Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

lsd - dzień wyjęty z życiorysu

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Kwas (2x po pół kartonu), później piwo
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Luźny wiosenny dzień na łonie natury
Wiek:
25 lat
Doświadczenie:
Cannabis, Grzyby, Szałwia, DOM, LSD, (inne gówna)

lsd - dzień wyjęty z życiorysu

Siódma rano. Na przystanku kolejowym wycyckujemy ze starym ziomkiem po połówce kartona. Nie mogę doszukać się żadnego smaku więc konkluduje że może w końcu trafił się nam kwas. Wspinamy się na okoliczne wzgórze - w międzyczasie porywisty wiatr nawiewa chmury, które zasłaniają całe niebo. Siedzimy na wzgórzu - gadka szmatka - śmiechawka. TO jest DOBRE - tak jak mówił "sprzedawca". Złocista energia rozgrzewa moje ciało - lekko pobudza i wprawia w doskonały nastrój. Mija pół godziny. Ponieważ dawka śmierdzi mi malizną - myślę tylko o tym, żeby dorzucić. Po krótkiej wędrówce znajdujemy dogodne miejsce: polankę z bajecznym widokiem na góry i zielonkawe oczko wodne. Cieknie nam z nosów - symulacja grypy. Ssiemy kolejną połówkę. Kwasik się rozkręca. Wchodzimy do lasu, szukając osłony przed wichrem. Znajdujemy nieckę na zboczu góry i tam dopada nas pierwsza fala. Kumpel leży martwo pośród suchego przegniłego listowia ja zajmuję pozycje pod drzewem - zamykam oczy i momentalnie rozpływam się w rozkosznym cieple. Z rzadka wymieniamy opinie - nie ma sensu marnować czasu na drętwe pogaduchy. Na szczęście wieloletnich kompanów nie krępuje cisza. Tripuj w samotności a nic nie rozproszy twej kontemplacji - potęga ludzkiego ciała, piękno lasu, czerwone pająki na pniu drzewa, zawodzący wiatr jak oddech gniewnego boga. Nie ma nic gorszego od marudzenia w czasie tripu. Kiedy otwieram oczy poszycie lasu ożywa - powyginane twarze, pełzające wzory nie ciekawią mnie specjalnie. Zamykam oczy i zapadam się w nieskończoności własnego umysłu. Pojawiają się przerażające wizje - padlina, krew, atakujące pająki - cały czas mając przejrzystą świadomość że to tylko wytwory umysłu wybucham śmiechem. Rozmawiamy przez chwile o przemijaniu - nasze ciała ulegają rozkładowi i gniciu począwszy od narodzin – toż to żart śmieci. Pierwsza fala mija.

Postanawiamy zmienić miejsce i wspinamy się wyżej po zalesionym zboczu. tym razem siadamy po turecku na pniakach - przychodzi kolejna fala rozkoszy - wydaje mi się że trwam w tej pozycji od nieskończenie dawna - jestem niewzruszony, jak drzewo. Niesłychanie kolorowe, świetlne wizje pod powiekami leją się strumieniami – elektroniczny miszmasz. Momentami powracam, żeby rozkoszować się miękkim ciepłem - katharsis. Fala gorąca uderza w moją twarz - otwieram oczy i uświadamiam sobie że szalejący wiatr rozwiewa chmury dając przestrzeń wiosennym promieniom słońca. Gra cieni ożywia las. Boska iluminacja wydobywa z letargu drzewa, skały, igliwie - podświetla chmury – nadaje niebu głęboki odcień zapamiętany z dzieciństwa. Znów wstajemy, zamieniamy kilka zdań podczas wspinaczki na szczyt. Rozpościera się stąd wspaniały widok o promieniu 50 kilometrów. Czuje się jak gigant spoglądający na kraj liliputów. Czy można opisać tysiąc kilometrów kwadratowych najeżonych bogactwem mikroskopijnych szczegółów? Długo w milczeniu kontemplujemy tan wspaniały widok.

