Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

doskonałość (newbe)

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
20mg
Set&Setting:
Las, mieszkanie, supermarket.
Doświadczenie:
4-HO-MET, DPT, LSD, łysiczki, ruta stepowa, bromo-dragonfly, salvia divinorum, haszysz, marihuana, yopo, ecstasy, BZP, DXM, benzydamina, amfetamina, poppers, efedryna, kofeina, nikotyna, alkohol.

doskonałość (newbe)

04.12.2007

We śnie dostałem znak, że dziś jest ten dzień, że to dziś stać się znowu musi, więc zgodnie z zaleceniami nic nie jadłem, czas w szkole upłynął bardzo pozytywnie, wszystko układało się po mojej myśli, miałem nawet nieodparte wrażenie że JA z przyszłości nakręciłem i zaplanowałem ten dzień zgodnie z jakimś misternym planem… Ze szkoły wróciłem o 15:00, wszystko ładnie przyszykowałem, plecak z notatnikiem, 2 długopisy, 2 szklane lufki, bakanko w postaci bardzo mocnego jakościowo ziółka podlewanego kwasem i benzyną, tryptaminkę w szczelnie zamkniętej buteleczce z czarnego szkła (wyglądało jak trucizna, smakowało nie lepiej) ciepłą czapkę i parasol na wypadek gdyby zaczęło padać, rękawiczki, chusteczki higieniczne, zapałki.

15:30 – Rutę udało mi się zmielić tylko częściowo, większość została w postaci nienaruszonej, więc wsypałem wszystko do szklanki z odrobiną wody niegazowanej, pomieszałem i wypiłem, zapijając czarną o delikatnie kawowym zapachu zawiesinę ciepłą wodą z sokiem wyciśniętym z dużej cytryny. Komu w drogę, temu kredki (kolorowe), ruszyłem z domu nic nie mówiąc nikomu, gdyż odniosłem wrażenie, że reszta rodziny jest z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu oburzona – chyba tym, że zamiast iść do sklepu na zakupy jak robię to każdego dnia, chciałem poświęcić odrobinę czasu samemu sobie. Wyszedłem z domu obierając leśny azymut…

Ledwo co wyszedłem z domu, spotkałem naszego dzielnicowego, który wyciągał zakupy z bagażnika swojego nowego samochodu, zarzucił podejrzliwym spojrzeniem, lecz entuzjastyczne „Dzień dobry, panie władzo” nakarmiło jego ego i zamiast wdawać się w pustą gadkę jak to miewa robić, dał mi spokój i poszedłem w swoją stronę. Idąc dalej spotkałem sąsiada, minąłem szkołę, kościół, aż w końcu doszedłem na skraj lasu, czując już jak soki żołądkowe rozkładają nasionka ruty, co powodowało delikatne uczucie ciężkości, z którym szybko się uporałem oddychając głęboko i rytmicznie maszerując w głąb lasu.

Ok. godziny 16:00 czułem pierwszą falę efektów ruty, w postaci monochromatycznych zmian w postrzeganiu, subtelnej euforii i uczucia, że jest dziwnie – ale na tyle dziwnie, że jest fajnie. Ciężko to opisać, gdyż efekty były naprawdę subtelne. Maszerując kolejne 10 min. wlazłem w głąb, gdzie nie było ścieżek i przedzierałem się przez gąszcze uśpionej zimą, natury. Gdy byłem głęboko w lesie, postanowiłem zapalić. Ciach, ciach, nabijam lufkę, przypalam, pochłaniam smakowita chmurę, która łagodnie połaskotała me płuco by po 5 minutach poczuć spotęgowane rutą efekty. Zacząłem czuć się jak w filmie. Tak, film to idealne określenie. Tak jakbym brał udział w komicznym przedstawieniu, poruszał się między krzaczorami, a gdzieś z oddali nagrywają mnie niewidzialnymi kamerami. Zmysł słuchu bardzo się wyostrzył, słyszałem dziwne, nieco paranoiczne dźwięki, które swoim donośnym basem gniotły z każdej strony mózg. Dźwięki te były nieistniejącymi słowami, które składały się z mnóstwa twardych, zwarto-szczelinowych i szumiących głosek, które narastały i opadały falowo. Ich modulacją mogłem sterować umysłem, a także dobierać do efektów audio-wizualnych fikuśne piski o różnej częstotliwości, które tworzyły iście horrorowo-thrillerowy klimat, można to porównać do ścieżki dźwiękowej w scenach, kiedy główny bohater skrada się by otworzyć drzwi, a za drzwiami czeka na niego psychopata z półtora-metrową piłą mechaniczną. Bawiłem się świetnie, dużo lepiej niż w wesołym miasteczku. Chodziłem po lesie, gwizdałem, śpiewałem, wydawałem z siebie dziwne odgłosy naśladując różne zwierzęta, śmiejąc się do rozpuku ze swoich żartów i głupawych pomysłów, które po paleniu bombardują umysł z każdej strony, generując wspaniały humor.

