Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jak ponownie utknąłem w wiecznej teraźniejszości.

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
200 mcg LSD-25
Około 0.2 changi na 3
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Set: Podniecenie z powodu nadchodzącego nowego roku, pierwszy psychodeliczny sylwester w moim życiu. Dom i grupka znajomych.

Setting: Pomimo kilku wpadek owego dnia pozytywnie. Oczekiwałem mocnego rżnięcia umysłu.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Marijuana - dużo, codziennie
Tytoń - dużo, codziennie
Alkohol - raz na miesiąc, czasem rzadziej
Speed - kilka melanży, niewiele
MDMA/pixy - od raz na dwa miesiące do raz na weekend, różnie
Koko - kilkanaście razy
Mefedron - maraton dwa tygodnie i tyle
Grzyby - zjedzone dużo, kiedyś często, teraz raz na jakiś czas
Salvia - kilkanaście
Kwas - kilka
ETH-LAD - raz
kiedyś jakieś dopki
Ketamina - kilkakrotnie
LSA - raz
DMT - kilkakrotnie
2C-I - raz

jak ponownie utknąłem w wiecznej teraźniejszości.

Witam w moim drugim raporcie, noworocznym!

Trzech nas było, na kwasie: (J)a, (M)ors i (R)ak.

Dwoje ich było, na winie: (S)okół i (P)apuga

I on jeden, dropsie: (A)mbroży

 

Słowem wstępu:

R miało dzisiaj z nami nie być, ale kosmicznym zbiegiem okoliczności nie wrócił do siebie. Mieliśmy propozycję prywatnej imprezy psytrance, ale ja i M nie chcieliśmy nigdzie jechać, padło więc na dom, ewentualne wyjście na fajerwerki o 12. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać prologu - trip właściwy zaczyna się od 23:40.

 

Ahoj!

 

     Około południa - Ja, M i R idziemy do coffeeshopu zajarać jointa. R ma tytoń wymieszany z dosyć mocną changą, a że nie mamy nic innego to kręcimy tak. 2 buchy - i już czuję, że prawie jestem "tam". To samo współtowarzysze. Cały kofik pachnie palonym DMT. Leniwie pykamy, a każdy buch wciska mnie bardziej w oparcie sofy. Przypominam sobie, że ja i M walneliśmy na rozpęd koksu, a to znaczy, że changa (MAOi) jest potencjalnie niebezpieczna. Damn. Rozchodzimy się do domów żeby przygotować się na imprezę, wykąpać się po wczoraj, zjeść coś, może odespać. Po drodze czuję się osłabiony, może to changa z koksem.

Po dojściu do domu nie śpię, ledwo coś zjadam, biorę prysznic i już jest czas, zeby iść do M i R.

       Zachodzę, otwiera mi P. Wchodzę do pokoju kumpli i widzę, że obaj śpią... Ok, dam im czas do około 8 (jakieś 2 godziny). W międzyczasie odwiedzam znajomego, który odkupił ode mnie kwas i który częstował mnie rano koksem. Gadamy, gadamy, piję małe piwko, czas na mnie.

 

Wchodzę do M i R i zaczynamy omawiać wieczór - co, jak, gdzie i kiedy.

M nie czuje się na siłach na 200 kwasu, namawiamy go, ale stawia na swoim. Cóż. Jest jeszcze changa.

22:10 - Przyjmujemy kwas. Ja i R 200, M około 50.

 

     Delikatne rozmycie obrazu i poprawiony humor - pierwsze oznaki nadchodzącego tymczasowego szaleństwa. Palimy jointy, nie pamiętam czy z changą czy mieliśmy skądś zwykły tytoń. Spotykam gdzie po drodze (do kuchni może?) A, już załadował pół dropsa.

Śmiejemy się, lekko pływające otoczenie, delikatnie zniekształcone dźwięki.

 

23:40 - Przygotowujemy się do wyjścia na fajerwerki...

 

     Wychodzimy, cała ferajna, osób sześć.

