Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kwastrzyn nad odrą

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Raziel 150 mikro.
Ja 200 mikro.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Kostrzyn, Woodstock, pole namiotowe w lesie, odgłosy ze sceny. Podróż z przyjacielem.
Wiek:
26 lat

kwastrzyn nad odrą

NINIEJSZY TEKST ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU

NINIEJSZY TEKST, NIE MA NA CELU OBRAŻANIE OSÓB TRZECICH, LECZ JEST JEDYNIE SPISEM WYDARZEŃ W ODMIENNYM STANIE ŚWIADOMOŚCI.

Niniejszy raport, to opis przeżycia na LSD. Niestety samo zdarzenie nie było nagrywane, więc opis nie będzie dokładny oraz sam raport nie tak długi jakbym chciał.

Jednak postanowiłem go napisać i tu umieścić ZAPRASZAM DO CZYTANIA, KRYTYCZNEGO KOMENTOWANIA, DYSKUSJI.

Jest sierpień 2017 rok. Ja i Raziel, mój towarzysz, który już występował na tej stronie, jako autor raportów, wybraliśmy się na Woodstock. Zaopatrzeni w namiot, śpiwory, jakieś jedzenie i dwa kartony o dawkach odpowiednio 150 oraz 200 mikro. Ja miałem zamiar przyjąć 200, a Raziel 150 i tak też się później stało. Na festiwalu byliśmy na drugi dzień od jego rozpoczęcia, gdyż Raziel miał pracę i nie chciał się z niej zwalniać. Muszę tu jeszcze nadmienić, że był to nasz pierwszy Woodstock. No cóż, jakoś tak wyszło, że albo nie mieliśmy czasu, albo coś wypadało nam w te dni i nie było okazji jechać.

Nie dość, że pierwszy Woodstock w życiu, to jeszcze na kwasie hehe. Nasz pociąg dojechał z jakimś 40 minutowym opóźnieniem. Pogoda była w sam raz. Słońca nie było zbyt wiele, ale nie padało i było względnie ciepło. Po wyjściu z pociągu byłem podekscytowany i pobudzony, dlatego że jeszcze w pociągu wypiliśmy dość mocne yerba mate. Ludzie byli bardzo pozytywni, nakierowali nas jak mamy dotrzeć na miejsce festiwalu i dotarliśmy po dłuższym spacerze.

Po dotarciu na miejsce trzeba było ogarnąć miejscówkę na obozowisko kwasowiczów. Oczywiście padło na las, nie opodal jednej ze scen. Miejsce było idealne, nie wielu innych obozowiczów dookoła. Dodatkowo w związku z tym, ze było to miejsce nie daleko sceny docierały do nas basy i inne dźwięki z głośników estradowych. [Ten fakt odegra późnej dużą rolę].

Otoczeni drzewami i dźwiękami Woodstocku zabraliśmy się za rozkładanie namiotu. I tu ja myślałem, że Raziel obczajał wcześniej, jak się ten namiot rozkłada, ponieważ pożyczył go od koleżanki z pracy. Okazało się, że nie obczajał i mieliśmy problemy z rozłożeniem trzyosobowego namiotu :D No cóż....:) Raziel poszedł kogoś poprosić o małą pomoc. Przyszedł z jednym bardzo w porządku ziomkiem, (pozdrawiam, jeśli to czytasz, z tego co pamiętam miałeś kitkę i byłeś bez koszulki oraz trafnie stwierdziłeś, że akcja rozkładania namiotu "jest prosta, jak pierdolenie....." Po rozłożeniu namiotu życzyłeś nam dobrej zabawy). Zabawa była naprawdę dobra.

Po rozłożeniu namiotu i ogarnięciu się oraz zaplanowaniu i utwierdzeniu się, że dziś zarzucamy kwasiory, poszliśmy w teren. Do sklepu po koszulki festiwalowe i japonki, gdyż takowych nie mieliśmy. Potem ruszyliśmy do naszego Polskiego potentata spożywczo-drogeryjnego, czyli Biedronki po jakieś jedzenie na tripa i nie tylko.

