Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

tryptaminowa podświadomość - czyli jak udało mi się przedawkować 5-meo-mipt

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Dużo za dużo, sporo ponad 30 mg, nawet nie wiem czy nie ponad 40
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Trip zupełnie nieplanowany, wynikł spontanicznie. Od kilku godzin byłam lekko rozbawiona, małe odbicie od złego humoru ostatnich dni. W mieszkaniu ja i siostra, większą część tripa spędziłam w moim pokoju.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Alkohol (sporadycznie)
4-AcO-DMT (1 raz)

tryptaminowa podświadomość - czyli jak udało mi się przedawkować 5-meo-mipt

Po pierwsze – to nie jest historia o tym, jak chciałam zaszaleć i na pierwszy raz zażyć mega dawkę 5-MeO-MiPT. Moim zamiarem było około 10 mg. Z tego, co w różnych źródłach czytałam, wywnioskowałam, że ta tryptamina jest wyjątkowo kapryśna i mściwa i lubi „karać” uzytkowników za niesubordynację.
Po drugie – cała ta akcja nie była planowana, wyszła całkowicie spontanicznie.
Po trzecie – nie byłam pewna, czy zakwalifikować tę opowieść do kategorii „Pozytywnych przeżyć”, ale mimo wszystko naprawdę przeżyłam coś cudownego.
Po czwrte – mam nadzieję, że komukolwiek zachce się przeczytać. I tak starałam się, żeby nie było to mega długie...

Prolog – Nie pij tryptamin z kieliszków do wódki

T: 22:38

Mniej więcej. Trudno okeślić, jak długo wmuszałam w siebie ten gorzki roztwór. Siedząc przy burku, przed laptopem, zaraz po przesypaniu do przezroczystej rurki zawartości woreczka, odsypałam trochę do kieliszka na wódkę, takiego na 25 ml, wypełnionego przegotowaną wodą. Nie wiem, dlaczego zrobiłam to tej nocy, nie zamierzałam „ćpać”, ale chyba jakoś wpłynęły na to okoliczności. Jednocześnie mój podły od tygodnia nastrój był mniej podły, konwersowałam sobie na czacie ze znajomymi i w tym samym czasie dostałam wiadomość od dostarczycieli 5-MeO-MiPT z prośbą o pozostawienie opinii na stronie ich sklepu. Może to ostatnie zaważyło, nie wiem.
W rurce miałam 3,6 cm mniej więcej, pomyślałam nawet, że takie pomiary dla proszków o większej gęstości niż 4-AcO-DMT nie mają sensu. Nie wiem, jak to sypnęłam, dopiero później zobaczyłam, że zażyłam około 6 (!!!) milimetrów.
Ale wtedy o tym nie wiedziałam... Może i lepiej. Ale niesamowita, nieznośna gorycz powinna mnie zaalarmować. Tylko, że wtedy pomyślałam, że z ą ilością wody to normalne.

T+0.50

Początek działania. Objawy głównie fizyczne, w tym skurcze chyba mięśni gładkich w przewodzie pokarmowym. Dyskomfort był porównywalny do uczucia po spożyciu dużej dawki alkoholu. Wraz z upływem czasu, a co za tym idzie, zdenerwowania sytuacją, objawy stały się łagodniejsze.