Śmiechy-chichy i darmowy pokaz fajerwerków - holendrzy niesamowicie się nimi obkupują, na sylwestra nigdy nigdzie nie jeżdżę, bo wystarczy wyjść przed dom i mamy pokaz taki, jak w Polsce w większych miastach.Przychodzi pijany sąsiad z córkami - witamy się, z czym ja i R mamy małe problemy. Sąsiedzi już po chwili się zwijają.

Jeb, jeb i JEB! Bum, wziuuuuuu, ratatatatata! Wojna! Nic nie widać na odległość większą niż pięć metrów! Słyszę świst pocisków przeciwpancernych i śpiew bomb spadających na miasto. Fale uderzeniowe wciskają mnie w ścianę, chowam się. JEB! Coś wybuchło niedaleko nas, aż wszystkich odrzuciło. Jest! Z dymu wyłania się zakapturzona postać, niechybnie męska i miota granatami na wszystkie strony. To on! ON! On odpalił każdy z tych fajerwerków, organizuje całego sylwestra, dziękujmy mu! Siarkowe opary drapią w gardło, hałas narasta i razem tworzą ścianę - nieprzeniknioną ścianę chmur za którą, przy użyciu piorunów i wybuchów ognia, walczą ze sobą bogowie. Grzmot przygniata, a wizg pocisków wwierca się w czaszkę i sięga kręgosłupa. Cudownie.

     Wracamy do środka, A i P zapraszają nas do siebie do pokoju, idziemy. Sylwestrowy stół z jedzonkiem, cała ekipa i wchodzący kwas. Oglądamy filmiki z Defqon1, Tomorrowland i Qlimax. Lasery wylatują z telewizora i rykoszetują po ścianach. Patrzę na wyświetlacz, ale widzę znacznie więcej - mój wzrok nie jest skupiony i pomimo tego, że obraz jest wyraźny to na obrzeżach pola widzenia widzę pływające światła z których po jakimś czasie wyrastają fraktale. Kiedy nie ruszam głową i tylko oglądam show - myślę, ze nie jest zbyt mocno. Ale wystarczy, że spojrzę w lewo lub w prawo i widzę jak fraktalna kurtyna odsłania zwykłą rzeczywistość. R jest pewien, że te filmiki są zrobione po to żeby jebać w głowach osobom na kwasie - są zbyt idealne, ludzie się zbyt dobrze bawią, to nie może być prawda. Śmiechy-chichy, a kwas się rozkręca. Usta i oczy współtowarzyszy spływają, zmieniają wielkość i kształt, jest dziwniej.

 

     Oglądam dalej filmiki z imprez i po chwili orientuję się, że zostałem tylko z P. Gadamy chwilę i schodzę na dół. R leży na podłodze i słucha S, który rzuca hasła typu:

Russia is everywhere!

Wizard wil need 200 micrograms to Azerbejdżan.

itp. itd.

Myśli z prędkością... kwasa, zmieniające się otoczenie, więcej śmiechu.

Gadamy "kwaśnie" , ale nie pamiętam o czym.

W pewnym momencie wszystko się roztapia, jak na salvii.

- Muszę się schować! - oznajmiam, poczym czmycham na górę ogarnąć głowę.

Po drodze spotykam A - jest mocno, dorzucił jeszcze pół, a może całą? Wiem, że dorzucił. Schodzę na dół i palę jointa z changą - kilka buchów i jestem "tam".

- Znowu muszę się schować, ojojoj. - Kolejny kurs na górę, chyba sciągnąłem kalesony bo mi za gorąco było.

Schodzę na dół, ale już na schodach czuję niepokój - wszystko wygląda tak samo, jak zawsze. Wchodzę do pokoju i widzę M i R, a raczej istoty, które wyglądają jak oni.

- You're stuck in a loop - Oznajmia mi R, albo tylko mi się tak wydaje.

- Stuck in a loop? - Panikuję. Jak to, że w pętli, ja? To wszystko się powtarza? Znowu się chowam.

Spotykam R w pokoju na górze. Opieramy się o siebie a nasze umysły stapiają się w jedno - poznajmey się całkowicie, nawet bardziej.

