Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

nieskończone możliwości konopi indyjskiej- królowa pokazuje klasę.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
4 buchy dobrej jakości ziela, a do tego od kilkunastu dni imbir jedzony (niestety) nieregularnie- jedna lub dwie łyżeczki dziennie
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Fascynacja, chęć przeżycia nietuzinkowego stanu, przyjazna intencja i poszanowanie dla MJ, optymizm, lekki niepokój i zmęczenie
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
3x gałka muszkatołowa
12x marihuana
3x DXM
1x kodeina

raporty żelazny_aksamit

nieskończone możliwości konopi indyjskiej- królowa pokazuje klasę.

                                                                                                     Wszystkie drogi prowadzą do zioła

Moje relacje z duchem tej wspaniałej rośliny ostatnio uległy zmianie- kiedy jarałem rzadziej, podchodziłem do tego z mocnym respektem, a na sam widok lufki szybciej biło mi serce.

Wczoraj zrozumiałem, że mocno zawiodłem panią marihuanę- zacząłem jej używać „na spontanie”, w ciulowych warunkach i w ciulowych celach- ot tak, by się upalić. Paliłem 3 tygodnie z rzędu raz w tygodniu i dla mnie to już było za dużo. Miarka się przebrała, kiedy na własnej osiemnastce zjarałem się i nic mi szczególnego nie było :( Właściwie to wszyscy mieli jarać, bo to miała być niezwykła osiemnastka z ziołem, ale wyszło, jak wyszło- spizdgany solenizant musiał uspokajać tych, co to w wódzie umiaru nie mieli. Przynajmniej pokazałem klasę- ja i trzech ziomów po ziele byliśmy spokojni i weseli, a ci, co stawiali na alko, mało się nie pozabijali.

No dobra- pomyślałem- to tylko i wyłącznie moja wina, że już nie mam tak wyrąbanych tripów, jak kiedyś. Zamiast należycie traktować MJ, uznałem ją za tanią dziwkę. Moje postanowienie brzmi więc: Spędzę z nią samotne chwile i będzie to rytuał oczyszczenia się z negatywnej energii, rytuał skoncentrowany tylko na mojej relacji z duchem konopi- niech to będą przeprosiny dla rośliny mocy.

22:20- lufka jest nabita czystym ziołem. Od kilku tygodni nieregularnie jem imbir- wzmacniacz faz. Zapalniczka leży na łóżku. Wypowiadam intencję. Mówię, że chcę, aby roślina pokazała mi coś wspaniałego. Mówię, że ją szanuję i teraz dam jej się prowadzić po mistycznych torach poznania- niech da mi to, co chce. Niech da mi to, co uważa za słuszne. Podpalam i biorę cztery buchy. Szczerze mówiąc, mogłem trochę dłużej potrzymać w płucach. Droga, którą zaraz będzie mi dane podążać, jest zarówno skutkiem moich wyborów, jak i głębszego planu- nie wiem, czy mojej duszy, czy może ducha Marry Jane.

                                                                                             Udajmy się więc w wędrówkę!

Ściągam koszulkę i spodnie, no i prędko do łóżka. Ciepła kołdra, słuchawki na uszy i muzyka relaksacyjna w rytmie fal theta. Po niecałej minucie widzę, że się zaczęło.

Pokój jest inny- specyficzne uczucie. Jakbym został umieszczony gdzieś indziej, a jednocześnie miał świadomość, że jestem u siebie. Mój cichy kąt nie jest mój. Jest mrocznie, obco.

Włączam pozytywną autohipnozę na YT, aby nakierować swoje myśli na jakiś pozytywny tor, bo mam obawy, że mogą zostać skierowane w stronę strachu. Zamykam oczy i...

