Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

majestat kota i "one są z innego świata"

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
około 25 mg doustnie z kielonków z wodą 50 ml.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Otoczenie: Początek - mieszkanie brata, dobrze znane dające poczucie bezpieczeństwa, nie licząc ciemnych zakamarków. Mieszkanie duże, w starej kamienicy. W trackie: podróż do świata zewnętrznego - nocny spacer.
Później powrót na wspomniane mieszkanie i tam już do końca tripu w jednym największym rozległym pokoju. Pokój dający wiele bodźców wzrokowych, dużo kolorów, kształtów, stare meble, obrazy. Trip 4- osobowy z zaufanymi ludźmi. Całkowity brak lęku przed nimi, bardziej lekki lęk o nich, spora wzajemna empatia.
Nastawienie: lekki lęk ale chce spróbować, próba oczyszczenia z oczekiwań co do substancji, w głowie teksty z książek o psychodelikach i szamanizmie. Chęć doświadczenia i rozwoju.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
alkohol, marihuana, haszysz, "ziołowe mieszanki", GBL

majestat kota i "one są z innego świata"

Siedzimy w kuchni na mieszkaniu u brata. Przed nami 4 kielony wypełnione wodą i białym proszkiem. Jestem Ja, "A" czyli mój brat, "K" czyli jego dziewczyna i "M" czyli mój dobry kumpel. Jestem w tym dobrym położeniu, że wszystkich znam bardzo dobrze. "M" z "K" znają się dosyć słabo, "M" z moim bartem już lepiej. Chociaż wszyscy się bardzo lubią. Piszę o tym dlatego, że będzie to miało wpływ na późniejsze postrzeganie siebie nawzajem. Godzina około 18:00 - ładujemy. Wypiłem kielona, lekki gorzkawy posmak na języku, pierwsza myśl "już za późno" - ale nie ta z tych tripujących, bardziej zabawna. Mój brat i jego dziewczyna wcześniej brali już hometa z tym, że chyba dawkę 20mg - stwierdzili później, że poprzedni trip nie był aż tak głęboki jak ten który obecnie się zaczynał. Pojawia się plan żeby pójść sobie na spacer. To było pod koniec października, już się lekko chłodnawo robiło, zwłaszcza wieczorami, także kurtki na siebie, jakieś szaliki - uniform jesienny.

Poszliśmy nad Wisłe - trip w Krakowie - po drodze podniesienie nastroju, jakieś żarty, uczucie nadchodzącej przygody. Kiedy byliśmy już niedaleko wody zaczęły się pierwsze lekkie objawy - mineło około 30 minut od zażycia. Dwóch pijaczków siedzących na ławce gdzieś pod drzewem sprawiało że nie chciałem sie patrzeć w ich stronę. W ciemności wyglądali jakoś tak niepokojąco :) Zacząłem czuć zmiany w nogach, mięśnie i kości działały trochę inaczej. To chyba właśnie ja wapdłem na pomysł, żeby sobie siąść na murku, inni chcieli iść dalej. Osobiście odczułem, że chwilowo muszę sobie siąść. Rozchodzi się o to, że trip zaczął mi się wcześnij niż pozostałym. Oni jeszcze mogli jakoś funkcjonować a ja poczułem, że zaczynam płynąć, pod ciemnym niebem, z cieniami w krzakach i w nie znanym miejscu. Położyłem się na ziemii bo stwierdziłem że liście mnie uspokoją. Naprawde były ekstra, takie złote, jasne, delikatne. Trochę się nimi pobawiłem, zrobiło się lepiej. "K" zaczęła się przejmować, że mogę dostać ataku epilepsji - bo nawiasem mówiąc mam padaczke, z tym, że barzdo delikatną która ujawnia się bardzo rzadko. "M" i "A" też się zaczeli martwić więc powiedzieli żebym wstał. No cóż, też się tym martwiłem więc zrobiłem to co mówili i ruszyliśmy dalej.

