Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

doświadczenie zmieniające wszystko

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
~18 g świeżych
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
U mnie w domu na wsi, na tarasie przed ogrodem. Towarzyszył mi mój chłopak jako tripsitter. Nastrój: pozytywny. Ogólne zaciekawienie i fascynacja tym, co się zaraz wydarzy
Wiek:
33 lat
Doświadczenie:
Marihuanaen - od czasu do czasu

doświadczenie zmieniające wszystko

To było piękne, słoneczne popołudnie. Praktycznie przeddzień lata, wiosna w pełnym rozkwicie. Dookoła mnie zieleń bujnie rosnąca w moim ogrodzie i ja - dopiero co zerwawszy świeże grzyby z growkitu. Miałem pewne obawy, czy uda mi się wyhodować je prawidłowo, bo czytałem o doświadczeniach innych użytkowników i często przejewiał się motyw pleśni w growboxie, więc spodziewałem się, że za pierwszym razem może mi się nie udać. Ale udało się, grzyby od pojawienia się pierwszych pinów wystrzeliły i w przeciągu 3 dni miałem przed sobą w pełni rozwinięte osobniki, co wprawiło mnie w zachwyt, jak szybko zdołały one wyrosnąć. Myślę, że nagły wzrost temperatury do 25 stopni im musiał sprzyjać. Tak więc zerwałem je bardzo ostrożnie i poczekałem do późnego popołudnia, aż będę już wolny od pracy i innych zobowiązań. 

Miejsce miałem, wydaje mi się, idealne, bo w moim ogrodzie jest dużo zieleni, różnych drzew i krzewów, a po jednej stronie płotu mam mokradła i wspaniały widok na jeszcze więcej dzikiej, bujnej roślinności. Tak więc wyobraźcie sobie w jaki sposób ten widok mógł wpłynąć na moje doznania ;)

W domu nie było nikogo, tylko mój chłopak i moje dwa psiaki, które trochę mi pomagały, a trochę przeszkadzały w trakcie tripu, ale o tym za chwilę. Usiedliśmy więc na tarasie. Słońce już zaszło za korony drzew, lecz nadal było w miarę jasno. Zastanawiałem się jaką ilość wybrać na początek i po obliczeniu na tripowym kalkulatorze wyszło mi, że słabą dawką będzie ok. 10 gramów świeżych grzybków, a normalną ok. 21. Wahałem się czy za pierwszym razem iść w normalną dawkę, czy może zacząć od słabszej, tak jak rekomendują na sam początek. I myślę, że wybranie porcji "coś pomiędzy", czyli 18 gramów, było strzałem w dziesiątkę. Wszamałem, zagryzając pierogami mojej mamy (swoją drogą przepysznymi), żeby zniwelować grzybowy, rzekomo drewniany smak. Jednak ku mojemu zdziwieniu grzyby nie smakowały wcale drewnem; ostatniego zjadłem już nawet samego i muszę przyznać, że był smaczny. Smak kojarzył mi się jakby ze szparagami :D 

Po zjedzeniu zszedłem na dół i usiedłem z moim chłopakiem na tarasie. On sobie ogladał swoje rzeczy na lapku, a ja siedziałem na leżaku i czekałem, aż zacznie coś się dziać. 15 minut minęło. Nic. Podobno trzeba zaczekać czasami dłużej, nawet godzinę i więcej, więc siedziałem i tak czekałem. Minęła godzina, dalej nic. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo postanowiłem zerknąć na telefon i wiadomość od znajomego nagle wydała mi się wyjątkowo śmieszna, a była w sumie normalna. "Czy to już?" pomyślałem i usiadłem z powrotem na leżaku. Patrzyłem się na drzewa i krzaki przede mną, byłem ciekawy czy zacznę widzieć jak się zmieniają, falują, bo czytałem wiele innych trip raportów i u wielu osób występował ten sam motyw: że ściany w pomieszczeniu się jakby "ruszają" i wszystko delikatnie faluje. Ale nie, nie widziałem tego. Zamknąłem na chwilę oczy, bo liczyłem, że może zobaczę jakieś fraktale czy "cevy", czy jak to się tam nazywa, ale też nie. W zamian za to usłyszałem w oddali piłę łańcuchową - to pewnie sąsiad wziął się za przycinanie gałęzi. I nagle zacząłęm płakać, tak delikatnie łkać, siedząc z zamkniętymi oczami, myśląc, że dlaczego ludzie tak niszczą przyrodę, skoro ona jest taka piękna. I to był, wydaje mi się, mój właściwy początek podróży.

