Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

4-ho-met & podsumowanie trip-raportu życia

4-ho-met & podsumowanie trip-raportu życia

Poniższy tekst jest fikcją literacką.

15maj, 2010rok. Na ten dzień zaplanowane zostało pożegnanie z psychodelikami.

Pożegnanie w postaci sympatycznego 4-ho-met na łonie natury

Wszystko się kiedyś kończy, choć wiadomo, to zabawa, kreacja. Także zabawa trwa, jednak odstępuje od substancji na czas nieokreślony. Może dożywotnio :) Nigdy nie mów nigdy ;)

a teraz co nieco o przebiegu owej zacnej soboty :

Set & Setting : Park, las, samochód... chyba miasto

Substancja : 30mg 4-Ho-Met + imao

Wiek/waga : 20/80kg

Doświadczenie : Alkohol, Avio, Efedryna, Kodeina, DXM (maks. 900mg), THC, nikotyna, dragonfly, LSD, LSA, Salvia Divinorum, Psylocybina, 4-HO-MET, 2C-E, DPT

Po uprzednim wypiciu mnóstwa soku porzeczkowego (niecały litr na głowe), wsypujemy pod jezyk po ok. 33-38 mg hometa. Ohydny gorzki smak, automatycznie wzmaga mdłości. Zbiera się dużo sliny ale trzymamy. Po chwili łykamy to obrzydlistwo zapijając sokiem szybko. Chwile czekamy i ruszamy spacerować po parku. Robi się coraz dziwniej i jaskrawiej. Wkońcu psychodela rozkręca się pełną parą. Gąszcz jest wręcz nie do przebicia. Świeży po deszczu las jest cudowny. Towarzyszy nam niesamowity humor i bytrość naszych umysłów podsuwa świetne kawały i riposty. Ubaw jak nigdy. Pełna radość i miłość. Zauważamy ze sytuacje przebiegają identycznie jak przy ostatnim tripie. Te same osoby, w tych samych miejscach, te same odczucia. Z początku lekki szok, potem podniecenie i chęć oszukania przeznaczenia. Robimy coś inaczej. Wędrujemy na torowisko. Obserwujemy pociągi wszystkimi zmysłami, po czym znów wędrujemy.

Zauważamy że robi się mocno niezdrowo, mocno. Lekki lęk że się zawiesimy gdzieś w parku i będziemy stresować spacerowiczów. Postanawiamy isć do auta przeczekać...

Miliardy myśli, brak muzyki, lecz muzyka wszędzie. Odczucia jakbym był na hawajach. Słonecznie. Mam chęc zamknąć oczy ale czuje się dziwnie zamotany. Więc wpierw chce nastawić budzik, bo wiem że za (bagatela) 7h musze jechać na urodziny do przyjaciółki. Nie mogę sobie przypomnieć na którą mam jechać. Proszę kumpla o pomoc. On tylko spogląda i milczy. Coś już jest nie tak. Po chwili mnie już też głęboko ryje. Jednak wszystko w „kolorach” oświecenia. Genialne przemyślenia odnośnie rzeczywistości, Boga itd.

Robie totalnie abstrakcyjne ruchy. Kolega też. Wiem że to wszystko jest idalnie zaplanowane, w idealnym miejscu i totalnie bez znaczenia. Bóg w ruchu, Bóg w boskiej przestrzeni bawi się.

Trace coraz bardziej klarowność i wysuwa się na przód mego postrzegania wyidealizowana własna osobowość. Odrzucone lęki, odrzucona logika, samo doświadczenie siebie jako Boga.

Chwilowy przebłysk, czuje że się choro robi. Wiem że nie mogę tak siedzieć, musze się ruszyć, chce się ruszyć! Ogarnąć! Wysiadam pospiesznie z auta i mówie kumplowi że idziemy, JUŻ !!! ale on się giba i wali głową w tapicerke. ... Ale o co chodzi?

Jakiś dziadek się na mnie dziwnie patrzy – chyba się wygłupiłem. Wsiadam spowrotem bez komentarza i niechcący zawieszam się kompletnie.

