Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

co wypiłaś? - czyli wiatr we mnie i woda wokół mnie...

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Około 20 mg, taki miałam cel, odmierzałam raczej objętościowo
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Mieszanka ekscytacji i stresu, falami pojawiająca się niecierpliwość i chęć do eksperymentu, oraz strach o różnym natężeniu. Obsesyjne myśli o konieczności "oczyszczenia się" i "zrzucenia ciężaru" moich ostatnich osobistych problemów zanim zacznę eksperyment. Trochę jak oczekiwanie na jakiś wyrok.
Praktycznie sama przez większość czasu, w moim pokoju, posprzątanym celowo z myślą o moich ewentualnych niekontrolowanych reakcjach.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
alkohol (sporadycznie)

co wypiłaś? - czyli wiatr we mnie i woda wokół mnie...

Trudno nazwać to jednoznacznie eksperymentem planowanym. O legalnych psychodelikach dowiedziałam się właściwie kilka dni wcześniej. Do tej pory odmienne stany świadomości usiłowałam, ze skutkami różnymi, raczej marnymi, uzyskiwać przez próby treningu umysłu. A jak wiadomo, depresja, rozdrażnienie i długotrwałe złe samopoczucie podobnym próbom nie sprzyjają... Postanowiłam więc sobie przy okazji Nowego Roku, okrzykniętego ogólnie czasem zmian, poszukać krótkotrwałego sposobu jednocześnie na uwolnienie się od zatruwających myśli jak i wspomagany wzrost skuteczności.

Eksperyment planowałam na wieczór, ale od rana starałam się na podstawie teoretycznych czasów działania 4-AcO-DMT wyznaczyć tak czas przyjęcia dawki, aby być pod wpływem tej substancji około północy. Stwierdziłam, że  najlepiej będzie o 21:30. Z powodu rosnącego zdenerwowania zrobiłam kilka minut wcześniej. Niewielka różnica.

T: 21:23

Patrzę pod światło padające od komputera na półprzezroczystą rurkę z 250 mg 4-AcO-DMT, rozważając, czy poprzestać na ok. 15 mg czy odważyć się na więcej. To pierwszy raz a ja ważę niecałe 44 kg, więc miałam pewne obawy. Odmierzam w końcu prawie 1/10 wysokości słupka proszku w rurce, przesypuję na łyżeczce do letniej wody, mieszam i wypijam. Spodziewałam się, że będzie gorzkie w smaku, ale nic nie odczuwam. Nawet mam wątpliwosci, czy cokolwiek się do tej wody dostało.

Siadam do komputera i czekałam około 20 minut na pierwsze objawy, cokolwiek się dzieje, mogę zwalać to na stres. Uczucie zimna, dreszcze, lekkie skurcze mięśni, jeszcze lżejsze mdłości... wszystko wielokrotnie zapewniały mi "kochane" nerwice. Raz po raz myślę sobie, że osoba w dołku, od wielu miesięcy niezdolna kontrolować emocje plus psychodeliki to nie najlepszy pomysł... Myślę coraz rzadziej, bo chociaż efekty fizyczne nasilają się, jakoś coraz mniej wierzę, że coś zadziała.

 T+30

Czuję się jak po sporej dawce alkoholu, ale nie towarzyszy temu ociężałość, przeciwnie, mam wrażenie, że jestem lżejsza od powietrza. Kiedy się poruszam, mój szkielet wydaje się delikatny, jak kości myszy albo ptaka. Nasila się wrażenie chłodu. Widzę trochę jak przez mgłę, jak później się dowiaduję, to efekt rozszerzenia źrenic. Obchodzę pokój dookoła, nachodzą mnie myśli rodem z horrorów o egzorcyzmach.
Z każdą chwilą narasta uczucie "fragmentacji czasu" jakbym była pijana. Trochę to jak w świadomym śnie, szybkie ruchy mój mózg rejestruje jako coś w rodzaju teleportacji.

T+40

Z drugiego końca domu przychodzi babcia, po drodze do łazienki zagląda do mojego pokoju. Pyta mnie, czy przypadkiem nie jestem już pijana, żartuje coś o ukrytym trunku, o którym nic nie wspomniałam.
Kilka minut później nawet mówię prawdę. Wolę mieć to za sobą, zanim nastąpią ewentualne dalsze efekty. Potem zostaję pozostawiona sama sobie, w bardzo dobrym momencie, bo nadchodzi pierwszy wyraźniej przyjemny etap działania 4-AcO-DMT.
Oprócz skurczy mięśni, które towarzyszyły mi przez cały trip i długi czas po, w całym ciele pojawia się coś nie do opisania. Jakby orgazm, ale nie w postaci piku, coś jak stale, subtelnie wznosząca się fala na wykresie. Poddaję się temu, włączam na laptopie francuską muzykę, do której zaczynam tańczyć. Pojawia się uczucie, jakby na czubku głowy podpalono mi włosy. Usilnie koncentruję się na wszystkim, co przyjemne w tej chwili, zdecydowanie nie mam ochoty na sylwestrowego bad tripa. O dziwo uspokaja mnie, kiedy mówię sobie, że to już Kundalini się budzi. Psychodeliki po prostu jakoś tak kojarzą mi się albo z hinduizmem, duchowością wschodnią i klimatami Alexa Greya albo szamanizmem. 