Ciało me zostaje kokonem- mam tak realne wrażenia cielesne, że aż sam nie dowierzam. Wydaje mi się, że jestem w kokonie. Potem wydaje mi się, że spadam. Wraz z upływem czasu mogę coraz lepiej to kontrolować. Ciągle mam mini drgawki- telepię się jak na heroinowym głodzie. Zauważam, że mogę zmieniać częstotliwość tych drgawek myślą- jak są szybkie, mam wrażenie, że moje ciało jest szkłem w rezonansie. Jak są wolne, czuję się jak na fotelu do masażu. Wprawdzie ciężko mi naprowadzać się na właściwy tor doznań, ale jak już się to uda, jest super. Pamiętam, że raz sobie wyobraziłem, że lecę w górę, a innym razem, że coś mi odrywa nogę. Dziwne, ale zdecydowanie ciekawe.

Coś wwierca się w głowę- łóżko mam ustawione tak, że poduszka dotyka bocznej krawędzi biurka, a więc kiedy oparłem czachę o poduszkę, stykałem się też czasem z biurkiem. Kontakt z twardą, naciskającą na mnie powierzchnią (tak naprawdę ja naciskałem na nią, ale złudzenie dotykowe sprawiało, że myślałem, że to biurko naciska mnie) sprawił, że doznałem kolejnego dotykowego omamu- wydawało mi się, że coś wwierca mi się w łeb. Jakaś śruba albo korkociąg do wina. I wiecie co? To nie było ani trochę bolesne, a wręcz przyjemne w cholerę :D Potem miałem wrażenie, że już na amen wwierciło się we mnie to, co się wwiercało, no i jestem ustabilizowany przez metal w ciele.

Słucham tej autohipnozy, ale skupiam się na niej może w dwóch procentach. Całą moją uwagę zajmuje to schizowe uczucie, że raz po raz coś się dzieje z ciałem. Po jakichś 7 minutach, kiedy cały czas mam zamknięte oczy, staje się coś najbardziej psychodelicznego w moim życiu:

Zaczynają się złożone wizje- Zaczynam widzieć różne „wspomnienia” ale w przerobionej formie. Przykładowo, przypominam sobie nagle całą fakturę i wzorki na łóżku, które miałem za dzieciaka, ale łóżko to pokazuje mi się w formie człowieka odzianego w materiał z łóżka. Przypominam sobie jakieś zdarzenie z przeszłości, ale nie widzę jego „stanu emocjonalnego” a czyste obrazy, które łączą się z dźwiękami w taki dziwny sposób, sprawiając, że wszystko to jest zajebiście zawiłą, ale jednakowo logiczną całością.

Widzę swojego kolegę, który przemienia się w postać z gry, która wiruje i oddala się, przybliża, oddala, przybliża... Widzę połączenie jednej rzeczy z drugą, tak obłędne, a jednak tak proste. Potem mój najlepszy przyjaciel w formie znaczka z LSD :D Drugi przyjaciel w formie smoka, pewnie dlatego, że go przezywają Tabaluga. Widzę ludzi zmienionych w rzeczy, rzeczy w ludzi, stany w kolory, emocje we wzory, słowa w krajobrazy- wszystko tak zespolone, że chyba są zlepione z tej samej gliny.

Co najciekawsze- nie widzę jednego obrazu na raz- widzę przykładowo 6 wizji połączonego przedmiotu jednocześnie, a one się po czasie łączą i zmieniają. Widzę, jak wszelakie przedmioty kurczą się, maleją, wyginają i dopasowują do innych. Ich cała struktura jest naznaczona innym wspomnieniem. Przykładowo widzę rysunkową postać z kreskówki na drzwiach malucha, którego miał kiedyś mój dziadek, a potem te drzwi wyginają się i są sześcianem, a twarz postaci uśmiecha się do mnie w rytm głosu hipnotyzera. Sześcian rozkłada się na części pierwsze i staje się odniesieniem do innego wspomnienia.