Epizod 1 – To nie jest trawa

T+1

Przeszłam do pokoju siostry. Krótko porozmawiałyśmy o różnych codziennych, nieistotnych rzeczach, kiedy zapadła cisza, usiadłam na kanapie, próbując się uspokoić i obiektywnie ocenić reakcje organizmu. Kiedy mój wzrok błądził po dywanie, beżowym z jasnozielonymi elementami, zaczęłam powoli obserwować to, co kompletnym laikom kojarzy się ze słowem „narkotyki” - obraz rozmywał się, jakby wyginał, coś jak na tych plakatach obrazujących ciężkie wrodzone wady wzroku. Na upartego mogłam nawet uznać, że przewody zasilacza od laptopa zaczynają się poruszać, ale to też był efekt tego „płynięcia” całej wizji. Po chwili (chyba właśnie wtedy tak rozszerzyły mi się źrenice), te efekty trochę się uspokoiły, zauważyłam, że kiedy przez chwilę nieruchomo wpatruję się w jeden punkt, w wielu miejscach na widziany przeze mnie obraz nakładają się halucynacje w rodzaju tych obrazków w książkach „3D” dla dzieci, gdzie każą zrobić zeza i wypatrywać głębi. Jakby w dywanie samoistnie rzeźbiły się „architektoniczne” warianty fraktali z Mandelbulbera.
Pomyślałam, że być może w takim stanie potrzebuję samotności, że bez nadmiaru bodźców z rzeczywistości, urojony świat jakoś się rozwinie. Chyba spodziewałam się, że to będzie trochę tak jak z psylacetyną, że będzie to nadchodzić i częściowo ustępować na zasadzie fal i w jakimś stopniu będzie wymagało mojej współpracy. Cóż, nie mam jeszcze żadnych punktów odniesienia, jeszcze miesiąc temu byłam cnotliwą panienką, co to żadnego narkotyku nie tknęła...
Usiadłam na łózku i w tym momencie zrozumiałam, co użytkownicy psychodelików mają na myśli, mówiąc o „oddychających ścianach”. Mój pokój falował, wzdymał się, zwłaszcza okna i rolety. Po dywanie pełzło coś jak dym, jak plamy cienia... Trudno określić, na trzeźwo takich zjawisk się nie widuje. Na tym etapie objawy fizyczne zaczęły po prostu sprawiać mi przyjemność, po włóknach nerwów przechodziło drżenie, myślałam nawet, że mam drgawki, ale to chyba była tylko stymulacja nerwów czuciowych, żadnego faktycznego drżenia mięśni nie zaobserwowałam.

T+1.20

Przechodziłam mieszkanie kilkakrotnie, szukając warunków, które zaczną stymulować psychodeliczne działanie. Wysłuchałam uwag siostry, że jestem „ćpunem” i wróciłam do mnie. Siadłam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamknęłam oczy. Znów spodziewałam się czegoś takiego, jak przy 4-AcO-DMT, ale zamiast tego miałam krótką wizję, że siedzę gdzieś w lesie, na polanie, otaczała mnie zieleń, jednocześnie widziałam ją i czułam.
Mój azyl, pomyślałam, zanim wizja zniknęła. W przeciwieństwie do poprzedniego tripa tym razem nie czułam niewyjaśnionej potrzeby zamykania oczu, wręcz przeciwnie. Oparłam się o ścianę, pozwoliłam kilku luźnym, kresówkowym wyobrażeniom przemknąć przez umysł i otworzyłam oczy. Dopiero teraz zaznałam prawdziwego uroku 5-MeO-MiPT. Wokół mnie zamigotało światło, miejsce w którym siedziałam otoczyła ciepła poświata jak od ognia, wydawało mi się, że za moimi plecami ktoś zapalił mnóstwo lampek choinkowych, ale ilekroć rozglądałam się w poszukiwaniu źródeł tego ciepłego światła, efekty malały. Poddałam się więc, przyglądałam się ciemnemu kocowi, którym okryłam kolana, potem mojej prawej ręce. Na skórze szybko pojawiały się i znikały jakieś wzory, coś jak tatuaże z henny. Wzory przypominały okręgi z motywu drzewa życia, podobne widziałam wielokrotnie podczas tego tripa na każdej gładkiej powierzchni. W świetle były niewyraźne, jak słabej jakości półprzejrzysty hologram, ale w moim pokoju, gdzie jedynym źródłem światła był ekran komputera na biurku i tyle, ile przez uchylone drzwi wpadało z przedpokoju, mogłam widzieć je wyraźniej. Oprócz tego mój wzrok cyklicznie przesłaniała mgła, by w następnej chwili szczegóły pokazały się z nadzwyczajną ostrością. Patrząc na wnętrze mojej dłoni, raz widziałam własną rękę, raz obcą, starczą, pulchną i pomarszczoną. Rozbawiona pobiegłam myślami za ciągiem skojarzeń, starcze dłonie naszych przodków, zniszczone od pracy na roli... nawet wydawało mi się, że plamy cienia na skórze stają się śladami ziemi. Potem cień przybrał barwę zieloną, jakby pod skórą rozlał mi się chlorofil. Córka matki ziemi...
Wciągnęło mnie do reszty w te wiejskie, rolnicze, słowiańskie klimaty.

