Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

złoty nauczyciel

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Gatunek grzybów: Psilocybe cubensis "Golden Teacher", domowej hodowli

Dawka: 2-2,5g (4 średniej wielkości zasuszone grzybki)
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
marihuana (kiedyś często, teraz sporadycznie), amfetamina, mdma, mefedron (zamknięty etap w życiu), LSD (raz), magiczne trufle (raz)

raporty masterwolf0507

złoty nauczyciel

Podróż, którą opisuję poniżej, była moją najbardziej intensywną do tej pory. Przeżywałem w jej trakcie wiele emocji, od smutku do euforii. Zakończyła się wręcz mistyczną ekstazą.

Moja waga: ok. 70 kg

 

Poprzednie doświadczenia z psychodelikami: LSD (raz w życiu jeden kartonik, konkretna dawka nieznana), innym razem 15g magicznych trufli Shambhala. Do tej pory moje wrażenia z tego typu substancjami były bardzo pozytywne, dobrze radziłem sobie z intensywnymi momentami fazy.

Przez ostatni miesiąc przed tą sesję grzybkową nie piłem alkoholu, nie zażywałem żadnych innych substancji (poza codzienną kawką), nie paliłem cannabis.


Doświadczenie:

Mnie i mojego przyjaciela Andrzeja od dawna ciekawiły psychodeliki. Interesowały nas inne stany świadomości. Było coś pociągającego w tym micie, który narósł wokół nich za sprawą popkultury. Oboje mieliśmy sporo przeżyć z różnymi substancjami. W moim przypadku skończyło się na uzależnieniu od narkotyków, przede wszystkim stymulantów. Po 1,5 rocznej terapii w Monarze udało mi się pokonać nałóg.


W zeszłym roku zdecydowaliśmy się, że to już “ten moment” na zostanie psychonautami. Zdecydowaliśmy się na gatunek psilocybe cubensis "Golden teacher" i zamówiliśmy z odpowiedniego sklepu growkita. Andrzej miał zająć się hodowlą. Po drodze kilka razy mu nie wyszło, wdawała się infekcja lub z jakiegoś innego powodu piny nie chciały się pokazać.


Minął niecały rok. Ja zdążyłem już przeżyć bez niego dwie psychodeliczne przygody, kiedy on odezwał się do mnie, że próbuje je wyhodować jeszcze raz i że zapowiada się obiecująco.


Początkowo miałem plan, żeby poczekać z tripem na wiosnę, żeby w ten sposób przywitać tę porę roku. Gdy zobaczyłem, jak pięknie wyglądają te rozwijające się, małe kapelusiki, to po prostu nie mogłem się im oprzeć. Umówiliśmy się na następny tydzień, że będziemy jedli w domu jego babci. Babcia nie miała nic przeciwko, wydaje mi się, że nawet wolała, żebyśmy robili to w bezpiecznym środowisku.


Czekaliśmy na ten dzień z dużym podekscytowaniem, wręcz nie mogliśmy się doczekać. Andrzej upierał się na poniedziałek, miał to być przecież ostatni dzień zimy, jakiej nie było u nas od kilku lat. Następnego dnia temperatura miała być już dodatnia. Ja z kolei nie miałem wtedy czasu, więc uznał, że on zje w poniedziałek, a ja we wtorek. Było to według mnie bezsensowne, bo chciałem być przy nim, kiedy będzie tripował po raz pierwszy w życiu.


W końcu nadszedł ten dzień. Obudziłem się o godz. 9. Ok godz. 13 pojechałem do Andrzeja. W jego domu spotkałem się z nim i jego dziewczyną Alicją, która miała być naszym trip sitterem. Wszyscy byliśmy w dosyć dobrym humorze, podekscytowani całą tą sytuacją. Poszliśmy do jego babci, odmierzyliśmy dawkę suszu grzybowego, po czym wyszliśmy na pola za domem.


O godz. 14 zjedliśmy grzyby. 14.15, Andrzej mówi, że „coś czuje”. Ja jak zwykle mam takie charakterystyczne uczucie niepewności pod tytułem „nie wiem, czy mi wejdzie”, co do tej pory zawsze kończyło się miłym zaskoczeniem. Spacerujemy po polach, wieje mocny wiatr, nasze buty zapadają się powyżej kostek w śniegu. 14.30, decydujemy się iść z powrotem do domu. Zaczynam śpiewać motyw przewodni z kreskówki „Egzorcysta”, Andrzej podłapuje i zaczyna śpiewać ze mną. Po chwili docieramy do domu. Czuję coraz bardziej efekty działania psylocybiny. Wizualnie świat staje się dla mnie bardziej i bardziej cukierkowy. Gdy wchodzę po schodkach przed domem mam uczucie spowolnienia czasu. Po wejściu spoglądamy w stronę zejścia do piwnicy. Wygląda ono jak drewniana wersja schodów penrose’a. Bierzemy nasze rzeczy i filiżanki z wystygniętą herbatką, po czym kierujemy się na piętro, żeby w spokoju przeżywać tam podróż.