T+1.10

 Czuję się pusta w środku, mój kręgosłup zdaje się być słupem lodowatego wichru. Mam wrażenie, że każdy mój ruch wzbudza wokół mnie ten zimny wiatr. Coraz częściej myślę o Kundalini, gwałtownie narasta we mnie potrzeba poddania się temu, co ma się wydarzyć. Siadam na podłodze w pozycji medytacyjnej. 
Z komputera leci Kipelov, nie wiem, który utwór, w tym momencie nie zwracam na to uwagi. Zamykam oczy i pochylam głowę, zaczynam odpływać.
Pojawiają się CEV'y, w ilości znikomej. Tyle, że wystarcza mojej wyobraźni jako "energia aktywacji", to rozkręca się samo. 4-AcO-DMT opanowuje moje doznania dotykowe. Podłoga staje się mokra, roztapia się w półpłynną masę, coś o konsystencji galaretki. Unoszę ręce, czuję jak pasma tej "substancji" unoszą się wokół dłoni jak babie lato. Myślę o energii qi, na chwilę otwieram oczy i osłabiam ten stan, co motywuje mnie do szybkiego poddania się na nowo.
Staję się hinduskim bóstwem, siedzę w źródle wśród skał, w sercu lasu. Bardziej to czuję niż widzę, działa zmysł dotyku i wewnętrzne odczuwanie umysłu. Nieistniejąca woda opływa moje ciało, drąży mnie jak kostkę lodu polewaną strumieniami wrzątku. Tworząca mnie materia zaczęła się "rozwarstwiać", bez problemu sięgnęłam do czubka głowy i "rozdarłam" otulający mnie kokon tej galaretowatej substancji, jak wąż zrzucający skórę.
Trudno opisać towarzyszące temu myśli i emocje, czułam po prostu coś czystego, pierwotnego i wiecznego, chciałam kogoś zawołać i powiedzieć mu, że właśnie na chwilę zajrzałam do zewnętrznej warstwy tego Matrixa, że mam swoje pięć minut, kiedy mogę pracować w tym wyższym wymiarze.
Otworzyłam oczy, spojrzałam na swoje ręce. Naszła mnie dziwna myśl, że może zobaczę siebie na wskroś, jak na obrazach Greya, ale nie...
"Pierwsza fala" jak później sprawdziłam na zegarku, trwała około 10 minut, mnie wydawała się o wiele dłuższa, jeśli w ogóle miałam przyjmować istnienie czegoś takiego jak czas. 

 T+1.30

Czuję straszną suchość w gardle. Opanowując dreszcze i skurcze mięśni w całym ciele, opuszczam pokój w poszukiwaniu wody mineralnej. Po wypiciu niewielkiej ilości robi mi się trochę niedobrze. Mówię sobie w myślach, że wszystko w porządku.
Babcia patrzy na mnie z mieszaniną troski i przerażenia, pytając, czy nie potrzebuję pogotowia. Nie wiem, na ile przekonująco tłumaczę, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo znów czuję silną potrzebę poddania się tym doznaniom. Przymykam oczy i w jednej chwili staję się w odczuciach umysłu posągiem z piaskowca, pożartym przez erozję, nieustannie drążonym i rozsypywanym przez wiatr. Otwieram oczy, opanowuję się i wracam do pokoju.