Koledze telepie szczęka, martwie się, może zbyt zimno? Patrze... mamy przecież zime. Jaka pora roku jest do kurwy nędzy? XD

Już nie widze żadnych pozostałości logiki. Harmonia śpiewu ptaków, melodia szumu miasta. Wypłynięcie skrzyżowania na las i dookoła nas. Odpalam samochód.... zapinam pasy. Usmiecham się, wiem że osiągnąłem własnie wiedze jaką chciałem, doświadczenie Boga. Intencją wyłączam działanie narkotyku. Obraz przestaje falować i się rozmywać, umysł staje się jasny. Wiem że wszelkie „zło” jest cudowne i naturalne i nieuniknione bo wręcz porządne. To jest JEDNOSĆ. Chce poszaleć, mam prawo, mam chęć, tak to już jest. Jestem Bogiem. Jade bardzo energicznie. Można rzec : ostro zapierdalam. Godzina 14 w mieście, sobota. Tłoczno. Śmigam i śmigam.... wkońcu dosć poszalałem, zatrzymałem się na poboczu i wyszedłem pobiegać. Przeżywałem w tym wszystkie możliwe emocje. Podniecając się ich szerokim wachlarzem. Każdej emocji towarzyszyło tysiące sytuacji z życia, ale nie tylko mojego. Mnóstwo możliwosci wytworzenia określonej emocji. Przeżywam mnóstwo różnych wcieleń i ten wszechobecny zakodowany w nas rozkaz : ŻYJ. To takie głębokie.

Mając wgląd w swoje różne wcielenia, porównuje je automatycznie, były takie powierzchownie nic nie znaczące jak pewien mężczyzna będący instruktorem jazdy w Angli, ale również pare wcieleń drastycznie coś odsłaniających, był żebrak z warszawskiego dworca, jak i milioner z willą na Kajmanach...

Siedzisz, zamulasz, zasypiasz... rozkręć to! Masz władze, możesz nadać tempo! Rozkręć! ŻYJ!

Biegne... Życze miłego dnia spotkanej kobiecie. Wracam, odpalam, ruszamy. Jakiś koleś mruga mi światłami – no tak, jade bez świateł. W tym momencie z uśmiechem mu dziekuje i odczuwam nieograniczoną wdzięczność. Śmigam między autami. Kolega gestykuluje palcami, wskazuje...PUNKT... haha, szukamy boga niewiadomo gdzie, Bóg szuka Boga w Bogu za pomocą Boga xD ...a czy myślałeś kiedyś o tu i teraz? Zwykłym Tu i Teraz?... pędzę samochodem... TA droga... bach, przypomniało mi się jak jechałem tędy niedawno i rozmyślałem o śmierci, przeszła mi wtedy przed oczami głupia wizja, że naćpany pojade tą drogą kiedys i się zabije, ale zabije się chcący. A więc tak to się kończy? Zabijamy się kiedy już WIEMY? Hah, gdybym był w bloku, jak Magik swego czasu... chyba bym skoczył J Zaczynam się szaleńczo śmiać, i wymijam kolejne auta ciągle nie mogąc się przełamać by uderzyć. Czuje że to bez różnicy. A więc rozkręciłem rzeczywistość... tak rozkręcasz, rozkręcasz, wzmacniasz, aż się przekręcasz... znajdźmy złoty środek. Ale nie niee... z tą wiedzą nie możesz żyć, haha! Nie nie... Tętno rośnie, adrenalina rozsadza receptory. Przygotowuje się na śmierć. Pogodziłem się z nią. Uderzam w autobus przede mną. On jedzie dalej... Ja wiem że Bóg się bawi.... jak gdyby nigdy nic. Jechałem za wolno, choć wiem że przód mam zmasakrowany i samochód nie nadaje się do jazdy. Skręcam w boczną i przywalam pare razy w samochód przed nami. Wysiada czterech dresów... nie lękam się. Uświadamiam ich że jesteśmy Bogiem... wzywają policje.

Przyjeżdżają, spisują, pytają... a ja gram swą role, uśmiecham się, ciesze się życiem, słoneczne popołudnie

Życie jak zestaw fraktali, ROZKRĘĆ, napędź! Baw się! To jest od Ciebie dla Ciebie.