T+1.50

Z żalem wyrywam się z miłej beztroski i idę do łazienki. Po załatwieniu czego trzeba, tknięta instynktem, zgasiłam światło, przekonana, że w półmroku 5-MeO-MiPT pokaże mi więcej. No i coś tam się pojawiło, przypadkowy plamiasty wzór kafelków nabrał geometrycznej regularności.
Przeszłam do pokoju siostry, akurat tam również światło było zgaszone. Kątem oka znów dostrzegłam to jasne, ciepłe, „choinkowe” światło, tak jakby jego źródło było około metra za moimi plecami.
-Schiza przyszła za mną- stwierdziłam z zadowoleniem, na co moja siostra, słusznie zresztą, spojrzała na mnie z niechęcią.
Położyłam się na chwilę na kanapie, przymknęłam oczy, ale oprócz zwiększonej wyobraźni nie uzyskałam nic, zamiast tego zaczęłam podziwiać szare, jakby dymne rozety, kręgi, linie i motywy drzewa życia.
Rozmawiam z siostrą, znów jakieś błahe tematy, kontaktuję zupełnie jak na trzeźwo. Moje ciało jest jakby stymulowane prądem, każdy pobudzony nerw przeżywa rosnącą ekstazę. Chyba zamierzałam powiedzieć coś o tym siostrze, ale ona wyszła właśnie do kuchni, zrobić coś do jedzenia.
Idę do kuchni, w pewnym momencie światło wydaje mi się jaskrawe, otoczyło mnie głośne brzęczenie, jakby much. Przez chwilę obawiałam się, że zemdleję, szybko jednak ten nieprzyjemny efekt osłabł.
Usiadłam na krześle, biernie przyglądałam się białym szafkom, których drzwiczki nieoczekiwanie nabrzmiały i geometrycznym wzorom, w przebłyskach pojawiających się na kafelkach. W pewnym momencie zauważyłam, że dzwiczki narożnej cofają się i zginają. Definicja haju, pomyślałam z rozbawieniem.
Siostra zaproponowała mi tosta, twierdząc, że po „trawie” podobno jest gastrofaza.
-Hmmm... Ale to nie jest „trawa”...

Epizod 2 – Odkrywam mój azyl

T+2.10

Wracam na łózko, czekając na powrót tego swojskiego, wiejskiego klimatu. Jest, jest, znów mje przyjemne ciepłe światło. Pojawia się niechciana myśl, że robi się coraz później, że nie prześpię nocy... I co z tego, mówię sobie, nie pierwsza zarwana noc i nie ostatnia.. Zaczynam rozmyślać o tym, że dorastając, ludzie tracą zdolność do relaksowania się, że kiedy tylko usiądą, żeby odpocząć, pojawiają się wyrzuty sumienia, taki dyskomfort, że przecież trzeba coś zrobić... A dlaczego, u licha, nie mamy prawa do wypoczynku?! Dlaczego wraz z końcem dzieciństwa mamy stracić prawo do chwil bezczynności, kiedy pozwalamy przeszłości i przyszłości ropłynąć się i delektujemy się chwilą. To właśnie było to, delektowanie się.
Ciepłe światło sprawiło, że czułam się jak dawna Słowianka siedząca przed swoją chatą, odpoczywająca po dniu pracy. Te myśli sprawiały mi przyjemność. Błądziłam wzrokiem po kocu, ramionach, na próbę sprawdziłam czy mój tatuaż, sam w sobie zawierający kilka okręgów drzewa życia, będzie wyglądał inaczej, ale jedyne, co zaobserwowałam to pojawienie się pomiędzy czarnymi liniami lekkiego czerwonego i zielonego wypełnienia, jak po pomalowaniu kolorowanki. Spróbowałam więc czego innego, chciałam prześwietlić wzrokiem rękę, zobaczyć ciało tak jak przedstawiał na obrazach Alex Grey, najbardziej zależało mi na ujrzeniu osławionych kanałów energetycznych, które u mnie od prawie roku mają pokaźną średnicę... Z tego też nici. Zatem po kolejnej próbie zaknięcia oczu, schowałam się pod kocem.
Przenikające przez koc światło wydobyło z maeriału coś jak czarno-białe szkice, najlepiej widoczne kątem oka, na skraju pola widzenia. Tym momencie wiedziałam już, że większość efektów tak najlepiej obserwować, przy bezpośrednim spojrzeniu w znacznym stopniu rzeczywistość wracała do normy.
Zrobiło mi się nieco gorąco, mimo wrażenia chłodu na skórze, nie miałam czym oddychać. Wyszłam spod koca i znów okryłam nim kolana, dzięki czemu dokonałam kolejnego odkrycia. Koc był lekko zmechacony, a teraz spośród sterczących kłaczków i grudek zaczęły wyłaniać się fale, oś jak origami, co później przekształciło się w kłębowisko miniaturowych węży. Spglądałam na chyba najbardziej skomplikowaną rzeźbę, jaką mogłam sobie wyobrazić... A może właśnie nie potrafiłabym wyobrazić sobie czegoś takiego bez tryptaminowego wspomagania....
Pomyślałam w tym momencie o ludziach, którzy w odmiennych stanach świadomości doszukują się ukrytych prawd i zaczęłam się śmiać. Psychodeliki nie odsłaniały tajemnic, ukrytych w pozostałościach pradawnych cywilizacji, to one same były rozwiązaniem zagadki. „Rzeźby” na kocu przybierały kształty podobne do totemów, płaskorzeźb Inków i Majów... Czy właśnie takie jest rozwiązanie, czy ta sztuka pochodzi od starożytnych umysłów odurzonych DMT, Ayahuascą czy innymi wywarami z roślin? Czy właśnie takie wizje zostały uznane tysiące lat temu za przekazy od bóstw, warte uwiecznienia?

