Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

czynnik szczęścia

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Etanol - kilkanaście piw
LSD-25 - 15-20 µg
MDMA - 400-500 mg
N2O - ok. 20 nabojów
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pozytywne, chęć wyszalenia się po okresie lockdown'u
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
MDMA - 7 razy
LSD - 2 razy
N2O - kilkadziesiąt razy

czynnik szczęścia

Szczęście, uczucie do którego wielu w życiu dąży, ale nie każdy wie jak to osiągnąć. Zastanawiali się nad tym artyści, filozofowie, naukowcy i ja. Czy szczęście to jest to na co pracuje się całe życie, czy jest ono wywołane przez konkretne okoliczności. Odpowiedź na pewno nie jest jednoznaczna i u każdego jest inna, ale ja chcę się dowiedzieć co w moim przypadku ono oznacza i w tym raporcie chciałbym wam to przedstawić.

Poznań, miasto które w moim sercu kojarzy się z imprezami, szaleństwem i cudownymi wspomnieniami. Na chwilę przed letnią sesją udaję się do swojego przyjaciela I., aby przeżyć kilka dni razem ze sobą i z różnymi dodatkami. 

 

DZIEŃ PIERWSZY

Po przybyciu w godzinach popołudniowych długo nie czekamy, aby jebnąć gazik. Legalny narkotyk który coraz bardziej opanowałem, cudowna faza, która jest tak łatwa i intensywna, ale niestety tak krótka. Przez weekend mam ochotę jej spróbować w różnych miksach. Udajemy się na bulwary, aby poczuć po okresie pandemii powiew lata. Jest to środa, dzień przed Bożym Ciałem, chmara ludzi aktywnie i towarzysko spędzających czas nas zaskakuje. Kilka tysięcy ludzi pije piwko, grilluje, leżakuje nad Wartą. Spotykamy się z R. i palimy blanta i czekamy na efekty. 20 m od nas jest ogromna spina, jeden koleś idzie na ustawkę z innym kolesiem. Podczas wchodzenia w tripa zastanawiamy się, o co chodzi tym kilku osobom. Dlaczego jeden drugiego bije pośród kilkuset osób, sprawia mu fizyczny i psychiczny ból. Czy powinniśmy interweniować? Czy przemoc jest rozwiązaniem konfliktu. Co sprawiło, że tak negatywne emocje wystąpiły między tym dwojgiem ludzi. Obserwując tą potyczkę mamy rozkminy na naukowe podłoże emocji i innych spraw które nas ciekawią. Jakie umiejętności definiują kogoś jako osobę wykształcona, czy uzyskanie dyplomu = bycie wykształconym i światłym i jak my byśmy się z pewną wiedzą zachowali. Czy wiedza jest darem czy ciężarem? Prości ludzie są szczęśliwsi, gdyż nie znają tylu rzeczy które mogłyby sprawić im przykrość. Poruszamy nasze zainteresowania, co chcemy dać światu i czego chcemy dowiedzieć się od świata który jest tajemniczym i fascynującym miejscem. Dlaczego chociażby substancja taka jak THC sprawia, że nasz umysł otwiera się na nowe rzeczy, tak jak w tamtym momencie.

Po spędzeniu czasu czujemy, że musimy się przejść i zmienić miejsce. Udajemy się na Kontenery. Jedyny chyba bar wzdłuż bulwarów. Zmierzając tam palimy super-lighty i zastanawiamy się nad podłożem uzależnienia. Czy uzależnienie wynika z fizycznej potrzeby danej substancji czy z potrzeby czynności którą wykonujemy, tak jak w tym przypadku palenie papierosa nie dla marnej ilości nikotyny, a dla samej czynności i wychillowania się na moment. Docieramy na Kontenery i znajdujemy miejsce i nabijamy waporyzator zielonym krzakiem. O jejku. Jakie to jest cudowne. Waporyzator wyciąga najlepszą esencje z marihuany. Spaliliśmy na trzech dawkę która na dwie osoby to za mało, a my weszliśmy w taki stan upalenia, że nie potrafimy ogarnąć rzeczywistości. Kupienie piwa czy odpowiedzenie na zaczepiające nas dziewczyny jest trudna i wręcz niemożliwa. Odnalezienie toalety jest jak błąkanie się po labiryncie mimo, że znajduje się 10 m od naszego stolika. 