Czujemy się zgrzybieni – w istocie LSD można śmiało porównać do łysiczek. Grzyby są może bardziej nieokiełznane. Na chwile opuszczam kompana gdyż dzwoni jego dziewczyna. Wchodzę w sosnowy młodnik - podmuchy wiatru niosą niesamowite zapachy. Postanawiam się odlać i ze zdumieniem odkrywam że jestem jakby oddzielony od własnego ciała. Sikam ale nie mogę powiedzieć że ja to robię. Strumień moczu wylatuje z jakiegoś obcego ciała którego chwilowo doświadczam. Docieram na rozdroże. W oczekiwaniu na towarzysza postanawiam coś przekąsić. Zatapiam zęby w soczystym jabłku - sok spływa mi po brodzie. Pojawia się kumpel. Przez chwilę nie możemy się zdecydować co robić dalej. Rozmawiamy o wolności. Podążając już teraz regularnym szlakiem odnajdujemy górska polanę porośniętą suchą trawą. Kładziemy się na tym miękkim łożu, wiatr przestaje wiać, jest gorąco. To jest to o czym marzyliśmy od rana. Wtulony w trawę, daję się ponieść fraktalnej grze cumulusów. Kiedy patrzę bezpośrednio w słońce, odkrywam że tarcza słoneczna jest czarna jak podczas zaćmienia - widzę tylko świetliste halo. Kiedy poruszam głową słońce zaczyna razić ale kiedy tylko skupiam na nim wzrok pojawia się zasłona. Przeszkadza mi trochę zdrętwiała szczęka. Kanapki które zjadłem jakby nie chcą się trawić. Kwas powoli zaczyna schodzić. Rozpoczynamy długą rozmowę o życiu, chodź formułowanie zdań przynosi niecodzienną trudność. Czasami gubiąc się w wywodach następują momenty milczenia które zdaje się bardziej wymowne niż słowa.

Postanawiamy zejść do miasteczka. Po drodze spotykamy rosnące poziomo drzewo. balansując na konarze, spostrzegam ze kwas czaruje jeszcze całkiem mocno. Wychodzimy z lasu - kompan ucina sobie krótką drzemkę na łące, a ja czuję już lekkie zmęczenie, tym bardziej, że mój umysł wszedł w ślepą uliczkę męczących konkluzji odbytej uprzednio rozmowy. Pragnę coś powiedzieć, ale nie mogę pokonać wewnętrznych blokad. Męczą mnie myśli. Czuję, że jestem w ślepej uliczce. Jest już późne popołudnie, ale dopiero w miejskim młynie dociera do nas, że kwas tak łatwo nie odpuści. Przedmieścia wyglądają jak nędzne indyjskie zaułki – wszędzie rdza, nieład i śmieci. Dziecko biegnące naprzeciw staruszce łakomie przetrząsa reklamówkę w poszukiwaniu słodyczy. Cukierki spadają na ulicę. Nastrój beztroskiego zagubienia jak przy podróży autostopem. Mijamy torowiska – młode dziewczyny robią sobie fotki na tle bazgrołów na murze. Peszą się kiedy spostrzegają, że je obserwuję. Błądzimy wąskimi ulicami bez chodników uskakując przed samochodami. Na ławce w parku przyglądamy się spacerującym ludziom - wydają się całkiem zwierzęcy pod płaszczykiem eleganckich strojów i wystudiowanych gestów. Tylko malutkie dzieci potrafią patrzeć w oczy bez uprzedzeń.

Dzień kończymy popijając zimne piwko w nudnych pubach, choć po całodniowym marszu nie przystajemy do nażelowanej klienteli. Nie przejmujemy się tym zbytnio. Dopiero piwo odblokowało we mnie zaporę niewypowiedzialnego do której dotarłem na kwasie...

Gwiazdy tej nocy wydają się bliższe niż zwykle. Po kwasie został tylko lekki energetyczny zator w klatce piersiowej.

LSD to subtelny specyfik - w każdym momencie podróży miałem dostęp do normalnej świadomości z której w razie potrzeby mógłbym skorzystać - może właśnie dlatego czułem po wszystkim lekki niedosyt. Przez kilka kolejnych nocy spadła też jakość snów. Nie ma co narzekać - kwaśne rarytasy nie wpadają w ręce za często a jest to rozkosz w najczystszej postaci. Polecam kuwa!

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
25 lat
Set and setting: 
Luźny wiosenny dzień na łonie natury
Ocena: 
Doświadczenie: 
Cannabis, Grzyby, Szałwia, DOM, LSD, (inne gówna)
Dawkowanie: 
Kwas (2x po pół kartonu), później piwo

Odpowiedzi

Kolejny TR o prawdziwym LSD. Przyjemnie się czytało, aż poczułem się trochę psychodelicznie. Kinderćpuny, dyslektycy i analfabeci - to właśnie takich tripraportów nam trzeba.

Dzięki za piękny opis podróży. Moja mizantropia zmalała o jakieś 2-3%. ;) O właśnie tu chodzi. Nam, czyli nam...,boskiej molekułce , czyli LSD, i drogiemu Albertowi, nie pomijając niezastąpionego Szulgina! Pięknie! Aloha! Pozdrawiam Autora i mojego Przedmówcę!

Kometa

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media