Cały czas mam w głowie mętlik- tyle wspomnień na raz! Mogę je wszystkie zrozumieć, choć są tylko symbolami. Żadne wspomnienie nie zostało mi pokazane „wprost”, gdyż każde było tylko i aż skrupulatnie stworzoną mieszanką wielu doświadczeń. Każda wizja była jakby metaforycznym obrazowym opisem danego wspomnienia, a czasem tylko jego kawałkiem, ale doskonale się w tych wizjach odnajdywałem.

Wizje mnie pochłaniają- nie czuję, że to suche obrazy, tylko w nich pływam. Mogę się zatracić, biegać w popierdzielonym świecie wiecznego obserwowania. Sama czynność obserwacji staje się jednak bogatsza- ja mogę czuć ten obraz jak nigdy. Wyobraźcie sobie, że patrzycie na „damę z łasiczką” i nagle rozumiecie, że jest kostką rubika złożoną z miliona segmentów, a każdy z nich ma jakieś niebywale istotne znaczenie. Rozumiecie całkoształt całkoształtu i każdy fragment każdego fragmentu. Niestety wiedza ta trwa niecałą sekundę i zaraz umysł skupia się na rozdrabnianiu czegoś innego. Wyobraźcie sobie, że miałem wizje w formie czegoś na kształt kostki rubika, ale nie przestrzennej, nawet nie wymiarowej- w wizjach mych brakowało pojęcia przestrzeń, bo każdy obraz był jakby płynny, wolny, nienakreślony przestrzenią, a jednak staranny. Każda wizja była czymś ponad wymiarami, a jednak miała formę obrazu. Ciężko to wyjaśnić. Woda i powietrze niby też nie mają jednolitej formy, ale mają objętość. Czy moje wizje były "płynne? Hm, to za mało powiedziane.

Pamiętam, że dzięki wyostrzeniu skojarzeń i kreatywnośći odkryłem jakieś trzy rzeczy, bardzo istotne, które chciałem koniecznie zapamiętać. No i co? Zapominałem. Być może nawet było ich więcej, ale nie chciałem marnować czasu na nagrywanie swoich spostrzeżeń. Wizje były takim cudem, z którego nie chce się wychodzić. Czułem się jak tygrys z klatki rzucony nagle na łono dziczy- niby jest tu strasznie, niezrozumiale i obco, niby nie odnajduję się w "nowym świecie" ale jednak jest on piękny i zdążyłem go skrajnie pokochać. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby każdy mój sen tak wyglądał. Chociaż nie- wtedy byłoby to może nudne :D

Obraz dzieli się na kilkanaście segmentów, a na każdym segmencie pokazuje mi się coś „niezależnego” od innych, przy czym jak już segmenty się zespolą, widzę, że w zasadzie to wszystko jest zależne od wszystkiego. Jednocześnie czuję sam taką niezależność od niczego... no paradoks. Obraz, który widzę, to kilka pól wypełnionych non stop transformującymi się itemami. Zaczynają płynąć, płyną szybko i szybko, a ja chcę za nimi.

Odlatuję?!- boję się, że jak za daleko popłynę z wizjami, przestanę rozumieć swój świat, bo doskonale odnajdę się w tych mieszańcach obrazowych. U nas w świecie wszystko ma pewną stałą formę- chcesz czy nie, wszystko i tak jest takie, jak jest. Innymi słowy, świat nasz jest bardzo mało plastyczny. A u mnie w głowie widziałem tak realne rzeczy, że zastanawiałem się, czy „trzeźwość” nie jest jakimś snem, a upalenie pokazuje prawdę...

Czuję się tak, jakby każdy obraz gdzieś mnie niósł, odrywał z ciała.... Mam głowę naładowaną wieloma znaczeniami naraz, a każdy ukazany mi obraz może mieć dziesiątki interpretacji, a ja staram się ogarnąć wszystkie. Jest to chwila magiczna i niesamowicie straszna zarazem- czysty obłęd.

