Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

multirozpierdolenie wyrozwijany tunel, czyli najpotężniejsze wejście w życiu.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Najpierw 1,1g z lufki, później joint z 1g.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Paląc wcześniej stopniowo przekraczałem dawki, była to jak dotąd największa ilość wypalona w najkrótszym czasie. Nastawienie na przyjemną, daleką podróż. Sobotni wieczór.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Miałem za sobą kilkadziesiąt faz po MJ, alkohol, nikotyne, makiwarę (bez efektów) i kodeinę. Więcej nie pamiętam.

multirozpierdolenie wyrozwijany tunel, czyli najpotężniejsze wejście w życiu.

Wydarzenia opisane w raporcie miały miejsce wiele czasu temu i to one skłoniły mnie do założenia konta na neurogroove. Zacząłem opis na hyperrealu pod wątkiem o fazach stulecia i w sumie " czemu by nie zrobić z tego TR". Wahałem się czy o tym pisać ponieważ gdybym nawet stworzył książkę na ten temat nie zdołałbym uchwycić nawet 1/10.000 tamtej fazy. Dlatego opisałem głowie początek.

 

UWAGA: Doświadczenie poniżej przedstawione nie ma na celu zachęcania kogokolwiek do zażywania jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. Są jedynie czysto subiektywnym sprawozdaniem na temat efektów zażytego specyfiku.

 

Byłem w trakcie wypalania 7 fifki. Siedziałem na kładce nad Wisłą w jesienny, chłodny wieczór wsłuchując się w "63 minuty dookoła świata". Jarałem się, że zaraz zacznie się peak i poddam się działaniu swojej ulubionej rośliny, którą wywyższyłem ponad otaczającą mnie rzeczywistość. Co tym razem się stanie? Ostatnio objawił mi się Kryszna w postaci ognia. Teraz może to ja go odwiedzę w lepszym klimacie. Kolejna nadbitka (8?9?) ...sss... i nagle jebut! Wyostrzenie zmysłów zastygam w swojej pozycji zapominając o czymkolwiek. Trwało to pięć, a może 30 sekund. Oprzytomniałem a świat przede mną wywinął się jak wnętrze komputera na drugą stronę. Pikselowata trawa z kawałków ciemnozielonego metalu, czerń nieba stała się gwiazdozbiorem miedzianych istnień po chwili, razem z muzyką zlewając się w oldschoolową psychodeliczną kreskówkę. O kurwa :O ... Spalę jeszcze dwie lufki zanim się zacznie;) Jak pomyślałem tak zrobiłem, ale efekt tej decyzji przerósł moje najśmielsze wyobrażenia.

 

Schowałem towar, ogień i szkiełko. Czas zniknął. Wczułem się w chwilę przechodząc do sedna materii. Nagle prądy. Widzę przed sobą brązową ścianę zapierdalające po niej niezidentyfikowane kulki. Stałem się neutronem. Obraz szybko oddalił się (działo się to wszystko przy uchylonych powiekach) ustępując pole widzenia okładce książki a na niej człowiek na kole i kwadracie Leonarda Da Vinciego. Książka otworzyła się i wciągnęła mnie w tunel o nieznanym rozmiarze. Ciągnął się on wgłąb zakręcając raz w lewo, raz w prawo wykrzywiając przy tym rzędy tworzących go ścian, podzielonych na prostokątne telewizory, podczas gdy w każdym z nich leciał film. Nie mam pojęcia ile to trwało. Później tunel rozsypał się na drobne kawałki.

Zaczął się lot. Cokolwiek robiąc, a głównie myślałem, słuchałem, obserwowałem świat i chodziłem po okolicy, przy otwartych jak i również zamkniętych oczach widziałem od 100 do wielu tysięcy klatkujących się obrazów. Choć najdrobniejsze przesunięcia w pulsującym prądzie rzeczywistości były wyczuwalne w jednostkach rzędu jednej attosekundy. Czasem wyłapywałem niektóre obrazy i dźwięki i wpatrywałem się w nie. Wszyscy znani mi malarze jacykolwiek istnieli i mieli istnieć przedstawiali mi dzieła z istniejących i planowanych kierunków. Myśli wzmocniły się- cokolwiek pomyślałem mogłem to odczuć: zimno, ciepło, spadanie, latanie, nóż wbity w brzuch, ogień, zrozumienie, smutek, sens, wszystkie odczucia przyziemne jak i metafizyczne kłębiły się w zagęszczonej przestrzeni.

