Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

szamański trip na ranczu farmera

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
170ug
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Wszystko było idealnie zgrane w czasie i przestrzeni. Byłem na wsi, gdzie nie było żadnej latarni w okolicy, wokół cisza i spokój, niebo było bezchmurne i gwiaździste, mama smacznie spała sobie niczego nieświadoma, a ja na dodatek na działkę wziąłem, uwaga… “Spektrum świadomości” Kena Wilbera (akurat wszystkie inne skończyłem a tę mam pożyczoną więc mówię wypadałoby zacząć), w którym opisywał on połączenie wielkich systemów Zachodu z kontemplacyjnymi tradycjami Wschodu. Wszystko co przeczytałem do 109 strony i dwóch sposobach poznania i rzeczywistości jako umyśle, później potwierdziłem pragmatycznie w postaci doświadczenia psychodelicznego. Długo czekałem na tę chwilę. Całość tych rozmyślań utwierdziła mnie w przekonaniu, że to mój najlepiej ułożony i przygotowany trip w dotychczasowym życiu, o najlepszym set and setting jakim można marzyć. Dodajmy do tego okres spadających perseidów a dostaniemy z tego to, że to co wtedy robiłem to była najlepsza rzecz jaką można było w tamtym czasie robić i tak wtedy rzeczywiście czułem. Poza tym widziałem wiele spadających gwiazd oraz jedną perseidę ! Ale wracając do magii…
Wiek:
25 lat
Doświadczenie:
Dużo tego było w różnych odstępach czasowych, ale długo przed tym doświadczeniem byłem czysty.

szamański trip na ranczu farmera

Dopiero co człowiek odpoczął od Pol’and’Rockowego festiwalu w Kostrzynie nad Odrą uznając go za jedno z lepszych wydarzeń w jego życiu, tak w jego życiu niedługo potem pojawia się coś równie, a może i bardziej spektakularnego. Astralny Wojownik miał pojechać sobie w tym roku na dwa festiwale, z czego jeden się nie odbył, więc odczuwał on niemały zawód. Po Woodstockowym szaleństwie plany były takie by pojechać jeszcze gdzieś. Może jakieś góry, Bieszczady jak w roku poprzednim albo coś nowego czyli Tatry. Plany były płonne, lecz nie wypaliły. Również w ramach oszczędności Wojownik nie pojechał z mamusią nad morze tylko wybrali się klasycznie na ranczo farmera, które wiadomo nie będzie tak spektakularne jak wyjazd w góry, lecz... Mieli tam być pięć dni, dlatego też w głowie Wojownika zaświtał kuszący, choć ryzykowny pomysł, a mianowicie zamierzał on zabrać ze sobą zawiniątko w postaci 170 ug kwadratowego kwasika.

Astralny Wojownik wiele ryzykował, ale myślał że taka okazja szybko może się nie powtórzyć, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem on będzie miał niezapomniane przeżycie, albowiem otoczenie tam jest tak akuratne do takich szalonych eksperymentów, że tylko czystej krwi boidudek mógłby nie spróbować takiej eskapady. A mówimy przecież o Astralnym Wojowniku…

Sobota, niedziela, poniedziałek minęły mi na zwyczajnym wakacyjnym, letnim piciu piwa, opalaniu się, koszeniu trawy, rozmowach, obcinaniu gałęzi i bieganiu po wsi. Wszystko wyglądało zwyczajnie, nikt niczego nie podejrzewał. W sobotę i niedzielę nie oszczędzałem się z piciem. Na niedzielę zaprosiłem swoje siostry i braci ciotecznych aby wpadli, bo zakomunikowałem im że mam flachę Chivas Regal (dostaną za dobrą robotę w pracy) i browary. Nie zjawił się nikt, chociaż obietnicy zostały złożone, dlatego też z mamą obaliłem prawie całą flachę Chivasa, toastując co rusz to na zmianę cheers i salute niczym w rodzinie Soprano i zagłębiając się coraz głębiej w obraz pod tytułem “Król Artur”. Dopiero w poniedziałek po południu wpadł Kuba z wujkiem i obaliliśmy flachę a późnym wieczorem na chwilę Marta z mężem i synkiem. Nie planowałem tej flaszki, podczas dnia piłem oszczędnie piwo aby na wieczór ceremonii kwasowej być w miarę trzeźwym i by alkohol nie spłycił za bardzo fazy, ale co tam, goście przyjechali to nie można być niegościnnym.