Porządna jazda zaczęła się kiedy miałem zejść z górki. Lekka pochyłość, zejście z górnej ścieżki na dolną, zaraz już nad wodą - niby nic trudnego. Oni idą dalej a ja się zatrzymuje i nie mogę zejść, miałem wrażenie, że jest strasznie pochyło a oni idą szybciej niż ja. Coś tam powiedziałem pod nosem "Ej, czekajcie na mnie" zmartwiony, że mnie zostawią. Tu mi się zaczął trip, że ja juz trafiłem do innego świata a oni jeszcze nie i że nie jestem przez nich rozumiany, trochę mnie to niepokoiło. Zaczekali na mnie, nawet chyba pomogli mi w tym zejściu. Idziemy dalej, przechodzimy pod mostem. Ja znów wysiadam, mówie, że nie mogę iść. Kładę się na trawie, uspokaja mnie. Dotykam jej i czuje, że to coś żyje, że ta trawa naprawdę zawiera w sobie jakiś pierwiastek. Zamieniła się w taki wielki włoskowaty dywan, krąże rękami po jego powierzchni, śmieje się, jest naprawdę zajebisty :) "M", "K" i mój brat w końcu złapali głębszą fazę. Ktoś mówi żeby popatrzeć na balon na niebie - ten biały co sobie czasem lata nad Krakowem jak się ktoś orientuje - zmienia kształty, jest raz większy raz mniejszy, pulsuje rytmicznie, raz staje się biały raz lekko żółtawy, patrzymy i wydajemy z siebie nieokreslone dźwięki zaskoczenia. Nie mam zdania na temat tego balonu, trochę mnie tripuje, troche fascynuje. Jednak kiedy patrzę w górę robi mi się nie dobrze. Wracam więc wzrokiem do mojego dywanu, patrzę też na drzewa wokół i mam wrażenie, że mnie obserwują, że się mną opiekują. Te drzewa są starsznie mądre i stare. Też mnie zaczynają uspokajać. Teraz kolejna zła faza - mój brat "A" co jakiś czas pluł siarczyście na ziemię bo gorzki posmak hometa pozostał mu w gardle. No i w momencie kiedy ja dotykam tej trawy i jest zajebista usłyszałem jak on pluje - idealne połączenie zmysłów. Słuch wpłynał na wzrok i dotyk, nagle czuję, że trawa zmieniła się w jakąś ochydną ciągnącą się substancję, jakieś ciemne złe bagno, poczułem się naprawdę źle. Stwierdziłem, że jestem ...w piekle. Starałem się wmawiać sobie, że to tylko moja głowa, że nie jest źle. Skupiłem się na trawie i chciałem ją spowrotem "odczarować". Wtedy "K" poszła gdzieś na bok, wróciła po chwili przestraszona i mówi do nas patrząc na ziemię "Chodźcie stąd, tu jest pełno robaków". Chodziło jej o takie białe kropki na asfalcie, które poprostu tam były, nie wiem po co ale były, w każdym razie zmieniały się w robaki. Wtedy naprawdę zacząłem się bać. Oczywiście wizualnie to nie jest tak grube. My tych robaków nie widzieliśmy, my myślelismy, że je widzimy, kątem oka, przy zamkniętych oczach, przez jakiś cień czy rozbłysk światła, tak samo z tym dywanem. Efekty emocjonalne, dźwiękowe i dotykowe przeważały nad wzrokowymi. Wracając do "robaków" - tak, bałem się. Wtedy przybył ratunek, jak na białym rumaku - tylko nie rycerz i nie na rumaku. Usłyszałem szum, lekki uspakający szum który coraz barzdziej narastał, narastał i się do mnie zbliżał, uznałem, że zbliża się do mnie coś "dobrego". Wtedy zza moich pleców wyjechała jakaś dziewczyna na rowerze. Nie pamiętam jej dokładnie ale zaraz po tripie potarfiłem ją opisać bardziej szczegółowo. Wiem, że miała długą spudnicę i jechała na takim rowerze miejskim z dużymi kołami, z przodu miała światełko, bardzo hipnotyzujące światełko. Ten szum to był poprostu dźwięk roweru, usłyszałem go chyba ze 100 metrów. Zmysł słuchu wyostrzył się niesamowicie, w ogóle to słychać było wszystkie rozmowy wszystkich ludzi wszędzie. Tak jakby jakiś rój, jakieś naarstajace echo słów i odgłosów, fale dźwięku które się na siebie nakąłdały. W każdym razie gdy ta dziewczyna przejechała obok, ja wstałem z ziemii i powiedziałem "To o nią chodziło!" :D Poczułem się o wiele lepiej. "K" nadal chciała iść do domu, chyba wszyscy chcieli.