Siedziałem tak i płakałem. Od zawsze czułem, że przyroda i zwierzęta są dla mnie ważne i czasami zdarzało mi się wzruszyć i nawet zapłakać, gdy czytałem o jakichś katastrofach spowodowanych przez człowieka, ale teraz czułem się jakoś inaczej. Przeżywałem to jakby mocniej, dogłębniej. Chłopak zerkał na mnie ukradkiem, ale nie przeszkadzał w przeżywaniu tego. Zacząłem mówić na głos o swoich myślach, tak sam do siebie, że nie rozumiem tego, nie rozumiem ludzi. Czułem, że faza wchodzi mi coraz mocniej, bo teraz gdy zamykałem oczy, to nagle pod powiekami robiło mi się jasno, ale tak przyjemnie jasno, jakby ktoś świecił mi białym, ciepłym światłem, ale nie takim nie rażącym jak od żarówki, tylko łagodnym, przyjemnym. Czułem się tak dobrze i komfortowo z tym odczuciem. Pomyślałem, że pójdę pod krzaczek się wysikać, ale nie miałem siły wstać, czułem się jakbym był przyspawany do fotela, taki ociężały. Ale było mi z tym dobrze i wcale nie chciałem się ruszać.

Nagle poczułem, że coś ogarnia moja głowę, takie uczucie jakby ktoś mi odetkał korek i napłynęło do niej swieże powietrze, którego nie miałem nigdy wcześniej, bo w tej samej chwili otworzyłem szeroko oczy i powiedziałem "o wow". Czy to było otwarcie mojego trzeciego oka? Tego nie wiem. Może jego pierwsze, nieśmiałe podniesienie powieki? W tym samym momencie zacząłem odpływać, a oprócz światła spod powiek zacząłem dostrzegać jakby delikatnie zarysowane formy, ale nie były one tak wyraźne, jak czytałem w opisach u innych. W pewnej chwili miałem myśl "czy idziemy wyżej?" ale odpowiedziałem sobie, że nie, jeszcze nie i otworzyłem oczy, wszystko było normalne. Za to ja czułem się wyraźnie inaczej.

Złapał mnie dobry humor i zacząłem rozmawiać z chłopakiem, a on mi odpowiadał i też żartował. Przed tripem prosiłem go, żeby mnie tylko w nic nie wkręcał, ale nie robił tego. Jak powiedział już po fakcie, to widział, że jestem w dobrym humorze i mam ochotę żartować, to pomyślał, że dotrzyma mi kroku, skoro tak świetnie się czuję. Zaciekawiło mnie co robi na lapku, a oglądał streama z gry, więc co chwila go pytałem "a po co to?", "a dlaczego ona tak zrobiła, przecież mogła inaczej?". Zacząłem zadawać pytania jak małe dziecko ciekawe świata, a on mi odpowiadał jak właśnie takiemu dziecku, spokojnie i cierpliwie. Zdałem sobie sprawę, że granie w gry jest głupie i pozbawione sensu, bo to wszystko co tam robimy jest nierealne, nie mamy z tego żadnej wymiernej korzyści, do niczego to nie prowadzi poza samą rozrywką, nie rozwija nas. Zaznaczam, że normalnie bardzo lubię grać w gry ;) Ale teraz wydawało mi się to takie pozbawione jakby sensu. Po co, skoro dookoła mamy przyrodę i zamiast grać lub streamować moglibyśmy np. wyjść na zewnątrz i ją popodziwiać? Wydawało mi się to takie dziwne, że ludzie wolą spędzać czas przed komputerem, często po 8 godzin w pracy, a potem po powrocie jeszcze w domu, zamiast wyjść i korzystać z natury.

Poczułem, że chcę wstać i się z nią przywitać. Mój krok nagle spowolnił, zupełnie jakby ktoś mi włączył bullet time na kilka sekund, a potem odpauzował. "Wooow, ale ekstra" pomyślałem i poszedłem pod krzaczek zrobić swoje. Miałem wrażenie, że rośliny bujają się dla mnie, bo ucieszyły się, że do nich przyszedłem. Zastanawiałem się czy to prawda, czy to po prostu wiatr je tak kołysze? Spojrzałem na chmury i próbowałem zgadnąć co przedstawiają - dokładnie tak, jak robiłem będąc dzieckiem. Każdy z nas chyba tak robił, starał się przypisać im najrozmaitsze kształty. Widziałem w nich wielkiego barana, który potem zmorfował w byka, a potem nagle ciemniejsza chmura zaczęła go ogarniać. "Czy one ze sobą walczą?" pomyślałem, ale nie przejmowało mnie to. Dookoła miałem ją - przyrodę. Zdałem sobie sprawę, że ona zawsze tu była dla mnie. Od momentu kiedy byłem mały, aż do teraz. Że ona trwa i trwać będzie, że jest doskonała i taka prosta, a zarazem w swej konstrukcyjnej piękności złożona. Gdy przyglądałem się choinkom, gałęzie wydawały mi się fraktalami, dokładnymi i niezwykle symetrycznymi. Czy ja wcześniej tego nie widziałem, że tak mnie zaczęło to zachwycać właśnie teraz?

