Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

"w mojej drodze po szczęście, bo tam właśnie jadę, nikt mi nie przeszkodzi" - czyli pierwsza kropla kwaśnego deszczu (część pierwsza)

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
100 mikrogram
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
SET
Ja: podekscytowany, podniecony, nieco przestraszony
P:wyluzowany, podniecony
R:troche zestresowany
SETTING
piękna pogoda, dobre wibracje
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
MJ
Alkohol
Kodeina

"w mojej drodze po szczęście, bo tam właśnie jadę, nikt mi nie przeszkodzi" - czyli pierwsza kropla kwaśnego deszczu (część pierwsza)

Potrzebuje wieczności na zgłębienie tego, na co patrzę
a za chwilę patrzę
na coś innego

Dzieci z mięsa

 

Był naprawdę piękny dzień. Słońce świeciło, ptaszki śpiewały-cud, miód i idealna pogoda. Przed wyjściem z domu włożyłem do plecaka płatki miodowe, kamizelkę odblaskową, portfel z odrobiną pesos, a także kopertę z magiczną zawartością. Wychodząc, powiadomiłem, że jadę do Lublina. Tak naprawdę leciałem. Na inną planetę.
Najpierw poszedłem po P. który mieszka parę kroków ode mnie. Poszliśmy do jego piwnicy, po rowery, a na rowerach pojechaliśmy pod blok J. - przyjaciela, który miał się nami opiekować. Żeby nie było tak łatwo postanowiłem, aby J. trochę się napił. Zakupiliśmy dwa piwa, ponieważ chłopak miał słabą głowę i tyle w zupełności zazwyczaj mu wystarcza. Pierwsze wyzerował, gdy puszka wypadła mu z ręki i zaczęła przeciekać. Akurat obok przechodziła jego nauczycielka. Widok był dosyć komiczny. Drugie wypił w mieszkaniu P. i w połowie zwymiotował do zlewu.
No dobra. Ten człowiek, który nie radzi sobie z trzymaniem puszki w rękach i który wymiotuje po 1,5 Perły będzie nas pilnować.
Gdy J. wymiotował, ja byłem już pod blokiem razem z R. Poznaliśmy się w gimnazjum, chłopak nie jarał, nigdy się nie upił, a dziś postanowił zarzucić kwas.
No dobra. Nigdy nie doświadczył nawet okrucha psychodelii, a dziś zje coś co potrafi zmienić człowieka na całe życie.
Wszyscy się zebraliśmy, każdy na rowerze, szybko cyknąłem zdjęcie i popędziliśmy w stronę Lublina. Musieliśmy przejechać przez całe miasto, a potem dziurawą drogą wzdłuż lasu, aby dotrzeć do miejsca w którym wszystko się zacznie. Był to wiadukt pod torami, miłe miejsce, klimatyczne.
Gdy dotarliśmy i wszyscy usiedli, wyciągnąłem z plecaka pakunek. Otworzyłem i zobaczyłem kostkę papieru obwinięta taśmą klejącą. Taśmę z trudem zdjąłem. Papier zerwałem. Połamana okładka zeszytu, a w niej... no cóż, LSD.
Kartoniki były różowo żółte z jakimiś dziwnymi wzorami. Czułem się dziwnie, gdy na nie patrzyłem, nie mogłem uwierzyć, że w końcu trzymam je w rękach.
Było ich 15. Jeden dla R. jeden dla P. jeden dla mnie. Zapytaliśmy J. czy na pewno nie chce, nie chciał. Patrze na moich kumpli, oni na mnie. No to co, zaczynamy.

Kwaśne dzieci
T+0

Bilet został zaaplikowany pod górną wargę. Zero smaku, po prostu papier. Już po paru minutach zacząłem czuć silne działanie placebo. Nie mogłem się doczekać, aż coś się stanie. Błąd. Czas leciał wolno, bo jedyne, na czym się skupialiśmy to na nadejście efektów. Doszliśmy do wniosku, że bez sensu jest siedzieć i czekać. Lepiej jest zacząć podróż w podróży.
Wzięliśmy rowery i pojechaliśmy w stronę Lublina.