Znów przebłysk jakiejś logiki. „co się dzieje, chwila, ogarnij się, chwila, park, nie siedz w aucie, bo zamuliłeś strasznie! RUSZ SIĘ RUSZ!!” mysle sobie. Wiem że musze się ruszać, wiem że się gdzieś zawiesiłem i coś się nie tak dzieje. Zaczynam biec, coraz szybciej i szybciej... przed siebie. Hmm... nie świadomy faktu że uciekłem z miejsca wypadku. Jakaś dziwna ulga, ale wciąż nie potrafie się ogarnąć. Czuje ze jestem w stanie przebiec cały świat. Nasuwają się motywy z Foresta. Po jakimś czasie od boku podjeżdża radiowóz...hmm...ciekawe, wyskakują policjanci i brutalnie mnie zakuwają i pakują w samochód.... tutaj zaczyna się miks. Wywala mnie w totalnie inną przestrzeń, wybieram swe przeznaczenie. Wiem że mnie wieźli normalnie na siedząco a i również na glebie przyciśniętego.

Jakaś poczekalnia życia... Jakbym już wszystko zrozumiał i starczyło mi życia. Ale ja chciałem jeszcze troche pożyć! Chce to i tamto, i tu się zabawić. Motyw ze źrenicą, jako fraktal, jako tu i teraz w wiecznej kreacji.

Pytano się mnie gdzie byłem ostatnio, gdzie się zgubiłem, bym mógł tam wrócić do ciała, starałem się... niesamowity wysiłek by sobie przypomnieć. Niesamowita męczarnia, ból, żal... a jednocześnie przesiąknięte radością i uśmiechem jakbym w coś grał. Wciąż wybieram. Wszystko istnieje jednocześnie.

Ogromny klub, wszyscy jednocześnie zatopieni w rytm bitu. Seks, równoczesny orgazm i rozpuszczenie się ciał.

Mnóstwo obrazów, dziewczyny które kocham, imprezy na których byłem, rodzice których ranie. Wszelkie systemy religijne. Wszędzie wszystko zrozumiałem. WIEM... Widziałem swoje różne zakończenia. Mogłem wybierać. Albo strace oddech w szpitalu, bo się okaże że ciśnienie nam podskoczyło po homecie za bardzo (przeżywam to, od momentu utknięcia w lesie. Wybijają szybe, wyciągają mnie lekarze, wziozą do szpitala, aż do momentu końca oddechu. Cisza... błogość... i w oddali oddech zrezygnowania lekarzy), albo też wpadne na tory i będę kaleką, albo będę obłąkany, albo osądzony o pedalstwo... mnóstwo niezliczone wręcz zakończenia. Wybrałem przypał z policją. Dostrzegłem w tym wtedy niesamowitą ilość plusów i lekcji dla mnie. Taki sposób na doszlifowanie. Bym się opamiętał w końcu.

Naraz niezłe rozbicie. Wszystko ładnie do siebie pasuje na codzień, słowa do sytuacji, odczucia również. Niby wydaje się że to kwestia wyboru... jest sytuacja i wtedy bach : emocje, słowa. Tutaj mi się wszystko rozsypało, cały porządek, chodze, rozmawiam, robie absurdalne gesty i wiem że to nie w pore. Musze to poukładać. Nie mów o kluczach wskazując słońce! Nosz qźwa! Ogarnij się. Powoli, o co chodzi. Spokój. Klucze, ok., to będzie samochód... albo kajdanki