- That's why I wanted M to also take 200 mcg. -Kiedy to mówi (a może myśli) jesteśmy jednym. W końcu się rozłączamy, a ja schodzę na dół.

R sam się zapetlił w poszukiwaniu changi - kilka kursów w dół i w górę, w końcu znalazł ją w kurtce, czego nie omieszkał mi oznajmić. Kolejny składnik mojego szaleństwa.

- Have I smoked DMT? - pytam po jakimś czasie.

- No...- odpowiada R lub M - you're smoking DMT RIGHT NOW! Hahahahah - odpowiadają mi obaj i zaczynają się śmiać. Kurwa! Znowu! Pamiętam!

    Przypomina mi się mój badtrip po salvii, w którym byłem uwięziony w wiecznej teraźniejszości - nie było czasu, tylko tu i teraz i mój mózg pojmujący wszystko, wszędzie i zawsze. A także pewność, że się stamtąd nie wydostanę, a istoty obecne przy moim "przebudzeniu" (czyli kiedy mnie klepło) będą na mnie eksperymentowały przez wieczność. Cóż, uciekłem, ale nie będę opisywał jak, nie ten raport.

     Uciekam więc na górę, schować się przed pokojem, w którym nie ma czasu a jest tylko WIECZNE TERAZ.

Ponownie schodzę na dół, już na schodach widząc brak zmian. Kurwa! Wchodzę do pokoju, a ONI z uśmiechniętymi twarzami zapewniają mnie, ze wszystko jest ok. Rzeczywistość i moja świadomość zaczynają się stabilizować, by po chwili znowu się rozpłynąć w "coś więcej". Kiedy wszystko zaczyna wyglądać normalnie -  zapominam "wszystko", uspokajam się. Kiedy zaczyna rozpływać się w teraźniejszości - znowu pojmuję, że tak naprawdę to nasza rzeczywistość to rzeczywistość psychodelików w której zostałem na zawsze po pierwszym zapaleniu salvii. Po co ja to paliłem, kurwa.

M kręci jointa, a R jednego pali.

- Do you remember? - pyta R

- I... don't... - czuję jak moja nieskończona świadomość zaczyna się kurczyć do zwykłej, ludzkiej, a cała wiedza na temat koszmaru znika wraz z nią.

- You are smoking DMT, RIGHT NOW! - M i R nowu się śmieją, a ja znowu wkraczam "tam" i wszystko sobie przypominam.

- No, not again! - uciekam.

Nagle zyskuję dostęp do wiedzy: Jestem tutaj, w wiecznej teraźniejszości bo zażyłem kwas. Za każdym razem gdy zażyję jakikolwiek psychodelik to wchodzę w ten stan, przypominam sobie, że nie istnieję, nie tak naprawdę, a tylko w wiecznej teraźniejszości a psychodeliki jem, żeby sobie o tym przypomnieć. Leczy gdy schodzą to zapominam, zapominam o strachu, grozie i uczuciu bezsilności, a moja wyboraźnia koloruje i zmienia wspomnienia  żebym znowu coś zarzucił. Wiem, że to nie pierwszy raz kiedy tam jestem, to się powtarza, raz za razem. Nigdy więcej nie zjem żadnego psychodelika, kurwa ja nie chcę, nie chcę tu być, nie chcę pamiętać, chcę wrócić do siebie, chociaż wiem, że to niemożliwe.

Schodzę do salonu z ochotą na papierosa i znowu ta sama sytuacja:

M kręci jointa a R jednego pali.

- Is.. this... - wyduszam. M i R potakująco kiwają głowami, a ja widzę jak ich twarze zaczynają spływać

- This is your infinity loop, your prison, because - R zaciąga się jointem i wydmuchuje dym - you're SMOKING DMT RIGHT NOW!

- Again!?!? - nie chcę, kurwa czemu, dlaczego ciągle to palę.

Ucieczka do kibla, po drodze spotykam A

- Kurwa, ale mam fazę - rzucam, całkowicie spokojny, jakby wejście do salonu nie robiło mi sieczki z mózgu.