Doszedłem na skraj lasu (tyle że z drugiej strony), przysiadłem na wystającym z ziemi fragmencie betonu (pozostałości ławeczki zniszczonej przez bliżej nieokreślonych wandali) i zapaliłem soczystą lufę. Zrobiło się „Harder Better Faster Stronger”, tak jak w piosence Daft Punk’a i ruszyłem w dalszą podróż, w poszukiwaniu idealnego miejsca na gwóźdź programu. Planowałem szukać odpowiedniego miejsca po wydeptanych ścieżkach i nie wiem co mnie do tego skłoniło, ale ni z gruchy ni z pietruchy, wskoczyłem znowuż w gęsty las, znowu przedzierając się przez gęste krzaczory, jakbym był człowiekiem lasu. Maszerując w gęstwinie leśnej przysiadłem na leżącym konarze brzozy pod rozłożystym drzewem i dopaliłem kolejne 2 lufy, co było wyjątkowo głupim pomysłem, bo powolutku zaczynałem tracić kontrolę nad audio-wizualną częścią tripa, dźwięki stały się paranoiczne, Tak donośne, Tak basowe i Tak świdrujące czaszkę, że zgubiłem orientację w terenie i najprościej mówiąc, zgubiłem się w lesie. Taką sytuację nazywam potocznie „czeskim filmem”.

Pierwsza lufka się zatkała, a moja zdolność manualna opadła do takiego poziomu, że nie potrafiłem jej przetkać, więc ją wyrzuciłem. Na ślepo przedzierałem się przez krzaki w kierunku światełek, które informowały, że tam wyjdę w końcu na udeptaną ścieżkę. Idę, idę, w końcu udało mi się dojść na żółtą ławeczkę blisko głównej ścieżki, usiadłem, włączyłem muzykę w telefonie i postanowiłem odpalić lufę (co było wyjątkowo durnym pomysłem, bo już miałem dobre ‘banjo’ w głowie) lecz nagle lufka wypadła mi z rąk, zanurzając się w ściółce leśnej, nagle zebrał się wiatr, który uniemożliwił mi zapalenie zapałki, żeby poszukać lufy, a telefon nagle rozładował również uniemożliwiając poświecenie. Miałem wrażenie, że ktoś operuje moim filmem… i jakby tego było mało, straszliwie zaschło mi w buzi, na próżno szukając wody w plecaku, której zapomniałem zabrać z domu. W akcie desperacji pomyślałem o czarnym roztworze w malutkiej buteleczce, która wiernie czekała w najmniejszej wewnętrznej kieszonce plecaka. Wiedziałem że to TA chwila, ten moment, czas kiedy powinienem już dawno to zrobić. Wypiłem zawartość buteleczki z ok. 20mg tryptaminy 4-HO-MET. Wyostrzony zmysł smaku dał o sobie znać, czułem jak oleisty roztwór osiadł na języku i zębach, poczułem się przez chwilę jak ‘tablica Mendelejewa’, smakując z każdym oddechem gorzko-cierpkiego, specyficznego smaku tryptaminy. W oczekiwaniu, spacerowałem leśnymi, pełnymi mroku i kakofonii dźwięków generowanych przez mój umysł, ścieżkami wyczekując działania, które było tłumione przez THC. Po ok. 20 minutach zaczynałem wątpić w to że tryptamina podziała. Była skutecznie tłumiona przez THC, albo raczej tak mi się tylko wydawało. Po 30 minutach nie czułem jej działania. Przysiadłem na ławce obok placu zabaw i zawiesiłem wzrok na huśtawkach i karuzelach…

