Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

odchodziłam, a włosy fraktaliły mi się na wietrze... (23.04.2013)

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Jeden karton, 150 μg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Ekscytacja możliwością odbycia swojego drugiego tripa, tym razem na zewnątrz, w pełnej krasie uroków wiosny. Nadzieja na kolejne mistyczne doświadczenia i to, że psychodelik coś mi pokaże. Pragnienie przesłuchania niektórych albumów psytransowych w czwartym wymiarze. Akurat wtedy miałam kilka dni wolnych z powodu matur. Trip planowałam już jakiś czas wstecz. Nastrój podwyższony. Byłam sama, dopiero pod koniec poszłam do koleżanki. Miejsca, w których przebywałam, wymieniłam w samym raporcie, aczkolwiek nadmienię, że przez większość czasu przebywałam blisko natury, w miejscach takich jak las, pola, pobliże strumienia.
Doświadczenie:
W tamtym czasie tylko LSD, poza tym alkohol, różne leki (nie będę wymieniać, bo nie pamiętam, które wtedy już wcześniej brałam, a których jeszcze nie).

odchodziłam, a włosy fraktaliły mi się na wietrze... (23.04.2013)

 

Tego raporta miałam wrzucac zaraz po odbyciu poniższego tripa, lecz nie wiem dlaczego sprawa przeciągnęła się aż 2 lata. Także nadrabiam zaległości i udostępniam teraz.

23.04.2013

8.00 – wrzucam. Ech ta chwila, kiedy wyjmowałam papiery ze skrytki. Taki dreszczyk emocji. Wahanie w ostatniej chwili. Włączyłam iPoda w celu załączenia jakiejś ciekawej muzy, zapuściłam album Shakta – Silicon Trip. Papier pod język powędrował na górze, potem zeszłam na dół i zaczęłam pisać. Wzięłam jednego, 150 µg. Efektów mogę spodziewać się za godzinę. Piszę w zeszycie, żeby nie marnować baterii w laptopie. Mam nadzieję, że później się w tym rozczytam, bo jak zacznę bazgrolić… No nic, na razie siedzę z papierem w gębie. Wiem, że najdalej o 13 muszę wybić z domu, bo matka zapowiedziała, że wraca wcześniej z pracy.

Nie wiem czemu tak szybko mam wrażenie, że coś się zmienia. Lekko, ale się zmienia. Jak siedziałam na kompie, to w pewnym momencie miałam wrażenie, że ikonki się trochę rozjeżdżają. Patrząc na ścianę, dostrzegałam jakieś powidoki – leciutkie, równie dobrze mogła to być tylko wyobraźnia. Czuję też lekki ucisk w piersi. Przed chwilą miałam wrażenie prawie niezauważalnego wiru i coś mną lekko wstrząsnęło. Patrzę na skórę kciuka i lepiej dostrzegam każdą linię papilarną. Chyba powolutku i leciutko zaczyna mi wchodzić, ale tak niepostrzeżenie, tylko ja staram się to wyłapać. Chyba zaczynam myśleć ciut inaczej. Jest 8.30.

Podeszłam do lustra, źrenice w normie, ale przez chwilę miałam wrażenie minimalnej elfickości swoich rys.Gdy chodzę po domu, wszystko wygląda normalnie. Cały czas mam ochotę głupio się śmiać. Mam taki lekki ucisk w piersi, jakby ten ogromny wir przebijał się przez jakąś zaporę i tylko czekał na okazję, żeby wydostać się na zewnątrz.

Jak tylko odczuję wyraźne zmiany, zacznie mi wchodzić, lecę na rower na pola. Biorę ze sobą tylko zeszyt i długopis, żeby zapisywać.

Łażę po domu i doszukuję się zmian. Moja cierpliwość zaczyna się kończyć. Spokojnie, tym razem to przetrzymam. Jeszcze 20 minut.

Znów to samo. Gdy piszę, kątem oka dostrzegam minimalne zmiany, ale gdy patrzę na otoczenie, wszystko jest normalne. Myśli jak na razie nie przyspieszają. Teraz po prostu posiedzę i poczekam.

Zaczyna się chyba. Coś delikatnie lata mi przed oczami na granicy percepcji. Idę wypluć papiera, i tak już jest wyciumkany doszczętnie.

Poszłam do pokoju wypluć papiera. Po drodze na chwilę zapomniałam, gdzie położyłam długopis, co zaowocowało u mnie śmiechem. Zdecydowałam: idę na dwór popatrzeć jak mi wchodzi.

Siedzę już na dworze, na cegłach. Wszystko wygląda normalnie, te same kolory, brak wzorów. Jedna rzecz: przez moment, gdy się obejrzałam na metalowe wycieraczki koło mojego domu, wydawało mi się, że widzę małego szarego kota. Ale takie akcje zaliczam nieraz na czysto przy mojej krótkowzroczności. Tylko wewnątrz mam dziwne odczucie, w klatce piersiowej, no i lekkie problemy z oddychaniem. Myśli dalej w normie, źrenice też, co odnotowałam przed lustrem, wychodząc z domu. Co chwilę lekko mną trzęsie i mam ucisk w brzuchu.

Oho, przed chwilą kratki na bramie lekko zafalowały! Jest 9.00.

Wszystko wygląda normalnie, ale ja patrzę na to z troszeczkę innej perspektywy. Równie dobrze to może być wyobraźnia, co kwas. Jadę na pole.

Jestem już na polach, siedzę na początku, na skraju lasu. Jadąc na rowerze, miałam odczucie jedynie wewnętrznej zmiany.

Siedzę w lesie i kiedy się temu poddałam, czułam jak fala wydostaje się coraz bardziej ze mnie i wychodzi na wierzch. Kratki w zeszycie mi się rozjeżdżają, to dobry znak. Czuję, że dzisiaj będzie mniej pisania, więcej tripowania.