Jest już godz. 15.00 - robi się już dosyć mocno. Świat wydaje się już wyraźnie piękniejszy, bardziej kolorowy i ciekawy. Mam coraz większy natłok myśli. Siadam po turecku, patrząc się w stronę okna i siedzę tak przez pewien czas. O godz 15.30 mamy już z Andrzejem niezłą miazgę. Próbuję puścić jakiś film, co okazuje się niezłym przedsięwzięciem logistycznym. Zajmuje mi to dużo czasu. Ostatecznie proszę o to Alicję, która włącza Króla Lwa. W tym momencie nie jestem już zupełnie w stanie skupić się na ekranie laptopa. Świat wokół mnie jest bardzo cukierkowy, ściany „oddychają”, jest bardzo kolorowo. Gdy zamykam oczy, widzę cały czas bardzo wyraźnie „poprzednią klatkę obrazu”, zniekształconą różnymi wzorami i fraktalami. Ostatecznie siadam znowu na podłodze przy dużym oknie wychodzącym na wiejski krajobraz, zakładam słuchawki i puszczam muzykę. Mam niesamowity natłok myśli.


Po godz. 15 jest już bardzo mocno, do tego stopnia, że jest to wręcz męczące. Słuchając muzyki i gapiąc się przez okno, przeżywam chwile euforii przeplatane smutkiem, gdy akurat nagle ambient zmieni się na bardziej smętny. Jestem odwrócony plecami do moich znajomych. Alicja wyraźnie znudzona próbuje czytać książkę, Andrzej zadaje jej ciągle te same pytania: „kochasz mnie? nie opuścisz mnie? nie jesteśmy denerwujący?”. Ona cały czas go uspokaja. Co jakiś czas mówi swoje swoje przemyślenia, powtarzając je po kilka razy, czasem mówiąc niektóre rzeczy bez ładu i składu. W skrócie, leży poskładany, widać, że faza jest dla niego męcząca. Później po wszystkim wyjaśnił mi, że czuł się „jakby podróżował po czarnej dziurze".


Dostaję lekkiej paranoi w momencie, kiedy dzwoni do Andrzeja jego matka, mieszkająca niedaleko. Mam wrażenie, że zaraz tutaj przyjdzie i zacznie krzyczeć, że będziemy mieli przez nią bad tripa. Przez dłuższy czas mnie to pochłania. W międzyczasie dwa razy, mniej więcej co godzinę weszła babcia, upewniając się, że wszystko z nami OK. Wprowadza to pozytywną atmosferę. Gdy siedzę tyłem do znajomych, mój mózg sporadycznie skręca w stronę erotyczną. Mam wrażenie, że zaczynają się kochać za mną na łóżku i wręcz słyszę ich wzdychania. Odwracam się. Nic takiego się dzieje. Ala wciąż czyta książkę. Andrzej leży jakby w psychodelicznym półśnie.


Ok. godz. 17 wraca do mnie energia, po tym, jak siedziałem przytłoczony wieloma myślami i emocjami. Czuję się w tym momencie naprawdę ekstatycznie. Dzielę się swoją pozytywnością z Andrzejem, spoglądającym bardzo krytycznie na siebie i swoje życie. Przepełnia mnie miłość i akceptacja wobec świata, innych ludzi i samego siebie. Czuję coś takiego, jakby każda komórka mojego ciała miała ochotę czynić dobro, krzyczeć nim, być dla drugiego człowieka. Mam poczucie, że świat jest idealny, dokładnie taki jaki miał być, wraz z człowiekiem, zwierzętami i otaczającą go przyrodą. Opowiadam to wszystko moim towarzyszom podróży, chcę ich zarazić tym uczuciem, tą niesamowitą energią. Mówię im wszystkie swoje pozytywne rozkminy. Czuję się natchniony. Chodzę po pokoju, robię fikołki, staję na rękach, w pewnym momencie lądując koło szklanej gabloty na pamiątki rodzinne (było blisko tragedii). Opowiadam, czym jest dla mnie sens życia. Padam szczęśliwy na podłogę. Czuję, że to jest właśnie ten stan, do którego dążą ludzie zażywający psychodeliki.


Godz. 18 - schodzimy na dół do babci napić się herbatki. Wciąż czuję się znacznie pod wpływem. Jest już o wiele mniej wizualnie, lecz wciąż lekko cukierkowo, dalej czuję się euforycznie. Siedzimy i rozmawiamy z babcią Andrzeja, jedząc ciepłe placki z pieca z masłem i dżemem.


Godz 19. - wychodzimy od babci i idziemy spacerem do domu Andrzeja. Żegnamy się z Alicją, która odjeżdża. Rozgaszczam się u Andrzeja w pokoju. Dalej rozmawiamy na temat naszych przeżyć, przemyśleń.

Godz 20. - powoli zaczyna do mnie docierać zmęczenie. Czuję się wykończony fizycznie i psychicznie. Gramy w gry, słuchamy stoner rocka.

Godz 23 - zażywam trochę tabaki red bull, poprawia to moje samopoczucie i znosi nieco zmęczenia

Godz0.30 - idę spać i zasypiam po dłuższym czasie przewracania się z boku na bok.

Podsumowując, mimo tego, że faza ta nie zawsze była przyjemna, to było to dla mnie doświadczenie warte zachodu. Żałuję tylko, że opisać tego wszystkiego co czułem i co widziałem w wierniejszy sposób. Cieszę z dużej ilość przemyśleń, które pozwoliła mi spojrzeć inaczej na wiele spraw, zastanowić się trochę nad sobą.

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
20 lat
Ocena: 
Doświadczenie: 
marihuana (kiedyś często, teraz sporadycznie), amfetamina, mdma, mefedron (zamknięty etap w życiu), LSD (raz), magiczne trufle (raz)
Dawkowanie: 
Gatunek grzybów: Psilocybe cubensis "Golden Teacher", domowej hodowli Dawka: 2-2,5g (4 średniej wielkości zasuszone grzybki)
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2021
design: Metta Media