T+30
Jechaliśmy tylko chwilkę, a ja zacząłem czuć wyraźne zmiany w percepcji. Po dłuższej chwili zacząłem się śmiać. I za cholerę nie wiem z czego. J. pytał o co mi chodzi, P. przestraszył się, bo nie widział mojego nosa, R. po prostu się uśmiechał, a ja wrzeszczałem ze śmiechu.
Potem twarz R. i chmury zrobiły się różowe.
Rakieta startuje.
Pędzimy na naszych gwiezdnych rowerach, mijamy wielkie ociężałe transportery. Mijamy dzieci, mijamy drzewa, mijamy wszystko co się da. Świat zaczyna się rozprężać, zaczyna huczeć, ruszać się, żyć i mnie połyka, a ja topnieje.

T+60
Wypadek przytrafił się niespodziewanie i nagle, gdy zostałem mianowany Kapłanem Dotyku. Leczyłem swoim psychonautów, którzy podjeżdżali do mnie na swoich pojazdach. Niestety zaburzenie czasoprzestrzeni sprawiło, że koła naszych rowerów odrzutowych zaczepiły się.
Ceremonia została przerwana, a ja wylądowałem na betonie. Oczywiście nic mi się nie stało, a R. wypadło tylko koło. I chociaż defekt został szybko naprawiony, to mi spodobało się leżenie na ciepłym betonie, na środku drogi w zapomnianej części galaktyki.
Dopiero teraz mogłem się rozejrzeć i cóż. Świat był piękny. Czerwone mrówki przechadzały się koło mnie, a trawa kołysała w jakimś rytmie, który nadawał jej wiatr. Wyjąłem mój komunikator. Nagrywam wideo
-To wszystko tak wygląda? Jest pięknie.
Koniec wiadomości. Wstaje, podnoszę rower. Rakiety startują.

T+70
P. mówi jakieś niezwykle mądre rzeczy o okruchu z kawałka z bochna chleba i jest to rzeczywiście niezwykle mądre, ale mnie zastanawia fakt, dlaczego do chuja nikt mi nie powiedział, że pod powierzchnią naszej planety żyję ogromny żółw wąż i właśnie przebija się przez skorupę ziemską?! Kurwa! Jebać tego węża, bo w naszą stronę lecą jakieś jebane czarne pokraki. To nie nietoperze, o nie. To coś znacznie gorszego. Schylam głowę i ostrzegam moich towarzyszy. I jeszcze te wszystkie transportery.
J. ostrzega nas, że w naszą stronę szarżuje słoń. P. szybko naprostowuje go, słowami „debilu to przecież samochód".

T+85
Dotarliśmy na międzygalaktyczne centrum handlowe. Pojazd zaraz obok lampy, na małej wysepce i ogłaszam, że ja jestem szeryfem w tym mieście. J. stwierdza, że lepiej będzie jak zacumuje w środku. Cumuje w środku.
Ja i moi psychonauci przedzieramy się przez zatłoczone centrum. Niedobrze, nie pamiętam jakim sposobem moja kamizelka odblaskowa znalazła się na mnie. Ja ją ubrałem? To pewnie te jebane węże.
Siadamy na kanapach, a one są, pierdolone naprawdę miękkie. Debatujemy co zamówić. Ciężka matematyka, dodawanie, odejmowanie, kąt padania słońca i strefy występowania czarnoziemów. W końcu wiemy co chcemy zjeść i obarczamy tym J. Biedny J.Emanuję takim brakiem czegokolwiek. Widać, że jest zmęczony, co chwile mówi „jak dzieci, jak dzieci". Pierdol się J. i idź zamówić mojego ćwierć burgera.
Atmosfera zagęszcza się. Jest naprawdę ciężko nie wylecieć w kosmos, bo uderzę mnie coś takiego, że sam nie wiem jakby to określić w języku „niegalaktycznym". Jest tak intensywnie, że muszę posłuchać jakiejś muzyki. Pożyczam od R. słuchawki, wyciągam telefon i włączam pierwszą lepszą piosenkę Tasting Colours.
Prędkość, z jaką mój mózg robi obroty jest niesmowita. Muzyka idealnie wpasowuje się w deszcz meteorów i kolory, które zmieniają się na moich oczach. Pogięło mnie na tyle, że zacząłem zjadać moje miodowe płatki, oplułem się i spadłem pod stół. Tam, w swojej ślinie ujrzałem rodzące się i umierające galaktyki.
Ktoś wyciągnął mnie na powierzchnie.