Wtedy rozmyślam, jak czuje się cudownie po narkotykach. Jak chciałbym przekazać innym osobom jak świat jest piękny, jak innym bym chciał przekazać co sam mam do zaoferowania poprzez swoją osobę lub poprzez inne substancję. Po totalnym spizganiu, gdzie trzech typów siedzi przy stoliku i się nie odzywa do siebie stwierdzamy, że przejdziemy się po mieście. W tamtym momencie w głowie mam ciągle muzykę z mema Wide Putin Walking a konkretnie Song for Denise. Spacerując przez te 2 godziny chodzę jak putin w filmie i rozmyślam, jak życie i to jak postrzegam świat który jest cudowny po narkotykach, jaki czuje się szczęśliwy. Świat jest taki bardziej, po prostu. Chłonę go całym sobą. Po przejściu kilkunastu km siadamy na cyplu przy starorzeczu Warty. Jesteśmy przy centrum, a mamy absolutną ciszę, kontakt z naturą i nas samych. Pół godziny wytchnienia i wewnętrznego spokoju. Czuję jakby minęła cała noc a jest dopiero 23. Stwierdzamy, że dzisiaj dzień dla nas się kończy ponieważ, to przystawka do dnia jutrzejszego.

DZIEŃ DRUGI

 

Budzimy się około 11. I. częstuje mnie nabitą lufą, odmawiam początkowo, ale stwierdzam ostatecznie, że ten weekend to ma być co zapamiętam na długo. Troszkę zjarani walimy gazik, faza jest dłuższa intensywniejsza. Coś jak lsd-light, na tyle mocno, że jestem w innym świecie przez 2 minuty, ale nie na tyle, abym się w tym wszystkim pogubił. Po ogarnięciu udajemy się na park na grunwaldzie gdzie mamy się spotkać z R. i zagrać w ping-ponga. Absorbuje dalej Poznań poprzez rysowanie w swojej głowy mapy tego miasta i poznawania go od strony architektoniczno-urbanistycznej. Jesteśmy za wcześnie, stwierdzamy, że zjemy sobie coś, wprawdzie lepiej zjeść jak wejdzie gastro, ale nie mieliśmy co zrobić z czasem. Kiedy przybywa R. zastanawiamy gdzie bez przypału można spalić gibona, w miejscu gdzie przychodzą emeryci, czy rodziny z dziećmi odpocząć. Paląc go uświadamiamy sobie w jak przytulnym miejscu jesteśmy. Teren zielony pomiędzy modernistyczną architekturą. 

Zaczynamy grać, najpierw na rozgrzewkę odbijamy sobie między I. piłeczkę, czuje jak zamiast dopaminy która odpowiada za moją motorykę, pałeczkę przejmuje THC. Czuję się jak bohater gry który w dowolnym momencie może zmieniać statystyki postaci. Raz pakuję całą moc w siłę, raz w zręczność, czy zwinność. Czuję jak inaczej absorbuję tą grę i jaki jest mój inny styl. Jako osoba zawsze słaba fizycznie, czuję się jak mistrz świata. Chłonę grę i to miejsce całym sobą. Kiedy chłopaki zaczynają grać między sobą, a ja jestem widzem, zaczynam słyszeć śpiew ptaków. Dostrzegam intensywność roślinności między którą się znajduję. Czuje się jakbym przebywał w amazońskiej dżungli pośród której wyrosły betonowe bloki. Słyszę dzikie ptaki, przechodzące psy przypominają mi dzikie zwierzęta których domem jest las. W głowie gra mi piosenka która idealnie oddaje klimat tamtego momentu. Betonowy las The Dumplings. Czuje się cudownie, nigdy sport nie sprawiał mi takiej przyjemności. Czas płynie wolno, przez co mogę lepiej absorbować rzeczywistość. Niezwykłe jest dla mnie, że na trzeźwo czy na co dzień nie dostrzegam tylu detali w miejscach które mijam. Czuje jakby upłynęło całe popołudnie, a minęły zaledwie 2 godziny.

Stwierdzamy, że wracamy do domu, bo czeka nas kolacja w postaci innej substancji. Przechodzimy przez Park Wilsona. Przepiękny park pośród kamienic Łazarza. Betonowa dżungla która przytłacza masywnością i zdobieniami kontra spokój i naturalność. To wtedy jako mieszczuch dostrzegam cudowność parków. Uświadamiam sobie, że szybko żyjąc w mieście, czasami warto się zatrzymać i docenić to co mamy obok. Jeszcze wrócimy tutaj, ale nie uprzedzajmy faktów. Wracamy do domu do którego mamy kilkaset m. 