T+2.50

Niechętnie wstaję i zapalam światło. Idę coś wypić, w obawie, że gazowana woda mineralna może wywołać mdłości, piję wodę przegotowaną. Nie potrafię stwierdzić, czy jest mi niedobrze, czuję się fizycznie po prostu dziwnie. „Prąd” ciągle poraża moje nerwy, skórę otacza jakby mroźna mgiełka, jakby moje ciało było sublimującą bryłą suchego lodu.
Wracam do pokoju, zanim gaszę światło, długo przyglądam się mojemu tureckiemu dywanowi. Motywy na nim przemieszczają się względem siebie, ale nie jest to spektakularny efekt. Zaczynam przypominać sobie niektóre sceny z „Las Vegas Parano”.
Zgasiłam światło i padłam na łóżko. Leżąc na plecach oberwowałam sufit, znów tańczyły na nim rozety i drzewa życia na przemian ze swietlnymi refleksami, jakby odbijającymi się od kolorowych szybek witraża. Przeszły mi przez głowę niesprecyzowane myśli o katedrze.
Ciało ciągle przeżywało coraz większą ekstazę, co właściwie już w tym momencie powinno mnie zaniepokoić. W końcu nie zażywałam stymulanta...
W pewnym momencie ekran komputera zgasł, efekty związane z półmrokiem ucięły się. Zamiast tego ściana z oknami zaczęła się do mnie zbliżać, nierównomiernie, tak, że jej górna część zbliżała się szybciej. Miało to w sobie klimat nawiedznych domów, co niezbyt mi się spodobało. Odblokowałam komputer i wróciłam na łóżko. Tym razem cienie na suficie dały efekt trójwymiarowej głębi, w pewnym momencie patrzyłam od dołu jakby w ogromny okap, gniący w brązowawej mgle. Pozwoliłam się temu „wessać”.

T+3.30

Znów wchodzę w najprzyjemniejszą odsłonę tripa, tę „słowiańsko-wiejską”. Teraz, niezależnie od ciepłej poświaty i kolorowych refleksów zauważam na swojej skórze coś jak fluorescencyjną powłoczkę, krawędzie niektórych obiektów rozszczepiają się na zieleń i czerwień jak w filmie 3D po zdjęciu okularów, a przypadkowe marszczenia materiałów układają się w geometryczne wzory.
Po głowie chodzą mi utwory Closterkeller, pewnie dlatego, że w ostatnich dniach często tego słucham... ach, podświadomość. „Tryptaminowa podświadomość”, jak to w tym momencie nazwałam. Zaczęłam się zastanawiać, jak byłoby z muzyką, cisza nocna jest, ale od czego mam telefon i słuchawki...
Wiedziona „tryptaminową podświadomością” znajduję jedno i drugie. Przeglądając katalogi, znajduję co innego... podkład dźwiękowy z przedstawienia pewnego teatru alternatywnego, akurat doskonale pasujący do mojej „słowiańskiej” fazy. Zakładam słuchawki i delektuję się cudownym stanem.
Po jakimś czasie kładę się na plecach, klimat zmienia się, teraz nagle leżę na łące, noca, pod gołym niebem. Chociaż tego nie widziałam, czułam jakby środek mojego pokoju stał się jeziorem, przeciwległa ściana jakby się zbliżyła, a szafy i inne obiekty po mojej lewej stronie, oglądane kątem oka, stawały się skałami i rzeźbami. Kiedy spoglądałam na nie wprost, obraz wracał do normy. Nie chciałam tego, ale coś, takie uparte i irytujące, co jakiś czas kazało mi to robić. „Tryptaminowa podświadomość” kazała zaś patrzeć na sufit.