 

Minęło 5 godzin a ja czułem nadal odrealnienie lecz w bardzo złagodzonej formie. Przespałem się kilka godzin, żeby obudzić się o 4:20 nad ranem i spalić jointa z jednego grama. Tak na zgodę, bo ta podróż była porywcza, gwałtowna i nieco ostra dla mnie za to, że wcześniej przeżyłem inicjację z kodeiną i chlałem. Otwarłem okno. W kilka chwil poszedł z dymem. Myk do łóżka, słuchawki na uszy a przed oczami malarstwo chińskie i wizję z kosmosu.  Kilka godzin później zasnąłem. Czas nie grał tutaj żadnej roli.

Ocena: 

Odpowiedzi

No i spoko, ja takie tripy też miewałem po 5 godzin, 10 godzin, 3 dni.... najdłuższy trwał 8 lat, w sumie trwa do teraz. Coś mi się po trawie zawiesiło i elo. Nie polecam ostrych dawek z marychą :P lepiej już kwasa serio.
Co prawda trip był nie do opisania, podobnie jak twój (myślę że to samo miejsce), szkoda że nie przeszedł :(

Już raz obiecywałem że go tutaj opisze (jak 100 innych lol), kurde motywacji brakuje i szkoda czasu, ale i tak pisze tu komenty... moze w koncu się kurde zmotywuje :P

Czytałem "Niesamowity potencjał marihuany" i różne TR-y o papierkach oraz grzybach i wydaje mi się, że tym co odróżnia MJ od innych psychodelików w większych dawkach są te wynaturzone wizje. Bo o ile dobrze sobie wyobrażam to w kwasie i grzybach jest jakaś harmonia a po maryśce rozpierdol :O Przy nieodpowiednim nastawieniu psychicznym  i złym otoczeniu może się skończyć fatalnie.

Kiedyś na fazie po dłuższym niepaleniu wkręciłem sobie, że latają nade mną policyjne śmigłowce. Ale nie przejąłem się tym za bardzo, bo przecież "taka epoka" :D

Dekadentyzm w ćpaniu, hedonizm w życiu.

Taaak... po marihuanie psychodela jest.... taka jedyna w swoim rodzaju... a szczerze mówiąc w większych dawkach bardzo przypomina rozpierdol szałwiowy... jedno i drugie dysocjant.... jedno i drugie rozpierdala wszechświat na dziwne nigdzie nie spotykane kawałki.

Raz ostro poszalałem i miałem trip który zabrał mnie w miejsce gdzie DMT zabiera (chodzi mi o poczucie powrotu do "domu"), to było popierdolone. Zmiksowałem ostre masło marihuanowe + tableta mdma + tableta 2cb + nieświadoma odstawka gbl, wszystko w stogich dawkach.

Na pierwszy plan wybiła się marihuana, bo jej zajebałem najwiecej, reszta to tylko tło wzmacniające.... a co potem się działo, to ja nawet nie... Na wejściu poczułem że stałem się tylko odbiornikiem wszechświata w 1001 wymiarze, który klatkował zmieniając "wymiary", w ciągu sekundy leciałem z prędkością setek wymiarów a zmiana wymiaru to kolejna klatka, jakbym zmieniał częśtotliwość, to co tam zwiedziłem jest nieopisywalne.... kiedyśto opiszę w końcu, i nagle po jakimś czasie poczułem "TO" uczucie... powrotu do domu, już tu kiedyś byłem i wszyscy których tu poznałem dalej na mnie czekali... dziwili się że wróciłem, ale byli weseli... wszechświata juznie było.... znalazłem się TAM, po drugiej stronie czasoprzestrzeni, byłem w wielkiej pętli w której rozmawiałem jakby z samym sobą i co chwile dochodziłem do wniosku że "o kurwa" czy ten gościu co z nim rozmawiam to ja z przyszłości.... i gdy o tym pomyślałem czasy mnie przeszłego i mnie przyszłego się zbliżały by nagle się połączyć w momencie zrozumienia że ten z przyszłości to ja z przeszłości... przy złączeniu zawsze nastawała niemożliwa cisza.... by za chwile przelecieć przez 10 000 wymiarów i klatek w sekundę.....

