Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jeszcze nie wiem wszystkiego

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
6 kapsułek Druid’s Fantasy
Wiek:
19 lat

jeszcze nie wiem wszystkiego

s&s: las – pole – las – dom; ciepły, sierpniowy dzień; dobry nastrój; chłopak (L.) jako opiekun (trzeźwy)
dawka: 6 kapsułek Druid’s Fantasy
wiek: 19
doświadczenie: LSA, ruta stepowa, dxm, mj, benzydamina

17:18 Połknięcie kapsułek tuż po wejściu do lasu. Przez jakieś dwie godziny spacerowaliśmy po ścieżkach robiąc zdjęcia owadom i myśląc nad tym, gdzie się rozłożymy. Jak zwykle, zanim LSA weszło, minęły jakieś dwie godziny, przy czym po połowie tego czasu – również jak zwykle – zaczęłam wątpić w powodzenie wyprawy, tak w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Ponieważ obecność ludzi w lesie lekko mnie irytowała, nie mówiąc już o postępujących nudnościach, chłopak zaprowadził mnie w jedno sprawdzone miejsce, pas zieleni pomiędzy dwoma polami. Cicho, spokojnie, ładnie.


ok. 19:30 Kolory stają się coraz bardziej nasycone, pod powiekami pojawia się pozioma, cienka, tęczowa linia, znak, że to już. Słyszę kobiecy głos witający mnie po raz kolejny w świecie fraktali i symboli. Po raz pierwszy w życiu czułam obecność kogoś, lub czegoś, kto miał najwyraźniej silny związek z połkniętą substancją.

Kiedy prosiłam chłopaka, żeby trzymał mnie za rękę, przypominały mi się wszystkie najlepsze chwile z początku naszego związku, a kiedy go pocałowałam, wzory przed oczami zamieniły się w orientalne malowidła, wizje nabrały jakiegoś mistycznego charakteru; kiedy się od niego oddalałam, wrażenie znikało. Postanowiłam pobyć trochę sama, więc przeszłam na drugą stronę pasma drzew. Czy można mówić o samotności w naturze? LSA uderzyło z całą swoją euforią i poczuciem jedności ze światem. Nagle poczułam, że trawa wokół mnie, drzewa, ziemia, wiatr, że wszystko to żyje i ma swoją świadomość. Chciałam dostać się na pole, które oddzielał od polanki płytki rów porośnięty trzciną, pokrzywami i inną rośliną; pomyślałam o znalezieniu jakiegoś przejścia... Ale po co, dlaczego by nie przez trzciny? Zieleń zdawała się zapraszać do swojego wnętrza, zanurzyłam się w niej jak w oceanie i w końcu poczułam bezpiecznie. Wszystko było przyjazne i piękne. Dotyk kłosów zboża zachwycał, widok znajdujących się w oddali drzew powodował szeroki uśmiech na twarzy i szczere zdziwienie, jak mogłam tego nie zauważyć wcześniej.

Moją uwagę przykuł kamień. Po prostu kamień, na tyle duży, że można było położyć na nim głowę. Jakiś owad zeskoczył z niego w momencie, gdy spojrzałam w tamtą stronę, a rośliny, które go częściowo zakrywały, zdawały się odstępować i zapraszać do podejścia i przyjrzenia się bliżej. Jak zwykły kamień może być tak piękny? Miał fakturę przyjemniejszą od kociej sierści, puchowej poduszki, był ciepły i przyjemny; pomyślałam o ludziach, którzy kiedyś sypiali na kamieniach z braku innych możliwości i dotarło do mnie, że to możliwe, skoro dawniej pozostawano bliżej natury i rozumiano jej związek z człowiekiem, skoro kamień mógł być tak samo ważny, jak drzewo, trawa, wąż, i wszystko było jednym... Teraz to wszystko wydaje się dziwne, rozmowa z kamieniem i roślinami, nawet we wspomnieniach łąka pozostaje tylko łąką, ale wtedy to był inny świat, a raczej ja byłam inna. Bo nic tak naprawdę się nie zmieniło. Kamień nie miał oczu ani ust, nie mógł mówić, i wiedziałam, iż nie jest inaczej. Drzewa, drogi, także nie zmieniały kształtów. A jednak wszystko było nierealne, tak nierealne, że nie potrafię sobie tego teraz wyobrazić.