Nigdy nie wyobrażałem sobie na trzeźwo, że można w ogóle przeżyć coś takiego, a tym bardziej nie po ziole. Nigdy nie sądziłem, że wizje mogą w ogóle być tak szybkie, a jednocześnie złożone w sensowne schematy. W każdym obrazie bowiem dało się odnaleźć głębię. To, co trzeźwy człowiek uznałby za zwykły obraz, dla mnie było schematem i algorytmem życia. Dowiedziałem się, jak wielkie znaczenie mają małe rzeczy. Albo powiem inaczej- wiedziałem to wcześniej, ale teraz to dosadnie poczułem. Poczułem też, że liczba interpretacji danego "czegoś" jest nieskończona tak jak i liczba możliwych kombinacji wszystkiego.

Poczułem nieskończoność- chyba celem tej wyprawy było mi pokazanie nieskończoności, uświadomienie mnie, jak wiele mamy. Mamy wszystko w głowie, ludzie, wyobraźcie sobie, ile macie doświadczeń, wspomnień, osiągnięć, planów, myśli. I wyobraźcie sobie, że to wszystko jakoś ze sobą współgra. Nasz umysł jest jak wszechświat, ale jeszcze bardziej skomplikowany. Dane mi było ujrzeć niesamowitą zawiłość wszystkiego, a było to tak szokujące, że na serio się bałem. Nie wiem, czy był to strach przed tym, że zwariuję, mając tak ogromną wiedzę, czy może zwykły strach przed nieznanym, ale fakt faktem- napięcie było ogromne. Czułem się jak zwierz zwiedzający fragment nieba. I najlepsze jest to, że niebo zawsze wyobrażamy sobie w formie stałego miejsca, w formie tego, co znamy, a tu się okazuje, że niebo również może mieć formę myśli. Moje myślowe niebo- o tak, to dobre określenie. Moje niebo, które nie jest miejscem, nie ma w nim fizyki, jest tylko czysta myśl! Nigdy aż tak nie odpłynąłem od ciała, nigdy aż tak nie zostałem popchnięty do własnego wnętrza. Nigdy niedane mi było płynąć w tak psychodelicznym świecie. Gałka muszkatołowa i DXM nie dały mi takich wizji jak dobrze uszanowana, rytualna MJ. Moje wizyjne niebo składało się tylko z myśli, a były to myśli czyste i zrozumiałe, mimo tego, że zajebiście złożone. Poczułem się jak Bóg, jak podrasowany super mózg, który może wiedzieć i znać wszystko, ale skupia się tylko na swoim wnętrzu.

Zostałem wchłonięty w głąb umysłu- tak wolny, jak ptak, szybujący przez całe dwie godziny na wolnym rewirze poznania, a jednak wrzucony do środka własnego ja. To w ogóle możliwe? Otóż tak, paradoksy są możliwe, ale żeby je poczuć, trzeba się mocno starać, albo coś przyjarać :D Trip ten był dla mnie pewną formą analizy każdego wspomnienia, a jednocześnie nie skupiał się na żadnych emocjach. Miałem kiedyś coś z deka podobnego, bo na pierwszej udanej próbie z gałką muszkatołową wrzuciło mnie w świat wspomnień na 3 godziny, ale różnica polegała na tym, że tam widziałem wszystko tak, jak było- stany, emocje, rzeczy i ludzie- wszystko było po staremu. A tu, na marihuanie, mimo iż byłem we wspomnieniach, były one syntezą umysłu, a nie odtworzeniem starych czasów. Nie miały nadanych ładunków emocjonalnych, a przynajmniej w większości. Były suchymi faktami, które ja mogłem przeanalizować pod dowolnym kątem. Były skarbem, który mam w sobie, ale nie dane mi go ujrzeć.