Parę razy wracałam się do domu i z powrotem jechałam na pola. Zaczynało mi wchodzić coraz bardziej. Dojechałam na miejsce na skraju lasu. Droga wiedzie dalej na pola, z jednej strony stoją nowo wybudowane domy i działki pod nie, a z drugiej zaraz jest las. Znajduje się tu parę takich ‘wysepek’ pokrytych trawą, wiodących kawałek w las. Takich polanek, na których można sobie spokojnie usiąść lub położyć się i potripować. Umiejscowiłam się na jednej z nich i czułam, jak nadchodzi kwasowa fala. Jednocześnie widziałam jakby jej zarys daleko w lesie, jak podchodzi coraz bliżej oraz czułam ją w sobie, jak wzbiera coraz bardziej i z każdą chwilą jest bardziej gotowa na wydostanie się ze mnie. To ten bulgocący demon, oczywiście dobry, którego odczuwałam również za pierwszym razem. Czułam to, że już, już za chwilę się temu poddam, ta fala mnie ogarnie, z zewnątrz i wewnątrz. Na chwilę się w niej zatracałam, wszystko się zmieniało, po czym wychodziłam i wszystko znowu wyglądało normalnie.

Zaraz musiałam znowu się wracać, bo zrobiło mi się gorąco, zdjęłam kurtkę i chciałam ją odwieźć do domu. Wracając załapałam kolejną fazę. Na ścianie domu DD, koło okna sypialni jej rodziców, malował się fraktal! Delikatny i mały, jedynie jego zarysy, ale się malował. I to było najważniejsze. Dojechałam do domu i stanęłam w bramie zdezorientowana, gdyż nie wiedziałam, gdzie mam powiesić kurtkę: z przodu czy z tyłu domu. Do środka już nie chciałam wchodzić, po prostu nie chciałam. Stałam tak i się zastanawiałam, problem urósł do wagi potężnego, w końcu powiesiłam kurtkę z przodu na barierce. Wróciłam na pola i wszelkie bariery zostały przekroczone. Jadąc koło pętli, miałam taką myśl: „ej ja jadę po kamieniach to są normalnie osobne kamienie”. Widziałam te kamienie i czułam, że przejeżdżam po każdym z nich osobno, nie po całej drodze tylko po pojedynczych kamieniach. Wszystko się zmieniało. Później, jak jechałam polną ścieżką, spojrzałam na swoje ręce i zauważyłam, że zrobiły mi się takie bulwiate i dziwne. Stwierdziłam żartobliwie, że jakby co, to ja tam tego kwasa nie wrzucałam, tylko mnie pogryzły osy gończe z „Igrzysk śmierci”. Takie oto miałam skojarzenie. Jechałam na rowerze w myśl popularnej kwasowej legendy i w sumie nie bardzo wiedziałam, gdzie jechać. Zapuściłam sobie album Jikooha – Sirius Rising, z 2012 roku. Jest na nim dużo acid transów ,więc uznałam, że mi się wkręci. Zaczęłam się synchronizować i patrzyłam, jak dźwięk przekłada się na otoczenie. W pewnym momencie próbowałam jechać fraktalem! Tzn. jechałam takim zygzakiem, co się idealnie wpasowało w dźwięki i pomyślałam sobie, że jadę fraktalem, z czego zaraz się zaczęłam śmiać. Naprawdę fajne uczucie: jechać fraktalem.

Dotarłam na skrzyżowanie ‘jednej drogi z drugą drogą’ i rozsiadłam się tam. Siadłam w tym miejscu, ponieważ stwierdziłam, że te pola są duże i w sumie nie wiem, gdzie ja mam jechać, a chciałam gdzieś usiąść. Przejrzałam w głowie wszystkie miejsca w których mogę usiąść. Stwierdziłam że na stogu nie usiądę, bo może mnie znowu zgonią… Te pola są duże a ja jestem mała, więc gdziekolwiek będę siedziała tam i tak.. będę siedziała na polach i w sumie nie wiem czemu akurat siadłam sobie właśnie tu. Na drodze widniały ślady po kołach traktorów, zachwyciłam się nimi. Myślałam i czułam, że są one arcydziełem psychodelicznego stworzenia i dziwiłam się sobie, jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć. One są takie piękne, idą w nieskończoność i cudownie się wiją.

Moje psychodeliczne wywody do mikrofonu iPoda przerwał jadący traktor. To było dopiero niesamowite przeżycie. Siedzę sobie skwaszona na polnym skrzyżowaniu, a tu nagle z tyłu dobiega jakiś warkot. Oglądam się, a tu traktor. O kurwa, traktor jedzie! Muszę się stąd zwijać. Wstałam, wzięłam rower i zeszłam na bok. Zgon zaliczyłam niesamowity. To było takie dziwne dla mojego nakwaszonego mózgu: po polu jechał sobie traktor.

Po jakimś czasie (kto by to liczył?) poszłam ze skrzyżowania, najpierw w stronę mojej górki. Wszystko się zmieniło, zielone fragmenty pola nabrały niesamowitej intensywności, ich zieleń aż biła po oczach, a ciemna linia lasu nabrała niebieskawego odcienia. Weszłam na górkę, po czym zaraz z niej zeszłam, coś mi nie pasowało, chyba nie bardzo miałam gdzie usiąść. Poszłam na skraj lasu. Co chwila zaglądałam w głąb, czy nic się tam na mnie nie czai. Kiedy stwierdziłam, że jestem bezpieczna, podeszłam w miejsce, które zapamiętam do końca życia. Również jest to wcięcie w las pozbawione drzew, które rosną tylko po obu jego stronach. Ściółkę tworzy mech pokryty zżółkłymi, sosnowymi igłami. Włączyłam album E-Mantra – Arcana, genialny efekt na kwasie. Szybkie newschool goa z mnóstwem melodii, strasznie pobudza do tańca. Co też niezwłocznie uczyniłam. Zaczęłam tańczyć po elficku. Co za uczucie! Zrobiło mi się gorąco, więc zdjęłam bluzę. Zaczęła się moja ukochana faza kwasowego tripa. Totalne zjednoczenie z naturą, tańczyłam i kochałam drzewa, piasek, mech, igły. Moje ruchy były idealnie zgrane, płynne i artystyczne, w najwyższym stopniu elfickie, pasowały jak ulał do otoczenia i muzyki, to wszystko tworzyło razem jedną wielką całość. A drzewa, ach drzewa… żadne słowo nie jest w stanie opisać sosnowych koron widzianych z perspektywy człowieka na kwasie. Splatały się w idealne fraktale, wzory, miały swój odwieczny, ustalony, pasujący układ. Końce gałęzi pokryte igłami tworzyły niewiarygodne zawirowania, układały się proporcjonalnie… nie, nie oddam tego żadnym słowem! Dałam się ponieść, oczywiście wcześniej rozpuściłam włosy, no i w pewnym momencie zdjęłam buty i skarpety i zaczęłam tańczyć boso. Piasek pod stopami! Mech! Nawet igły nie kłuły, czułam tylko ich lekki nacisk na stopy. Piasek był po prostu wspaniały, taki miękki, sypki, idealny. Ten acid dance na bosaka pośród lasów i pól – ludzie, nie wiecie co tracicie… Wspięłam się na najwyższy stopień swojej elfickości. Arcana, Arcana! Włosy powiewające na wietrze – również idealnie, z dopasowaniem do muzyki i wszystkiego dookoła. Uczucie najwyższego uniesienia, ekstazy… Moje ręce płynęły, gładko przecinając powietrze. Wszystko było idealne, należałam do lasów i pól a one były w moim sercu. W uniesieniu przytuliłam się do drzewa. Cienka, niska sosenka. Jej kora ułożyła się w idealne, równomierne wzory. Czułam ją po rękami i policzkiem. Czułam energię przepływającą przez to drzewo. Zjednoczyłam się z nią. Przekazywałam drzewu swoją energię, a ono mi swoją. Nie wiedzieć czemu zrobiłam sobie kilka zdjęć, odkleiłam się od drzewa i znów zaczęłam tańczyć. Uczepiłam się rękami gałęzi innej, rozłożystej sosny, zawisłam i bujnęłam się. Normalnie jak skrzyżowanie elfa z małym dzieckiem. Znów wróciłam na drogę, do tańca. Co chwilę robiło mi się gorąco, więc ściągałam bluzę, a za moment znowu było mi zimno i ją zakładałam.