Potem przez odstawkę gbl o której nie miałem pojęcia wylądowałem w szpitalu myśląc że faza mi spierdoliła mózg, tak było ale przez odstawkę gbl, po 3 dniach wróciłem do "siebie" (starego zdysocjowanego siebie).

Hehe to tak na krótko.

Marihuana to pogrom.... nic nigdzie na świecie nie zabrało mnie tak daleko jak maryśka zabrała... byłem w nirwanie, w piekle, byłem czasem, byłem wszystkim i niczym, przemierzyłem miliony wymiarów i to nie w sposób przenośni... realnie fizycznie i psychicznie odczuwałem podróże po wymiarach, jednak podczas drogi byłem tylko odbiornikiem tego co się działo, obraz widziany był zlepkiem wylanych przeplatających sie między sobą farb kilku wymiarach i to się wszystko obracało wokół jakichś kosmicznych niespotykanych osi wraz ze zmianą wymiaru. Ehhh... kurwa gruby szajs

Jak czytam raporty w tym stylu, to zastanawiam się, czy opisywaną substancją wiodącą jest marihuana, czy jednak jakieś bliżej nieznane kanna, albo maczanki w jeszcze innej chemii "żeby mocniej siekało". 

Serio, zdarzyło mi się spalić zbliżone ilości, i w blancie, i z lufy, i z bonga, i z wiadra i nigdy nie miałem takich stanów. CEV'y się zdarzały, bardzo kreskówkowe, klatkujące, w stylu okładek stonerowych albumów, podobnie też taki wizualny "filtr" na otaczającej rzeczywistości - bardzo kreskówkowy - ale nigdy nic mnie tak nie wystrzeliło jeśli chodzi o mj. 

(I nie zrobi tego, bo zakończyłem swoją zieloną przygodę - zaczęły mi się pojawiać często stany lękowe przy come-down'ie i poczucie derealizacji, stwierdziłem, że jednak mam dość udane życie i lubię swój umysł na tyle, że szkoda go przepalać do cna :p Może to radykalny pogląd, ale uważam, że mj to jedna z bardziej zdradliwych substancji, bo niszczy powoli...) 

Towar z zaufanego źródła, więc syntetyki możemy wykluczyć. Jedynie co możliwe, to że  było maczane w koncentracie, ale raczej wątpię. Gatunek też jakiś przeciętny. Typowe jaranie z blokowisk. S&S gra tu główną rolę. Miałem miesiąc przerwy albo dłużej a ilości opisane w raporcie są jak dla mnie bardzo duże (miałem słabą głowę) i nie powtórzył się taki stan ani takie ilości, bo teraz jarałem częściej i mam odwrotną tolerancję. Psychodeliki zresztą są tym typem substancj, które dają odmienne od siebie stany w zależności od odmienności osoby palącej.

Nyślę, że po dłuższej przerwie, odpowiednim nastawieniu psychofizycznym i wystarczającej ilości palenia można doświadczyć powalających dla siebie efektów.

Odnośnie stanów lękowych po MJ to nigdy takich nie doświadczyłem, chyba że na fazie. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem koszmar dlatego trudno się dziwić ich brakiem. Jak to jest?

Dekadentyzm w ćpaniu, hedonizm w życiu.