Zaistniałem w paradoksie- z jednej strony czułem euforię i kolejny raz na fazie z oczu popłynęły łzy szczęścia, a z drugiej niemiłosiernie niepewny tego, co mnie czeka, bałem się, że może coś pójść nie tak. Z jednej strony wiedziałem, że po THC nikt jeszcze nie umarł, ale z drugiej, bałem się, że zasługuję na śmierć, bo już poznałem to, co miałem poznać. I najśmieszniejsze: Nie bałem się śmierci, a jednak się jej bałem =D Śmierć przez chwilę wydawała się miła i przytulna, była dobrą opcją, ale jednak nie chciałem zostawiać tego, co mam i kocham. Zawsze podchodziłem do śmierci z dystansem, ale jak już ona położyła mi dłonie na karku (a przynajmniej tak mi się wydawało) to ciężko było nie „zatęsknić” za możliwością życia. Wiedziałem, że nie umrę, ale myślałem równocześnie coś w stylu „Stary, idziesz teraz do nowego świata. To początek. Kuuuurwa, może tam będzie jeszcze lepiej? Kto wie, co ukrywa mroczna brama śmierci? Staaaary, umrzesz, ale nie chcesz. A może chcesz? Dane ci umrzeć! A może to ty wybierasz? Oooo ku**a, co ja zrobię?”. W końcu zrozumiałem, że jednak coś mnie tu trzyma, no i odkrywanie nowych pośmiertnych sfer muszę sobie zostawić na potem :D Naszła mnie myśl, że jestem głupi, bo sam nie wiem, czy życie jest wartością, czy może śmierć. Potem jednak zdecydowałem, że to irracjonalne rezygnować z życia, skoro jest w nim tyle szans, no i z resztą, nigdy mi się nie śpieszyło do grobu, to czemu do jasnej cholery tak mnie zaintrygowało to, co poznam po śmierci? Wierzcie lub nie, ale po doświadczeniu kilku przypadków telepatii, co najmniej trzech spotkaniach z duchem (nie takich, że z nim rozmawiałem, czy cuś :D), wielu proroczych snach, no i tysiącach godzin rozkmin, mam wręcz pewność co do istnienia duszy- no fajnie, coś tam po śmierci będzie. Tylko co? Coś niesamowitego. Skoro sen jest wspaniały, to wyobraźcie sobie, jak wspaniała musi być śmierć! Tak, wiem, że jest czymś wielkim, ale jednak dalej coś mnie trzyma przy życiu i podsuwa obawy przed jego utratą- instynkt samozachowawczy. Ach, wspaniałe uczucie, które nam pozwala zostać przy życiu i robić wiele rzeczy. Życie jest przede wszystkim rozwojem. A istnienie jest paradoksem- chcemy żyć, ale jednocześnie też umrzeć. Boimy się żyć, ale umierać też. Śmierć jest naszym wrogiem numer jeden, ale jest wspaniała. Płaczemy, gdy odejdzie ktoś bliski, a jednocześnie chcemy wierzyć, że jest w niebie, że jest mu lepiej. Ale wciąż nie mamy pewności. Choćbym nawet wiedział na 100%, że istnieje ta dusza, to nie mam pewności, bo zwyczajnie wkrada się we mnie sceptycyzm, wkrada się powątpiewanie. Czy to nie jest piękne? Pomyślcie, komu by się chciało żyć, gdybyśmy mieli pewność, że po śmierci będzie zajebiście? A życie, jak już mówiłem, jest doskonaleniem się.