Poszedłem w moje ulubione miejsce, czyli w róg działki - tam, gdzie jest widok na drzewa i bagna. I otworzyłem szeroko buzię z zachwytu. Ona tam była. Ona - natura. Piękna i doskonała. Dwa wielkie drzewa zaczęły mi przypominać zielone płuca. No tak - pomyślałem - drzewa przecież są tymi życiodajnymi płucami, które dają nam tlen. To dzięki nim żyjemy, a tak je niszczymy, wycinamy, nie szanujemy... dlaczego? Znowu zacząłem się wzruszać. Dotknąłem gałązki jodły. Myślałem, że mnie pokłuje swoimi igłami, a ona była taka krucha i delikatna. Wprawiło mnie to w zachwyt. Stałem tak z dosłownie otwartą paszczą chyba dobre parę minut, bo nagle chłopak zaczął mnie wołać, czy wszystko w porządku. Wyrwał mnie z tego stanu zachwytu, ale nie miałem mu tego za złe, wróciłem do niego i przysiadłem się znowu ogladając z nim streamka i zadając zapewne dalej infantylnie brzmiące pytania.

Potem poszliśmy na górę. Mój chłopak zaproponował, żebyśmy zjedli sobie po Snickersie, wsypał też trochę chipsów do miski, ale wyraźnie nie miałem na nie ochoty. I nie dość, że nie miałem, to jeszcze zacząłem się zastanawiać, że przecież to jedzenie jest takie sztuczne, przetworzone. Zmusiłem się i ugryzłem kawałek Snickersa, który teraz wydawał mi się taki dziwny, a żułem go, jakbym miał go pierwszy raz w ustach, z takim wielkim zaciekawieniem i lekkim niesmakiem zarazem. Nie chciałem go jeść, ale rozumiałem dlaczego ludzie to robią - bo cukier to narkotyk. Ten prawdziwy, właściwy, jak alkohol, a nie marihuana czy grzyby. I pomyślałem, że to takie smutne, że jesteśmy tak ogłupiani i te dwie pierwsze substancje (na równi z nikotyną zawartą w papierosach, są całkowicie legalne i dostępne. Absurd totalny.

Zszedłem potem na dół i spojrzałem w lustro - tego też byłem ciekawy, bo sporo osób pisało, że przestraszyło się tego, co tam zobaczyło. Może przy większych dawkach tak jest? Bo mnie bardzo zaciekawiła moja twarz, tak delikatnie i zabawnie morfowała, ukazując mi całą paletę moich emocji. Przez chwilę wykrzywiła się w taki sposób, że pomyślałem "o, tak będę wygladał na starość". Ale nawet mnie to nie zmartwiło, uznałem to za naturalną kolej rzeczy. Pomyślałem też o śmierci, bo gra, którą oglądał na lapku mój chłopak polega na wieszaniu na haku swoich ofiar ( ;) ), więc ten temat również mnie zaciekawił i zastanowiłem się, czy warto się jej bać. Ale przyjąłem to z takim spokojem, że nie, nie muszę bać się śmierci, bo ona nie musi być wcale końcem drogi. Jestem ateistą, ale mam wrażenie, że jest jakaś siła, od której jesteśmy zależni i grzyby mogą być takim przekaźnikiem pomiędzy nią a nami. I nie mówię tu o wymyślonych przez człowieka bogach, na których podstawie opierają się religie tego świata. Czy w istocie tak jest, czy to tylko takie moje złudne wrażenie?

No dobrze, a czy miałem jakieś negatywne emocje związane z tym tripem? Podobno parę razy krzyknąłem trochę głośniej na psy, żeby się uspokoiły, bo miałem wrażenie, że od momentu startu tripa strasznie zaczęły zabiegać o moją uwagę i popiskiwać. Jedzenie dostały, więc o co mogło chodzić? Czyżby wyczuły, że jestem pod wpływem psylocybiny? Być może ;) Zwierzęta są wrażliwsze na odgłosy i zapachy niż my. Odnośnie odgłosów, to przeszkadzało mi też ich szczekanie, bo miałem wrażenie, że ujadają bez powodu bardziej, jak coś się tylko poruszy w krzakach. Wytrącały mnie tym samym ze stanu błogości i przemyśleń. Tak samo jak odgłosy sąsiadów z domku kawałek ode mnie, bo chyba urządzili sobie grilla i miałem wrażenie, że gadają i śmieją się strasznie głośno. A może to przez wyostrzony dzięki grzybom słuch? Bo Wydawało mi się, że słyszę wyraźnie też wszelkie szelesty w krzakach, na które reagują psy. Zacząłem narzekać na tych sąsiadów, że ludzie mnie denerwują takim głosnym zachowaniem i w sumie od zawsze denerwowali, gdy odbywała się jakaś impreza i nie potrafili się zachować. Z negatywów to w sumie tyle, nic więcej mi nie doskwierało, żadnych nudności nie miałem.

