Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dysocjacja na mokradłach

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Różnie - kilka buchów co pół godziny
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Słoneczny dzień nad Wartą, a potem spokojny wieczór w domu, towarzystwa brak, stan psychofizyczny - średnio na jeża.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Duże (osiem lat eksperymentów, psychodeliki (m. in. powoje, grzyby, LSD, DOM, 2c-b, 4-ho-met, ruta stepowa...), opioidy (tramadol, kodeina, morfina), benzo (m. in. alprazolam, klonazepam), ketony (mefedron, metylon itp.), amfetamina, dysocjanty (dxm, szałwia, muchomor, metoksetamina, 3-meo-pcp) i inne.

dysocjacja na mokradłach

Dziękuję losowi za mój rozregulowany kompas wewnętrzny, który do spółki z paloną metoksetaminą w formie wolnej zasady pozwolił mi się zgubić na nadwarciańskich mokradłach. Wystarczyło wziąć jeden zakręt w prawo tam, gdzie zawsze chodziłam w lewo, i przestraszyć się człowieka, który przestraszył się, że mogę mu ukraść rower rzucony w krzaki koło wiaduktu i zabrany w krótkim czasie po tym, jak przeszłam obok niego szybkim krokiem, bo byłam wystraszona i nie patrzyłam zbytnio na ścieżkę.

No i nagle znalazłam się w błocie, w krzkach leszczyny, gdzie każdy patyk wyglądał jak miniaturowy, cieniutki kosmita, a powalone na brzegach rzeki pniaki przypominały na wpół żywe statki kosmiczne. Tak mi się wydawało, że to był brzeg rzeki, ale mxe (i chyba niedobór snu przez poprzedzające wycieczkę dwadzieścia cztery trzeźwe, bezsenne godziny) skierowało mnie na bagna pokryte podłużnymi jeziorkami. Pamiętam te bagna z letnich wycieczek sprzed kilku lat, wiosną i latem nie można było tam chodzić, bo wszystko było pokryte warstwą błota i mułu i nie wiadomo było w którym momencie kończy  się ścieżka, a zaczynają ruchome piaski A teraz wszystko jest na wpół zamarznięte, można skakać po lodzie i suchych konarach, płoszyć kormorany (wydaje mi się, że jednego dzisiaj widziałam, nad Chemiczną). Jakoś udało mi się wrócić do wody, przedzieranie się przez trzciny przypominało płynięcie przez rozległe morze zeschniętych wodorostów. Z daleka wypatrzyłam budynek, który ponad wszelką wątpliwość musiał być moim ulubionym zbiornikiem Aquanetu. (Ponad wszelką wątpliwość znaczy tutaj, biorąc poprawkę na moje rozstrojenie orientacji przestrzennej podbite dodatkowo przez metoksetaminę, że miałam jakieś sześćdziesiąt procent szans, że to faktycznie jest budynek Aquanetu, więc...) Podeszłam na tyle blisko, żeby móc odczytać kilka niebieskofioletowych liter; nie dość blisko, żeby słyszeć jakie sprawy załatwiają między sobą państwo z samochodów stojących jak to zwykle bywa pod mostem ku chwale Lecha postawionym. Metoksetamina sprawia, że odgłosy maszynerii od strony Chemicznej pięknie komponują się z szumem Warty i hałasem odrywających się ostatnich kawałków przybrzeżnego lodu. Wszystko jest częścią większej bio-industrialnej całości.

Rzadko zakładałam słuchawki, a jeśli już, to leciało w nich Tame Impala. W pewnym momencie zatrzymałam się przy rozwalonym konarze zwieszającym się nad wodą. Cały był pokryty jaskrawo zielonym mchem. Idealne miejsce do podbicia mxe, więc (z niejakim wysiłkiem) wspięłam się na oblodzony pniak i wyjęłam szklaną fajkę. Zaciągnęłam się trzy razy i wtedy – wtedy wszystko zamieniło się w żywy obraz Szyszkina. Tylko czekałam, aż na pień po drugiej stronie rzeki, gdzie las jest gęstszy, wdrapie się i zacznie bawić para niedźwiadków. Wiatr pachniał wiosną, chociaż mamy dopiero początek lutego, i czuło się w tym wietrze zmianę na lepsze, chociaż taką samą jak zawsze. Przesadzam ostatnio z dysocjantami, zdecydowanie, tolerancja sięga gwiazd, więc wciąganie dymu z mxe nie wywołuje wizualnych ani mentalnych fajerwerków, a jednak – czuję się jak na pierwszym w życiu tripie w naturze. Wszystko jest spokojne, rzeka płynie powoli, wiatr przynosi zapach wiosny, po chwili wracają ptaki ze swoim śpiewem, a ja wtapiam się w las i rzekę, staję się częścią tego powalonego pnia, na którym się kiwam i wszystko jest na swoim miejscu.

Wróciłam trzymając się biegu rzeki, co nie było najłatwiejszym zadaniem przy takiej pogodzie. Po powrocie do domu i usunięciu czterocentymetrowej warstwy gliny i błota z butów oddałam się błogiej, acz delikatnej dysocjacji aż do wieczora, kiedy to postanowiłam polecieć trochę wyżej niż zazwyczaj. W słuchawkach poleciał genialny utwór Preisnera „Silence, Night and Dreams”, a ja zupełnie utonęłam w dźwiękach, wśród absolutnej czerni, ledwo tylko czując swój oddech, i wyobraziłam sobie jak to będzie kiedy wszechświat rozszerzy się już zupełnie i wszystko zamarznie w bezruchu, i tylko tyle po nas pozostanie – ciemność, bezruch i wieczny sen.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media