Nastąpił kolejny ciekawy incydent. Podczas gdy zatracałam się w tańcu, pogrążona w kwasowej fali, dostrzegłam jakąś kobietę z psem biegnącą w pewnej odległości. Zbliżała się, zdążyłam się ogarnąć (tzn. przestać tańczyć), usiadłam na trawie. To biegła nowa sąsiadka z domu koło lasu. Pewnie sobie o mnie pomyślała… Wyszła sobie pobiegać, a tu pod lasem od samego rana siedzi jakaś naćpana małolata w turkusowych, rozpuszczonych włosach. Z tego co zauważyłam, uśmiechnęła się dziwnie na mój widok. Jeszcze ten pies do mnie podbiegł. Co dziwne, bo widziałam go kiedyś z sąsiadem i chyba mnie nie polubił. No ale wiadomo, byłam na kwasie, a zwierzęta chyba wyczuwają, że w stanie nakwaszonym zarówno ja jak i żaden inny człowiek nie jest w stanie zrobić im krzywdy. Pogłaskałam go i pobiegł dalej za swoją panią. Chwilę siedziałam i lukałam, czy sąsiadka już pobiegła tak daleko, że mnie nie zauważy. Jeszcze trochę potańczyłam i położyłam się na ziemi. Włosy rozsypały mi się po ściółce. Wpatrywałam się w uniesieniu w sosnowe zakwajtasy i leśne fraktale. Tego uczucia nic nie jest w stanie opisać! Mogłam tak leżeć i patrzeć w nieskończoność, a głębia wciągała mnie co chwilę w inny wymiar, prezentując korony drzew w inny sposób. Wchodziłam w jedną wizję, na sekundę z niej wychodziłam i wchodziłam w następną. O słodka psychodelio! Leżałam i chyba nawet lekko drżałam, a moje uczucia były tak wysokie, że żadne ludzkie słowo tego nie opisze. Higher state of consciousness!

Wyszłam z tej nieskończoności i zmieniłam miejscówkę, żeby zaraz wpaść w inną. Daleko nie zajechałam, zatrzymałam się na środku pól koło samotnego dębu. Po prostu poczułam wiatr we włosach i… odstawiam rower, zaczęłam tańczyć, a raczej pląsać i podskakiwać. Co chwila skakałam, płynnie wyrzucając jedną rękę w górę. Ze słuchawek dalej leciał mi album Arcana, te basy idealnie komponowały się z resztą, cały czas czułam głębszy sens i dopasowanie tego wszystkiego. Opuściłam głowę tak, żeby włosy mi opadły do przodu na twarz, żebym mogła się w nie wpatrywać. Wiatr je muskał i zakręcał, splatały się idealnie, powiewały tak lekko, artystycznie, kunsztownie. Wtedy dokonałam odkrycia mojego życia: włosy się nie kołtunią, włosy się FRAKTALĄ. Stałam na polu i czułam jak wiatr fraktali mi włosy. Totalnie zachwyciło mnie to fraktalenie. No i byłam elfem. Ileż we mnie było elfickości! Wszystko cudownie do siebie pasowało, byłam wolna, wiatr wraz z fraktaleniem włosów dawał mi wolność. Wiatr we włosach… Wiatr we włosach… Machałam rękami, ale nie było to takie ot sobie machanie bez ładu i składu, tylko płynne, dopasowane ruchy, takie artystyczne, jak dobrze przemyślany układ. To samo wychodziło z mojego ciała uwolnione przez kwas. Tego tańca nie da się opisać, tak jak i poprzedniego, to trzeba poczuć, uniesienie, wysokość… kompletnie inne odbieranie świata niż to codzienne.