- Nooo, solidnie, dorzuciłem ten kryształ jeszcze - Mocno porobiony A, zjadł 2 solidne dropsy i 180 mg MDMA.

Idę do kibla, śmieję się ze swojej sytuacji i wracam do salonu, i znowu:

M kręci jointa, a R jednego pali... shit

- You are not smoking DMT right now - mówi "R".

- DMT RIGHT NOW! - dodaje M z szatańskim uśmiechem

- NO! NOT AGAIN! - robię w tył zwrot i chcę znowu uciec do pokoju na górze, ale słyszę ich kojące głosy:

- J, don't go, wait - dochodzi mnie z salonu, więc schodzę.

- You are not smoking DMT RIGHT NOW! - mówią obaj i się śmieją, szit, spierdalam.

     Zastanawiam się nad ucieczką z domu, ale gdy nie jestem przerażony w salonie to mam na tyle przytomności umysłu, żeby tego nie zrobić. Z deszczu pod rynnę by było. A może się zabić? Eeeeee to nigdy mnie nie ciągnęło. Jebać to, idę do salonu.

- Have I smoked DMT? - pytam ponownie.

- No, you haven't - ciekawe, że mnie to nie uspokaja - because you are smoking DMT RIGHT NOW! - kurwa! Kolejny w tył zwrot, lecz słyszę jednego z nich - Wait!

- Listen to me - zaczyna R, a ja zaczynam się dziwić dlaczego zmienił swoje zachowanie -  take this (wskazuje na moje okulary leżące na stole) and put it on. It will help you to focus... - Zakładam okulary i widzę cień zadowolenia na jego twarzy. O nie kurwa! Nie wiem co chcesz mi zrobić, ale ci się nie uda. Sciągam i rzucam okulary na stół i spierdalam na górę. Eureka! Przerwę te błędne koło, wyrwę sie i moja świadomość zniknie w bezkresie teraźniejszości, tak! Ściągam bluzkę i schodzę na dół. Zapaliłbym coś.

- You're not smoking DMT RIGHT NOW - szatańskie uśmiechy, joint odpalony, joint kręcony, jak zawsze było i będzie.

Nie ucieknę, bo nie ma dokąd, te istoty to części mnie, zawsze będą na mnie czekały. Ciągły rollercoaster, od nieskończonej świadomości do zwykłej, ludzkiej. Od przerażenia, grozy, całkowitego zniszczenia do stanu lekkiego upalenia. Wdaję sie z nimi w krótką debatę, obaj próbują mi coś wyjaśnić (to, że się zapętliłem i mam badtrip, ale tego dowiedziałem się już po sprawie), ale ja jestem przebiegły! Cwany! Już mnie nie oszukają. Rzucam pytanie - to kogo mam słuchać. Obaj wskazują R, a ja zaczynam się śmiać i mówię, że nie ufam żadnemu z nich! W końcu to te istoty z "tu i teraz", chcą mi coś zrobić. Spierdalam. Chowam się w pokoju, kładę na łożku i po wieczności (albo pięciuset latach, kto to wie) schodzę na dół.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Głęboki wdech, jestem spowrotem! Kurwa, to jest piękne, mój świat! Poznaję M i R, wyglądają normalnie. Jest (na oko) jakaś godzina po ostatnim epizodzie wiecznej teraźniejszości.

- Have I...- mam czas powiedzieć tylko tyle, gdy wszystko znowu zaczyna się rozpływać, a ja wpadam w wieczną teraźniejszość

- You haven't smoked DMT, you are smoking RIGHT NOW!

- NOW!?!? NOT AGAIN!

Idę na górę, wracam, wszystko powtarza się znowu. Kurwa. Idę na górę i zostaję w pokoju, ja wejdą - zajebię. Słyszę jak ktoś wspina się po schodach i zaraz wchodzą do pokoju.

- SPIERDALAĆ! - wygrażam im palcem, bo co ja mogę.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem w salonie. Wpadam na genialny pomysł sprawdzenia czy to faza, czy jednak prawda. Gadam do R po polsku, ale on rozumie i mi odpowiada. Kurwa, to wszystko prawda!