Dobrze, przejdźmy bliżej do sedna - wróciliśmy z powrotem do namiotu i BANG BANG! Ja 200 mikro, Raziel 150. Od razu przy wyjściu z namiotu mieliśmy przed sobą drzewa. Nie pamiętam niestety, o czym dokładnie rozmawialiśmy. Samego Hoffmana zapodaliśmy około 16:00. Pamiętam dialog w stylu;

- Łooo no będzie faza, pierwszy Woodstock i to na kwasie - powiedziałem.

- Ale my Mareczku jesteśmy na tyle ogarnięci, że możemy sobie pozwolić na wspólne tripowanie, także spokojnie - zapewniał mnie Raziel.

Rzeczywiście wierzyłem, że tak jest. Trochę dalej od naszego namiotu stał inny, żółto-niebieski. Śmialiśmy się z Razielem, że to namiot z Ikei :) Zaczęły się śmieszki heheszki i faza powoli ruszała po szynach ospale i kręciło się koło za kołem :) Ultra intensyfikacja kolorów, widzenie szerokokątne w jakości Full Ultra HD na fali.

Ja na tym tripie, chciałem skupić się na uzyskaniu tak upragnionych CEV-ów, których za pierwszym razem nie miałem okazji doświadczyć. Wyjaśnienie - [Trip dział się w czasie późniejszym niż mój pierwszy raz na LSD, który opisałem w raporcie pt. "Zapiekanka". Nie miałem przez to okazji skorzystać z porady Szanownego t.rydzyka odnośnie uzyskania CEV-ów. Sam jedynie domniemałem, że muszę się na nich skupić].

Miałem w palnie zasłuchać się w muzyce i oddać CEV-om. Jednak mój plan nie został do końca zrealizowany, ale o tym zaraz. Faza wkręcała się coraz bardziej. Muzyka zaczęła się zmieniać nie do poznania. Wtedy dopiero pojąłem, jak mało uwagi poświęciłem muzyce na swym pierwszym tripie. Nie pamiętam, jaki zespół akurat grał. Do naszego namiotu dochodziły wibracje basu. Odczuwałem to tak, że kiedy bas do nas dochodził, to najpierw uderzał w namiot a potem we mnie. Kiedy ten potężny bas uderzał w moje ciało, rozpadałem się na miliardy drgających komórek rozdartych soniczną falą dźwiękową, ale jednak mogących odczuwać siebie nawzajem. Naprawdę niesamowite uczucie.

Spróbuję to zobrazować. To tak jakby fala dźwiękowa była chmarą malutkich mikronowych igiełek wbijających się w każdą wolną przestrzeń między komórkami. Po wbiciu się te igiełki, jak gdyby uczepiały się każdej komórki i nią potrząsały. Dodatkowo falowanie przybierało na silę. OEV-y były wspaniałe. Mini pulsujące tornada na niebie, które widzę już po raz kolejny, gdyż na pierwszym tripie wyglądały prawie dokładnie tak samo. Piękne zielone drzewa tańczące i kłaniające się nam w pas. Dodatkowo kiedy wpatrywałem się w nie dużej, przybierały formę dinozaurów i drapieżnych zwierząt. Pamiętam, że jedne przypominały mi triceratopsa, a inne niedźwiedzie i jaguary.

W pewnym momencie postanowiłem się położyć i oddać próbie odkrycia CEV-ów. Położyłem się i zamknąłem oczy. Natomiast faza rosła w siłę i rosła. W namiocie nie mieliśmy materacy tylko śpiwory i ewentualnie cichy pod dupska. Ja leżałem tylko na śpiworze, a w pewnym momencie praktycznie na gołej ziemi. To spotęgowało efekt falowania. Miałem wrażenie, że cała ziemia zaczęła twardo falować. Coś w rodzaju falującego i twardego arkusza blachy.