Dochodziła 22, mama niczego nie podejrzewająca powoli kładzie się spać, ja lekko poddenerwowany oglądam jeszcze dokument o czołgach drugiej wojny światowej i dokładnie o 22 zarzucam pod język kartonik. Wchodził około 30-40 minut, ale to co się zaczęło dziać gdy już wszedł to już naprawdę jest mój osobisty szczyt szczytów. Doświadczenie, które zebrało do kupy wszystkie moje poprzednie doświadczenia, przez które zrozumiałem czego doświadczałem poprzednimy razy. Tak jakby duchowy nauczyciel w końcu się ujawnił w całej okazałości i ukazując mi metaperspektywę wszystkich innych doświadczeń powtórzył materiał z innych lekcji, ale też przywalił ogromną ilością nowego materiału. Ale po kolei…

Rzecz wydarzyła się w nocy z 13 na 14 sierpnia. Było to doświadczenie tak nieziemskie, kosmiczne, nierealne i tak jednocześnie prawdziwe i namacalne, że chociaż dla niektórych będzie się to wydawać przesadzoną fanfaronadą, to jednak będzie jedynie ułomną próbą ujęcia w słowa “Źródła/Nieskończoności/Rzeczywistości/Absolutu”.


Po tych wcześniej wspomnianym 30-40 minutach zaczynałem odczuwać stopniowo narastające efekty. Ruszające się cienie i falujące firanki, chwilę jeszczę się tak powiłem na fotelu oglądając dokument o czołgach, aby potem po prawidłowym podłączeniu do kontaktu wszechświata wylecieć przez drzwi balkonowe niczym Hermes, uskrzydlony i podniecony. Na działce mam ogromne podwórko. Wybiegłem z tylnej strony domu na obszar, w którym mogłoby lądować UFO, spojrzałem w górę na niebo i ujrzałem mrowie tańczących gwiazd, cały czas coraz mocniej i mocniej przechodziły przeze mnie fale nieznanych, dziwnych, ekstatycznych energii. Byłem jakby pchany, maksymalnie naładowany. Krzyczałem, biegałem, i to nie bez ładu i składu jak zblazowany menel, to były arcyprecyzyjne ruchy, których nigdy się nie uczyłem, chociaż umiałem wykonywać bez żadnego problemu, coś jak umiejętność zaciskania pięści, robimy to, ale nie wiemy jak. Po prostu to robimy. Cała motoryka była niesamowicie przyśpieszona, biegałem po tej trawie na bosaka, w majtkach i podkoszulku jakbym ćwiczył kondycję na olimpiadę. Wywróciłem się raz o złamaną obok ogrodzenia tuję, gdyż zapomniałem, że leży tu położona niczym przeszkoda dla konia, a w nocy było ciemno i jej w tej euforii nie dostrzegłem, ale to było jak ukłucie komara, tylko się otrzepałem i zacząłem skakać dalej. Cały czas coś do siebie krzyczałem: “To jest niemożliwe, no po prostu nie wierzę, haha co ja robię a mama sobie smacznie śpi tuż za rogiem”. Kończąc ostatnią rundkę ekstatycznego, synchronicznego tańca z duchami mocy i nocy postanowiłem pójść na przód domu by zobaczyć jak tam jest. Troszkę zmęczywszy się radosnym hasaniem niczym sarenka, będąc to trochę elektronem okrążającym proton, to protonem tworzącym radosne wzory materii, oparłem się o maskę samochodu.