Ruszyłam dalej i znów znalazłam się na drodze z lasem po jednej stronie. Zatrzymywałam się chyba na każdym wcięciu, wykładałam się w rozpuszczonych włosach na mchu i trawie i tripowałam. Wpatrywałam się w górę, w sosnowe sploty. To było takie wspaniałe… gałęzie zawijały się idealnie równo, igły nabierały piątego wymiaru, rozjeżdżały mi się, a na ich końcach błyskały tęczowe kropelki. Postanowiłam sobie, że muszę to narysować. Gdy przypatrzyłam się jednemu efektowi, zaraz tworzył się następny, wciągając mnie coraz głębiej. Chciałam zapuścić sobie forest darkpsy, ale szukanie forestów w iPodzie było zbyt trudnym zadaniem na mój obecny stan, więc włączyłam pierwsze, co zobaczyłam. A był to album Dimension 5 – Transdimensional. I I właśnie ten album miałam sobie zapuścić w tej konkretnej chwili, nie mogło to być nic innego, tylko właśnie Transdimensional. Las zapraszał do wejścia w głąb. Oparłam rower o sosnę, chciałam go dodatkowo przypiąć, ale nie dałam rady, zbyt trudna czynność dla mojej nakwaszonej osoby. Zostawiłam więc luzem, kto mi go ukradnie w środku pól. Wahałam się przed wejściem do lasu, bałam się, że jak wejdę to już nie wrócę, zgubię się. Leśna głębia kusiła, zwijała się w nieskończone psychodeliczne wzory. Uległam i weszłam w las. Dosłownie i symbolicznie. Tak naprawdę weszłam znacznie głębiej, a tych głębi było tyle… Pojawiały się jedna za drugą. Czułam ten las, cały las, całą sobą. Drzewa, krzewy, to wszystko było tak ogromne, że po wejściu na kilkanaście metrów mogłabym się zgubić. Co krok stawałam i przyglądałam się wszystkiemu, a wszystko zmieniało się na moich oczach, jedna głębia przechodziła w drugą. W końcu doszłam do przesieki, gdzie drzewa zostały wycięte i przeprowadzono tędy linie i słupy energetyczne. Wściekłam się na ten widok, podeszłam do najbliższego słupa i wyrżnęłam w niego kilka razy z kopa, wyrzekając przy tym na cały głos, jak to podli ludzie niszczą naturę, jak oni śmią wycinać las żeby przeprowadzić przez niego parę głupich, betonowych słupów. Beton, brzydki, szary, chropowaty beton – tyle ludzie potrafią zrobić. Wyładowawszy swoją frustrację, wróciłam do roweru, co również chwilę mi zajęło.

Dotarłam na swoje odludzie. Piękny, słoneczny dzień, domy skąpane w promieniach. Jechałam drogą i aż się zachłystywałam z zachwytu. Wszystko było wspaniałe, idealnie ze sobą współgrało. Każdy dom, dachówka, ogród, okna, żużel na drodze – wszystko wyglądało idealnie, dokładnie tak jak powinno być. Każdy element był do siebie dokładnie dopasowany, jednocześnie sam w sobie był niewyobrażalnie piękny i tworzył wielką, cudowną całość. Tego widoku i uczucia nie da się opisać, wszystkie słowa umykają. Totalne zjednoczenie całego świata, ostateczna harmonia – tak, jak wyglądałby świat pozbawiony zła. Z początku miałam zrobić tylko jedno kółko i wrócić na chwilę do domu, ale zrobiłam chyba z 3. Zachwyt nie malał, mogłabym tak jeździć bez końca. Również wewnątrz uzyskałam harmonię ostateczną, tak zgrałam się sama ze sobą, że przejechałam spory kawałek bez trzymanki po tych kamieniach, żużlu i nierównościach. Na kwasie. To było tak, jakbym weszła w najpiękniejszy ze wszystkich, najlepszy i najbardziej korzystny stan psychiczny – czułam w sobie czyste dobro i spokój, nic nie byłoby w stanie zakłócić mojej równowagi. Byłam dobrym człowiekiem żyjącym na pięknym świecie. Nic dodać nic ująć: Acidland. Moja okolica stała się takim Acidlandem. Po tych kilku rundkach zapragnęłam więcej. Jasne, nie powinnam, bo to niebezpieczne, ale byłam tak wewnętrznie zharmonizowana, że się odważyłam. Pojechałam na rowerze na wioskę. 2 razy musiałam przedostać się przez ulicę. Na kwasie to nie lada wyczyn, ale wystarczy sobie raz a porządnie zakodować w główce, że samochody są be i udaje się bez problemu. Uważałam czy coś nie jedzie kilka razy bardziej niż zazwyczaj. Znalazłam się na wioskowej drodze i pojechałam. To było przeżycie! Zobaczyć wioskę na kwasie… Totalne zjednoczenie wszystkiego. Jechałam pogrążona w harmonii poprzez harmonijny świat. Przejeżdżając koło placu zabaw, zobaczyłam jakiegoś dziadka bujającego na huśtawce małe dziecko. Kompletnie urzekł mnie ten widok, wywołał w moim sercu takie ciepłe uczucia. Zrobiło mi się tak słodko. Jechałam dalej nakwaszona, aż do końca wioski, oficjalnie owo swoje nakwaszenie demonstrując. Rozpuszczone włosy, niecodzienny wyraz twarzy… ależ musiałam wyglądać. Zastanawiałam się, co ludzie o mnie pomyślą. Przez chwilę poczułam się jak z ‘Protektorki’, książki, którą kiedyś pisałam – jak protektorka całego świata. Przy ostatnich, nowo wybudowanych domach, zobaczyłam rudego kota. Już kiedyś go głaskałam, teraz też chciałam, ale mi uciekł. Na końcu wsi skręciłam na pola i tak dotarłam do domu.

Było po 12. Spakowałam się i odeszłam na resztę dnia. Nie chciałam, żeby matka oglądała mnie w tym stanie, kiedy wróci z pracy. To się chyba nazywa ten ‘obłęd w oczach’. W każdym razie miałam właśnie takie myśli że odchodzę z domu, że już nie jestem tą jej córką, za którą uważała mnie do tej pory. Teraz jestem po prostu psychodeliczna i mogę dać jej tylko i wyłącznie swoją psychodeliczną miłość. Ale ona oczywiście jej nie będzie chciała, bo ona nic nie zrozumie, dla niej to będzie ostatnim złem. A to wcale nie jest złe, to jest doświadczenie psychodeliczne i to się tak nazywa a nie inaczej. Musiałam odejść, a to odejście nabrało znaczenia symbolicznego. Odeszła dawna ja, teraz jestem tylko ja psychodeliczna, nie ma żadnej innej mnie, którą mogłabym nazwać sobą. Miałam właśnie taką myśl że muszę odejść. Odchodziłam i włosy mi się fraktaliły na wietrze...