Leżałem na plecach na twardym podłożu z zamkniętymi oczami, a muzyka, nie była już normalna, nie była muzyką. Przypominała modły prastarych szamanów odprawiających jakiś rytuał, a ja z Razielem byliśmy jego centrum. Zaraz to opiszę.

Jak już wspomniałem leżałem na plecach, powieki zaciśnięte, modły szamanów i zaczynam coś widzieć. Było to tak niewyraźne, że do tej pory zastanawiam się czy faktycznie to widziałem. Mianowicie były to małe migające punkciki, które szukały drogi do takiej jakby powierzchni z idealnie do nich dopasowanymi dziurkami. Falowanie w tym momencie nabrało takiej mocy, że czułem jak moje ciało przekształca się w tą falę. Nie czułem już kończyn, głowy, nie czułem siebie. Zniknąłem, stałem się falą LSD. Arkuszem fali. Liczyłem na to, że CEV-y będą coraz mocniejsze. Do tego muzyka przestała mieć swoją ciągłość. Tzn. normalnie dźwięki słyszymy jednym ciągiem, jeśli mają taką formę. Wtedy muzyka i dźwięki zaczęły się tak jakby rozrywać. Słyszałem je z mikro przerwami i powiązałem to z tymi punkcikami, które widziałem jako CEV-y. Miałem wrażenie, że to peak. Ale to nie był peak, jeszcze nie :)

- Marku, jak jest, w porządku - zapytał mnie chyba zatroskany Raziel, gdyż już jakąś chwilę nie rozmawialiśmy w ogóle ze sobą.

- Taaaaak - odpowiedziałem - ale moja odpowiedź zaburzyła mój stan. CEV-y zniknęły, dźwięki przestały być fragmentaryczne, chodź nadal brzmiały jak modły szamanów, ja zacząłem czuć ciało. Niestety później już nie mogłem uzyskać CEV-Ów, ale w ogóle nie miałem pretensji do Raziela. Wiedziałem, że się martwił, czy mam dobrą podróż i starał się mieć kontrolę nad sytuacją mimo swojej mocnej fazy. Efekt fali był tak mocny, że czułem jak moje wnętrzności uginają się pod wpływem fali LSD. Uczucie było nieprzyjemne, ale przyzwyczaiłem się do niego.

WSTĘP DO PEAK'U

Odzyskiwaliśmy powoli z Razielem możliwość komunikacji słownej. Ja od jakiegoś czasu odczuwałem chęć wysikania się. Pęcherz mnie cisnął niesamowicie :) Jednak nie chciałem wychodzić z namiotu. Uprzedzając pytania, nie, ostatecznie nie wysikałem się w namiocie :D O czymś rozmawialiśmy z Razielem, nie pamiętam o czym - ja nagle wypaliłem coś mniej więcej w stylu;

- Ej co Ty na to, żebym nasikał do bidonu?

- Cooooo? - zapytał rozśmieszony i zdziwiony, ale po co?

- No bo sikać mi się chcę - powiedziałem tak, jakby sikanie do bidonów w namiocie było czymś naturalnym. Jednocześnie wiedziałem, że żeby to zrobić musiałbym wylać przygotowane jeszcze w domu yerba mate i było mi trochę szkoda.

- Może po prostu wyjdźmy z namiotu i wysikajmy się w lesie? - odparł jakby normalnie R.

- Ale jak to - Zapytałem chyba zdziwiony.

- No normalnie wyjdźmy z tego namiotu i pójdźmy w las - mówił normalnie R.

- Tak? To proszę Cię kurwa bardzo, zaprezentuj kurwa jak się wychodzi z tego namiotu? - rzuciłem, bo naprawdę wiedziałem, że nie będę wstanie ujść nawet jednego kroku - eksplodowaliśmy obaj MEGA śmiechem.

- Aleś Ty to Marku powiedział - dorzucił R.