T+1.40

Druga "fala". Siadam znów na podłodze, zamykam oczy, teraz nie próbuję o niczym myśleć ani nic wymuszać. Kładę ręce na dywanie. Czuję jak coś na nim "rośnie", palcami przeczesuję włókniste, włosowate mszaki. Przeżywam zaskoczenie, kiedy jestem w stanie złapać jedną z łodyżek i "zerwać". Otwieram na chwilę oczy, okazuje się, że trzymam w palcach mój zgubiony włos. Sytuacja powtarza się kilka razy, tym razem nie muszę się temu przyglądać. Tak jakby psylacetyna znacznie zwiększyła moją wrażliwość na bodźce, mogłam znajdować kłaczki wełny, włosy, okruszki i inne drobne paprochy, które zwyczajnie byłyby prawie niewyczuwalne dla osoby w normalnym stanie świadomości. Zjawisko to zainteresowało mnie i sprawiło pewną przyjemność.
Przerwałam na chwilę tę zabawę i znieruchomiałam. Pojawiły się CEV'y, znów niewiele, tylko jakieś słabe czerwone i fioletowe łuny na skraju ciemności pod powiekami. Pogodziłam się z tym, że moje urojone światy badam głównie dotykowo, ten sposób wcale nie wydawał mi się gorszy.
Sięgnęłam do mchu, który pokrył już chyba cały mój pokój, pomyślałam o "Avatarze" i znów mnie wciągnęło. Byłam w grocie porośniętej tymi dziwnymi tworami, siedziałam nad kałużą chłodnej, gęstej cieczy, w której zanurzałam ręce. W pewnym momencie poczułam ten "mech" na sobie, jakby rozrastał mi się na rękach, od dłoni w górę, przez ramiona, łaskotał mój kark i szyję. Przez ułamek sekundy przestraszyłam się, że wizja gwałtownie zmieni się w robaki, zaczęły działać jakieś odruchy obronne, ale opanowałam je, tłumacząc sobie, że właściwie nic się nie dzieje a uczucia są raczej przyjemne.
Przeczesywałam palcami te włókniste roślinki, próbowałam zaczerpnąć cieczy z tej kałuży, w którymś momencie znów mnie bardziej duchowy nastrój opanował i sięgnęłam dłońmi do czoła. Palcami zrobiłam ruch, jakbym otwierała trzecie oko, tak fizycznie, mechanicznie, potem zbliżyłam palec drugiej ręki do czoła, zbliżałam coraz bardziej... miałam w końcu wrażenie, że już sięgnęłam do środka czaszki! Trochę się przestraszyłam, że w tym stanie naprawdę sobie coś zrobię, szybko odrzuciłam tę myśl i skupiłam się na tym, co "robię". Czułam jakbym manipulowała jakimś niewielkim, ale skomplikowanym mechanizmem złożonym z kulek i szkieletów figur przestrzennych, zawieszonym w powietrzu przed moją twarzą. Przesuwałam palcami poszczególne jego elementy względem siebie, robiłam to na oślep, miałam tylko słabe wrażenia dotykowe i strzępki wyobrażeń, w tym momencie akurat żałowałam, że tego nie widzę.
Po kilku minutach wróciłam do "względnej normalności". Cały ten etap mógł trwać trochę ponad 10 minut.

T+2.10

Mam już świadomość, że mogę pozwalać temu na nasilone działanie przez celową bierność, albo wracać do stanu przypominającego upojenie alkoholowe. Trochę mnie to dziwi. Ignorując skurcze mięśni siadam na podłodze po raz kolejny i wchodzę w fazę, w której nakłada się na siebie działanie psychodeliczne i stymulujące przemyślenia. 
Badam powierzchnię wokół siebie, mnóstwo tam wody, wilgoci, nie wiem, skąd się to bierze u mnie, z jakich głębin podświadomości, zaciekawiona dotykam swojego ubrania, odczuwam nieco inny materiał, też mokry. Przesuwam dłońmi po dywanie, teraz to naprawdę przypomina robaki, taki "cmentarny" nastrój się zrobił. Mniej przyjemnie, bo pojawia się gonitwa myśli. 
Że jestem ślepą żebraczką, że własnie kimś takim byłam w poprzednim życiu, ale tak, wiem, że reinkarnacja to bzdura, ja na pewno mam uszkodzony układ nerwowy, uszkodzoną podświadomość, psychikę, wszystko, zwłaszcza to, co związane ze zdolnościami parapsychicznymi, to zepsułam z własnej winy, całe życie grzeszyłam brakiem odwagi, w ogóle jestem błędem, co tylko popełnia błędy... No, więcej tego było, tylko trudniej niż na "trzeźwo" walczyło się z tymi myślami. Ale nawet nie złapałam w tym momencie bad tripa. Powiedziałam sobie, że to normalne, tak podobno bywa po tryptaminach i nawet pomogło.

 T+2:30

Z ciekawości dotykam PRAWDZIWEJ wody, żeby sprawdzić, czy inaczej ją odczuję. Ale chyba za późno, działanie substancji słabnie. W zamian wzmagają się efekty fizyczne. Zmysł dotyku nadal "naćpany", więc dotykam czego się da, żeby sprawdzić, co poczuję. Mam potrzebę przebywania w ciszy i ciemności, wyłączam muzykę i wszystkie źródła światła w pokoju.