Poszłam na ściek*. Ściek na kwasie, o słodka psychodelio! Gdybym miała to opisywać słowami, wyszedłby z tego jedynie bełkot. Jak nigdy czułam energię płynącą z mojego świętego murka, ona tam była, beton aż od niej pulsował. Płynąca woda falowała idealnie, układała się w totalnie proporcjonalne wzorki. Można było patrzeć w nieskończoność na jej taniec. Chciałam sobie włączyć Hallucinogen – Twisted (nie wyobrażam sobie tripa bez tego albumu) z laptopa, ale cienko mi to szło. Włączenie laptopa, ułożenie go tak, żeby nie spadał, podłączenie dysku przenośnego, znalezienie i odpalenie muzy – to wszystko w warunkach ściekowych z moimi nakwaszonymi neuronami stało się ponad moje siły. Pragnienie posłuchania Twisted okazało się najważniejsze, więc zwinęłam się i obiecałam sobie, że jeszcze wrócę na ściek. Zapuściłam sobie album z iPoda na słuchawki i poszłam poprzez lasek na tereny koło elektrowni. Idąc przez ich lasek, delektowałam się utworami ‘LSD’ i ‘Orphic Thrench’, a zwłaszcza tym pierwszym. Każde słowo z pewnym namaszczeniem układało się w mojej głowie jak święta prawda: ‘because they are afraid that there is more to reality that they have ever confronted, that there are doors that they’re afraid to go in and they don’t want us to go in either, because if we go in we might learn something that they don’t know, and that makes us out of their control’…Pomyślałam sobie, że przecież to wszystko opiera się na tym samym, przykładowo taki Hallucinogen robił swoje nuty w takim samym stanie, w jakim jestem teraz. Również był na kwasie, widział podobnie i odczuwał podobnie, tylko w zupełnie innym miejscu i czasie. To samo z wszystkimi innymi ludźmi, którzy poznali doświadczenie psychodeliczne. To wszystko jest prawie to samo, opiera się na tym stanie świadomości. Doświadczenie psychodeliczne nas jednoczy, otwieramy jakieś drzwi, obmywamy się ze schematów, stajemy się jakby czystsi i bardziej wyzwoleni.

Dotarłam na tereny niedaleko elektrowni, pokryte suchymi trawami i karłowatymi sosnami. Miałam tam kilka kolejnych swoich miejsc pośród niewielkich drzew. Zeszłam ze ścieżki i zagnieździłam się w jednym z nich. Śmietnik tu jest straszny, niewyobrażalny, te drzewa przecież umierają, ktoś je musi wesprzeć swoją pozytywną energią… Z początku strasznie wkurzały mnie śmieci walające się po bokach z każdej strony, ale skupiłam się na pięknie tej miejscówki i po pewnym czasie się przyzwyczaiłam. Postawiłam laptopa na ziemi i tym razem udało mi się odpalić Twisted – od Shamanix, bo na tym skończyłam podczas odsłuchu z iPoda. Ten utwór na kwasie nabiera dla mnie szczególnego znaczenia, wywołuje we mnie niesamowite stany i odczucia. Zaczęłam tańczyć, chciałam znowu popląsać na boso, ale stwierdziłam, że na tej ściółce to nie przejdzie, za ostra. Tańczyłam w swój specyficzny, elficki sposób. Płynnymi ruchami wyrzucałam rękę w górę i łapałam wiatr we włosy. Niesamowite, powiewały mi zupełnie w rytm muzyki. Obracałam się po kolei w każdą stronę, jakby wyłapywałam linie energii z powietrza. Jednałam się z sosnami, ja, dusza wyzwolona. Doznania w najwyższym stopniu transcendentne. Weszło Snarling Black Mabel, które również idealnie mi się wkręciło. Pokręcone dźwięki, każdy inny, wszystkie były całością i mogłabym ich słuchać w nieskończoność. Podczas Fluoro Neuro Sponge zaczęłam myśleć o ‘Spojrzeniu elfów’** i chwyciła mnie niesamowita wena, przyszła wraz z wiatrem i sosnami. Po wymyśleniu kilku kwestii związanych ze 'Spojrzeniem' poluzowałam myślom i do końca trwania albumu poddawałam się wiatrowi i sosnom, oraz oczywiście kwasowej fali.

Potem przypomniałam sobie, że przecież miałam obczaić brzmienie psycore na kwasie. Wrzuciłam w słuchawki Psykovsky – Da Budet, zwinęłam się i wróciłam na ściek. Psycore… jeny, psycore na kwasie… Jedna sprawa, że tej muzyki w normalnym stanie świadomości nie da się zrozumieć. Jednak na kwasie staje się ona niewyobrażalnym bogactwem dźwięków. Miałam dużo ciekawych refleksji o psycore: ta muzyka jest jak ludzkie życie, szybka, chaotyczna i bez sensu, ale na czysto, a na kwasie ma swój najgłębszy sens, każdy dźwięk, bas, osobna melodia, tylko jest ich takie nagromadzenie, że zostaje przeciętnie niezrozumiane, dopiero na kwasie można oddzielić i scalić dźwięki. Jest to muzyka oddająca życie, naturę, ściek. Psycore idealnie pasuje do ścieku, tu wszystko też rusza się raz szybciej raz wolniej, jedno szybciej, drugie wolniej.

...Jestem tu i mnie nie ma, a morał z tego taki, że psycore unicestwia jestestwo...

Tą złotą myśl sformułowałam w chwili największego zatracenia osobowości. Ta muza na kwasie brzmiała mniej więcej tak: szybkie tempo, psychodeliczny bas nabierał nowego znaczenia, a dźwięki ze względu na swój chaos, niezrozumiałe bez pomocy pewnych pięknych substancji, poukładały się, tworząc silnie nachodzące na siebie melodie, które pod wpływem LSD łatwo oddzielić. Naprawdę niesamowicie uczucie, leci jakiś ryjący beret fragment, a tu nagle jakieś cymbałki i dzwonki rodem z ambientu. Leciało kilka tych linii melodycznych naraz, a każda z nich opisywała inną rzecz dziejącą się na ścieku. Woda splatająca się w idealnie równe fale i tworząca proporcjonalne wiry. Fioletowe kwiatki na brzegu. W pewnym momencie na jednym fragmencie ściekowego betonu dostrzegłam niemal żywcem zdjętą okładkę do Da Budet. Masakra, niezłą fazę załapałam, gdy to dostrzegłam.