Leże na glebie, nie czuje rąk, tylko słysze głosy szydzące ze mnie, nabijające się z mojej ułomności. Bredzę coś bezsensu. Odgaduję zagadki, rozbijam Boga na cząsteczki, na więcej i więcej... „coś ty wpierdalał koleś, lsd?” pada pytanie. W tym momencie widze jak narkotyki wpływają na odbiór rzeczywistości, jak ją zbliżają do źródła, one po to własnie są. Dają zbliżenie do Jedności, do wszechistnienia. Psychodeliki królują w tej kwesti... i.... i to bez znaczenia! ^^ Ale jest tyle możliwości!!! Innych!!! Wiem że to zaraz ogarne, wiem że zaraz COŚ się dowiem ... jestem o krok! Przelatują mi przed oczami wszelkie mowy jakie wygłaszałem znajomym, wszelkie teorie, wszystko ukazało się jako wędrówka, coraz bliżej, źrenica, fraktal,... Chwilowo jestem wężem, zapętlam się jak DNA... potem czuje się jak Jezus w drodze na golgote. Przybijają mnie, niesamowity ból w nadgarstkach, czystka w umyśle, aaaaaaa... qrwaaaa.... odpuszczam, nie....chwila, jeszcze chwila, spróbuje zaraz jeszcze raz, znów ból w nadgarstku, nie mogłem nawet krzyknąć... Znów przebłysk... OGARNIJ SIĘ... wiem że nie mogę się relaksować, nie mogę odprężać, musze się ruszać!... odebrane to zostaje jako nieposłuszeństwo i chęć wyrywania sie. Obrywam łokcia po żebrach pare razy, przygniatają mnie paru chłopa do gleby... Zrozumiałem. Zrozumiałem Jezusa. Nie ważne co robisz. Chodzi o ten stan umysłu. Ta bezstronność, pełne zrozumienie, świadomość... odpuść, ooodpuść, oni wkońcu zrozumieją.

Odpuszczam, czuje jak grzęznę w chorobe psychiczną. Zdaje sobie sprawe że z tego nie wyjde, nie mogę się ruszyć.

Bo czasem...czasem trzeba zwyczajnie, po prostu, ... zasnąć

Zamulam... pomyśleć że kiedyś chciałem wylądować w psychiatryku, zrozumieć tą odmienność, spróbować, pobawić się. Jednak dochodzę do wniosku że nie chce być w tym wcieleniu ciężarem dla innych. Chce umrzeć, wystarczy tego, skończmy to. Próbuje sobie roztrzaskać głowe o kafelki. Pare potężnych uderzeń. Dziwne odczucia, bez bólu...

Czyżby ból był oznaką typu „uważaj! Warto żyć!” a gdy już wiesz, że zaraz skończysz, to istnienie bólu przepada w bezsensie swego bytu?

Gdzieś znikam...

Wziąłem głębszy oddech, odprężyłem się. Cóż mi zostało, jakaś ciemność i nieznane dotąd odczucia... zacząłem medytować, obserwacja, świadomość, cisza, cisza z której rodzi się cały zamęt. Nie stanowiący niczego osobnego...cisza... cisza wnętrza, spokój, radość... spojrzałem z odległości na całą sytuacje, na moje iluzoryczne urojenie ... Tu i teraz... WIĘC TO O TO CHODZI?

Hah, nie da się być gdzie indziej. Fantazjujesz? To jedynie przenosisz wizje wyobraźni do tu i teraz ^^ obserwuj

Obserwuj.... obserwuj, aż w obserwowanym jak i fakcie obserwacji dostrzeżesz obserwatora

„Wychodze” z tego błota. Pare głębszych oddechów i wyszedłem, obraz się rozjaśnił, logika i zdrowy umysł powrócił... SZOK... i nastąpiła ciemność w pamięci. Nic nie pamiętałem.

Zauważyłem tate, grupe policjantów. Porozmawiałem, odkuli mnie, usiadłem... nic nie pamiętałem. Głupio mi, wstyd, żal i co się stało z moją głową, z twarzą? Prawo jazdy zabrane, kara pozbawienia wolności w zawieszeniu prawdopodobnie

Dopiero z czasem co noc zaczęło mi się wszystko śnić i musiałem się budzić co chwila by nie oszaleć.

Zbyt dużo odmiennych przemyśleń ukazujących bezmiar boskiego dzieła. To było ciężkie. Ale jednoczenie nader fascynujące. Momentami zalatywało mi to dexową sigmą

Dość porządnie opuchnięta głowa, jednak czaszka nie uszkodzona. Jedno oko zalane krwią. Ale już się goi całkowicie wszystko. Bez trwałych uszkodzeń.

Krótka sprawa w sądzie. Cóż... oparta jest na wyniku badań krwi, które robiono około 3-4h po zażyciu. Wpłynąłem umysłem na substancje. Choć możliwie było to subiektywne odczucie. Więc, uwierzyłem... Po prostu wiedziałem...