Znamienną cechą tego stanu jest to, że cały czas chce się pić, nie jakoś mega mocno, ale cały czas jest odczuwane pragnienie. Napiłem się wody z samochodu i postanowiłem usiąść w końcu na masce, chwilę potem swobodnie położyć się i oprzeć na szybie. No i tutaj się zaczyna magia bardziej magiczna od tej co była wcześniej, albowiem takie wesołe latanie i kosmicznie szybkie i złożone ruchy już wcześniej wykonywałem. Gdy leżałem tak na masce audicy cały czas nie mogłem z wyjść z podziwu widoku nocnego nieba, jego ciemności oraz gwiaździstości, wszystko było tak idealne zgrane w czasie i przestrzeni, że czułem się niczym wybraniec bogów, który dostąpił enteogenicznego połączenia z boskim korzeniem prawdy, boską podstawą istnienia. Wciąż zadziwiało mnie to, jak taki mały kartonik może zmienić ludzką percepcję, dodać człowiekowi siły i otworzyć go na doświadczanie kilku rzeczywistości jednocześnie. Ciągle tylko w głowie myśli - “to niemożliwe… ale prawdziwe”. Wszystko było idealnie zgrane w czasie i przestrzeni. Byłem na wsi, gdzie nie było żadnej latarni w okolicy, wokół cisza i spokój, niebo było bezchmurne i gwiaździste, mama smacznie spała sobie niczego nieświadoma, a ja na dodatek na działkę wziąłem, uwaga… “Spektrum świadomości” Kena Wilbera (akurat wszystkie inne skończyłem a tę mam pożyczoną więc mówię wypadałoby zacząć), w którym opisywał on połączenie wielkich systemów Zachodu z kontemplacyjnymi tradycjami Wschodu. Wszystko co przeczytałem do 109 strony i dwóch sposobach poznania i rzeczywistości jako umyśle, później potwierdziłem pragmatycznie w postaci doświadczenia psychodelicznego. Długo czekałem na tę chwilę. Całość tych rozmyślań utwierdziła mnie w przekonaniu, że to mój najlepiej ułożony i przygotowany trip w dotychczasowym życiu, o najlepszym set and setting jakim można marzyć. Dodajmy do tego okres spadających perseidów a dostaniemy z tego to, że to co wtedy robiłem to była najlepsza rzecz jaką można było w tamtym czasie robić i tak wtedy rzeczywiście czułem. Poza tym widziałem wiele spadających gwiazd oraz jedną perseidę ! Ale wracając do magii…

Podczas leżakowania na samochodzie weszły we mnie opętańcze, szamańskie transy…

Na początku się trochę przestraszyłem tym co się dzieje, albowiem doświadczałem i jasnej i ciemnej strony mocy. Cały czas siedząc na masce samochodu podróżowałem przez przestrzeń i czas widząc przeróżne wizje. Były to czasy zamierzchłe, jak i nowożytne, starożytne kultury, egzotyczne dżungle, wizje piękne i straszne, dziwne i niezrozumiałe. Przez cały ten czas mówiłem w przeróżnych dialektach. Byłem dosłownie szamanem w każdym tego słowa znaczeniu. Doświadczyłem teraz tego, czego powinienem na mojej ceremonii ayahuaski. Pamiętam, że Taita Florentino Jacanamijoy podczas mojej ceremonii ayahuascowej nie mówił po angielsku, mówił w jakimś swoim kolumbijskim dialekcie i ja wtedy mówiłem tak jak on, cały czas, a duchy cały czas pokazywały mi różne wizje. Były one i piękne i straszne, i pełne bólu. Ja sam wówczas byłem totalnie pozbawiony woli i kierowany przez wyższą inteligencję. Przechodziłem z ekstazy w ekstazę, byłem wszystkim a zaraz niczym, doświadczałem tego, a potem zaraz czego innego, wszystkim kierowała jakaś wyższa siła. Byłem wilkołakiem i robakiem, aniołem i apostołem, cały czas artykułując pewne dźwięki, które wymawiałem równie automatycznie i precyzyjnie co ruchy cielesne. Nie zdołam ich jednak oddać pisemnie, ale było to bardzo intensywne, bałem się trochę, że ktoś mnie usłyszy, nie byłem człowiekiem, byłem wszystkim tym co mi pokazał nurt życia. To było jedne z tych doświadczeń Absolutu, w którym nie ma już podziału na ja i świat, na podmiot i przedmiot, na obserwowane i obserwującego, to ta sfera prawdziwości, która zawiera wszystko. Człowiek wychodzi ze swego tunelu Ego i jest jednocześnie w wielu rzeczywistościach, jest wszystkim i niczym jednocześnie, nic go nie ogranicza, mówi nieznanymi w normalnym stanie językami, robi rzeczy, których normalnie nie umie, podłącza się do zbiorowej nieświadomości i czerpie z niej garściami. Ocierając się o tą sferę prawdziwości w hinduiźmie mówi się, że: “Ci, którzy wiedzą, nie mówią, ci, którzy mówią, nie wiedzą.”  To jest sfera w której dualizm znika a słowa są dualistyczne i dlatego nie sposób opisać tego co odczuwamy. Ale ja i tak spróbuję i powiem tak: “To było najbardziej jednoczące, wszechogarniające, organizmiczne, orgazmiczne, holistyczne, enteogeniczne, święte, głębokie, całkowite, intensywne, szamańskie, świetliste, energetyczne doświadczenie boskiej podstawy, esencji życia, prawdziwej rzeczywistości, absolutu, źródła życia jakie kiedykolwiek miałem w życiu. Przez to doświadczenie stwierdziłem wzorem swojego mistrza Equinsu Ocha, który twierdzi, że doświadczenia psychodeliczne bez następującej po nich praktyki są niewarte odbywania. Dlatego też zaraz po powrocie do Warszawy zapisałem się na 10-dniowe odosobnienie medytacyjne Vipassana w październiku oraz stwierdziłem, że jeśli kiedykolwiek miałbym jeszcze się związać z jakąś kobietą to musi ona być w temacie szamanizmu i duchowości. A to jeszcze nie koniec…

