Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

racemat i pierwszy kittyflip

racemat i pierwszy kittyflip

Przy poprzednich spotkaniach narodziła się między nami swoista więź, która nieuchronnie prowadziła nas, krok po kroku, do następnego spotkania. Po przejściu ekstatycznego rozdziewiczenia moja partnerka (F) zgodziła się, już na zejściu, przyjebać ze mną trochę kiety. Byliśmy w posiadaniu racematu wyglądającego trochę jak mefedron. 

Kittyflip:

Jest już około trzy godziny po ostatniej dorzutce MDMA. Wciągam małą kreskę - nigdy nie robiłem takiego miksu i wolę sprawdzić sam zanim dam jej. Rozmawiamy, ja kruszę ketę, kręcimy fajki i czekamy na efekt. Po jakichś piętnastu minutach czuję pierwsze efekty czyli wyluzowanie, miękkość i poprawa wzroku. Po kolejnych pięciu minutach wiem, że nie jest za mocno i daję F zielone światło. Wciąga większą niż ja na początku, a ja dorzucam jeszcze kapeczkę. Bo nie może być za słabo co? Przy sniffie nie czuć dyskomfortu jak to jest w przypadku osób trzeźwych - sruuu i jest w środku. 

Dziwna sprawa. 

Siedząc na kanapie patrzę na F. Moja twarz jest około półtora metra od jej twarzy ale wszystkie szczegóły widzę tak wyraźnie jakbym patrzył na nią przez lupę. Ona ma to samo. Jednocześnie mam wrażenie, że znajduje się setki kilometrów ode mnie. Gdy podnoszę rękę żeby dotknąć jej twarzy efekt się powtarza - kończyna wygląda jak idąca w dal szosa nie tracąc przy tym swojej szczegółowości. Coś pięknego. Podobnie do psychodelików, a jednak inaczej. Pozostaje też niesamowita klarowność otwartego umysłu, tak jakby MDMA dało swoją euforię (już mniejszą) i empatię, a keta wszystko ogarnęła i zaostrzyła. Naprawdę świetny miks.

Dorzucamy po kresce, trochę większej i się przytulamy. Kanapa zamienia się w step, a my w megality niekiedy poruszające swoimi monstrualnymi kończynami. Dalej rozmawiamy ale jest ciężej, dysocjacja działa. Trochę inny poziom niż sama "eMka", bo keta ogarnia myślowy rozgardiasz i pozwala na większą selekcję tego co chcemy powiedzieć/przerobić/poruszyć. 

Mam niesamowicie zwolnione ruchy, dotykam palcem siedzącej na oparciu muchy, która tylko ustępuje mi miejsca robiąc krok w bok. Coś jemy, to chyba owoce, nie pamiętam. Faza ketaminowa delikatnie puszcza więc dorzucamy solidną porcję i krokiem kowboja na statku ruszamy do sypialni. Walimy się do łoża i rozmawiamy. A przynajmniej ona, bo ja ledwo rozumiem co do mnie mówi - walnąłem trochę więcej. 

- Łocotokurwajest!?!? - zrywam się z łóżka i patrzę na jej twarz i rękę. Głowa, którą podpierała przed chwilą ręka wyglądała w połowie jak stopa, jakby podpierała pół twarzy stopą. Po zerwaniu, połowa twarzy jest przesunięta o jakieś trzydzieści stopni w dół, a ręka wygląda jak świńska racica. Chwila ogarnięcia, śmiechy-chichy i lecimy po kolejną kreskę. A raczej wyruszamy w podróż, bo jednak chwilę to zajmuje. Kreska i powrót do łoża. Za każdym razem robiłem trochę mniejszą jej (jako noobowi) po czym ona zostawiała kawałeczek i ja to dociągałem.

Leżymy i ona mówi, a ja próbuję nadążyć. Opowiada mi po raz któryś tę samą sytuację i jej odczucia co do niej. Spoko, zapętlanko, lecimy. Po jakimś czasie nie wiem gdzie, kiedy ani kim jestem. Mózg płata figle - patrząc na twarz wydaje mi się, że oczy, usta, nos uszy, brwi powinny być inaczej rozmieszczone, coś jak obrazy picassa tylko na żywo. Tutaj usta się ruszają, tam jedno oko mruga, a tam drugie. Wybucham śmiechem co przywraca wszystko do normy. Tłumaczę F o co chodziło i po chwili oboje już "umiemy" sobie to zrobić. 