„Nie ustaniemy w poszukiwaniach, a ich kresem będzie dojście do punktu wyjścia i poznanie go po raz pierwszy”

Punkt, tu i teraz

Bo nie ważne co robisz, wciel się na tej niebieskiej planecie, żyj, pokochaj to co robisz i rób, działaj, kreuj, baw się, kochaj

żyj, Żyj, ŻYJ, ŻYJ !!!

PS: 15 czerwiec, sąd orzeka zaniechania zatrzymania prawa jazdy, póki co żadnych konsekwencji ^^ wiara czyni cuda moi drodzy

Nie polecam podróży bez opiekuna trzeźwego. Nawet jeśli jesteś doświadczonym podróżnikiem.

Wiele, naprawdę WIELE zawdzięczam substancjom zmieniającym świadomość.

Moja podróż zaczęła sie w 2007 roku. Tuż po szerszym zrozumieniu schematyczności systemów magicznych i ezoterycznych, podsycany zabawą w eksterioryzacje. Pośredni koniec pojawił sie również w tym samym roku, po przyjęciu LSD (a moze to wcale nie był kwas, nikt nie wie :D) potem dużej ilości grzybów psylocybinowych. Przerwa... odetchnięcie. Zacząłem budować wewnętrzną świątynie poprzez medytacje i zagłębianie sie w tradycje buddyzmu zen.

Przez cały ten okres, bywały konfrontacje z rodzicami. Pierwsze przypały, które dało rade prze-symulować na chorobę. I późniejsze problemy, łzy rodziców, ale radość wśród kolegów - bo jaki Ty to hardcore jesteś.

Z myślą że już skończyłem, oswoiłem rodziców z myślami a porpo psychodelików. Od czasu do czasu pojawiały sie rozmowy o nich, przeplatane mistycyzmem, religią... i tu kolejne kłopoty bo rodzice oddani katolicyzmowi. Krok po kroku coraz bardziej uczyłem sie siebie i innych wokół. Akcje, reakcje, oddziaływanie, oczekiwanie, spełnienie, rozgoryczenie.

Pojawił się sporadyczny wybryk z LSA w postaci powoju... łzy, żal, rachunek sumienia. Rano otwarte przyznanie się rodzicom. Znów słowa przeplatane "dobrą nowiną" mistycyzmu. Rodzice przestali płakać, zaczęli się bać. Pojawiały się propozycje psychologa, później psychiatry, nawet egzorcysty w pewnym momencie. Mówiłem im wtedy, że mnie to różnicy nie zrobi, a jeśli im pomoże i ich uspokoi to chętnie się wybiorę na spotkanie.

Przeszedł i ten okres, nastała cisza... zacząłem kochać i radować sie, bo to jest cel, a nie rozmyślania i schematy które przyjmujemy.

2lata później ('09/'10), tymczasowy przyjemny nałóg palenia. Zaczęło się, wiadomo, sporadycznie. Raz na miesiąc. Potem co weekend... później pojawił sie okres ciągłego palenia, piątek, sobota, niedziela i czasem w tygodniu też... i znów cały weekend. Rodziców już oswoiłem z tym działaniem. Wiedzieli że pale sporadycznie. Oczywiście nie wiedzieli ze tak często. Dla ich dobra, pomijałem szczegóły.

Następnie palenie sie znudziło i w 2010 roku powrót na łono psychodelików. Tryptaminy, fenetylaminy, jesteśmy doskonali :D kto to wynalazł to nie pamiętam, ale chwała mu. Suma summarum, chwała Bogu Jedynemu

Bywało rożnie, oscylacja między fascynacją i pogrążeniem w tragizmie. Totalne odrealnienie, albo znów przechył w zbytnie czucie rzeczywistości jako JEDNEGO, czasem i na czas dłuższy niż okres działania substancji.