Epizod 4 – nad ranem

T+4.20

Hmmm, jest po trzeciej. Chyba naprawdę nie prześpię tej nocy i nawet nie żałuję. Znów siadam pod ścianą, chociaż kark mnie już zaczyna boleć od opierania się o nią w tej pozycji. Przyglądam się swojej koszuli nocnej, białej w błękitne kwieciste motywy. Teraz kwiaty są większe, zyskują też nieco złota i szkarłatu... i czyżby się poruszały?
Przez następne kilka minut przyglądałam się ich przemieszczaniu, najlepsze było to, że widoki synchronizowały się z odczuciami stymulowanych nerwów, tak jakbym naprawdę „czuła” ruch kwiatów na skórze.
Zagięcia materiałów nadal są rzeźbami, węże na koców stają się czymś geometrycznym, jak kamień pocięty prostopadłymi i skośnymi liniami wyrytymi przez starożytną cywilizację. W pewnym momencie widzę coś jak układ scalony, jakiś mechaniczny twór nacinany w głęboki rowki. Przez krótką chwilę zdołał wzbudzić we mnie niepokój.
Kończy się ścieżka dżwiękowa. Na jakieś kilkanaście minut faza słabnie, rozmyślam w tym czasie o wielu rzeczach jednocześnie. Ostatecznie słucham sugestii „tryptaminowej podświadomości” i znajduje w telefonie Closterkeller. Jednocześnie przypominam sobie, że ktoś tu pisał, iż gorzka czekolada wzmacnia fazę... Co szkodzi spróbować, zwłaszcza, że mam cały zapas czekolady 81%...
Nie wiem, czy to naprawdę zadziałało, ale na dłuuuuugi czas efekty jakby się wzmogły. Nie wiem, ile to trwało, chyba ze dwie godziny, po pokoju latały kolorowe światła jak w nocnym klubie, na rękach migotał fluorescencyjny tatuaż szkieletu, a ja zatapiałam się w moim cudownym klimacie.

T+7

Efekt częściowo osłabł. Częściowo. Zaczynam bawić się telefonem. Kiedy patrzę w mały ekranik, a dookoła jest ciemno, widzę wokół, na skraju pola widzenia szaleństwo świateł ognistej barwy. Ciało nadal zdaje się być rażone prądem, to jakoś nie słabnie. Leżę, chłonąc to uczucie.
Na ścianie znów łuny... Może tak ma być, może niektóre objawy potrwają dłużej. Jakie to ma znaczenie, skoro pomimo zmęczenia jest mi tak przyjemnie?

T+8.10

Hmmm, po siódmej? Wstaję, idę do łazienki, ignorując „elektryczną” stymulację nerwów. Myję twarz, w lustrze widzę swoje oczy z szerokimi źrenicami ćpunki. Nie podoba mi się to. Muszę jechać na uczelnię.
Idę do kuchni, przygotowuję śniadanie. Mówię sobie, że wszystko gra, przecież po tripie z psylacetyną miewałam fizyczne objawy.
Kątem oka dostrzegam na ścianie, wśród jaśniejszych i ciemniejszych beżowych wzorów na kafelkach totemiczną twarz. Podobno po niektórych psychodelikach halucynacje utrzymują się dłużej, ważne, że procesy myślenia są „trzeźwe”.