(Tutaj proszę o wyrozumiałość, gdyż słowa są najsłabszym i tak ubogim środkiem przekazu informacji, że nie potrafię nimi oddać nawet paru procent tego stanu w którym się znalazłem kilka chwil później)

Coś, kazało mi zamknąć oczy, zagłębić się w siebie, światła latarni padające na fragmenty placu zabaw zaczęły tworzyć kosmiczną, wielobarwną przestrzeń, korony drzew zaczęły się splatać i rozplatać, poszczególne gałęzie i konary były doskonale wyostrzone, odbicie światła wszystkich detali z niesamowitą wytwornością pieściła pręciki i słupki w moich gałkach ocznych. Huśtawki zdawały się poruszać, karuzele kręcić. Gdyby porównać w skali jakości i intensywności wizualną część podróży po LSD, muszę z całym przekonaniem stwierdzić że w tej podróży pędzlem maczał Vincent van Gogh i sam Alex Grey. Halucynację – o ile można tak nazwać te zmiany w postrzeganiu przestrzeni były ultra-perfekcyjnie doskonałe, Boskie, wyidealizowane do granic perfekcji, Ostre jak sztylety, Doskonałe niczym perfekcyjnie wyszlifowany, błyszczący jasnym światłem diament wykonany przez dłonie najwybitniejszego artysty w tej dziedzinie.

Moja świadomość została ekstremalnie poszerzona, słyszałem każdy dźwięk, każdy szczegół, moim oczom nie umknął żaden detal, Wszystko było doskonałe, jawiło się tak, jak w swojej pierwotnej postaci, zaprojektowane przez Stwórcę wszechrzeczy, w postaci czystej, tętniącej życiem energii, boskiej energii, która przesiąkała dosłownie Wszystko. Nie liczyło się ciało, nie liczył się umysł, przebudziła się we mnie pierwotna Boska Istota, którą powszechnie nazywamy Duszą. Rozkwitła, wybuchła, śmiała się, przenikając mój boski pierwiastek do granic możliwości, manifestując się jako przegigantyczny, wręcz kosmiczny wybuch mentalnego wulkanu, przesiąkając każdy zakątek mojej prawdziwej istoty, zalewającego umysł, ciało i duszę , ultra-perfekcyjnie doskonałymi spazmami rozkoszy, których nawet w najmniejszym procencie ciężko sobie wyobrazić.

Spróbuję chociaż w małym stopniu przybliżyć Wam to uczucie.

Wyobraź sobie, że siedzisz w jacuzzi, Twe doskonałe pod każdym względem ciało jest pieszczone przez bąbelki powietrza wydobywające się z urządzenia zwanego hydromasażem. Nie, wróć! Wyobraź sobie, że jesteś w Spa, odbywasz regeneracyjną kąpiel pod okiem najlepszych uzdrowicieli. Wanna w której leżysz jest doskonale wyprofilowana, wprost idealna dla Twojego ciała. Masaż wodny jest ultra przyjemny. Gdzieś w oddali z głośników sączy się muzyka, która jest usposobieniem samego Ciebie, wprost idealnie trafia w Twoje gusta, a Twoje nozdrza delikatnie masuje zapach najbardziej soczystych i zdrowych owoców które leżą nieopodal, byś mógł pieścić swe delikatne podniebienie doskonałym pokarmem, ambrozją bogów. W dodatku Twoje zmysły są poszerzone, do granic możliwości. Każdy dźwięk, odbierasz spotęgowany. Taki prosty, zharmonizowany, idealny.

Teraz sobie wyobraź, że leżysz w tej wannie po dużej dawce ekstazy.
Dołóż do tego euforię jaką odczuwasz za pierwszym razem, gdy próbowałeś LSD.
Dodaj do tego seks z wymarzonym partnerem.
Pomnóż przez 10, teraz mniej więcej wiesz o jakie uczucie chodzi.