Siedząc na rurze i słuchając Psykovskiego zaliczyłam takie zatracenie swojego ‘ja’… nagle wydawało mi się, że cały ściek się porusza swoim naturalnym rytmem, woda płynie, trawy powiewają na wietrze, słońce świeci, beton stoi niewzruszenie, a mnie to po prostu nie ma. Siedzę na rurze, ale mnie tu nie ma, jakby wtapiam się w otoczenie, nie istnieję. Wspaniałe uczucie. Takie chwilowe nieistnienie.

Naszła mnie reflekcja na temat moich doświadczeń psychodelicznych. Mój trip z zasady ma 2 fazy: ekstatyczną i wizyjną, teraz weszłam w wizyjną. Ekstatyczna to wtedy, gdy tańczę, scalam się z naturą itp. Wizyjna następuje po niej, wtedy tracę zdolność nieskrępowanego tańca, a bardziej zatracam się w efektach wizualnych.

I to jest kurwa DOŚWIADCZENIE PSYCHODELICZNE a nie żadne ćpanie – pomyślałam w chwili buntu. Nauczcie się nazywać rzeczy po imieniu.

Wszedłszy w fazę wizyjną, postanowiłam wrócić na pola. Sprawiło mi to nie lada trudność. Nie mogłam przecież przejść po drodze obok mojego domu, bo stara zaraz by wyskoczyła na mnie z głowicą atomową, że latam naćpana po okolicy. Z początku chciałam przejść skrótem zaczynającym się na początku wioski. Przeszłam przez ulicę kolejny raz, gratulując sobie w myślach tego wyczynu, doszłam do skrótu, po czym stwierdziłam, że tędy nie da rady dojść i za daleko. No i musiałam się wrócić. Kolejne 2 przejścia przez ulicę i w las za moim domem. Stamtąd już bez problemu dotarłam na pola, oczywiście zaliczając po drodze mnóstwo drzewnych wkrętek. Las sam w sobie jest niesamowitym tworem, a już las na kwasie… coś zupełnie transcendentnego. Cały czas słuchałam Da Budet, końcówka idealnie wgrała się w leśną przeprawę.

Tymczasem zrobiło się zimno, słońce zaszło, zaczęło wiać. Kurwa, a cały dzień miało być tak pięknie. Poszłam nad strumyk, wzięłam torbę z kocami (przygotowaną na wszelki wypadek dzien wcześniej), narzuciłam na siebie trzecią bluzę. Kawałek dalej znalazłam taką jakby półkę nad strumykiem. Rozłożyłam oba koce i rozwaliłam się tam. Ze słuchawek leciało mi Etnica – The Juggling Alchemists Under The Black Light. Po psycorowym zapierdolu chciałam odpocząć, lecz jeszcze nie nadszedł czas na chille, więc odpaliłam jakieś lżejsze goa i padło właśnie na ten album. Idealny do poleżenia i potripowania nad strumykiem, chwilami nieźle mnie robiło. Zapamiętałam zwłaszcza utwór Gili's Voyage (Ketu Remix). Oglądałam sobie psychodeliczne zdjęcia na iPodzie. Niektóre robiły takie wkręty, że masakra. Na kwasie nabierały zupełnie nowej przestrzeni.

Myślałam też dużo w ogóle jako tako o doświadczeniu psychodelicznym. Dla mnie to jest naturalne, że człowiek po prostu jednoczy się z naturą. Dla mnie to jest naturalne, że sobie zarzucę kwasa i pochodzę trochę po polach w innym stanie świadomości. A nie, żeby ktoś się mnie z tego powodu czepiał, bo jestem zła. Czy czynię tym komuś krzywdę? Pójdę w plener stripowana, na następny dzień mi przejdzie i będzie ok, a jeszcze ważne rzeczy z tego do życia wyniosę.

Wpatrywałam się w gałęzie koron drzew nade mną. Rozjeżdżały się podwójnie i potrójnie, a na ich końcach świeciły kolorowe kropelki. Patrzyłam się na to i patrzyłam, i co chwilę brała mnie wkrętka.

Zimno w końcu wygoniło mnie z uroczej miejscówki. Nie miałam gdzie pójść, więc ostatecznie sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku i zadzwoniłam do Jamochłona. Przyszła po mnie na koniec wioski. Pierwsze co, dokładnie się dopytałam, czy wyglądam na tyle normalnie żeby przedefilować przez wieś. ‘Wyglądasz normalnie’ – odpowiadała ciągle. ‘A włosy mam potargane?’. ‘Trochę’. Poszłyśmy do Jamochłona. Asfalt na ulicy układał się w piękne, wiodące w dal, symetryczne wzorki. Musiałam całą siłą woli powstrzymywać się od ciągłego wpatrywania się w nie. Kiedy odklejałam wzrok od drogi, wpatrywałam się w symetrycznie fraktalne korony drzew. Jamochłonka coś do mnie gadała o swoich ukochanych serialach i aktorkach, starałam się jej słuchać, ale asfalt i drzewa były dużo bardziej interesujące. Odbierałam świat na zupełnie innych falach niż ona. Myśli biegły mi odmiennym, szybszym torem. ‘Ale po co ja gadam, ty mnie i tak nie słuchasz’ – powiedziała w końcu.

