Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wyjaw mi, co myślisz, a nie powiem ci, kim nie jesteś.

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
4x100
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Piękne
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Jako-tako, nie inaczej.

wyjaw mi, co myślisz, a nie powiem ci, kim nie jesteś.

Puk puk! Kto tam? Znowu ja!

Tylko nowe konto... ale to samo ego! Wymyślanie hasła wtedy na kwasie nie było dobrym pomysłem. No nic, konieczność to konieczność- zakładam nowe.

Specjalnie po to, by gdzieś wrzucić te uczucia... znaki... myśli... słowa.

Przed państwem moje stare zapiski o PH mniejszym niż 1. Poprawione i ułożone we względnie nielogiczną całość.

Z LSD jest jak z Bogiem- ciężko uwierzyć. Do tej pory brodacz mnie nie dotknął. A kartoniki (konkretnie- cztery) owszem. Różni są ludzie, różne reakcje, ale zawsze ta sama przyczyna- jakiś mały chemiczny chochlik, który traktuje neurony jak struny gitary. Historia jakich wiele, a bardziej oryginalna niż każda inna. Bardziej typowa niż schematy, którymi myślą ludzie przed tym, jak znaczki się rozpuszczą. "Co mi się stanie? Może wszystko będzie świecić i razić doskonałością, a każdy liść na drzewie będzie sztuką? A może coś więcej?". Więcej? Więcej, powiadasz, panie proroku? Jeszcze jak!

Wiosenny poranek. Ciepły. No i dobrze. To był maj, no wiecie, ten czas, kiedy człowiek czuje nasilający się ogień naszej gwiazdy. Po porannej higienie, bez śniadania, nakładam sobie porcję geniuszu na język. Idę na spacer- jak ma się potem okazać- wcale nie po swojej okolicy. Spacer po swojej głowie. W niecałe pół godziny docieram na miłe odludzie, gdzie z trzech stron otacza mnie gęsty las, a z czwartej- łąka. Taka idealna, zielona łąka. Zaraz.... idealna? Chyba się zaczyna! A nie, to po prostu zafascynowanie na myśl o nadchodzącym. Czekam jeszcze trochę. Mija, dajmy na to, trochę ponad 60 minut, choć bez zegarka ciężko to stwierdzić, a w takim stanie- kontemplując piękno przyrody- nie chce się nawet spoglądać na sztuczny i rażący ekran telefonu. Później zostanie użyty, ale do szerzenia miłości. Na razie cud techniki spoczywa w kieszeni. Wesoły rzut plecakiem na ziemię. Wyciągam sporych rozmiarów kocyk z abstrakcyjnymi, błękitno- granatowymi motywami. Zawijaski niby roślinne. Kropeczki, kreseczki- artystyczny bałaganik ułożony na miękkim materiale. I kiedy już ustalona szacunkami godzina, podczas której leżę i wyobrażam sobie różne piękne rzeczy, mija i staje się przeszłością- kwas zaczyna musować. Obraz zagięty, kolory są tak przesycone, jakby zapomniały, że istnieje jakiekolwiek narzucone im prawo, ograniczające ich oczojebność. Być może elementy na chwile stały się emiterami, nie tylko odbijaczami fotonów. Nie pojawił się niestety ani jeden fraktal (o których piszą wszyscy, a moja osoba nawet raz fraktali nie zaznała. Może przez to, że noszę okulary? A może za bardzo skupiam się, jako osoba uzależniona od kontemplacji siebie, na świadomości?

Ściągam okrycie bawełniane, niechaj słońce (jakby idealnie nastawione na dzisiejszy dzień, dające komfort i nie na tyle ostre by mogło mnie upiec) odżywia duszę. Jednak dla pewności, w ramach przezorności i prewencji tak nagłaśnianego raka, żuję goździki- przeciwutleniaczowe, małe, alchemiczne dary samej matki ziemi. Kremy są dla mnie jakieś takie, no nie wiem, brudne. A goździki przyjemnie ostre. Zostaję jedynie w bieliźnie okrywającej najbardziej intymne ze sfer. Trochę wstydzę się natury. Jednak czuję wolność. Jej matczyną opiekę. Kompletna samotność, niezależność. Ale w razie czego- telefonik. Leżę, a na skórze raz zimniejszy, raz cieplejszy oddech Ziemi. Mięśnie trochę się napinają, jest to przyjemne. W brzuchu jakby zawieja. Leżę, a pod powiekami ukazuje się mechanizm geometryczno- promienisty. Przypomina to zespolone ze sobą kilkanaście okręgów, które pulsują i wyrzucają z siebie światełka, promienie, linie... to coś żyje. Z pewnością. Zaczynam się na tym skupiać. Umysł jest ostry jak riposty LSD zwane bad-tripami. Mam to szczęście, że żaden mnie nie spotkał. A kiedy stopa stawała na granicy szaleństwa, zawsze czujna i zawsze rozważna świadomość po prostu się cofała. Podziwiam mechanizm świetlny. Jest po prostu... kawałkiem mnie! Wczuwam się tak precyzyjnie, że przez moment przechodzę do senno-realnej przestrzeni, gdzie ciało znika, a ja jestem próżnią i czuję, że ów mechanizm to moje bijące serce. Zaciskam powieki jeszcze mocniej- w pełni ekscytacji i jednocześnie sporym niepokoju wynikającym z faktu zachodzącego, nieznanego zjawiska, chcę jeszcze mocniej przeniknąć... tam. Staje się coś niesamowitego- na moment czuję, jakby biło mi kilka serc, a puls pozostawiał energetyczne echo. Widzę, to wszystko co czuję- mechanizm powiększa się, kurczy, razi próżnię tęczą. Jest to wyborny, finezyjny lot. Dla hipsterskiego towaru nie ma rzeczy niemożliwych.

