Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

w świecie obwodów.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
~30 mg donosowo
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
dobre samopoczucie, trip nastawiony z pewnym wyprzedzeniem
Wiek:
23 lat
Doświadczenie:
marihuana, hash, 23x salvia divinorum, 2x san pedro + peyotl, 28 tripów LSD, 2x 4-ho-met, 1x 2c-e, 2x Bromo-DragonFly, MDMA, pospolite piksy, amfetamina, DXM, BZP, TFMPP, kokaina, gałka muszkatołowa, 8 razy łysiczki, ketamina

raporty uncategorized

w świecie obwodów.

Wiosna 2010. Jest wieczór tóż przed weekendem. 180mg 5-MeO-MiPT przyjeżdza w moje i L. łapki busem pewnej firmy transportowej wprost ze Śląska. Część dajemy znajomym którzy chwilę potem podjeżdzają samochodem w umówione miejsce, pozostawiając porcje dla jeszcze czterech osób: dla nas oraz dla gospodarzy zacnego spotkania psychodelicznego. Wsiadamy więc w busa po uprzednim zaopatrzeniu się w niezbędny prowiant, jak pomarańcze, winogrona i inny owoce oraz coś dobrego na śniadanie dnia następnego. Bus wiezie nas gdzieś na lubelszczyżczyznę, gdzie docieramy gdy słońca już prawie nie widać. 

Po dotarciu do naszych przyjaciół, witamy się, zaś G. okadza pomieszczenie białą szałwią. Gdzieś w tle otwieramy butelkę czerwonego wina półsłodkiego tak aby wszystko było uprzednio przygotowane gdyby ktoś miał ochotę zasmakować tego trunku w czasie późniejszym gdy peak będzie schodził. A. przynosi jeszcze półmisek z jakimiś łakociami i raczy nas przepyszną herbatą z cynamonem. W międzyczasie L. dzieli na lusterku porcje tryptaminy którą tej nocy będziemy się raczyć. Wraz z L. i G. decydujemy, że wciągniemy ją nosem, A. decyduje się na połknięcie i przepicie sokiem. G. i L. czynią swoje powinności, w końcu przychodzi kolej na mnie. Klękam więc przed ołtarzykiem, i wciągam ok 30mg donosowo. Czuję już, że jest bardzo mocne dla śluzówki, mam wrażenie że nos zaraz rozmemła się w poparzoną masę, wychodzę więc na zewnątrz domku i palę papierosa. Dołącza do mnie G. którego częstuję fajką i razem staramy się nie przywiązywać uwagi do tego co dzieje się w naszych nosach. Spływ był okropny, ohydny. Nie wiem przypadkiem czy nie wolałbym codziennie raczyć się peyotlem na przemian z gałką muszkatołową i zapijać to wszystko domestosem, bądź innym równie fajnym detergentem (może jakiś napój o smaku kreta?). Odpalam kolejną fajkę. Wrażenie że wypaliło mi przełyk i nozdrza nie ustępuje, tym razem nawet trucizna smoły w dymie nie pomaga. G. ma podobne odczucia, toteż po paru minutach na zewnątrz wracamy do środka. W przedsionku mija nas L. która idzie dokonać rytualnego rzygania. Fajnie. Na głośnikach ląduje bliżej nie znany mi atmospheric black metal + ambient, pomieszany z soundtrackiem do gry prince of persia - the sands of time. Czuję tryptaminową energię (bądź bodyload, jak kto woli). Coś niedobrego dzieje się w moim żołądku, piecze jak kurwi syn, ale ignoruję to gdyż dyskomfort związany ze sniffem już powoli mija. Delikatne drgawki i wrażenie promieniowania z wnętrza ciała. Rozmawiamy z G. co tam u nas w naszych życiach, widzę jak rozszerzają mu się źrenice co jest charakterystyczne gdy zaczyna w nim działać jakikolwiek środek zmieniający świadomość.