O wpół do ósmej, przed wyjściem, zbieram się na odwagę i uważnie spoglądam na rurkę z pozostałym 5-MeO-MiPT. Cholerka, naprawdę tyle tego wzięłam? Sporo, sporo ponad 30 mg. A może ponad 40?! To wcale się nie dziwię, że niektóre efekty nadal trwają. Ostatnie spojrzenie w lustro, oczy ćpunki straszą, ale jest szansa, że nikt w laboratorium nie zobaczy.
W drodze na przystanek, przyglądałam się szronowi na trawnikach, który wyglądał jakby nadmiernie trójwymiarowo... Poczułam w pewnym momencie, jak mój układ pokarmowy łapią skurcze. Powiedziałam sobie stanowczo, że wszystko jest w porządku, że to minie.
W autobusie zajęłam miejsce przy oknie, starałam się cały czas spoglądać na zewnątrz, nie tylko dlatego, że kora rosnących przy drodze drzew była taka podejrzanie geometryczna, bardziej zależało mi na tym, żeby nikt nie zaczął wpatrywać się w moją twarz. Kiedy na skraju pola widzenia zamigotało fioletowe światło, poczułam rosnący lęk. Cholera, to nie są „efekty po”. Nadal jestem na cholernym haju!

Epizod 5 – Panna Chelios w akcji*

Weszłam do punktu ksero, modląc się w duchu, żeby nikt zbytni mi się nie przyglądał, na uczelnię wkroczyłam mniej więcej o wpół do dziesiątej. Chciałam jeszcze przed wejściem do laboratorium zajrzeć do łazienki, skontrolować swoją twarz w lustrze, ale nie zdążyłam. Widząc pracowników zakładu, poczułam, jak mój strach rośnie. To było coś czego zdecydowanie nie powinnam robić. Ale wkoczyłam do laboratorium, korzystając z otwartych drzwi.
Musiałam trochę poczekać przed zabraniem się do pracy, snułam się po przyjaznym korytarzyku zakładu. Na moje nieszczęście kilka osób używało lamp UV, odblaski tego światła na ścianie znóœ zaczęły powoli wciągać mnie w tryptaminowe wizje. Wysiłkiem woli ignorowałam to. Wdałam się w pogawędkę z koleżanką z roku, starając się nie zdradzać ani haju, ani strachu. Miałam tylko nadzieję, że mówię normalnym głosem, bo czułam się tak dziwnie, że niczego nie mogłam być pewna.
Ok, dobrze, zrobiłąm swoje. Nawet rozmawiając z pracownikami i prosząc o pomoc przy pracy nie wzbudziłam podejrzeń. Z zadowoleniem przekonałam się, że porażone nerwy nie przeszkadzają w precyzyjnej pracy maualnej. Dobra nasza, co dalej... Dziekanat?
Rozmowa w dziekanacie, potrzebowałam pewnych wyjaśnień. Po wszystkim pojawia się myśl, że na haju mówienie słów „tak, zrozumiałam” jest wyjątkowo ryzykowne.

Miałam wychodzić, ale spotkałam na korytarzu wydziału kolegę z koła naukowego, poszłam za nim do naszej kołowej siedziby. Poza nami było już tam kilka osób. Zajęłam miejsce przy stole, chciałam chwilę odpocząć, ale niestety przekonałam się, że łagodne żółtawe światło w pomieszczeniu znów sprzyja nawrotom wizji. Pożegnałam towarzystwo i pognałam na przystanek. Do domu dotarłam na dwunastą.
Zrobiłam sobie herbatę, w międzyczasie weszłam do łazienki nie zapalając światła, aby zrobić prosty test. Efekt? Po chwili nieruchomego siedzenia na krawędzi wanny wzrok zaczął migotać, słyszałam też słabe brzęczenie, a plamiasty wzór na ściennych kafelkach nabrał trójwymiarowości.
Hmmm, co miałam do roboty dzisiaj? Służbowy telefon i nauka. W porządku, myślę całkiem trzeźwo, dam radę.
Po czternastej przekonałam się, że nadal widzę w kocu na moim łóżku geometryczną „rzeźbę”. Nerwy nadal „raził” prąd i ani myślał słabnąć.
Idę odgrzać obiad. Po posiłku objawy fizyczne nasiliły się.
O siedemnastej poczułam zmęczenie, położyłam się na chwilę, już przysypiałam, ignorując fizyczne objawy, ale rozbudził mnie powrót siostry do mieszkania. Wpuściłam ją i położyłam się znowu, ale tym razem poczułam takie nieznośne pobudzenie, że uznałam, iż ze spania nici...
Chwilę później przypomniało mi się, że chyba istnieje coś nazywane „zespołem serotoninowym”
Niech to szlag!