Brakuje nam fajek i piszę do kumpla czy coś ma - jest jakoś ósma rano. Odpisuje, że jasne spoko, tylko musimy po to przyjść. Dogadujemy się, że da nam wszystko to sobie skręcimy w domu, bo on spać idzie. No ok. Biorę plecak (na puszkę tytoniu, karton "tutek" i maszynkę) i wychodzimy. Pomalowani farbkami uv w tripowych ciuchach idziemy po raka. O tej godzinie w weekend nie ma wielu ludzi i dostajemy się na miejsce bez żadnych ekscesów. Okazuje się, że plecak nie był potrzebny, bo kumpel ma paczkę tytoniu, bletki i filterki, wszystko ląduje w kieszeni w poncho. Chwila gadki. Nie, nie chce kety, walił fetę całą noc. To samo reszta domowników. Zmywamy się do domu.

Po wejściu od razu robię po kresce - sruuu. Kręcę fajka i idziemy do kuchni zapalić. Teraz już walimy konkretne linie, ze dwa razy większe niż na początku więc jeszcze zanim spalę ledwo wiem co do mnie mówi F. Lądujemy w sypialni. Tym razem rozmwiamy przez krótką chwilę i odlatujemy. Przytulony do F gubie się w czasie i przestrzeni. Zamykam oczy i trafiam na magazyn, jeżdżę wózkiem i rozładowuję kontenery. Myślę sobie, że no kurwa, weekend przcież, dajcię spokój. Otwieram oczy, a na suficie wielokrotnie powiększone wyświetlają mi się papiery z roboty. To są chyba jakieś żarty! Zamykam oczy i zaczya się poziome wirowanie - coś na podobę najebki ale jednak nie chce się rzygać. Rozluźniam się i wiruję coraz szybciej i szybciej. Po jakimś czasie zaczynam wirować  jeszcze pionowo więc robi się niezła karuzela. Składam się jak Jerry w pierwszym odcinku trzeciego sezonu Rick and Morty po czym wypluwam sam siebie w stos kart, który rozbijam i wysyłam w przestrzeń. Otwieram oczy i zamiast szafy, a na niej torebek widzę miasto nocą; masa świateł i wieżowce. Kiedy spoglądam na sufit zauważam, że papiery nie zniknęły, japierdolę. 

Robimy jeszcze kilka kursów do salonu ale po każdym powrocie dzieją się takie dziwnie rzeczy, że aż nieopisywalne.

Walimy jedną z ostatnich kresek i wpadam w wir scen. Tak jakby puścić wolniej taśmę filmową w spirali. Takie poszatkowane niby-wizje którch ni-chu-ja nie mogę ogarnąć. W tym samym czasie F miała cudowane wizje, w których była władcą swojego umysłu. Wszystkie zachowania, nawyki, wspomnienia i uczucia zawieszone były w przestrzeńi nad dziurą "nicości". Wybiera te, które jej nie odpowiada i wrzuca w nicość, do skasowania.

Kolejna kreska wrzuca mnie do szałwiolandu. Wszystko robi się takie hmmm... galaretowate, a i myśli bardziej frywolne. Trochę się cykam tym nieoczekiwanym zwrotem akcji ale jednak jest spoko. F siedzi obok mnie po turecku. Jej ciało jest strasznie malutkie, tak z dziesięć centymetrów, za to głowa kilkukrotnie większa niż normalnie. Do tego po chwili twarz robi się malutka co nadaje jej wygląd podobny do bohaterów Lil's Bites.

Walimy po ostatniej i postanawiamy iść spać. Jest godzina trzynasta, a o dwunastej w nocy wrzucaliśmy pierwszą porcję MDMA. 

Kittyflip jest od tego momentu moim ulubionym miksem, nie ma co, zajebista sprawa.

Ahoj!

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media