Parę minut później wizuale eksplodowały również i przed moimi oczyma. Malutkie, kręte, kolorowe kabelki, łączące moją jaźń wraz z otaczającą rzeczywistością w jakiś dziwny psychodeliczny interfejs. Do tego dochodzi uczucie, przyjemne uczucie, energii która wypełnia całe ciało na wskroś. W rytm sinusoidy wzrasta i maleje, czuję wielkie podniecenie, które po pewnym czasie mija lub raczej następuje przeładowanie receptorów i już go nie zauważam. Układam sięna podłodze, moi towarzysze rozmawiają o naturze, A. rysuje coś w swoim notatniku. L. też co jakiś czas zapisuje coś do notesika, myśli i pomysły byleby niczego nie zapomnieć. Te dziwne obwodziki, wraz z czasem nasilają się, nie odróżniam praktycznie CEV od OEV, tak jakby to CEV nakładały się, dominowały wręcz, nad tym co postrzegam. Zamykam więc oczy, przysłuchąc się rozmowie, a wyobraźnia sama się uruchamia. Drzewa i kwiaty złożone ze świetlistych kolorowych obwodów, zwierzęta i inne żyjątka połączone z nimi w podobny dziwny interfejs. Uruchamiam mp3 player decydując się na jakiś czas solo tripa. CEVy rozrastają się organicznie w rytm muzyki (goa/psytrance) płynącej ze słuchawek. Czuję jak fala rośnie, i wgniata mnie w podłogę na której leże, poczucie ciała znika co rusz, sam mam wrażenie jakbym był złożony z tych właśnie wizuali które postrzegam. W taki właśnie sposób widzę towarszyszy gdy co jakiś czas łypię okiem, czy oni też to w ten sposób postrzegają? Spytam nazajutrz, albo nie. Gdy czuję jak obecny przed godziną w całej swej okazałości peak powoli mija, a poznaję to po tym iż pozostają tylko wizuale, psychodeliczny stan umysłu i energia powoli bledną, L. mówi iż chciałaby abyśmy wszyscy poszli na spacer. A. jest pogrążona w swojej wewnętrznej fazie, dlatego po paru minutach namawiania ze strony L., wraz z G. przystajemy na tę propozycję.

G. jako gospodarz oprowadza nas po terenie, zastanawiam się czy robi to na czuja, bo sam mam problem z poruszaniem się, wszędzie widząc te kolorwe wizuale, jak siatkę przed oczyma, pod stopami, wszędzie wkoło. Poza wizualami widzę li tylko gwiazdy, niektóre, te jaśniejsze, gdyż wioska w której się znajdujemy nie jest skażona światłem w takiej skali jak miasto z którego przybyliśmy. Ileż wysiłku wymaga odemnie chodzenie! Przypomina mi się podobna sytuacja, gdy pewnego razu przykwasiwszy próbowaliśmy z L. ogarnąc zakupy w centrum handlowym o których zapomnieliśmy wcześniej (pomarańcze to konieczność!), a podłoga falując nie dawała nam spokoju i zmuszała do tęgiej koncentracji.

Idąc tak po wizualach, tych kolorowych, biegnących wzdłuż wszelkich krawędzi, kabelkach, rozmawiam z G. gdy L. kradnie komuś z podwórka czereśnie. Smaków się zachciało. Docieramy do pagórka, z którego widać łąkę poniżej i światła w oddali. Zatrzymujemy się, palimy papierosa. L. wyciąga lufkę z weedem, toteż raczymy się i my, gdyż jak mawia przysłowie "gdy konia w podkowy kują to i żaba nogę poddstawia". Wizuale powoli mijają, nie muszę już skupiać się na samym procesie chodzenia. Po jakimś czasie, i wędrówce po ścieżkach i dróżkach wracamy do domku. 

Nalewam G. i sobie odrobinę wina do przygotowanych lampek, L. i G. kontynuują rozmowę, ja zaś wychodzę na jeszcze jednego papierosa, chociaż chyba bardziej po to by popatrzyć się na pięknie widoczne gwiazdy.

Uważam, że substancja ta jest ciekawa, ale nie zamierzam próbować przyjmować ją donosowo jeżeli zdarzy się okazja by  spróbować jej kolejnym razem.

Ocena: 

Odpowiedzi

szkoda że moje konto z którego dodałem ten tr znikło z nieznanych mi powodów. anyways, jest to rozbudowana wersja wzmianki o tripie na forum HR, http://talk.hyperreal.info/meo-mipt-ogolny-t26213-40.html#p986798

jesli nie donosowo, to jak najlepiej przyjac ta substancje?

 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media