Po chwili jednak wyjście z namiotu potraktowałem jak wyzwanie. Wyszliśmy, i o matulu, co się tam działo. Zacznę od tego, ze kiedy wystawiłem głowę z namiotu, to poczułem gęstość powietrza. Jak gdyby w namiocie panowało normalne ciśnienie i powietrze było zdatne do oddychania, a poza, można je było nabierać do naczyń prawie jak wodę. Oddychanie nie sprawiało mi jednak trudności. Kolejna rzecz - kiedy stanąłem na nogach i odwróciłem głowę w kierunku namiotu, wydawał mi się naprawdę malutki. Uściślając - wydawało mi się, że nasze ciała dopasowywały się do przestrzeni. Miałem wrażenie, że namioty są naprawdę maluteńkie i my też się zmniejszyliśmy, a kiedy wyszliśmy na zewnątrz ręka jakiegoś boga nas powiększyła. Niezapomniane uczucie. Muzyka dalej była w stylu rytuału, tylko że to już nie był rytuał szamanów, a bogów. Nasze pole namiotowe wraz z innymi namiotami było w centrum, a gęste drzewa dookoła stanowiły swego rodzaju ściany wielkiego rytualnego kotła. Czułem, że nad nami krążą ręce bogów. Ręce, które mieszają energią w kotle. Dodatkowo zwróciłem uwagę, że nasz namiot znajdował się tak, jakby na malutkim wzniesieniu. Muzyka była tak naprawdę wypowiadanymi zaklęciami rytualnymi przez bogów. No i po dłuższej chwili - przynajmniej tak mi się wydawało - wyszedł Raziel. Kiedy na niego spojrzałem ujrzałem jego twarz. Miała krwiście czerwony kolor, kolor rdzennego Indianina. Kolory były nasycone tak bardzo, jakby ktoś całe otoczenie oblał farbami "Dekoral". Nie taką tam sobie zwykłą. Tylko "Dekoral - Super Ultra Ultimate Intense Max Color". Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Drzewa i trawa wydawały się tak gęste, że byłem przekonany - zgubie się i nie wrócę - cholera. Powiedziałem Razielowi żeby szedł pierwszy, bo się zgubie i nie dam rady. Szedłem zaraz za nim, praktycznie tuż przy nim i obserwowałem ten bigos kolorów. Kolorowy leśny labirynt był tak realny, że w momencie, kiedy Raziel praktycznie podprowadził mnie pod jedno drzewo, a sam zajął pozycję przy drugim stojącym jakieś 30 cm dalej, ja musiałem dotknąć drzewa. Ponieważ nie wierzyłem w jego prawdziwość. Było prawdziwe. W końcu stanąłem przy tym cholernym drzewie, teraz mogę powiedzieć, że falowało niczym flaga na wietrze. Wyciągam swój narząd i sikam. Tu kolejna niespodzianka. Mój mocz oblewał stojące pode mną krzaki, które przybrały złoty kolor. Byłem oczarowany i w ciężki szoku, poza tym, że sikanie sprawiało mi prawie orgazmiczną przyjemność. Ja skończyłem pierwszy i odwróciłem się w stronę naszego namiotu. Naprawdę nie trafił bym sam do niego przez ten labirynt. O! jak dobrze, że jest Raziel - powiedziałem sobie w myślach. Miałem wątpliwości, czy obaj trafimy. Trafiliśmy i znowu się zmniejszyliśmy. Weszliśmy w ten namiot niczym dwa orzeszki ziemne do łupinki :) Wtedy tak pomyślałem.

CHYBA JUŻ PO PEAK'U

Siedzimy sobie już w namiocie i odzyskaliśmy już w pełni zdolność komunikacji werbalnej. Razielowi z racji tego, że przyjął 150 mikro, wizuale zaczęły słabnąć. U mnie trzymały się jeszcze kurewsko dobrze. Naszą uwagę przykuła pewna para Woodstockowiczów. Układali wokół swojego mini obozowiska taką jakby zagrodę z gałęzi. Długo ich obserwowaliśmy, a ja wkręciłem sobie, że oni tak naprawdę nie istnieją. Raziel od razu zaczął sprowadzać mnie na ziemie, że na LSD nie jest możliwe widzenie czegoś, czego nie ma. Trochę było mi szkoda tego sprowadzenia na ziemię. To układanie przez nich kręgu na ziemi było tak fazowe, że pomyśleliśmy z R, iż oni też są na swojej fazie.