No generalnie powiem Ci, że kiedyś byłem mało strachliwy (nie czułem zwykle strachu, ciemność, las, góry w nocy, stare opuszczone domy, whatever)  i zawsze trzymały się mnie pozytywne myśli, a ostatnie miesiące ewidentnie przesadziłem z paleniem i od jakiegoś czasu mam tak, że czuję się nieswojo będąc całkiem sam. Takie dziwne uczucie, jakby ktoś się na mnie gapił xD jakiś czas temu brałem prysznic po sesji palenia i nagle ni stąd ni z owąd (tak się to pisze? ;) ) uczucie przerażenia, wybiegłem z łazienki mokry, tak się przestraszyłem nie wiem nawet czego (co prawda to była równo rocznica (i w przybliżeniu godzina) śmierci człowieka, z którym niezbyt się lubiliśmy delikatnie mówiąc, ale nie do końca wierzę w duchy itd.) 

Bieganie w nocy po parku? Nie ma opcji, to staje się raczej ucieczką. Do tego często zaczynają mi się wkręcać jakieś chore zwały (idę w nocy po ciemku do łazienki, i wyobrażam sobie, że wchodzę w COŚ w tej ciemności. Aż teraz mnie ciarki przeszły, brrr). 

Poszedłem ostatnio na street workout około 23 i po 10 minutach schiza, że zaraz porwą mnie na organy bo jestem tam o takiej porze. 

Liczę, że mi to przejdzie, bo to naprawdę niekomfortowe uczucie... Co ciekawe, po kwasie przez ostatnie pół roku naprawdę się uspokoiłem wewnętrznie i byłem stoikiem, jeśli chodzi o takie rzeczy. 

Inna sprawa, że się bawimy trochę w neoszamanizm i może coś się przywaliło do mnie, cholera wie... Jak mówiłem nie wierzę, ale nigdy do końca nie wiadomo! 

Marihuana jest i psychedelikiem i stymulantem, i depresantem. Łączy w sobie cechy kilku klas. Dwa razy miałem po niej halucynacje (chwilowe, na skraju widzenia i za dzieciaka) i raz fajną wizję (którą potem wykorzystywałem do śnienia). Stany lękowe jak najbardziej (typu: ludzie się na mnie patrzą, widać, że jestem zajebany), zdarzały się dziwne odczucia ciała (głównie serca, bo przecież tam MJ celuje, albo zmiany odczuwania temperatury). Zmiany upływu czasu (czas nie istnieje, albo inaczej, nie jest stały, więc zawsze można go zwężać i rozciągać). Zdarzały się delikatne wykrzywienia pola widzenia, jednak to wszystko i tak maksymalnie może być trzeci stopień psychedeliczności w pięciostopniowej skali. Czwarty stopień to np. LSD, a piąty np. DMT. Jak czytam takie raporty, to zawsze się zastanawiam, czy autor miał do czynienia z kwasem, czy Grybkami chociaż.

Stany lękowe to bardzo pospolity objaw. Czasami są absurdalne. Nie wiązałbym tego z jakimś bytem, a raczej gdzieś z dzieciństwem (zresztą etap dzieciństwa przekłada się na całe życie - wiele rzeczy może być wyparte ze świadomości). Natomiast ta historia spod prysznica może mieć związek z metafizyką. Tym bardziej, jeśli o tamtym człowieku pomyślałeś od razu.

To tylko sen samoświadomości.

Aha, stany lękowe już dawno mi minęły, ale palę rutynowo kilkanaście lat.

To tylko sen samoświadomości.

Mnie zaczęły podobne paranoje co do kmt1337 łapać po kilku latach ciągłego przypierdalania się matki do wszystkiego co robiłem - nie mogłem zjeść kanapki, bo: "O, kurwa jebany, najarał się!" "O, włączył się!" "Co jest ćpunie?!" itp. itd. Albo, że ktoś mnie śledzi lub na mnie patrzy. Wszystko w promieniu 500m od mojego domu, przy powrotach na zajebce się nasilało.