Doszłyśmy na jej podwórko. Najpierw zadekowałyśmy się w szopie, ale ze względu na zapach drewna wolałam się stamtąd zmyć, żeby tą wonią nie przesiąknąć i nie sprowadzać na siebie jeszcze więcej podejrzeń. Posiedziałyśmy trochę na zewnątrz, ona coś do mnie mówiła, ja starałam się jak najmniej odzywać, żeby się nie wydało. Zastanawiałam się, jak powiedzieć jej prawdę. Przecież musiałam, jeśli miała mnie ogarnąć, ale nie umiałam. Nie miała gdzie za bardzo zamelinować mnie na chacie, bo jej starzy i brat byli w domu, ale w końcu poszłyśmy do kuchni. Siadłam na starym, brudnym fotelu. Jamochłon zaproponowała, że zrobi mi cappuccino. Nie chciałam ze względu na wiadomy stan jej naczyń, ale chęć wypicia czegoś ciepłego była silniejsza. Nic dziwnego po całym dniu na dworze. Najpierw kazałam jej porządnie umyć szklankę. Zrobiła to sama wodą… Okazało się, że u niej w domu nie funkcjonuje cos takiego jak płyn do naczyń! Powiedziałam, że wezmę i jutro jej przyniosę. Protestowała, jak to ona, ale mnie nie obchodziły jej protesty, jak to mnie. W końcu wypiłam to cappuccino ze szklanki mytej samą wodą. To uczucie, kiedy poczułam słodki napój w ustach… smakował wspaniale. Całość ledwo dopiłam, bo wiadomo, ciężko zjeść lub wypić cokolwiek, będąc na kwasie. Podczas picia co chwilę wpatrywałam się w szklankę lub na kuchnię. Biedna Jamochłonka, myślała pewnie, że jestem zszokowana i zniesmaczona warunkami, w których żyje. A ja się wpatrywałam urzeczona we fraktale i wzorki, które robiły się z brudu na szafkach i ścianach. Jak one pięknie wyglądały! Co chwila zamykałam oczy i sprawdzałam, co tam na CEV-ach. Równie bogato i kolorowo. Mimo wszystko Jamochłon się nie skapnęła, że jestem tentego, dopóki sama jej tego okrężną drogą nie wyjaśniłam. Kiedy dopiłam kawę, wyszłyśmy na zewnątrz, na spacer. Dotarłyśmy do miejsca pod lasem, do mchu, na którym kiedyś siedziałyśmy. Tam próbowałam jej powiedzieć, co i jak, ale nie potrafiłam. Co miałam mówić ‘słuchaj, Jamochłon, sytuacja przedstawia się tak, że jestem, jak wy to uroczo określacie, lekko naćpana’? ‘Wiesz co, wrzuciłam sobie rano tego kwasa, no ok, ale to nie jest tak jak myślisz, jak ci przez tyle lat wmawiali, to jest doświadczenie psychodeliczne…’. Wszystko brzmiało głupio i beznadziejnie w samych moich myślach. Dowiedziała się częściowo dopiero w drodze powrotnej. Szłyśmy przez fragment lasu, drogą pod drzewami. ‘Nie wrócę do domu, bo jestem, no, kompletnie upierdolona’. Patrzyła się na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem. Pokazałam jej to na przykładzie ‘ słuchaj no, popatrz na górę, na gałęzie i co widzisz? Normalne gałęzie, prawda? A ja je teraz widzę mniej więcej tak’ – odszukałam na iPodzie okładkę do Goch – Unknown Tales i pokazałam jej. Zaczęła cos jarzyć, ale było to dla niej strasznym szokiem, nigdy nie spodziewałaby się po mnie czegoś takiego. Wróciłyśmy do jej domu, umiejscowiłyśmy się w pokoju. Jej rodzice oczywiście nic nie zauważyli. Siedziałyśmy na kanapie przed telewizorem. Ona uczyła się i coś tam jeszcze robiła, ja założyłam słuchawki na uszy i włączyłam album Aioaska – Into A Cosmic Jungle. Takie lajtowe progresy, coś idealnego na ten moment. A zwłaszcza moja ukochana nuta z albumu, The Awakening Of The Shaman. Totalnie rozbroiła mnie jej firanka, normalnie psychodeliczne arcydzieło. Wzory na niej nabrały tęczowych obwódek i zaczęły wirować. Wgapiałam się w nią cały czas i zaliczałam genialne wkrętki. Taaakie wzory! Dużo później pochwaliłam, że ma genialną firankę.

Nadszedł czas, żebym się ogarnęła. Poszłyśmy do łazienki ustalić plan działania. Jamochłon biedna nie wiedziała, co zrobić, ja też nie potrafiłam wymyśleć nic sensownego, bo moje ścieżki myślowe posuwały się kwasowymi torami. Dała mi szczotkę, żebym rozczesała włosy. Zaczesałam je w miarę równy kok. Najgorzej było ze skórą. Chciałam żeby np. Jamochłonka zrobiła mi od nowa makijaż, ale nie miała odpowiednich kosmetyków i warunków. Sama nie byłam w stanie, gdy tylko spojrzałam na swoją twarz z bliska w lustrze, z podkładu robiły mi się wzory i jakieś dziwne narośle. Usmarowałam sobie ręce podkładem, ale wylałam na nie za dużo i musiałam wszystko wytrzeć. Rozgardiasz się zrobił niesamowity, ja zaczęłam się nakręcać i załamywać. Na domiar wszystkiego na sam koniec poszły mi źrenice… Spojrzałam w lustro i w końcu były takie nakwaszone, aż miło, tylko akurat w takim momencie… Wcześniej jakoś prawie wcale mi nie wybiły.

Szłyśmy wieczorem z jej domu do mojego, a wszystko układało się w jakieś wzorki. Plan był taki, że ona idzie ze mną, szybko wbiegamy do mnie na górę niby wgrać jej grafiki do mnie na kompa, później ona się zmywa a ja w te pędy lecę do łazienki. Doszłyśmy do mnie na podwórko. Weszłyśmy do domu, ‘cześć mamo’ i na górę… Resztę pominę, chociaż tragedii ani przypału nie było.

Położyłam się, oczywiście sporo czasu minęło, zanim usnęłam. Wpatrywałam się w wizuale na CEV-ach i OEV-ach, które tym razem nie drażniły mnie, lecz sprawiały przyjemność. Tej nocy księżyc był w pełni, co za niespodzianka. Podeszłam do okna. Chmury układały się w równe wzory. W świetle księżyca na szybie odbiła się słabo moja twarz. Przybrała ona kształt aliena, oczodoły i usta na czarno, reszta niewiarygodnie blada. Było to trochę straszne, ale piękne. Wpatrywałam się w swoje ufoludzkie odbicie jak urzeczona.

Usypiając, bałam się jedynie tego, że matka dzisiaj pozornie odpuściła mi gadki, a jutro wyjebie mi z głowicy atomowej. Następnego dnia od rana miałam zakwasy. Gdy się obudziłam, było mi strasznie zimno. Niektóre rzeczy nabierały lekkich wzorków, a przed oczami latały mi rozproszone cząsteczki. Zastanawiałam się, czy tak długie działanie jest normalne, ale widocznie mój organizm po prostu tak reaguje na tą piękną substancję. Na dość mocnych zakwasach poszłam do szkoły...