- Przejdźmy się do nich i zagadajmy - powiedziałem to ja albo Raziel, naprawdę nie pamiętam.

- Halo numbers - krzyknął nam mężczyzna w pewnym momencie. Raziel mu odpowiedział, a mnie to zniechęciło do zgłębiania znajomości z nimi. W końcu zostaliśmy w namiocie. Stwierdziliśmy, że - hej to jest Woodstock i oni mogą być sobie na fazie, bo czemu nie. To powiedzenie rozśmieszyło nas dogłębnie, bo rzuciliśmy to tak, jakby to był nasz co najmniej dwudziesty festiwal, a nie pierwszy. Spojrzałem się jeszcze przed siebie. Faza mi trochę osłabła. Z koron drzew przed naszym namiotem utworzyło się coś w rodzaju oka. Nazywałem to później "oko lasu". Krawędzie koron drzew zaczęły wirować, był to zielny drzewny wir. Obracał się z bardzo dużą szybkością i wciągał do siebie końcówki gałęzi. Kiedy bardziej się w niego wpatrywałem miałem wrażenie, że jest to jakiś portal. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to matka natura nas obserwuje i ochrania.

Raziel zaczął czytać na necie dokładną historię naszego Polskiego Woodstocku. W pewnym momencie bardzo niedaleko naszego namiotu pojawił się jakiś mężczyzna i nas obserwował. Przyklęknął i zapalił sobie papierosa. Raziel powiedział mi o tym i byliśmy lekko skonfundowani, że zostaliśmy wyczajeni i facet na pewno wie, że jesteśmy na ostrej fazie. R zwrócił uwagę na plakietkę kolesia. Ja pomyślałem wtedy, że to chłopak z "oddziału S". To taki jakby specjalny oddział pokojowego patrolu, który ma za zadanie wyczajać nietypowe zachowania itp.

My jednak nie robiliśmy problemu, więc bliżej nie podchodził. Razielowi OEV-y zeszły już całkowicie i zaproponował, żebyśmy się przeszli na jakiś koncert. W tym czasie "Hey" już grali. Mi wizuale jeszcze się nieźle trzymały, ale byłem zdecydowany usunąć się obecnie z naszego obozu. Wyszliśmy w stronę imprezy. W miejscu wyjścia z lasu trawa była wysoka tak mniej więcej do pasa. Ja miałem wrażenie, że to prawdziwa Sawanna heh. Po drodze minęliśmy jakichś ziomków, szybka piątka powitalna i już byliśmy na głównej drodze prowadzącej na plac ze scenami.

Dotarliśmy na dużą scenę, ale nie staliśmy na samym przedzie tylko mocno z tyłu. "Hey" kończyli koncert i gali jeden z ostatnich utworów. Ja miałem przed sobą ogromny tłum ludzi, po swojej prawej stronie ogromne drzewo, a po lewej diabelski młyn. Jurek Owsiak poprosił publiczność o to, żeby zrobiła falę dla "Hey". Coś tam jeszcze mówił, nie pamiętam co, ale w tym momencie poczułem, naprawdę nie wiem czemu - że Owsiak ukrywa w tym co mówi negatywne intencje. Nigdy nie myślałem o Woodstocku negatywnie, dlatego się dziwię.
"Hey" zapowiedzieli ostatni utwór i ludzie zaczęli śpiewać z nimi. Wtedy stojące przede mną drzewo ożyło.

- ŁOOOO - krzyknąłem - to drzewo się rozdwaja, dzieli się na dwa drzewa.

- Ja pierdole! To Ty masz jeszcze coś takiego? - zawołał zaskoczony R.

- Nooooo - odparłem. Im ludzie głośniej śpiewali, tym drzewo silniej się rozdwajało. Odebrałem to tak, że ludzie wysysali energie z tego drzewa do śpiewania. Kiedy utwór się skończył drzewo natychmiast przybrało formę obumarłego. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Było już ciemno, a ja mam problemy ze wzrokiem, jednak światło z diabelskiego młyna rzucało jakby cień na to drzewo.