O, PanSzaman, trochę na skraju świadomości spodziewałem się od Ciebie odpowiedzi pod tym komentarzem! :D 

Jedyne lęki z dzieciństwa, które pamiętam to schizy z kosmitami przez jakieś dwa lata jak naoglądałem się w wieku 5 lat będąc u ciotki Discovery Channel o strefie 51 itp., to jest całkiem inny stan. Czy to przechodzi? 

Raczej powinno. Czy to za sprawą spowszednienia stanu upalenia, czy za pomocą medytacji, czy poprzez przerobienie problemu przez sen (śnią Ci się jakieś strachy?), lub w inny sposób. Tych nieuświadomionych sytuacji z dzieciństwa się nie pamięta - czasami spychamy coś niewygodnego w podświadomość i tam to siedzi. Wszystko można przerobić.

To tylko sen samoświadomości.

Śniły się strachy przez jakieś 2 tygodnie, ostatnio przeszły. Liczę, że już dzisiaj znowu będzie chillowo w życiu, czuję, że się kończy ta derealizacja itd.

 

Dziwne jest to, że np. kwas mnie tak nie powykręcał, był bardzo terapeutyczny (opisałem to w TR), a MJ wyciągnęła sam nie wiem co.

Jeśli przyśni Ci się coś strasznego następnym razem, to postaraj się stawić we śnie temu czoła. W czasie śnienia jesteś (prawie) całkowicie bezpieczny i nic Ci się nie może stać. Jeśli np. uciekasz przed czymś, to zatrzymaj się i odwróć. Spójrz swojemu strachowi prosto w twarz. Zobaczysz, że ma wielkie oczy, a tak naprawdę, to nie ma się czego bać. Stosunkowo łatwo to zrobić, a przerobić można praktycznie każdy lęk. Polecam świadome śnienie. Sen jest jednym z najmocniejszych stanów psychedelicznych. Pozwala wejść bardzo głęboko we własną podświadomość.

 

Nad kwasem jest dużo trudniej zapanować i bardzo podbija ego. Potencjał terapeutyczny ma ogromny, ale może i bardzo skopać dupsko, jak się napatoczy bad trip. Zresztą kwas działa na trzecie oko, a gandzia na serce, więc inne rzeczy wyciągną, bo w innych miejscach działają (to tak po krótce). Moim zdaniem o klasę lepsze są Grybki. Wizyjne są nawet bardziej, niż LSD, łatwiej nad nimi zapanować i trip jest krótszy (co moim zdaniem jest olbrzymim plusem). No i obcujesz z żywym organizmem, a nie z półsyntetykiem, który jest bezduszny.

To tylko sen samoświadomości.

Polecam Ci zapoznać się ze stroną:
https://www.zaburzeni.pl/zaburzenia-kowe-nerwica.html

Ogólnie powiem tak że możesz z jednej strony się cieszyć bo skończyło się tylko na stanach lękowych, pojarał byś jeszcze trochę i skończyło by się na DD. Opis DD też jest na tym forum, polecam się zapoznać z podstawowymi informacjami o nerwicy, o lękach ewentualnie o DD żeby się upewnić czy to przypadkiem nie zaszło tak daleko.

Znając "wroga" tj. lęk jesteśmy w stanie bardzo świadomie nad nim operować... juz sama świadomość tego że ludzie piszą o problemach dokładnie takich samych jak nasze bardzo pomaga bo oznacza że nie jesteśmy sami.... a jeszcze jak Ci ludzie piszą że się poprawia z automatu jest lepiej.

Powodzenia, mj to szajs. 

Apropo halucynacji to od pierwszego zajarania ja mam je zawsze. Wyostrzone kolory, wszystko jak w kuli 360 st. i ciągłe fraktale z każdej strony, dźwięk rozchodzący się po ścianach. Miałem je nawet nie biorąc wcześniej żadnego kwasa itp.
Poprostu od zawsze miałem halucynacje wzrokowe, słuchowe i "dotyk".