Kiedy wróciłam do naszego miejsca, L. postanowił, że wracamy. Robiło się późno. W oddali las o zmierzchu zdawał się wciągać mnie w głąb siebie, gałęzie zmieniały kształty, chociaż pozostawały nie ruchome; trudno to opisać... Wszystko miało niesamowitą głębię, rzeczywistość przybrała konsystencję plasteliny i już nie wiedziałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna Ziemia. Wyjście do cywilizacji też było czymś niesamowitym, chodnik wił się przed nami jak wąż, tam, gdzie padało światło lamp, wznosił się, a w cieniu opadał. Ludzie zdawali się uciekać jak najdalej, choć na pozór wyglądali normalnie; jakbym czuła, że coś wiedzą, i boją się tego. Jazda tramwajem należała do najlepszych chwil tego wieczoru. Przypominała podróż na wakacje, długą, senną, o niewiadomym celu, co czeka po drugiej stronie?

Idąc do domu wiedziałam już, że to się za chwilę zacznie. Jabberwock, ta wieczność, która jest jak pułapka, i trzeba ją po prostu przeczekać. Rzeczywistość przypominała teraz budyń, moja ręka stapiała się ze ścianą, tęskniłam za czymkolwiek, co byłoby pewne i wyraźne, a wszystko pozostawało rozmyte. Najpierw sytuację ratowały rutynowe czynności, przebrać się, umyć, posprzątać, itp. Ale w końcu trzeba było się położyć. Powiedziałam L., żeby na trochę mnie zostawił, więc włączył komputer i nie przeszkadzał. W pewnej chwili miałam ochotę powiedzieć mu, żeby mi przypomniał, że nie mam tego więcej brać, bo zaczyna się piekło, o którym później zapomnę, a nie chcę już nigdy więcej tego doświadczyć. Ale nie umiałabym zamienić myśli na słowa, płynęły za szybko i były zbyt chaotyczne.

Nie wiem jakim cudem, ale w pewnym momencie po prostu przestałam się miotać. Chciałam wstać, pochodzić gdzieś, chociaż przewrócić się na drugi bok, cokolwiek, byle tylko poczuć rzeczywistość i upewnić się, że jeszcze tam jest, ale wszystko wydawało mi się bez sensu, bo i tak nie przezwyciężę tego, co się dzieje. I tak wszystko jest wszystkim, więc nic nie zależy od tego, co zrobię. Nagle myśl – a może zależy? Może nie wiem jeszcze wszystkiego – i ten czas muszę wykorzystać na poszukiwanie odpowiedzi, a nie na próby wydostania się? Przecież po to właśnie wzięłam. I głos przewodnika powrócił, powiedział, że udało mi się, że jestem na dobrej drodze do zrozumienia i pokonałam to, co wydawało się niezniszczalne. I piekło odpłynęło ot tak. Nie było łatwo, ale nie było już beznadziejnie, bo nadzieja się pojawiła, a z nią ciekawość. Kluczem do ogarnięcia wszystkiego okazała się pokora i zrozumienie, że cała moja ‘rozpacz’ opierała się na przeświadczeniu, że nie mogę zmienić mojego stanu, bo czegokolwiek nie spróbuję, wyjdzie na to samo – bo wszystko jest wszystkim i niczym. A wcale nie jest – jeszcze nie. Długa droga przede mną i z tego miejsca nawet nie mogę sobie wyobrazić, czym jest ostateczność i wszechrzecz. A niemożliwość rozpłynięcia się w rzeczywistości wynika tylko i wyłącznie z tego, że muszę oddychać i skupiać się na podtrzymywaniu ciała przy życiu – ciało jest bardziej przeszkodą niż podporą, więc nie powinnam się bać jego utraty. Nie było idealnie. Ale było lepiej.


ok.2:00 Zupełny zanik efektów. Na końcówce w wyjściu z tripu pomógł mi chłopak, potem zasnęłam bez problemów, następnego dnia zero efektów ubocznych. Jeszcze nie do końca poukładałam sobie wszystko w głowie, ale wiem, ze zrobiłam postępy. Mój pesymizm w związku ze śmiercią był najwidoczniej trochę na wyrost i okazało się, że nie wiem nawet ułamka tego, co powinnam wiedzieć, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media