie.

Nie miałem pojęcia gdzie jest mój namiot. To znaczy gdzieś w głębi wiedziałem gdzie się znajduje, ale było mi niesamowicie trudno skupić myśli chociaż na parę sekund, żeby dojść do tego jak tam trafić. Postanowiłem zapytać o drogę jakiś mijanych ludzi, co ale nie wyszło mi to zbyt płynnie. Wyglądało to tak:

'Przepraszam, nie wiecie może którędy do Kryszny?' zapytałem słabym głosem

'To tutaj, musisz po prostu iść tą prostą drogą' odpowiedziała miło zapytana przeze mnie pani. 

'To ta droga jest prosta??' zapytałem z niedowierzaniem w głosie i na czworaka zacząłem przyglądać się ziemi, po czym sam zacząłem śmiać się z tego co właśnie zrobiłem.

Do teraz chce mi się śmiać kiedy przypomnę sobie co miałem wtedy w głowie. Droga do namiotu zajęła mi dużo więcej czasu niż zajęłaby normalnie ale mimo wszystko dotarłem. Tam czekała mnie fazy część dalsza. Okazało się, że namiot w którym spaliśmy się rozpadł i kilka osób szamotało się z nim, próbując go naprawić. Pamiętam, że stanąłem z boku i przyglądałem się im jak próbują ustawić namiot do pionu. Wydało mi się to nieopisanie śmieszne i komiczne. Wydałem z siebie głośne: 'HUE HUE HUE... HUE HUE HUE... HUE HUE HUE..' i tak w kółko. Co było dalej dośc trudno mi opisać, pamiętam tylko jakieś urwki. Że gadałem o wirusach i bakteriach, że leżałem na ziemi, a dwóch kolesi przyglądało mi się uważnie, że próbowałem z kimś rozmawiać, ale wychodziło mi to raczej średnio.

Dalej niestety ta przyjemna część tripa się skończyła. Upłynęły już z 4 godziny od momentu zażycia substancji i teraz czułem się źle. Po pierwsze towarzyszło mi uczucie odizolowania. Nie byłem w ogóle pewien tego o czym mówię i każde, nawet najprostrze zdanie, musiałem kilka razy przemyśleć zanim je wypowiedziałem. Nie wiedziałem czy to co mówię jest bez sensu, a tylko mi się wydaje, że ma sens, czy też odwrtonie. Że mówię z sensem, ale samemu wmawiam sobie, że gadam bzdury. Do tego po jakimś czasie doszło jeszcze przerażenie. Stan w którym byłem przestał mi sie podobać, a do tego wkręciłem sobie, że już zawsze taki zostanę. Bałem się, że przesadziłem, że poryłem sobie bańkę i, że teraz już zawsze taki będę. No i jeszcze, chociaż aż wstyd się przyznać, na dragi tego dnia wydałęm prawie wszytsko co miałem. Nie zostały mi pieniądze na bilet powrotny do domu, więc z tego powodu powoli zaczynał mnie dopadać moralny kac. około w pół do piątej nad ranem, wypruty i wykończony w końcu zasnąłem.

Spałem krótko, może z 3-4 godziny. Po pobudce czułem się okropnie. Tak strasznie i źle jak nie czułem się jeszcze nigdy. Nie wiem czy był to efekt zjazdu po 4-ACO-DMT i tych kartonach które zarzuciłem, czy też wielki pierdolony moralniak spowodowany tym, że jak skończony ćpunek, na ćpanie wydałem pieniądze które miały być na powrót. Chociaż prawdopodobnie było to połączenie tych obu czynników. Dojście do stanu używalności zajęło mi parę godzin.

Podsumowując, to co wtedy przeżyłem zmieniło dużo w moim poglądzie na wiele spraw. Po pierwsze poczułem chęć czerpania radości z małych spraw, oraz jakby dużo bardziej doceniłem bycie trzeźwym. Pamiętam, że przez jakieś 2 tygodnie po tym tripie zacząłem palić dużo mniej trawy niż wcześniej. Miałem wielką ochotę całkiem rzucić palenie, bo doszedłem do wniosku, że nie wnosi to wiele do mojego życia. Po drugie, po tym doświadczeniu zmieniłem także pogląd na narkotyki, nabrałem wielkiego szacunku do psychodelików. Teraz, kiedy to piszę mam w szufladzie 8 nasion powoju hawajskiego, niedługo go spróbuję. A co do 4-ACO-DMT to nie wiem czy następny trip który po tym przeżyję będzie tak dobry jak pierwszy, ale na pewno jeszcze tego spróbuję. 

Jeśli przeczytaliście te moje wypociny to wielki szacunek dla was, mi by się nie chciało tego czytać. Z Bogiem!

Ocena: 

Odpowiedzi

Ciekawy TR. Złaszcza dla mnie. Kiedy miałeś peaka podczas koncertu Luxtorpedy to ja spałem pijany i zmęczony po Machine Head w namiocie blisko Lidla. Życzę udanego powrotu do 4-ACO-DMT wszak warto spróbować.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media