 

Zarzucamy po jednym A.C.A.B, niestety nie wiem ile ona miała, gdyż nie znalazłem informacji w necie o niej, ale słaba nie była. Siedzimy i czekamy na efekty. To jest najgorsze w braniu emki. Oczekiwanie. Ale ten moment nastaje. Ciało staje się lżejsze, delikatniejsze, a samo życie? Piękniejsze. Niesamowite z jaką łatwością rozmawiamy na to z czego jesteśmy dumni, w tamtym momencie realnie mogę poczuć się dumny z własnej osoby. Jak prawie nigdy. Postanawiam wziąć prysznic, gdyż słyszałem, że jest to ciągły orgazm. Niestety, srogo zawiodłem się. Było ok. Nic więcej, to nie pierwszy zawód tego wieczoru. Rozmawiamy co udało nam się w życiu. I. proponuje aby wybrać się znowu do Parku Wilsona, troszeczkę przerażony ostatecznie się zgadzam, mimo, że wiem jak wyglądam. Udajemy się i widzę ten piękny park jeszcze piękniejszym. Dostrzegam jak cudowna jest natura, jak architekci i urbaniści projektując go się postarali. Siadamy na muszli i rozmawiamy dalej o pięknie tego świata. Widzimy cały park z daleka i zachód słońca na przeciwko nas. Spełnienie marzeń po prostu. Cudowne jak w tamtym momencie świat jest po prostu idealny, czujemy to całymi sobą. Niestety czujemy jak zeszła z nas ta magia, a park opustoszał. Wracamy jak najszybciej, aby zrobić dorzutkę. Dostrzegamy jednak… że park jest zamknięty, a nas zamknęli w nim. Dostrzegamy dwoje ludzi którzy próbują przeskoczyć ogrodzenie. Ta prosta, lekko patologiczna para pyta nas czy im pomożemy. Ja wiedząc jak totalnie jestesmy wystrzeleni zbywam temat ponieważ nie chciałbym w takim stanie mieć konfrontację z ochroną lub ewentualną policja. I. natomiast zgadza się im ostatecznie pomóc. Mężczyzna jest mu dozgonnie wdzięczny, że pomógł jego kobiecie, powtarza to w kółko i zaprasza na piwo, lub inny alkohol. I. odmawia ale przyjmuje podziękowania. Jest dumny z siebie bo mógł pomóc innym.

Wracamy do mieszkania, spotykamy współlokatorkę. Komentarz “widzę, że się dobrze bawicie” wystarcza, aby stwierdzić, że jestesmy wystrzeleni jak messerschmit. Zawsze dojadałem na peaku, ale tym razem chciałem sprawdzić jak będzie jak jest już dawno po fazie. Po zjedzeniu idę do łazienki. Jestem totalnie zaćpany. Zespół serotoninowy totalnie; drgawki, szczękościsk, hipertermia, mioklonie, pogorszenie wzroku. Nabijamy syfon i balony gazikiem. Aplikuje gaz i film mi się urywa. Powtarzam kilka razy czynność i to samo. Do teraz nie potrafię powiedzieć jaka była faza w postaci mixu MDMA i N2O. Totalna pustka.  Wracam do I. proponuje on aby wyjść i zapalić bakę na zewnątrz. Emka lubi ciepło, wyjście na zewnątrz nie sprawia że czuje się lepiej, na dodatek ubrałem bluzę tył na przód. Brawo ja, wcale to nie przykuje uwagi na dwóch wystrzelonych typów. Spalamy i wracamy do domu. Zioło totalnie zbiło mi fazę. Nie mam ochoty rozmawiać, czuje sie z tym źle. Chciałem tyle tematów poruszyć z przyjacielem, ale nie mam ochoty nawet słuchać. Nawet nie jestem w rozmowie z samym sobą. Po prostu momentalna pustka w głowie i w działaniu. Najgorszy miks jaki miałem który i tak można obiektywnie nazwać neutralnym. Zmarnowany potencjał wieczoru, czego żałuję mocno. I. natomiast faza bardzo się podobała i bawił się dobrze. Próbujemy zasnąć, ponieważ jutro jest kolejny dzień.

DZIEŃ TRZECI

Sen po emce jak to sen po emce, ciężki fizycznie i psychicznie. Efekty ćpania są dostrzegalne. Nie poprzestajemy na tym i spalamy blanta aby ograniczyć negatywy zjazdu. Mamy ochotę dojrzale spędzić popołudnie, spacer po starówce i obiad na rynku. Wtedy czuję, też jak robię dojrzałą jak na siebie rzecz. Zamiast siedzieć w domu przy kompie i opierdalać się, spędzam czas z bliską mi osobą w miejscu które normalnie bym mijał. Mimo, że na trzeźwo jest to rzecz dla mnie miła to wtedy jest po prostu ok. Wracamy do domu. Na wieczór mamy udać się na Nocny Targ Towarzyski. Robimy bifor ekipą z mieszkania, piwko, papierosek, blant i gwóźdź programu. Mikrodawka LSD. Cudowna rzecz. Strzelam shota zawierającego kilkanaście mikrogramów tej kwaśnej wódki. Czekając dostrzegam pustkę, każdy kogoś ma, ja mam substancje które w siebie zaaplikowałem. Udajemy się tam gdzie planowaliśmy. Czuje się znowu szczęśliwy. Absorbuje wieczór Poznania i cudowność tego miasta. Nagle jedna z dziewczyn zaczyna prowadzić ze mną rozmowę, jest to dla mnie o tyle dziwne, ponieważ od wieków żadna z nich nie przejawiała zainteresowania moją osobą. Rozmowa jest satysfakcjonująca, kogoś obcego interesuje moja osoba, tym kim jestem, jaki jestem normalnie, co siedzi w mojej głowie. Alkohol dodaje pewności siebie, a marihuana otwiera umysł. 