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem w salonie, wieczna teraźniejszość. Oni, ja.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Tak! Wróciłem, jestem normalny, HAHAHA! W końcu. Na oko minęła godzina od kiedy byłem normalny poprzednio.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Wieczna teraźniejszość. Kurwa ja już nie chcę. Schodzę do salonu i...

Wszystko łączy się w logiczną całość - WSZYSCY jesteśmy mną, tylko w innym czasie. Każdy tripraport to mój własny, strzępy informacji z "tamtąd". Codziennie umieram, rodzę się, jestem raniony i leczony, jem, piję i sram. Ciągle. Zawsze. Jedyne co istnieje to wnętrze mojej głowy, a raczej wieczna teraźniejszość, w której wszystko się odbywa. Nieskończone tortury, których mam świadomość po przyjęciu psychodelików, a o których zapominam po zejściu fazy, co powoduje ponowną chęć zażycia narkotyku żeby sobie przypomnieć. I tak zawsze. R i M, którymi tak naprawdę są "istoty" to też ja, tylko w innym czasie. Ale to ja. Zawsze byłem i zawsze będę. Rozmawiam ze swoimi innymi "ja". Kiedy zażywam potężną dawkę psychodelików, dostaję się "tam", a są tam moje wszystkie tripujące "ja". Oszalałem po pierwszym psychodeliku, jestem gdzieś uwięziony i skazany na wieczny, psychiczny samogwałt. Jem żeby sobie przypomnieć, zapominam żeby znowu zjeść. Tak jest, było i będzie zawsze. Przejebane, rzekłbym.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Znowu normalny. CZY JA OSZALAŁEM?!?! Po co... Dlaczego.. Nie chcę... Już kurwa, nigdy...

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Wieczna teraźniejszość. Nie chcę już, nie chcę. Niech to się skończy, chcę zniknąć, przestać istnieć. KURWA PROSZĘ!

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem w stanie "pomiędzy". Pamiętam siebie i swoje życie, ale jednocześnie mam świadomość nieskończonej teraźniejszości. Widzę moje "ja" - R i M.

- I don't want it anymore, please... - padam na kolana i przytulam się do mojego oprawcy. Płaczę.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Trzeźwość. Czyżby ju...

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem w salonie. WIECZNA TERAŹNIEJSZOŚĆ!

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Idę przez kuchnię. Oszalałem! Hahahahaha! To jest piękne! Łzy płyną mi po twarzy, ale ledwo je zauważam, nic nie ma znaczenia.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Stan pomiędzy. Jestem w salonie. Padam na kolana przed M, on robi to samo. Jego twarz dalej wygląda jak z wiecznej teraźniejszości. Pierdolę to, chcę tylko zapomnienia. Wtulam twarz w jego kolana.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Stan pomiędzy. Widzę tylko fraktale, czuję jak ktoś głaszcze mnie po ramieniu, leże na podłodze.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Wieczna teraźniejszość. Płynna ściana fraktali przesłania mi rzeczywistość.

- It's just peak of LSD - głos R na chwilę przebija się przez moje popierdolenie i przez ułamek sekundy widzę jego pochyloną nade mną twarz.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Stan pomiędzy. Jestem w pokoju na górze. Kiedy wchodzą moi współtowarzysze wyganiam ich.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem w salonie, stan pomiedzy. Przerażony jak nigdy, pozycja płodowa i trzymam coś żywego. Nie puszczę, to moja kotwica w rzeczywistości!

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Wieczna teraźniejszość. Odsuwam się od M i R którzy się mną opiekowali. Próbują mi wytłumaczyć, że już jest ok, że to tylko faza itp. Eureka! Sprawdzę czy to faza czy to prawda!

- If it.. if... just go out living room - wychodzą. Kurwa! Nauczyli się nowej sztuczki.

Ffffllllllllśśśśśśśpp!

