Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wszyscy jesteśmy szaleni

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Dwa buchy "torfu"
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Zły humor po kłótni w domu. Dom kolegi. Kompletny brak oczekiwań, po prostu chciałem sobie ulżyć.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Marihuana, LSD, haszysz, amfetamina, metafedron, MDMA, 6-APB, nbome, 4-HO-MET, kodeina, DXM, klefedron, 4-FMA, 2C-B, N2O, DMT, 4-HO-MiPT, grzyby.

wszyscy jesteśmy szaleni

Historia ta miała miejsce we wrześniu tego roku. Szedłem właśnie do kolegi z siatką browarów. Byłem właśnie po dosyć nieprzyjemnej kłótni w domu, chciałem odreagować. Ziomek powiedział mi, że ma palenie. "Zajebiście!" — pomyślałem. Zrozumiałem to, będąc zatwardziałym marihuanistą, jako zaproszenie do konsumpcji marihuany. Jednakże, gdy byłem już na miejscu, okazało się, że byłem w błędzie.
Wchodzę do pokoju, rozstawiam browary na stole. Zdziwiłem się trochę tym, że w ogóle nie czuć zielska  wewnątrz. Byłem jednak zbyt zdesperowany i ogólnie podkurwiony, by się tym przejmować.
—Dużo tego jeszcze macie? — pytam.
Mój kolega, który był już nieźle porobiony, zaczął mi tłumaczyć, że "sporo". Poprosiłem, by pokazał mi to.
—To jest torf — powiedział, wyjmując niezbyt dobrej jakości samarkę z zielonym suszem ala prawoślaz.
"Torfem" nazywali jakiś typ maczany. Od razu ogarnąłem o co chodzi. Nie chciałem zbytnio tego próbować, jednocześnie bałem się i nie pozwalał mi rozsądek. Mimo wszystko, mój nastrój wygrał i zdecydowałem się zapalić trochę na spróbę.
Byłem pierwszy w kolejce. Kolega powiedział mi, bym palił jak zielsko. I tak zrobiłem, co nie było dosyć mądre. Ziomek porównał to do changi, ale dla mnie to gówno nie ma do niej żadnego podejścia.
Wziąłem dwa buchy. Dym był gryzący i chemiczny, zdecydowanie nieprzyjemny. Po około minucie zacząłem czuć, że wchodzi. Początkowo nawet mi się podobało, lecz z czasem zaczynałem coraz bardziej tracić kontrolę. Doświadczenie z wielu tripów na LSD, grzybach, DMT, DXM i miprocynie nie dało nic. Maczany to co innego, to nie psychodelik, to był raczej schizogenik. Po około 10 minutach zaczęło mi się robić słabo, doszedł lęk i paranoje. Nie czułem swoich nóg ani oddechu. W mojej głowie zaczął robić się kosmiczny rozpierdol, wszyscy zgromadzeni w pokoju (których wzięło też nieźle, ale nie tak jak mnie) wydawali mi się postaciami z innego wymiaru, byli wielcy i szerocy, mówili inaczej. Szybko do tego doszedłem: "Jestem w innym wymiarze!".
Zacząłem krzyczeć, że nie jestem stąd, że muszę uciekać bo inaczej umrę. Wstałem z łóżka, zacząłem iść w kierunku drzwi. Moi kompani mnie powstrzymali, chwała im za to, bo w tym stanie pewnie gdzieś bym się wyjebał albo zrobił sobie większą krzywdę. Chcieli, żebym wrócił na łóżko. Nie mogłem, położyłem się na podłodze. Ten chemiczny syf wchodził coraz mocniej. Przez chwilę jeszcze pamiętałem o swoim dawnym życiu. Czułem, że umieram, że przekroczyłem wymiar, że jestem w innym świecie, gdzie atmosfera nie pozwala mi oddychać. Czułem, że się duszę, trząsłem się, próbowałem wymiotować ale nie mogłem. Czułem się trochę jak główny bohater "Przemiany" Kafki — wiedziałem, że ten świat nie jest dla mnie, że powinienem być inny. Bałem się, to był strach jak nigdy. Myślałem, że może oszalałem, że już nigdy nie będę normalny. Wydawałem dziwne dźwięki, drżałem, krzyczałem że wszyscy oszaleliśmy. Trwało to tak kilkanaście minut, koledzy próbowali mi pomóc, bym się nie zakrztusił językiem czy coś. Potem stało się coś naprawdę dziwnego.
Położyłem się na plecach i całkowicie straciłem świadomość. Znalazłem się w świecie kolorowych kształtów, którymi sterowałem za pomocą orkiestry, którą także sterowałem. Kształty walczyły ze sobą, tworzyły logiczne układy, z których każdy dążył do osiągnięcia jakiejś prawdy. Tak naprawdę trudno mi to streścić, bo wtedy słowa nie istniały. Nie istniała moja osobowość, nie wiedziałem że jestem człowiekiem. Byłem tym światem, tylko to wtedy było. Z opisów kolegów wynika to, że położyłem się na plecach i zacząłem grać na trąbce ręką, na trąbce wymyślonej ofc. Przez 15 minut grałem dosyć głośno. Potem, gdy zacząłem powoli odzyskiwać osobowość, postaci w mojej głowie zaczęły nagle odkrywać przede mną to, co się stało. Wstałem, mówiąc "Co ja odjebałem", co uspokoiło wszystkich — widać było, że jednak nic mi nie jest. Usiadłem na łóżku, przez chwilę czułem się normalnie, ale potem paranoje wróciły. Krzyczałem, że umieram, że chcę karetki itd.
Cały horror trwał łącznie 3 godziny. Tylko ja dostałem takiej paranoi. Może to wina tego, że byłem źle nastawiony. Może wina chujowej substancji. Nie zamierzam nigdy więcej w życiu tego brać. To doświadczenie było bardzo silne, chore, dochodziłem do siebie kilka dni. Następnego dnia cały czas czułem nieogar, jakby ktoś mi wyprał mózg. Nie palcie maczan. Równie dobrze mogłem po prostu tam zejść. Takie sytuacje dają do myślenia.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media