No to idziemy, wracamy się na mieszkanie, podróż powrotna była ciekawa. Gdyby nie "A" napewno byśmy nie tarfili co celu. Został naszym przewodnikiem, mówił gdzie skręcać, kiedy jest czerwone świato a kiedy zielone ma przejściu itp. Mi się wszystko mieszało, podobnie jak innym. Nie wiem jak on to ogarnął na takiej fazie, ale ogarnął. Motyw przejścia to coś niesamowitego. wystarczyło zamknąć za sobą drzwi od kaltki schodowej i odrazu inny świat. Inne odczucia, inny rodzaj bezpieczeństwa, inny rodzaj zabawy. Zafascynowały nas wzory na płytkach, zaczeliśmy się śmiać. Chwilowy przystanek na wspołne wpatrywanie się w stopy :) Idziemy na drugie piętro, gdy dotknąłem barierki przy schodach stwierdziłem, że ma fizjonomie węża, łuski, jakaś taka śliska. Wcale się tego nie bałem, nawet mnie zafascynowało.

Drugie piętro, kolejne przejście: wejście do mieszkania - to już była euforyczna miazga. Dźwięk zamykanych drzwi i czujesz, że całe zło tego świata zostało na zewnątrz. W ciągu kilku sekund niesamowite bezpieczeństwo, empatia, tylko dobro i uśmiech. Na mieszkaniu były jeszcze dwie współlokatorki i akurat jedna brała prysznic - dźwięk lejącej się wody był wspaniały, nagle wszyscy, cała czwórka odczuła to samo, zaczelismy się rozpuszczać :) To było tak niesamowicie przyjemne, ciężkie do opisania uczucie, że poprostu zaczeliśmy się śmiać. Nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, zmieniliśmy się w śmiejącą się ciepłą substancję. Zaczelismy ściągać z siebie rzeczy bo zrobiło się gorąco jak w sałnie, kurtki, szaliki, płaszcze i bluzy zmieniły konsystencje, czułem, że dotykam czegoś co niby jest moją kurtką ale jest zrobione z plasteliny. Jak tak teraz sobie o tym myślę to założe się, że stalismy w tym przedpokoju przynajmniej z 10 minut - ktore to oczywiście rozciągnęły się do trzydziestu - zanim zdecydowalismy, że wchodzimy do pokoju. Te dwie współlokatorki trochę przestraszone, nigdy nie miały żadnych doświadczeń z niczym podobnym, chociaż nawet nie o to chodziło, one nawet nie miały wiedzy na takie tematy, były po prostu z innego świata, ale o tym później. Wchodzimy do pokoju, "M" później wspominał uczucie wlatywania do pomieszczenia, on tam nie wszedł, został uniesiony. Sam pokój to już inna historia. Obrazy na ścianach i na podłodze, - "K" maluje - jakieś farby, jakieś stare meble, wszędzie ciekawe inspirujące wzory. Pokoj był niesamowicie ciepły i łagodny. Czułem się jak dziecko. Położyłem się na parkiecie, "K" i "A" wylądowali na łóżku. "M" na ziemii niedaleko mnie razem z kotem. Mógłbym nawet powiedzieć z KOTEM, tak! - ewidentnie zasługuje na duże litery. Był naszym przewodnikiem i opiekunem. Gdy cały pokój stawał się psychodeliczny i czułem, że wpadam tam gdzie nie powinienem, szukałem KOTA. Wystarczy, że na niego spojrzałem i odrazu było zajebiście. Co ciekawe dla mnie w ogóle się nie zmienił wizualnie, może później, ale w małym stopniu. Był nadwyraz realny, jak prawdziwa postać wklejona do rysunkowego świata. "K" zafascynowała się piecem kaflowym, leżała na