T+2:50

Uczucie zimna. W obecnym stanie gonitwy myśli łączę to z energią qi, próbuję czegoś, jakbym wierzyła, że w takim stanie umysłu mogę czegoś dokonać. Próbuję to zimno kontrolować.
Gorączka myśli koszmarna, mieszanina złości na samą siebie, wyrzutów sumienia, mocne postanowienie pracy nad sobą przeplata się ze zwątpieniem we wszystko.
W ciągu godziny wszystko inne wypiera obezwładniający żal, coś jak psychiczne "wykrwawienie się". Zaczynam płakać.
 
Około trzeciej w nocy z trudem zasypiam, nadal odczuwając fizyczne efekty i coś w rodzaju oczyszczenia wewnętrznego, przez płacz właśnie. 

 

Ogólnie doświadczenie po fakcie odebrałam jako pozytywne, miałam na drugi dzień takie dziwne intuicyjne wrażenie, że dobrze zrobiłam, wybierając 4-AcO-DMT jako substancję na mój "pierwszy raz". Byłam trochę zaskoczona, jak to na mnie zadziałało, a także tym, że pomimo mojego ogólnego psychicznego stanu, to, co tkwi w moim umyśle, nie zamanifestowało się w jakiś zdeformowany sposób. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że odkrywam jakieś nienaruszone części siebie, coś, co jest warte starań, poszukiwań. W tym miejscu przypomina mi się to, co Joe Rogan w mówił o DMT w jakiejś audycji:

[...] ale grzyby, DMT, cokolwiek, co usuwa ego, pokazuje ci, jakie naprawdę jest twoje życie i kim naprawdę jesteś; tam zaczynają się złe tripy. Złe tripy nie pochodzą od ludzi szczęśliwych, z cudownym życiem, kochającymi rodzinami, którzy są dobrzy dla innych, złe tripy są od ludzi, którzy robią złe rzeczy, albo mają poczucie braku bezpieczeństwa, tłumią jakieś problemy z przeszłości, którymi się nie zajmują i potem wypływa to na powierzchnię.[...] 

Dobrze, panie Rogan, że to nie zawsze i/lub nie do końca się sprawdza. Bo teraz mam ochotę na kolejne doświadczenia z tą tryptaminą i podobnymi substancjami. Jestem ciekawa, co mogą mi pokazać.

PS. Wiem, że wiele osób miesza psychodeliki z alkoholem i nic złego się nie dzieje, ale ja nie chciałam, żeby cokolwiek zaciemniło mi obraz działania psylacetyny, tak więc Nowy Rok witałam "na trzeźwo", jedynie z wodą mineralną. I nie żałuję. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Za pierwszym razem po 25mg mahometa, przez cały trip 2 z 4 podróżników w tym ja ściskaliśmy bryłeczki ziemii bo była po prostu idealna, ładnie wysuszona, wtedy też wydawało się że na takiej glince można ukręcić interes, sprzedając ją jako uzdrowicielską. Niestety wraz z zaprzestaniem działania była to zwykła ziemia. Z tą depresją i takimi stanami uważaj bo większe dawki mogą nieźle nawalić w głowie. Czego żałować przynajmniej w tą wyjątkową noc miałaś coś w głowie, natomiast po alkoholu to inna bajka :D. Pozdrawiam prawdopodobnie nie odległą wiekowo rówieśniczkę :)

Mahometa zamierzam bliżej poznać w następnej próbie ;-) Zresztą miałam równe prawdopodobieństwo, że go na pierwszy raz użyję, patrzyłam na oba podobne do siebie proszki, wizualnie nie ma różnicy, ale takie cos lekkie podprogowe mnie tknęło, że chcę zacząć od psylacetyny, jakoś mi się wydało bliższe "oryginalnemu" DMT. Nie żałuję, już prędzej żałowałabym, że wcześniej nie przyszło mi do głowy, że taki w sumie niezbyt atrakcyjny zamulacz jak alkohol można zastąpić czymś przyjemniejszym ;-) I po czym człowiek nie poczuje się jak wymięta ścierka - co prawie zawsze zdarza się po dawkach alkoholu, po których możliwe jest osiągnięcie jakiegoś odmiennego stanu. Teraz jak coś przyjdzie świętować z założeniem zastosowania jakiejś substancji to pewnie wybiorę tryptaminę.
Również pozdrawiam.

Teraz właśnie jestem po alkoholu i żałuje że nie jest coś "normalniejszegego" ale w gronie znajomyc ciekawsze niż ur, pozdawiam i żałuje że piszę w tak bezsensownym stanie 

 

:p

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media