Nie powiedziałbym, że MJ to szajs. Tzn. oczywiście na wszystko można powiedzieć, że to gówno, ale prawdziwym ścierwem dla mnie jest amfetamina, po której chciałem umrzeć na zwale, gdy mięśnie odchodziły mi od kości; alkohol, który upadla człowieka chyba najbardziej; opiaty/opioidy, które trawią człowieka żywcem i zabierają mu wszystko (łącznie z godnością) i wiele innych. Wszystkke te specyfiki uzależniają tak, że niemal zabierają człowiekowi duszę. Jest w chuj syfu, a gandzia dla mnie to święta roślina (którą znacząco nadużywam) i daje dużo więcej, niż zabiera. Owszem uzależnia też, ale parę dni przerwy i masz spokój. Speed, alko, opio, jak przedawkujesz, to umrzesz. Gandzie, jak przedawkujesz, to zaśniesz. Uuu straszne...

 

Stany lękowe w moim przypadku skończyły się, kiedy zrozumiałem, że mam wyjebane, co ludzie pomyślą. Aha i gandzia tych stanów tak naprawdę nie powoduje! Ona je tylko uzewnętrznia. Jak je przerobisz, to masz spokój. Nie wiem też, jak można się przepalić, bo palę codziennie od kilkunastu lat i jakoś nie zauważyłem, żeby mi odjebało od jarania. Jedynie uszkadza pamięć krótkotrwałą... Ale też nie jakoś bardzo.

 

Jeszcze co do tych stanów lękowych i innych pojebanych, krzywych jazd na różnych psychedelikach - NIE WIŃ LUSTRA ZA TO, JAKIE MASZ W NIM ODBICIE. - To do każdego. 

To tylko sen samoświadomości.

Niegrzecznie jest wymagać od gandzi więcej, niż może dać. Mam na myśli to, że większość nieprzyjemności następuje przy przedawkowaniu marihuaniny (dla każdego inny próg). Sam za dzieciaka miałem takie myślenie, jak np. byłem w szkole: "aleee się zapierdolę, jak wrócę do domuuuu... tak fest się zajebę...". Sądziłem wtedy, że będzie super, jak wypalę więcej. Waliłem wiadra (co jest chorym pomysłem przy dobrym ziółku) i nic dziwnego, że działy się nieprzyjemne rzeczy. To raz, dwa, że najlepsza zajebka jest pierwsza w ciągu dnia - następne tylko przedłużają pierwszą i co najwyżej spowodują ból głowy przy zbyt dużej ilości. Poza tym znam swój organizm i wiem, kiedy już bardziej się nie zajebę, wiem kiedy dopalenie może zrobić tylko gorzej, bo lepiej nie zrobi.

Oczywiście nie neguję nikogo przeżyć - znam ludzi, co walili trzy wiadra i dopiero mieli ok, ale byłem dawno, dawno temu z jedną dziewczyną, która po zapaleniu jednego buszka (dobrego skunka) chciała, bym wzywał karetkę, bo czuła, że jej serce zaraz wyskoczy, a muzykę słyszała rozwarstwioną. 

Większość ludzi jednak przegina na własne życzenie, a potem mówią, jaka ta gandzia zła. Wypij na raz 10 litrów wody i narzekaj, że od wody się rzyga...

To tylko sen samoświadomości.

O ile uważam, żę po MJ można mieć grubą jazdę, ale chyba nie aż tak. 

Ja bym tam obstawiał, że o ile może to nie jakaś maczana to mogłaby MJ w wersji Turbo. Niby wszyscy mam swoich zaufanych kumpli, ale tak naprawdę nigdy nie będziemy wiedzieć przez ile rąk to przeszło i co, kto z tym zrobił. 

Mi też kiedyś "zaufany" podał "MJ" - to przez to swoje zaufanie całe stulecia wisiałem w jakimś pierdolonym czyśćcu (opisałem to tu nawet). Także nigdy nie wiadomo ;)

I tak zamknięty w błędnym kole - czułem się źle, bo brałem i brałem, by nie czuć się źle.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media