Jestem. Pamiętam co się działo "tam" a także wszystkie "skoki" poprzez czas i rzeczywistość. Wszystko pływa, masa fraktali, ale to już nie to. M i R widzą, że już jest lepiej. Palą jointa i chcą mnie poczęstować, ale pamiętam, że I WAS SMOKING DMT RIGHT NOW! i nie chcę. Tytoń zmieszany z changą.

 

     Rozmawiamy, opowiadają mi co się działo, jak wyglądało to wszystko z ich perspektywy i czego doświadczyli oni sami. Kolejny joint i kolejnego nie palę. Changa. Nie mam jaj.

Przypominam sobie mój najgorszy trip na salvii, szczegóły do których nie miałem dostępu przez kilka lat widzę teraz wyraźnie, jakby cały trip miał miejsce dzisiaj. Wtedy też wpadłem w wieczną teraźniejszość, ale ze względu na mój mały staż z psychodelikami i grozę która mnie dopadła moj móg zapomniał o wszystkim.

Kolejny joint. Dopiero z końcówki odważam się ściągnąć kilka buchów. Bez fajerwerków.

R wchodzi w posiadanie dwóch papierosów, więc po chwili palę już normalnego jointa. Mmmmm.

 

 

     Podsumowanie:

Cudowny trip. Oszalałem, byłem nikim, niczym, a jednocześnie wszystkim. Straciłem wszystko, na rzecz wiecznej teraźniejszości. Ale wróciłem, jestem. Odrodzony. Zapach powietrza, lekka mżawka na mojej skórze - nigdy nie były tak cudowne. Zostałem pokonany, zniszczony, poddałem się, złamałem. Pierwszy raz w życiu. A potem połączyłem się ponownie, z większą świadomością siebie i zburzonymi murami kilku rzeczy w mojej głowie. Bardziej doceniam rzeczywistość, przyjaciół. Straciłem wszystko, lecz otrzymałem o wiele więcej.

Tutaj cytat z mojego poprzedniego raportu, dosyć dobrze opisuje to co się stało:

"czasem żeby zrobić swoje trzeba się całkowicie obnażyć"

 

Do następnego tripu. Ahoj!

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Dzięki za przypomnienie, lone ranger. Świetnie napisany raport, tak hm, żywiołowo.

A skąd ten lone ranger? Aż tak to widać, czy może termin własny na podróżnika? :) Czy może jeszcze coś innego?

Nawiązanie do albumu Hallucinogena

https://m.youtube.com/watch?v=-WILe814Zyw

Podręcznikowe kwaśne rycie, aż się zmęczyłam samym czytaniem. Wspaniałe. 

Też tam utknąłem. Długo dochodziłem do siebie... i dokładnie tak jak piszesz... obecnie mam przerwe od psychodelików ze 2 lata, po ostatniej ostrej jeździe w wieczności teraźniejszości.... ale pomimo tego że wiem że wezmę jakiegoś kwacha i znowu się zapętlę i będe błagać o koniec czegoś co się nie kończy i nie ma początku... to mój mózg na trzeźwo szuka powodów by znowu spróbować wejść w ten stan.

To zawsze konczy się wiecznością która jest najbardziej przerażającą, a zarazem interesującą rzeczą jakiej w życiu doświadczyłem.... ale i tak chęci na ponowne wzięcie są.

Musiałbym sie z tobą zgadać, bo puki co nikt tak dokładnie nie opisał tego co sam odczuwałem podczas tego piekła a zarazem piękności wieczności.... i w sumie mało kto to tak dokładnie rozumiał. Myśle że potrafilibyśmy się zajebiście dogadać i wiele porozkminiać ;)

Mega opis, aż poczyłem to przez chwilę... te uczucie że nie ma początku... nie ma też końca.... jest tylko wieczność i teraźniejszość. To się dzieje ciągle, bez przerwy, nigdy się nie kończy i nigdy się nie zaczęło!!!

Pozdro! ;) 

Dziękuję wszystkim za miłe słowa :) Cieszę się, że w miarę udało mi się oddać klimat. Niedługo więcej tripów. "W razie potrzeby" śmiało piszcie PW

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media