W końcu dotarliśmy, niesamowite jak w środku pandemii multum ludzi (w tym my) postanawia spędzić piątkowy wieczór pośród innych ludzi. Postanawiamy usiąść w części w której mieści się stara hala kolejowa, pijemy piwko między zaparkowanymi pociągami. Zaczyna wchodzić miks zioła + lsd + alko. Jestem w swoim świecie. Rozsiadam się w fotelu i czuje się nieziemsko. Nie istnieją problemy. Wiele rzeczy da się ogarnąć, tylko wystarczy chcieć. Zastanawiam się ile z tego co myślałem przez ten pobyt zostanie ze mną. Tamten czas to był moment wyjścia poza strefę komfortu w kwestii uczuć. Stojąc w miejscu życie przelatuje przez palce. Nie wykonując ruchu, będę się zawsze obwiniać, “co by było gdyby?”. Podejmując decyzję, można zyskać i oczywiście stracić. Jednakże nawet odnosząc porażkę, można wyciągnąć cenne doświadczenie, które może się przerodzić w sukces w przyszłości. Jestem totalnie odrealniony, zapatruje się cały czas w lampę, co musi wyglądać komicznie i żałośnie jednocześnie. Czas mija na wędrowaniu po własnym umyśle, nie ma w tym momencie, żadnych problemów, żadnego bólu który występuje podczas normalnego dnia z którym muszę się mierzyć. Narkotyki są cudowne.

Inni stwierdzają, że nic tu po nas i idziemy przejść się po mieście. Oni przechadzają się między sobą, ja kawałek za nimi w tyle. Tak naprawdę spaceruje z samym sobą. Szczęśliwym chociaż przez moment dopóki narkotyki trzymają mnie w ryzach. Rozmyślam, co to znaczy być szczęśliwym, jak różne osoby to osiągają i co jest receptą na to. Wtedy też następują prześwity z trzeźwości. Nie chce tam wracać, chce się cieszyć chwilą. Nadal w głowie mam piosenkę z chodzącym putinem. Kroczę przez miasto i czuje się jak bóg i cesarz rosji. Jako osoba która zawsze interesowała się polityką, zastanawiam się czy to nie jest droga którą powinienem wybrać. Możliwe, że byłaby to recepta dla mnie. Bezwzględność i władza mogłaby sprawić abym poczuł się dobrze. Rozciągająca czas marihuana, a mikrodawka wyciągająca esencje w połączeniu z czynnością zwiedzania miasta powoduje absolutne spełnienie, lecz wszystko co dobre zawsze się kiedyś kończy. Rozstajemy się z coraz to kolejnymi znajomymi a my wracamy do domu. Miasto budzi się do życia, a ja przypominam sobie budzący się Poznań kilka miesięcy wcześniej po tripie na kwasie. Będą z tego fajne wspomnienia i być może właśnie w taki sposób wam je przedstawiam. Należy kłaść się spać.

DZIEŃ CZWARTY

Budzimy się koło południa. To mój ostatni dzień pobytu. Klasycznie z rana I. częstuje mnie nabitą lufą. Buch i po sprawie. Z jednej strony się cieszę, że przeżyłem takie cudowne chwile, ale jednocześnie mi smutno, że trzeba wrócić do rzeczywistości. Zastanawiam się czy spróbować DXM, akurat miałem wolne mieszkanie u siebie. Jednakże mam w głowie głos, że być może to już za dużo dla mojego organizmu. Psychika chce tego, ale wiem, że mam obowiązki. Wracając pociągiem, zastanawiam się nad pytaniem które postawiłem we wstępie. Co sprawia, że człowiek czuje się dobrze, czy jest to co buduje on przez swoje całe życie, czy być może konkretne epizody z jego życia, tak jak opisałem to w tym raporcie. Nie potrafię do dziś na to pytanie odpowiedzieć, a moja przygoda kończy się kiedy otwieram mieszkanie. Puste, bez życia i ja sam. Wracam do codzienności.

Ocena: 

Odpowiedzi

To combo jest takie mocnarne, że szok. Obojętnie w jakim momencie walę balonik to faza jakby mi kilka piguł na raz wchodziło. Świetna sprawa %-D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media