Mimo to w życiu jakoś dawałem rade, choć szkolne zaległości dawały o sobie znać czasem. Cudowna dziewczyna, którą kochałem tak, jakoś ...naprawde i w pełni -odeszła. Nie ma znaczenia ;) nie spełniałem jej oczekiwań. Na tym to polega :)

Jednak świadomość tego i owego, nieporównywalnie wiele mi dała... dostałem szanse żyć na prawdę, bez lęku.

Nie raz popadałem w egoizm, a to znów w altruizm, wielu osobom starałem się pomagać, na każdym kroku :)

Czuje sie spełniony w każdym aspekcie życia. A cudownie wszystko sprowadza sie do tego mistycznego, boskiego, prostego wiekuistego "tu i teraz" :)

Szczerze jednak mogę powiedzieć, że medytacja może śmiało stanowić alternatywę dla psychodelików. Dużo pokazuje, wiele uczy, pozwala doświadczać, jednak rzadziej z owym "pierdolnięciem" które nie pozwala się otrząsnąć, którym to nacechowane są psychodeliki. Tak czy siak, potrafi być równie kolorowo. Sęk w tym, że więcej trzeba od siebie dać by ten umysł się objawił, a nie samą chęć przełknięcia tego i owego. Medytując musisz poświęcić więcej... musisz oddychać xD Medytacja to stan umysłu a nie czynność.

Ci co mają sie tym zainteresować, zainteresują się tak czy siak. amen

Nie powiem że mnie kompletnie nie ciągnie już do psycho. Oj nie, bywają dni, chwile, że pojawia się chęć bycia innym, pogięcia rzeczywistości, odpłynięcia na falach psychodelicznej mazi, powrotu do tego stanu.

Dlatego z dniem dzisiejszym budzi się we mnie nowa ciekawość i uśmiech dziwny i pytanie w głowie "dam rade?" :P I ku mej uciesze pojawia sie ta chwila, gdy wychodzę wieczorem na podwórko, siadam na ławkę, oglądam różowe niebo zachodu słońca, przeplatane kwitnącymi drzewami, śpiewem ptaków i pluskaniem sie kaczek w stawie... oddech... i psychodelia trwa, umysł się objawia. Nieustannie, zauważ to.

Mogę robić cokolwiek, odczuwam przy tym radość jeśli zechce - każdy tak ma, uświadom to sobie. Kopałem niedawno ogródek, cóż za ekstatyczne doświadczenie! xD i nie mówie tego w żartach. Zagłębianie się w czynność, oddawanie się jej w pełni, to jest baaaardzo ciekawe, wręcz mistyczne. Pojawia się w umyśle motyw fraktalizacji... hmm... Ale taniec, TANIEC! to jest rzecz cudowna, boska, dająca mi TO COŚ. Także przerzucam się teraz na ten drag ^^

Nie żałuje ani jednego dnia :D ani jednego miligrama substancji. Ani jednego tyknięcia sekundnika...

Bóg jest cudowny, Bóg się bawi, Chwała Ci Boże, Boże który na to teraz zerkasz, tak Ty, Chwała i wszelka cześć! :) Kocham

ALOHA

PS: jednak sprawa jeszcze nie jest zamknięta, a powyższe orzecznie nie jest do całej sprawy:D więc czekamy, trwając w wierze :)

Ocena: 

Odpowiedzi

łoł :D wypas ogolnie jestem tego samego zdania :D poprostu czlowiek musi sobie cos wyobrazic zeby sie uswiadomic, najcudowniejsze jest uswiadomic sobie czym jest miłosc ... mmm ;)

beskitu widzę że psychonaytka wygięła Twój mózg znacznie (ale w pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu)
i tak sobie myślę, że od czasu do czasu zjesz to i owo, kto raz założył psychodeliczne wrotki nigdy ich nie zdejmie
pozdr

i już jest ;-) dodatkowy opis

Genialny trip :D Zachowałeś się niezbyt odpowiedzialnie, ale całe szczęście , że zwrócono Ci prawo jazdy. W każdym bądź razie to było fascynujące. Zupełnie nie zdawałeś sobie sprawy z tego, co się dzieje. Policjanci zakuwali Cię w kajdany, a Ty myślałeś o Bogu. Ciekawa jestem jaka byłaby ich reakcja, gdyby poznali Twoje myśli.

Psychedelic :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media