Doszedłszy do domu, uderzył mnie swąd tytoniowego dymu, który unosił się w mieszkaniu, wibracje opadły, poczułem się źle. Wziąłem tylko portfel i tak szybko jak się w domu pojawiłem, tak szybko z niego wyszedłem. Udałem się do supermarketu, między ludzi, poobserwować i przy okazji kupić jakieś wysoko wibracyjne pokarmy. Wchodząc do marketu uderzyła mnie synestezja zmysłów, energii, myśli tych wszystkich ludzi, którzy chodzili po sklepie. Czułem się jak w kosmicznym zoo pomieszanym z parkiem rozrywki zmysłowej. To było cudowne przeżycie. Mnóstwo kolorów, dźwięków, myśli, ludzi: wszechogarniająca kakofonia. Chodziłem między regałami, każdy żył swoim życiem, każdy modelował się w inny sposób, każdy przyciągał swoją cudownością. Wziąłem 2 soczyste jabłka i udałem się w stronę stoiska z orzechami. Nagle w mój umysł uderzyła informacja, że wśród mnie, a raczej wśród normalnych ludzi, mnóstwo jest kosmitów… stałem i oglądałem paczkę z orzeszkami, gdy z przechodzącej garstki ludzi za mną, jakaś kobieta krzyknęła do znajomych „Chodźcie szybciej, nie poruszajmy się po sklepie jak kosmici!”, to ścięło mnie to z nóg.

Chodziłem po sklepie obserwując myśli wypływające z głów ludzi. Wiedziałem co czują, wiedziałem o czym myślą, wiedziałem co czują, kim są, jaki jest ich cel w tej całej grze.
Telepatia, doświadczenie twórczej mocy tworzenia - materializacji myśli, w tym stanie było wszystko możliwe.

W tym stanie nie było pytań, były tylko odpowiedzi,
Nie było wątpliwości, było bycie,
Nie było świadomości, była Nadświadomość wszystkiego co jest,
W tym stanie nie było mnie, byłem Ja, jako cząstka wielkiej całości, fragmentaryczny kawałek wszelkiego istnienia co potocznie nazywamy Bogiem,
Anthony De Mello opisywał to uczucie jako przebudzenie,
Sai Baba mówił o Atmanie,
Buddyści o Oświeceniu,
przypomniałem sobie czym właściwie jestem i jaki jest cel w tym wszystkim,
nie szukałem już drogi, zrozumiałem, że ja byłem drogą,
Po powrocie do domu, działy się cuda, jakich jeszcze nigdy nie znałem, to co potocznie nazywa się zjawiskiem paranormalnym nagle stało się normalne,
rozmawiałem z własną Jaźnią, która głaskała mnie po głowie, tłumaczyła, że jesteśmy na dobrej drodze, lecz do prawdziwego spełnienia jest potrzebna zbiorowa świadomość, wszystkich ludzi. Część tego przekazu zachowam dla siebie… poruszał prywatne sfery.

Wszyscy szukają Boga, lecz mało kto zdaje sobie sprawę, że sami Bogami jesteśmy. Trzeba sobie tylko przypomnieć, wykrzesać z siebie pierwotną myśl, wtedy wszystko stanie się jasne. W zasadzie wszystko jest takie proste, banalne, że aż śmieszne. Jak można było tego przez tyle czasu nie dostrzegać? Ileż razy trzeba powtarzać tę karmiczną wędrówkę, żeby sobie przypomnieć.

Przypomniałem sobie, przecież jestem Bogiem!, wszyscy jesteśmy.

Ocena: 

Odpowiedzi

 Uwielbiam trip raporty Newbe, są takie mistyczne. Był jeszcze taki jeden, też o 4-ho-mecie, tylko miał miejsce w jego pokoju. Czy on pojawi się na NG?

Psychedelic :)

Dokładnie :) Bardzo dziękuję, nie mogłam go znaleźć. 

Psychedelic :)

brak slow.dziekuje

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media