Ściągam resztę ubrania, Tak. Teraz to już wolność absolutna. Chcę komuś powiedzieć jak mi wspaniale. Wyciągam telefon- oj, to będzie trudne! 3 razy wprowadzam wzór. Głupi wzór, takie ograniczenie! Jednakowoż daje poczucie bezpieczeństwa, prywatności. Nie życzę sobie, by ktokolwiek widział mój osobisty wachlarz plików. Transmisja danych włączona. Internet. O przenajświętszy kwasie, czym stał się internet?! Oglądał ktoś film "transcendencja?". Zupełnie zasłużenie mianuję go plemnikiem ponadgabarytowości. Jest skumulowanym przekazem niepokoju i jednocześnie ma ukryte dno. Pokazuje strach przed nieznanym i uwikłanie w łańcuch społeczny. Do tego to bardziej realny świat, niż wam się wydaje. Sieć dla obecnych mieszkańców niebieskiej planety to już nie osobny świat, a pokrywające się z rzeczywistym, niematerialne płótno. Czuję internet jako łączące mnie ze wszystkim, nieograniczone pole danych. Wszyscy jesteśmy w nim umieszczeni. Macie Facebooka? Pewnie macie. Kto nie ma- prawdopodobnie nie żyje. Albo podjął mądrą decyzję o wyłączeniu się z tego przytłaczającego łańcucha. Klikam w niebieską ikonkę z "F" i momentalnie łączę się ze wszystkimi ludźmi. Czuję ich, jakby byli świadomością w puszce. Jakby superkomputer, którego ja jestem ERROREM, wchłonął biednych i nieświadomych zatracenia osobników.

Piszę do znajomego: "Wyobrażasz sobie, jaką kosą jest faceebook dla kogoś nowego w internetach?" Wie, że jestem w stanie upier...wymiarowo....kwaśno...fazowo....odrealnienio....naładowanio...przesilenia. Odpowiada "I spizganego zarazem?". Potem radosny emotikon- To było do przewidzenia. Nie masz lub nie wiesz, co więcej napisać- wyślij uśmieszek. Będzie dobrze. Myślę sobie "Nie uwierzysz, ale jesteś tylko głupim tekstem napisanym przez głupi telefon. Nie człowiekiem. Zupełnie straciliśmy ludzkość. Jesteśmy tylko głupimi słowami, które czyta ktoś po drugiej stronie!". I nie wiedząc jak mu to delikatnie przekazać, wstukuję "Nie widzę cię jako człowieka. Jesteś taką świadomością..." Nie rozumiemy się- zaproponował rozmowę na kamerce. Nie mam ochoty na słowa. Pisanie jest łatwiejsze, bo możesz się zastanowić. Nie chcę utrudniać sobie życia. Potem wspominam, że jest dla mnie kotwicą zaczepną i że śród milionów wersji jego istnienia to właśnie ta jedna się dla mnie liczy. Że iluzja iluzją, ale prawda prawdą. On jest prawdą. Tą, którą widzę, bo chcę widzieć. Leci emotikon. Wyraża wszystko. Jest stempelkiem. Kolega ma trochę za wysokie PH. No niestety. Nie oddam tego. Na koniec mój arcyważny przekaz "Wiesz, co jest śmieszne? Że to ten sam świat, a dwa zupełnie różne. Żyjesz swoją prawdą, jesteś w swojej wersji, a ja w swojej. Nie da się porozumieć, kiedy jesteśmy zamknięci."