łóżku z euforycznym uśmiechem na twarzy i ciągle patrzyła na ten piec. Miał dla niej jakąś zarezerwowaną magię. "A" znów został przewodnikiem, zaczął mówić, prowadzić naszą fazę. Ciągle mówił i mówił, ale to było potrzebne, było bardzo stymulujące. Zafascynował się fraktalami na suficie. "M" leżał na ziemii i bawił się z KOTEM co jakiś czas śmiejąc się do siebie i mówiąc pod nosem "MAJESTAT KOTA, MAJESTAT KOTA...", później wspomniał, że akurat dla niego KOT zmienił się bardzo, był o wiele większy, o wiele bardziej puszysty i bogaty. Ciekawym zjawiskiem było wspólne "wzrastanie i opadanie" fazy. Trip działała na zasadzie sinusoidy, faza rosła, rosła i każdy trafiał do swojego świata, później opadała i dało się normalniej funkcjonować. Co najlepsze te wzloty i upadki były totalnie wspólne, każdy z nas miał to w tym samym momencie, empatia zamieniła się na telepatie. Pamiętam jeden moment kiedy jesteśmy razem w mniej odrealnionym świecie i sobie rozmawiamy o czymś a tu nagle "A" mówi: "Ooooo, zaczynaaa się" i wszyscy jednoczesnie euforyczny śmiech i jednoczesnie podróż w głąb siebie. Nie pamiętam czy coś jedlismy, chyba nie. Ale motyw z piciem wody znakomity, dotknąłem butelki z zimną wodą i moja ręka ominęła plastik, dotknąłem wody która była w środku! Znów odczucie przenikania zmysłów. Samo połykanie płynu bardzo odrealnione, czułem, że coś mnie wypełnia.

Trip w pokoju to było coś totalnie euforycznego, leżałem i się śmiałem powtarzając ciągle "to jest inny świat, to jest inny świat". Kontakt z kosmosem na wyciągnięcie ręki. Co jakiś czas obok nas przechodziły te współlokatorki - pokój przejściowy - ze starchem na twarzach. Coś tak czuje, że siedziały w tym swoim pokoju w oczekiwaniu, że za chwilę tam wpadniemy i zrobimy krzywde im albo sobie :D Jedna z nich ztripowała się chyba jeszcze bardziej kiedy leżąc na ziemii czerwony od śmiechu i łez wskazałem na nią palcem i powiedziałem "One są z innego świata".

Podróż do ubiakcji była czymś niewykonalnym, nawet nie o to chodziło, że ciężko w ogóle było wstać z ziemii ale barzdziej o te stany przejściowe. Kiedy w końcu udało mi się wejść do przedpokoju po tym jak zaakceptowałem, że to już inna przestrzeń ale też bezpieczna i napewno za chwilę się nie zawali, wejście do łazienki mnie przerosło, musiałem zawrócić. Po trzech podejściach w końcu udało mi się odlać chociaż i tak było dziwnie bo na ścianie obok również wisiał obraz. Te postacie mi się przyglądały :)

W momencie kiedy już mogłem wstać i nawet sobie spacerowałem, stwierdziłem, że mam już na tyle opanowane gumowe ciało, że mogę puścić jakiś kawałek - muzyka leciała cały  czas od początku ale nie pamiętam nawet jaka. Siadłem przy laptopie i dosyć instynktownymi ruchami wpisałem, znalazłem i puściłem Bjork - All is full of Love. Zabiła mnie ta nuta! Położyłem się na ziemii i stwierdziłem, że jestem dzieckiem w łonie mojej matki. Nie wiem czy kiedykolwiek odczułem tak bardzo dźwięk, nie da się tego opisac, poprostu czysta miłość. Nie wiem ile razy pod rząd to puszczałem.