Kiedy zaczęliśmy przechadzać się po między scenami festiwalu i przechodzić od jednej sceny do innej, naszły mnie przemyślenia na temat tego miejsca. Doszedłem do wniosku, że cały Woodstock to tak naprawdę "giełda zespołów". Teraz wydaje się to dziwne, ale wtedy tak właśnie myślałem. Miałem wrażenie jakby artyści występujący na scenach próbowali przyciągnąć jak największą widownie do siebie. I to w takim negatywnym sensie. W stylu "Ludzie! chodźcie na mój występ, pod moją scenę. Tamci są do niczego". Powiedziałem o tym Razielowi. On chyba stwierdził, że to ciekawa perspektywa postrzegania całego wydarzenia.

Raziel stwierdził, że czas zmienić scenę na inną, więc ruszyliśmy w stronę sceny PLAY. Po drodze natrafiliśmy na wędrujący tłum ludzi. Raziel chciał sprawdzić, jak to będzie wejść w tak duże skupisko ludzkie. Weszliśmy. I tu doznałem niesamowitych wrażeń, kwas pokazał mi raz jeszcze, że nie mogę tak szybko o nim zapomnieć. Jesteśmy w centrum tłumu - nagle przestałem odbierać muzykę. Nie wiem, czy w danym momencie wszyscy przestali grać, czy coś mi się w głowie poprzestawiało. Jednak nie słyszałem muzyki i doznałem uczucia przejęcia przez jakąś istotę, kontroli nad moim umysłem. szedłem, bo coś mi kazało iść. Zacząłem się rozglądać i poczułem, jakby cały ten tłum również został przez kogoś przejęty i zaprogramowany. Chodzący tłum, stado ludzi zaprogramowane do jakiegoś celu w jednej sekundzie. Idące jak stado zwierząt prowadzonych instynktem pierwotnym lub przez charyzmatycznego przywódcę, który przejął nad nami całkowitą kontrolę. Jak zombi, małpy mordu. Przeraziło mnie to i chciałem prawie natychmiast opuścić tą zgraję. Okazało się jednak, że scena play jest bardzo blisko. Opowiedziałem Razielowi, co czułem będąc w tej ludzkiej zlepie. On powiedział, że czuł instynkty pierwotne prawie namacalnie. Kiedy byliśmy już przy naszej docelowej scenie ogarnęła mnie chęć ponownego wejścia w skupisko ludzi, ale to już się nie powtórzyło.

Tym czasem play organizował niezłą zabawę na kwasa :) Muzyka elektroniczna okraszona wizualizacjami na wielkim ekranie. Coś niesamowitego. Wizualizacje tworzone przez organizatorów wypływały poza ekran i rozlewały się w ciemnościach. Po jakimś czasie wpatrywania się w kolory postanowiliśmy się przejść, a następnie wrócić do namiotu.

Chodziło nam się jeszcze kwaśnie, ludzie mijani po drodze wydawali się sztuczni. Niektórzy byli mocno piani i denerwujący. Czułem, że wypity przez nich alkohol rozpuszcza im mózgi i odnosiłem wrażenie, że każde wypicie alkoholu sprawia obumieranie tkanki mózgowej. Obumieranie na stałe, takie które się już nie zregeneruje. Pomyślałem jak wielką głupotą jest picie alkoholu. Na moim pierwszym tripie na LSD, pod sam jego koniec naszły mnie rozmyślania o złu, jakie przynosi ze sobą picie. Te przemyślenia w tym momencie wróciły. Doszedłem do tego, dlaczego ludzie pijący alkohol stają się alkoholikami. To ich podświadomość doprowadza do tego, że ludzie się uzależniają.