Czego nauczył mnie ten trip?

Przede wszystkim odblokował emocjonalnie na płaszczyznach, z którymi wiedziałem, że mam od dawna problem. Zawsze bałem się głośniej zaśmiać czy krzyknąć, bo miałem wrażenie, że zaraz ktoś mi zwróci uwagę, że za głośno sie zachowuję (w istocie tak się zdarzało, gdy byłem dzieckiem). Wstydziłem się przekląć w czyjejś obecności i robiłem to tylko sporadycznie, gdy coś mnie mocno wkurzyło, bo od zawsze byłem wychowywany, że przeklinają tylko prości i niewychowani ludzie albo tacy, którzy chcą się popisać. A w trakcie tego tripu śmiałem się do rozpuku i jak utyskiwałem na tych sąsiadów, to zdarzyło mi się parę razy przekląć i wydawało mi się to takie... normalne. Oczyszczające. Że ja też mogę, skoro inni mogą. Że nie muszę się krępować głośniej zaśmiać, skoro sąsiadka z działki obok rży jak jeleń na rykowisku i ma zapewne gdzieś, czy komuś to może przeszkadzać. Powiedziałem mojemu chłopakowi, że chętnie bym tym wszystkim ludziom wygarnął co o nich myślę, wykrzyczał głośno co mi się w nich nie podoba. "To krzycz" powiedział, i wydało mi się to takie proste, takie oczywiste, że przecież mogę! Mogę krzyczeć, śmiać się, głośno płakać, zwrócić chamowi uwagę, powiedzieć co o nim myślę. Mogę, mogę, mogę. Wszystko mogę! To ja sam siebie ograniczałem do tej pory i czułem, że muszę się przed innymi wiecznie tłumaczyć ze swojego zachowania. Nie, nie muszę. Mogę mieć ich w d*pie, bo liczy się moje dobre samopoczucie przede wszystkim, moja wolność i swoboda wypowiedzi, oczywiście tak, żeby nikogo nie krzywdzić, ale nie czuć się też niepotrzebnie stłamszonym, jaki byłem do tej pory. Bardzo też pomógł mi mój chłopak, bo gdy trip już dobiegał końca mieliśmy rozmowę o tym jak się zachowywałem i co mówiłem i powiedział mi parę mądrych rzeczy, takim głosem psychologa, że najpierw wysłuchał, a potem to opisał, że dodatkowo uświadomiłem sobie właśnie, że przez te rzeczy czułem się ograniczany. Cudownie było poczuć się jak dziecko, usiąść z psami na kostce brukowej przed furtką i głaszcząc je myśleć sobie, że natura jest piękna. Że zwierzęta są cudowne. Że to, że jestem tu i teraz jest wspaniałe i nie muszę się przejmować innymi, bo jestem w gruncie rzeczy wolnym człowiekiem i mogę sam o sobie decydować. Że warto żyć i doświadczać tego życia bardziej. Za to niezwykłe doświadczenie mogę podziękować im - cudownym grzybom, które w mojej pierwszej podróży pokazały mi prawdę o mnie. Cieszę się tym samym, że wziąłem ich mniej niż więcej, bo gdy czytałem raporty innych osób, to dziwiło mnie, że niektórzy biorą tak dużo na raz i do tego palą potem maryśkę albo piją piwa lub co innego... po co? I dziwią się później, że mieli złego tripa :/ Z nimi trzeba ostrożnie na pierwszy raz i najlepiej nie urozmaicać sobie przygody żadnymi dodatkami, tylko czyste grzyby i dobre otoczenie wokół, z odpowiednią osobą u boku, a wtedy może to być przepiękny pierwszy raz :)

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
33 lat
Set and setting: 
U mnie w domu na wsi, na tarasie przed ogrodem. Towarzyszył mi mój chłopak jako tripsitter. Nastrój: pozytywny. Ogólne zaciekawienie i fascynacja tym, co się zaraz wydarzy
Ocena: 
Doświadczenie: 
Marihuanaen - od czasu do czasu
Dawkowanie: 
~18 g świeżych
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2021
design: Metta Media