Około szóstej, po przeczytaniu kilku opisów zespołu serotoninowego w internecie, przypominam sobie, że mam w rodzinie lekarza, pracującego niecały kilometr od mojego mieszkania. Dzwonię z pytaniem, czy mogę przyjść, bo chyba mam kłopoty...
Przed wyjściem wypijam dwie trzecie litra wody mineralnej. Na wszelki wypadek, może pomoże.
Za kwadrans siódma dowiaduję się, że jeśli nie mam gorączki, to nie jest pełny zespół serotoninowy. Badanie pulsu. Chyba wszystko ok.
Ale zostaję na „obserwacji” do wpół do dziesiątej. Piję herbatę i bardzo dużo wody, jem jabłko, kanapkę. Trochę lepiej, porażanie nerwów nie narasta ze wzrostem poziomu glukozy we krwi.
Cóż, miewam momenty, że marzę o śmierci, ale przecież nie długotrwałej i w mękach... I nie z powodu tryptaminy, do licha! Przecież byłabym gotowa pazurami i kłami bronić tezy o nieszkodliwości tej grupy psychodelików.
No i to usiłuję w międzyczasie wytłumaczyć, wielokrotnie powtarzając, że to nie wina 5-MeO-MiPT, tylko niedokładności odmierzania objętościowego i drgnięcia ręki nad kieliszkiem. Nie wiem, ile razy wspomniałam, że „tryptaminy nie są złem”.
Porażanie słabnie. Czasem widzę przez ułamek sekundy na podłodze czy ścianie słaby geometryczny wzór. Czyli całkiem dobrze też nie jest...

Epilog – Masz, ćpunie za swoje

W mieszkaniu jestem między dziesiątą a jedenastą. Kąpiel i do łóżka. W półmroku widzę geometrię fałd na kołdrze. Nie podoba mi się to, bo świadczy o ciągłym działaniu 5-MeO-MiPT. Zdołam w ogóle zasnąć? Nawet marząc o śmierci, nie wyobrażałam sobie wycieńczenia z braku snu, to przecież na pewno nie jest lekka śmierć...
Kedy tylko jestem bierna, efekt porażania nasila się. I w pewnym momencie słabnie a potem się zmienia, nie wiem dlaczego, ale na kilka do dziesięciu minut czuję w sobie przepływ chłodu... rysujący we mnie przestrzennie cały schemat kanałów energetycznych, identyczny jak u Alexa Greya, rozpoznałam charakterystyczne odcinki. Dziękuję ci, 5-MeO-MiPT!
Nie wiem właściwie, czemu ta substancja po tym wszystkim pokazała mi jeszcze to, ale bardzo się z tego cieszę. Przez te kilka mnut mogłam badać to, jak zawsze chciałam, śledzić myślą ten skomplikowany „obwód” w sobie. Na chwilę nawet strach gdzieś odpłynął.
Po jakimś czasie uczucie znów stało się bardziej rażące i trudniejsze do zlokalizowania. Pobudzenie wciąż nie pozwalało mi zasnąć.
Kiedy poszłam do łazienki, przyjrzałam się w lustrze moim oczom. Powoli wszystko wraca do normy... Bardzo powoli.

W łóżku jeszcze godzinę czytałam, aby bardziej się zmęczyć. W końcu przemęczenie przeważyło nad stymulacją układu nerwowego i zdołałam zasnąć.
Łączne działanie 5-MeO-MiPT trwało ponad 25 godzin.

Podsumowanie

Po tym wszystkim postanowiłam sobie DOKŁADNIE odmierzać substancje, które zamierzam zażywać... I tak miałam szczęście, że przy takim przedawkowaniu nie skończyło się gorzej. Szpitalem na przykład. I wielką aferą, że ja, przykładna studentka, jestem „ćpunką”. A to z kolei byłoby wodą na młyn dla przeciwników RC, czym chyba w całej sprawie przejmowałam się najbardziej.
Nie czuję się zrażona do 5-MeO-MiPT, bo mimo wszystko ta cudowna substancja oferowała mi długie godziny czystej przyjemności. Nie doznałam także opisywanych przez innych użytkowników nieprzyjemnych efektów ubocznych, mdłości czy bólu. Pewnie jeszcze nieraz do niej wrócę, tym razem w rozsądnych dawkach.