Widziałem jakieś istoty- Kiedy otworzyłem oczy, chciałem na chwilę zwolnić, uwolnić się od najrealniejszych wizji w życiu. Były tak mocne, jak świadomy sen, z tym że ja ich nie kontrolowałem- płynęły same, ale jednocześnie były do mnie dostosowane. Czasem przynosiły skrajny strach, czasem euforyczny śmiech. Czasem widziałem demony, czasem piękne istoty. I to wszystko zespolone wielokrotnie, zmieniające się. Niestety, otwarcie oczu nie spowodowało minięcia wizji- przeniosły się na jawę. Widziałem licznik od Passata na ścianie xD Potem jakieś 3 niebieskie duszki, takie niewielkie, no i słyszałem śmiechy. Napiłem się soku, bo suszyło mnie niemiłosiernie. Ukazał mi się też duch Marry Jane, w postaci smukłej, cienistej kobiety. Czułem, że ma do mnie jakiś uraz, no i się gniewa. Pewnie o to, że ją kiedyś zdradziłem z DXM =D Musiałem jej wyznać, że jest najlepsza, lepsza niż acodin i gałka. I była to prawda. Może i acodin dał mi mocne schizy, może i dał mi wejrzenie w miłość wszechświata, ale MJ przy tym to potężna psychodela. Nie wiem jak, nie wiem czego- niby nie powinna tak działać mocno. Ale działała. Była doprawdy potężnym kopem dla psychiki. Nie jestem w stanie opisać tego, jakie to było niesamowicie psyyyychodeliczne. Oglądaliście filmy cyraka na yt? To coś takiego miałem w głowie, z tym że w 10 razy szybszym tempie i z 50x większą ilością szczegółów i 100x większą ilością związków między rzeczami i 1000x większą ilością logiki. I nie przesadzam :D Może nawet umniejszam, bo nie jestem w stanie opisać słowami tego uczucia, że wizje są częścią mnie. To nie zwykłe obrazy i dźwięki, a... no właśnie, jak to ubrać w słowa? To podzielony ja? Skrawek umysłu? Plastyczna i przystępna forma najwyższego skupienia wyobraźni? Nie wiem. To magia. Cud. Boski stan. Straszny i schizowy do granic, ale totalnie rozpierdalający system :)

Poszedłem do WC, no i wydawało mi się, że towarzyszą mi jakieś istoty. Nie wiem czemu i po co, ale były ze mną. Uśmiechały się. Po powrocie do pokoju dalej był straszny i dziwny, ale dało się wyczuć sympatię ze strony MJ. Była ze mną, tak jakby naprawdę blisko i pogrywała z mym jestestwem, bawiła się w kotka i myszkę, albo jak kto woli- wymiatacza mózgu i ćpuna :) . Jakby była osobowością, a nie zwykłą roślinką bez duszy. Należy nadmienić, że nie widziałem tych wszelakich bytów cały czas- czasem pokazywały się jako OEVy, czasem jako CEVy, a innym razem po prosty się je czuło. Nie wiem, czy znacie to uczucie, że coś się na was patrzy, albo że w pobliżu jest ktoś o dobrej intencji, ale ja takie coś czasem wyczuwam w stosunku do ludzi, no i pierwszy raz zdażyło mi się wyczuć to do duchów. To, czy były wyimaginowanymi stworkami, czy może czymś realnym, pozostawiam waszej ocenie. Sam nie wiem, co o tym myśleć, niemniej uważam, że było to miłe przeżycie. MJ z początku była oschła, teraz stawała się sympatyczna. Czułem radość.

Przy słuchaniu drugiego nagrania autohipnozy zostałem jakby cofnięty w czasie- wpierw gościu mówi, że odlicza od dziesięciu do zera i mam się wybudzać, a potem nagle cisza i zaczyna mówić, że jestem w środku transu i mogę chodzić po jakichś schodach, czy cos takiego. Tytuł nagrania brzmiał „autohipnoza- podróż do przyszłości” a typ mi tu mówił, że jestem w PRZEszłości O_o Pomyślałem „O co chodzi?!” i zastanawiałem się, które w końcu nagranie włączyłem. Słucham od czasu do czasu kilku nagrań, w tym właśnie tego z podróżą do przyszłości i tego z przeszłością, więc znam je nieźle, a tu się okazuje, że nagle się połączyły i ich chronologia się zmieniła. Usłyszałem, że „teraz zobaczysz swoje poprzednie wcielenie” i w końcu się zbulwersowałem, bo to miała być podróż do PRZYszłości! Cofnąłem nagranie i okazało się, że teraz leci zupełnie co innego! Cofałem parę razy, przyśpieszałem... i wiecie, co się okazało? Że po każdym cofaniu na nagraniu było cos innego! Nie mam pojęcia, jak, ale tak było.