Mechanizm alkoholizmu jest następujący; Najpierw spożywamy alkohol rekreacyjnie. Po upojeniu alkoholowym stajemy się odważniejsi, pewniejsi siebie, zabawni itp. Przynajmniej tak nam się wydaje. Podświadomość ludzka zna straszną prawdę. W ogóle uznałem, że podświadomość to tak naprawdę byt posiadający własną inteligencje i zdolności poznawcze, dzięki LSD można "porozmawiać" i odkryć potrzeby swojej podświadomości. "Ona" wie, że picie jest straszne. Podczas gdy my chodzimy pijani, podświadomość widzi naszą fałszywość i krzywdę wyrządzaną przez nas ludziom. Bliskim, ukochanym, rodzinie. Widzi jak wewnętrznie gnijemy i jesteśmy obrzydliwi. Istota podświadomości w końcu zaczyna czuć złość i obrzydzenie do nas samych. Dochodzi do wniosku, że jeśli jesteśmy tak okropni to nie ma sensu żebyśmy czerpali z dobrodziejstw tego świata. Jeśli doprowadziliśmy się do takiego stanu, to już nie jesteśmy nic warci i lepiej żebyśmy się zatracili. "Pani podświadomość" chce nas zniszczyć za to, że kazaliśmy jej doświadczać złe stany alkoholowe. Działa więc w ten sposób, że gdy już jesteśmy trzeźwi to po pewnym czasie zabiera nam możliwość czerpania przyjemności dnia codziennego. Dodatkowo zaczyna zabierać nam pozytywne emocje - radość, euforię, miłość itp. i ukrywa je głęboko tak, że nie jesteśmy w stanie ich odczuwać. W końcu jesteśmy wypłukani z emocji pozytywnych i się zatracamy. To całe rozumowanie podświadomości może wydawać się dziwne, ale wtedy takie właśnie myśli mnie nachodziły.

Było jakoś po 22:00 i ludzie zaczynali nas naprawdę denerwować, postanowiliśmy wrócić do naszego namiotu, naszej oazy. Kiedy wchodziliśmy na nasze pole namiotowe, ja dalej widziałem je, jako sawanna afrykańska w pełnym rozkwicie. Trochę się obawialiśmy z Razielem, że nie trafimy do swojego namiotu, bo faza, przynajmniej u mnie była jeszcze dość mocna. Udało nam się znaleźć nasze miejsce i kiedy weszliśmy do namiotu, poczułem się znowu jak orzeszek wracający do swojej łupiny, dziwne to. Oczywiście na spaliśmy całą noc. Raziel słuchał muzyki, ja niestety nie wziąłem ze sobą słuchawek, nie wiedzieć czemu. Leżałem w namiocie i słyszałem pijanych ludzi wracających z koncertów. Irytowało mnie to, ale cóż. Kwas w pewnym momencie pokazał mi jeszcze raz swą moc. Doznałem uczucia, jakby nasz namiot był jedynym stałym punktem dryfującym w powietrzu kilometry nad ziemią. Miałem silne wrażenie, że latamy w powietrzu. Wywołało to dosłownie wyrzut euforii i dopaminy w moim mózgu.

O 09:00 rano wyszliśmy z namiotu ogarnęliśmy się i poszliśmy pod prysznic. Woda była lodowata i wywołała u nas uczucie, jakbyśmy brali taki prysznic pierwszy raz w życiu. Zupełnie nowe doświadczenie. Trip był bardzo pozytywny, jedyne czego żałuje to fakt, że większość czasu przesiedzieliśmy w namiocie.

To była moja opowieść.
Z wyrazami szacunku
/Marek Edelman - człowiek, który postanowił, że nigdy nie da się wciągnąć na drewnianą beczkę/ .

Ocena: 

Odpowiedzi

Z perspektywy czasu wydaje się, że tak mało przeżyliśmy na tym tripie a Ty to tak obszernie spisałeś. Dobra robota! Wspomnienia wróciły :)

Powiem Tobie, że mnie się wydaję to zbyt mało obszernie. Dodatkowo mam wrażenie, że opisywanie tripów straciło dla mnie trochę sens, ale może to minie :) 

Marek Edelman

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media