Znów zamykam oczy. Znów gdzieś mnie ponosi. Latające piramidki... zaraz... piramidki! Odkrycie! Już wiem, na czym polega pewność siebie! Każdy z nas jest piramidką, w której każde przeżycie musi zostać przetrawione. Jeśli nie dajemy sobie z nimi rady- musimy podzielić się tym, co nas trapi. Właśnie to robię. Dzięki, że czytasz. Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy. Musimy się dzielić tym, czego nie jesteśmy w stanie sami... zaakceptować? Przez czubek piramidy wychodzi energia. Piszę do innego znajomego. Słowa oddające fragmentację życia- "Ej, życie to pizza. Ja dałem ci kawałek swojej i mówię- masz, ja już nie mogę!". Aż przypomniał mi się taki komiczny obrazek, w którym gościu siedzi nad obiadem i sobie duma... widać, że coś go męczy. Chyba życie. Mówi- Boże, ja już nie mogę! A z nieba schodzi Jezus i mówi: To zostaw ziemniaczki. Następnie piszę do niego, że nigdy nie lubiłem go tak bardzo. Kiedy ja biorę kwas, ja zaczynam żyć w pełnym tych słów znaczeniu. I, co najdziwniejsze- żyje też wszystko dokoła. Naprawdę. Dziwność przenosi się na wszechświat, faza łamie schemat, ludzie się uśmiechają... świat jest taki duży. Mam go w dłoniach. Liżę błyszczące łańcuchy świadomości. Jestem papierową pulpą, na której kiedyś przedszkolaki rysowały domek. Potem stanę się kartką, na której człowiek biznesu wystawi fakturę.

Zamykam się w sobie. To egoizm, czy pewność siebie? Tyle mogę dać ludziom- tyle pięknych słów! Tylko czy cokolwiek się liczy? Czy to, że czegoś nie zrobię, czyni mnie człowiekiem złym? Czy jakiekolwiek słowa zostaną zrozumiane? Nie wiem. Lepiej działać, czy nie działać? Nie wiem. Jest wybitnie kolorowo. Czuję trochę smutku wynikającego z niepewności co do swojego położenia, ale za chwilę przechodzi. Skupiam się na podziwianiu natury- gałęzie. Wygięte, epicko płynne... zaraz... gałęzie! Odkrycie! Genialny kwas! Ludzie są jak drzewa- wspinają się, rosną... mają fraktalne odgałęzienia... nieświadomi korzeni, zupełnie inni niż myślą, że są... Nie mogę sobie poradzić z ogromem tego, co czuję! Muszę to jakoś oddać. Krzyczę! To taka potęga. Słyszę muzykę. Jest szybka, energetyczna. Nie czuję nic poza rozpierającym pięknem. Oddech przyśpieszony, puls iluzoryczny... zaraz? Ja gram, czy tylko oglądam film ze swojego życia? Nie wiem... gra... zaraz... gra? Genialne! Włączam zręcznościówkę na komórce! Jakie to przyjemnie odmużdżające! Możesz być chwilą, czepić się obecnej sytuacji, w pełni koncentrować się na istocie życia- znajdowaniu się gdzieś. Stan mojego umysłu przypomina wchłonięcie do zagęszczacza postrzegania... a może rozpraszacza? Wszędzie mętliki, supełki na sznurowadłach mózgu.

Nie wytrzymuję- piszę w notatniku. Do siebie. Piszę, że każdą prostą rzecz można skomplikować, a każdą komplikację uprościć. Że próbuję wnioskować, ale nie mogę. Burza mózgów- kim ja jestem? Jak zwykle- binarny świat się rozsypał. Stał się poezją. Matematyka nie przyda ci się w życiu synu- powiedział humanista. Słowa to tylko słowa, liczby opisują istnienie- powiedział fizyk. "Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko"- powiedział Mickiewicz. Albo napisał. Każdy z nas jest Mickiewiczem, bo znamy jego słowa. Każdy z nas połykał je grzecznie w szkole, by się rozwijać. Połykał bezmyślnie. Nieświadomie. A przecież można z nich wydobyć znaczenia. Boże, ile znaki mają limitów! Tyle konkretnych oscylacji, ale i tak są piękne. Chińskie symbole na drzewach, zaginające się poblaskami liście, spowolniona trawa, uderzająca emocja. Nagle doznaję synestezji trzeciego stopnia- mam w mózgu smak ciastek. Nie wiem skąd. Jestem nimi i je jem, ale ich nie jem. Wpadam w trans. Czuję się na moment stożkiem, przez który wirują nieistnienia. Zamęt? Mgła czy jasność? Nie wiem.

Przygoda dobiega końca. Co udało się zachować- wykładam na ławę. Co zostało zapomniane- leci gdzieś przez wszechświat jako istniejący i zarazem nieistniejący zbiór niedopowiedzeń. Pewność zostaje- Ja nie chcę tego zapomnieć! Chcę pamiętać wszystko! Chcę być najbardziej pełną wersją, jaka istnieje! Ale czy mogę?

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media