 

 

*Nawiązanie do Cheva Cheliosa z filmów "Crank" ("Adrenalina") i "Crank: High Voltage" ("Adrenalina 2: Pod napięciem").

Ocena: 

Odpowiedzi

Wciągający i świetnie napisany raport, czytałem z prawdziwą przyjemnością.

Dziękuję za zachętę do dalszego pisania ;-)

Ależ się zdziwiłem na fragment o gorzkiej czekoladzie! To ja wspominałem o jej działaniu wzmagającym grzybową fazę w dwóch raportach. Ciekawe czy sztuczka działa też z 5-MeO-MiPT. W moim przypadku nie miałem wątpliwości, że zadziałało bo efekt był natychmiastowy (chyba że nie doceniam siły placebo na fazie). U Ciebie też reakcja była taka szybka?

Przy okazji - ciekawy raport, przypadł mi do gustu. Pisz więcej ;)

Bardzo szybka ;-) Ale nie wiem, czy dzięki czekoladzie, mogło zadziałać nastawienie, albo odpowiedni rytm muzyki w słuchawkach. Może wszystko naraz. Poza tym to tryptamina i w wielu przypadkach działa falami, więc możliwe, że i tak na ten czas przypadało wzmocnienie.

Będę pisać, owszem, tylko teraz parę tygodni przerwy, bo za nadużywanie tryptamin można zapłacić uodpornieniem się, jak gdzieś słyszałam ;-) A przede mną nadal spotkanie z Mahometem... 

Przedawkować MiPT'a również mi się zdarzyło :D Dlatego na takie przypadki warto mieć jednak benzo :v
Ale TR'a czytało mi się bardzo przyjemnie, nie wiało od tego gimbazą, jest pełen odczuć i barwnych opisów... good job!

Optymista wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że to może być prawdą.

Dziękuję.
Benzo? Proszę o wybaczenie, ale ja jeszcze nie ogarniam tego barwnego świata używek i sytuacji awaryjnych ;-) Ja to jestem "grzeczne dziecko" co to nawet papierosa w ustach ani razu nie miało... W jakim celu to się stosuje? Jak się powoli przybliża zespół serotoninowy?
Ogólnie to pewnie bym się nie przejęła tym przedawkowaniem tak bardzo, gdyby nie ta silna, przedłużająca się stymulacja, bałam się po prostu, że mi się organizm rozreguluje, układ nerwowy padnie, zaczną się bóle, drgawki, coś jeszcze... i w warzywko mnie zmieni. Poza tym jednym efektem ubocznym, bardzo mi się podobało.

Nie warto. Benzodiazepiny to niebezpieczne substancje, silnie uzależniające fizycznie.

Na tryptaminowe wyprawy i ogólnie psychedeliczne polecam muzykę szamańską. Jakby co mogę polecić jedną playlistę.

I stało się. W międzyczasie, jakieś 4 miesiące temu, byłam zmuszona skorzystać z benzo, tylko słabego i w małej dawce. Miałam zespół serotoninowy (interakcja tryptaminy z lekiem) i średnio wiedziałam, co robić, to zarzuciłam jedną tabletkę, pomogło, przeszły najgorsze objawy. Dobrze w sumie wyszło, że nie wytrzeźwiałam i załapałam się na całkiem niezłego tripa mimo wszystko ;) A pozostałe, długofalowe efekty ZS to już przeczekałam te kilka dni i nawet nie myślałam, żeby za pomocą benzo czy czegoś innego próbować z tym walczyć.

Jak dane wskazują zespół serotoninowy najczęściej pojawia sie własnie po antydepresantach i to najgorszego sortu (SSRI). To wszystko są neurotrucizny, podobnie jak słodziki typu aspartam. Rozumiem, że czasami trzeba, ale mimo wszystko odradzam kontakt z tymi substancjami.

świetny raport, super sie czytało ;)

@sudo-indygo sprawdź maila ;p

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media