 

* Ściek – ta moja ukochana miejscówka bynajmniej nie ma nic wspólnego z szambem czy odchodami, to po prostu strumyk przepływający pod nasypem i drogą, okraszony betonową konstrukcją. Nad nim znajdują się rury, w których płynie czort wie co (może ścieki :D), na których można sobie przyjemnie posiedzieć.

** 'Spojrzenie elfów' – książka, do której w tamtym czasie się przymierzałam.

Ocena: 

Odpowiedzi

Piękne, modelowe doświadczenie, zazdroszczę. Świetny, obrazowy i wciągający raport, ani chwili nie nuży, pomimo długości. Fraktalące włosy wrzucam do osobistego słownika. Jak trochę podrośniesz, na takie okazje polecam muzykę Steve'a Reicha albo Philipa Glassa.

Włosy to mi się już raczej nie sfraktalą, bo sobie je sfraktaliłam na stałe. ^^

 

Co do muzyki, zrobiłam research i minimalizm raczej nie jest dla mnie, choć niektóre kawałki nawet mi się spodobały. Już wolę ambienty, tam troche więcej się dzieje, a jest spokojnie i klimatycznie. To nie jest kwestia 'podrośnięcia', raczej gustu - po prostu jestem wiernie oddana wszystkiemu co 'psy'. :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Wierz, lub nie - gust zmienia się z wiekiem. Kiedyś nie byłem w stanie słuchać np. jazzu i rapu. Dziś rzygam tym, co lubiłem wtedy, kiedy nie lubuiłem tego, co powyżej :D A szczególnie wszelką muzyką pisaną "pod narkotyki". No, może poza jazzem...

A ja za muzykę pochwalę. Przedrostek "psy" nie wzbudza co prawda u mnie żadnych wielkich sympatii (ani antypatii), ale Psykovsky jest mistrzem świata (i twierdzę tak po słuchaniu go wyłącznie na trzeźwo). E-mantra to też jedne z lepszy newschoolowych goa jakie słyszałem.

Uwagi t.rydzyka trochę jednak rozumiem. Po jakimś czasie można złapać alergię na etykietę "psychodeliczne". Ma się wrażenie, że skoro lubisz kwasy to OBOWIĄZKOWO musisz lubić Shpongle itd. Mi przynajmniej włącza się wtedy chęć wyjścia poza taką formułę i posłuchania czegoś kompletnie z innej beczki. Póki Ciebie to jednak nie mierzi ciesz się psytrancami ile wlezie ;D

Temu, że 'gust zmienia się z wiekiem', nie zaprzeczę. Mój ewoluował od radiowych pioseneczek, poprzez mainstreamowy trance, aż do muzyki psychodelicznej. Nie jestem w stanie ci powiedzieć, jakiej muzyki będe słuchać w dalekiej bądź niedalekiej przeszłości. Nie przywiązuję się do przyszłości, patrzę na to, co jest teraz, więc skoro teraz słucham psytansu i sprawia mi to przyjemność, niech tak pozostanie. Jeśli kiedykolwiek się to zmieni, przyjmę to.

 

Panie Marjanie, i Psykovskiego, i E-Mantrę uwielbiam. Zresztą mogłabym Ci tu wypisać całą listę innych sajko twórców, do których żywię szczególną sympatię. Tez nie uważam, że każdy, kto bierze psychodeliki musi słuchać muzyki psychodelicznej (obojętnie, czy jest to trans, czy rock). Od przeszło 2 lat robię dokładnie to, co napisałeś - cieszę się psytransami, ile wlezie! :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

A to właściwie możesz kilka wymienić ;) Może coś mi się spodoba. Ode mnie: Derango, MFG, Imperial Project, New Born. Klasyki w stylu Electric Universe, Man with no Name itp., albo nowsze rzeczy takie jak Filteria, Khetzal (i inne od Suntrip Records) sobie daruję, bo na pewno znasz.

Panie Marjanie, Derango - Tumult świetny mroczny album. <3 Jak już mamy się psajami licytować, może warto najpierw się określić, jakie podgatunki najlepiej lubisz. Bo spektrum jest dość szerokie. Ja kocham cały trans, od goa, poprzez progresy, full on, darki i psycore. Do tego jeszcze dochodzą chille, ambienty, duby. Więc z której grupy mam zacząć wymieniać? :)

Klasyki wiadomo, ale wymienić trzeba, bo im się należy. Filterię uwielbiam! Releasy z Suntrip Records też, mam całą dyskografię w 320. Z Newschool Goa orpócz E-Mantry najbardziej cenię jeszcze Trinodię i Nova Fractal. Jakiś czas temu odkryłam twórcę o pseudonimie Nervasystem - godne polecenia 2 albumy, robi goa stylizowane na oldschool, powiedziałabym nawet, że niektóre nuty podchodzą pod Hallucinogena, w każdym razie nie uświadczysz tam słitaśnych wstawek.

Jeśli cisnąć całymi wytwórniami, to mam całe dyskografie Parvati Records (dark, forest - niemal domena w tej dziedzinie), Interchill i Ultimae - ale to już chillouty, duby.

A jak u Ciebie jest z darkami? Bo tu mam sporo do gadania. :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Licytować się nie ma potrzeby, bo i też NG nie jest od tego. Wymienić się paroma tytułami co innego ;) Full on i progresy rzadko mi podchodzą (no może poza czymś co zwie się zenonesque, np. https://www.youtube.com/watch?v=65NLozVmPMg). Jeżeli chodzi ambienty, chille itp. to ja jestem raczej z tych, którzy omijają strefę chilloutu ;). Możesz za to podrzucić coś z darków albo forestów właśnie. Preferowane rzeczy w stylu Puro AKA Purosurpo, Derango, Taigan Sunset itd. - z ciężką atmosferą i z pomysłem, ale jeżeli masz coś innego to też przesłucham.

Fakt, strona poświęcona trip raportom, a my tu zaraz wymienimy całą dyskografię psytrance'u. :P

Dlatego też odpisałam ci na PW. :)

Sweet Holy Psychedelia <3
Z Psytrance od 2012 roku.

Raport, naprawdę niesamowity, moim zdaniem. Zazdroszczę Tobie tego, że tyle zapamiętałaś. Ja mam niestety duży problem z zapamiętywaniem rzeczy na kwasie. 

Marek Edelman

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media