Kolorowe dzieci dobrych wibracji
T+95


Czas już stale rozciągał się i kurczył, a R. na stałe przybrał kolor różowy. Całkowicie wtopiłem się w kanapę, R. ciągle się uśmiechał, a P. zaczął studiować kupony do Subwaya. Jakieś parę gwiezdnych minut później wrócił J. z kanapkami.
Gdy zanurzyłem, w swoich wiecznie wyeksponowanych przez uśmiech, zęby w kanapce, muzyka trzasnęła tak mocno, że ostatecznie wyleciałem w nadprzestrzeń. Wszystko było idealnie kosmiczne, a ja już na 100 procent znajdowałem się w kosmicznej spelunie. Z naprzeciwka lampił się na mnie swoimi skośnymi oczyma pierdolony Mr Wok. Zacząłem krzyczeć coś jakby „pierdole cię Wok, chuj ci w dupę". P. tylko łypnął na mnie spod brwi, a J. uspokoił i powiedział, że moja nienawiść do Woka jest słuszna, ale niepotrzebnie się tak unoszę.
-Oni chyba wiedzą, że tripujemy, bo mam sałatę na kolanie.
Tymi słowami P. wywołał u mnie być może słuszną panikę. Kurwa Oni tu są. Oni wiedzą. Trzeba stąd spierdalać.
Szybko przestudiowałem z P. kupony z Subwaya i doszliśmy do wniosku, że ucieczka przez dietetyczną Cole będzie najlepszym wyjściem. Zebraliśmy rzeczy i wymknęliśmy się tylnymi drzwiami. Zachaczyliśmy jeszcze o łazienke, spotykając tam nieskończone lustra i brodatego mężczyzne. Starałem się by kropla potu nie zwróciła jego uwagi, był chyba reptilianinem.
Przedostaliśmy się na parking, ale nie mogliśmy odpiąć odrzutowych rowerów, bo R. i J. gdzieś się zawieruszyli.
Nie mogliśmy nic, więc oparliśmy się o ścianę i włączyliśmy muzykę. Gdy odpisywałem siostrze litery skakały w rytm muzyki.
Zapamiętać, po tamtej stronie najdrobniejsza rzecz rośnie do wielkich rozmiarów.
J. i R. w końcu się znaleźli, więc pośpieszyłem ich, bo czułem, że Oni zaraz tu będą.
Silniki ruszyły, a my zostawiliśmy Międzygalaktyczne Centrum Handlowe za sobą.

T+100
Pędziłem tak szybko, że miałem wrażenie, jakby paliły mi się nogi. Gnałem i rozmawiałem z moimi psychonautami, co chwilę będąc parę metrów i kilometrów od nich. Czułem jakbym był w jakiejś kuli, słyszałem echo, i wszystko jakoś tak się odbijało. W pewnym momencie musiałem się zatrzymać. I nikt na mnie nie zaczekał. Spojrzałem za siebie. Zobaczyłem poruszającą się trawę, pojazd, który w dali wykonywał prace polowe, zobaczyłem Międzygalaktyczne Centrum Handlowe i zobaczyłem chmury, które powoli gdzieś dryfowały. I byłem zupełnie sam. Przestraszyłem się tak bardzo, że zacząłem krzyczyć, żeby na mnie zaczekali, pędziłem ile tylko mogłem no i, dogoniłem ich.

Ocena: 

Odpowiedzi

Tu będzie coś dalej?

uznałem że mam za dużo do powiedzenia bo trip był niesamowicie długi dlatego podzieliłem go na części żeby nie odstraszać długością.

Too black for the white kids and too white for the blacks

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media