Kiedy trip dobiegał końca dobiegała też do końca telepatia między nami, zamieniła się w empatię, a ta z kolei w apatie. Pod koniec zaczeliśmy czuć, że więź która była między nami przez ostanie kilka godzin gdzieś zanika. Czułem, że to co mówię jest niezrozumiałe, czułem, że inni też tak mają. Czułem, że jak coś powiem to będę źle zrozumiany. KOT stał się Kotem, już nie czułem jego opieki, chociaż nadal był zajebisty. W tym momenie tripa bałem się spojrzec w jego oczy.... Czyli krótko mowiąc: wrócilismy do realnego świata. Pod koniec też, zaczeły się fazy społeczne, "K" się martwila, że "M" się źle wśród nas czuje bo się nic nie odzywa i nas nie zna, ja się martwiłem, że o widzi, że ona się na niego patrzy i może się tripować. Nastąpiło plemienne odrealnienie. Wcześniejsze idelane połączenie umysłu i ciała, dźwięku i dotyku, uśmiechu i reakcji, wspolnotowe odczucie wszechświata znikneły. Posiedzieliśmy jeszcze trochę w kuchni przy fajce i browarze, nadal odrealnieni, chcący albo powrotu albo tylko snu. Pogadalismy jeszcze chwilę o tym co przeżylismy, zwykła ziemska empatia zaczęła powoli wracać ale to nie było jeszcze to, jeszcze był w powietrzu jakiś społeczny niepokój. Po browarze i fajce rozstalismy się by ponownie się spotkać za dzień lub za dwa co by obgadać sprawę.

Kończąc już: mimo to, że między nami istniało wręcz metafizyczne połączenie każdy miał innego tripa. "K" maluje obrazy, ogólnie tworzy - jej trip był bardziej wizualny i "jak tu jest pięknie"; "A" ogólnie ma zdanie na wiele tematów i słynie z dobrego ciętego żartu - jego trip był bardzo sprawozdawczy, dużo mówił i nawet można powiedzieć że kierował częścią podróży; "M" jest raczej osobą hermetyczną, nie koniecznie musi się odzywać żeby się dobrze bawić - jego trip był bardziej wycofany i wewnętrzny niż nasz, co nie znaczy, że zły albo mniej głęboki; ja czyli "T" zwykle mocno odczuwam przestrzeń i zmiany w niej oraz dźwięk oraz zmiany w nim - mój trip polegał właśnie na tym, brałem ze środowiska bardzo dużo bodźców.

Czyli jak zawsze "otoczenie i nastawinie". Podróż jaką zafundował mi prorok wspominam bardzo miło, jedno z grubszych, jak nie najgrubszych doświadczeń duchowych-umysłowych jakich przeżyłem w życiu. Nawet "piekło nad Wisłą" nauczyło mnie czegoś o sobie. Po dłuższym czasie mogę stwierdzić, że te 25mg białego proszku zmieniło moje postrzeganie świata i ludzi, a napewno było silnym, niesamowitym katalizatorem.      

Ocena: 

Odpowiedzi

Sądząc po opisie z zewnątrz musiałeś wyglądać bardzo przypałowo, xd. To zawsze tak działa? Bardzo intensywny rip, jak widać, tylko życzyć dalszysz sukcesów.

heh. no ludzie musieli się tripowac z boku jak nas widzieli... nie wiem czy tak jest zawsze, zależy pewnei od osoby i miejsca. było grubo ale zajebiście.. do dziś jak spotykam tego kota wiem, że on wie o czym ja myślę :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media