Po kilku minutach takiej obłędnej zabawy, włączyłem inne nagranie- tym razem nieznane i nie spodobał mi się głos hipnotyzera, ale jakoś dawałem radę. Mimo iż nagranie było niepokojące, bo go nie znałem, robiło się coraz milej... milej... milej. W końcu zasnąłem. W objęciach THC i ze słuchawkami na uszach.

                                                                                   WNIOSKI

Pierwszą myślą po obudzeniu się było: CO TO SIĘ WCZORAJ OD**BAŁO?! Drugą: Chrzanić szkołę, śpię dalej. Po wyspaniu się mogłem zastanowić się nad tym, co wczoraj przeżyłem. Doszedłem do wniosku, że skądś to jakby... znam. Dziwne, bo niby miałem to pierwszy raz, ale może... może kiedyś coś podobnego mi się śniło, a może jak byłem dzieckiem, miałem takie fazy bez niczego? Pamiętam ze swojego dzieciństwa kilka schizowych momentów, ale wszystkie działy się w nocy, albo we śnie. Można więc powiedzieć, że mój umysł czasem pracował jak na haju- dobrze o tym wiem, bo niejednokrotnie podczas doświadczania czegoś obłędnie dziwnego mam wrażenie, że skądś to znam i sobie przypominam, że w dzieciństwie mi się coś takiego śniło. Dziwne, ale prawdziwe- dziecięcy umysł jest w stanie wykreować nawet najbardziej popier**lone rzeczy. A potem, kiedy już nastanie czas dorosłości, umysł się zamyka, jest nieplastyczny. Dlatego palę i kosztuję wszelakich innych substancji, o ile są względnie bezpieczne- chcę zachować tę plastyczność. Chcę wyjść poza bramy codzienności, do pięknej krainy ćpania, gdzie normalność i obłęd znaczą to samo. Tam, gdzie ramy utartych schematów mogą się walić. Tam, gdzie można przeżyć pełnię szczęścia i to jeszcze zupełnie innego pochodzenia, niż na co dzień.

Składam hołd marihuanie. To ona jest najlepsza, o ile idzie w duecie z imbirem i dobrą intencją. Panie i panowie, zrozumiałem bardzo ważną rzecz- to wy możecie sobie ustalić przebieg fazy. To wy, kiedy poprosicie substancję przewodnią o coś nowego i mocno w to uwierzycie, możecie nawet po MJ mieć coś nie z tej Ziemii. Nie wierzycie? To spróbujcie z całych sił nadać intencję substancji. W intencji tkwi moc. Ja pier**lę, już się przekonałem, że ta moc jest wieeelka.

EDIT (18.04.2017)  Wklejam zrobiony na szybko w paincie obrazek, oddający mniej więcej szaleńczość tych wizji, które miałem po zwykłym THC. Może i nie jest piękny, ale zawsze to coś wniesie do raportu. Od napisania powyższego tekstu minęło nieco ponad 365 dni, a ja nigdy już nie doświadczyłem tak szybkich, wyraźnych i potężnych CEVów. Nawet na dużych dawkach DXM, połączeniu DXM z THC, na Salvi, ani na LSD. 

Te obrazy naprawdę żyły. Były mną. Czułem je.  Poniżej jeden z zapamiętanych widoków (a takowych, równie pokręconych i jeszcze bardziej złożonych, były tysiące. Serio. A mózg nawet się nie męczył, kreując to.) Wszystko było jasne, czytelne, piękne. I właśnie dlatego uważam, że nawet THC to potężny psychodelik, który potrafi dać chwilowy wzgląd w coś, czego nie ogarniesz umysłem trzeźwym. Szacun dla tej rośliny, totalny szacun ;)

Ocena: 

Odpowiedzi

Zajebisty raport 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media