W tym stanie można doświadczyć wszystkiego, dosłownie !!! Lekko zasiedziany zszedłem z maski audicy by rozprostować kości i znowu poczułem niesamowitą energię, która mnie pchała do działania. To jest przechodzenie z ekstazy w ekstazę, to leżącą to siedzącą, to biegającą. Postanowiłem się przebiec moją super dróżką. Biegłem i miałem wizję, że biegnę razem z jakimiś mężczyznami w starożytności niosącymi jakiegoś księcia albo króla. Mówiłem na zmianę to po szamańsku to po francusku to po jakiemuś jeszcze innemu somalijskiemu. Wybiegłem na ulicę, byłem boso, miałem tyle energii, że mógłbym przebiec całą wieś trzy razy. Warto wspomnieć również, że dzień dwa dni wcześniej biegałem dwa razy, zrobiłem dwa solidne kółka w słońcu, lecz teraz, mógłbym chyba biec maraton. Co za stan ! Rzeczywistość jest umysłem, wszystko jest jego stanem, wszystko jest duchowe, wszystko jest energią. Cóż za rozpuszczenie się, stałem tam na środku drogi i mógłbym wpatrywać się otępiały w te halucynacje naprawdę dłuższą chwilę, ale jednak w tym stanie człowiek nie jest otępiały, jest hiperświadomy !!! Pobiegłem z powrotem do domu, przed bramą znowu tańczyłem oczarowany wachlarzem ruchów jakie było mi dane doświadczyć, nie wiem skąd to się bierze i czy każdy kto weźmie papiera tak ma. Wiem tylko, tyle że to było niesamowite, sama ekstaza w każdym ruchu i działaniu, powrót do czasów dzięcięcych. Totalne ponadkulturowe, ponadjęzykowe, ponadrasowe, ponadjednostkowe doświadczenie boskości, miłości, radości, czego tam chcecie. Jesteśmy bogami, jesteśmy wszechświatem, na najgłębszym poziomie rzeczywistości nic nam nie grozi. Gdy tak tańczyłem przed bramą wjazdową totalnie świadomy, ale świadomy że nie mam własnej woli, że wszystkim kieruje wyższa siła czułem się świetnie. Te momenty utwierdzają mnie w tym, że ufam życiu i że nie jestem osamotnionym jegomościem w tym obcym świecie, ale że jestem częścią większej całości i teraz doświadczam prawdziwej i najprawdziwszej rzeczywistości, a reszta to tylko iluzja. The greatest illusion of all time…

I tak co rusz faza człowieka zaskakuje i tak co rusz kolejne fazy człowieka zaskakują, gdy ten mówi do siebie i znajomych, że podczas ostatniej zawędrował tak daleko, że dalej się nie da, tak potem odbywa kolejną a zaprowadza go jeszcze dalej, albowiem obcujemy tu z niewyczerpanym, nieskończonym źródłem wszelkiego życia, inspiracji, miłości. Ach te życie, najpierw człowiek pojawia się znikąd dryfując w łonie matki w czasie oceanicznej błogości by potem kształtować i stawać się sobą, a potem na koniec znów dostąpywać transcendencji i z powrotem łączyć się z wieczną podstawą istnienia. Co więcej powiem o tym embrionalnym i oceanicznym stanie, to podczas tripu również wpadłem na pomysł położenia się w pozycji embrionalnej, tyle że niewygodnie mi było na samochodzie to położyłem się na dywanie na trawie i co? I nie wiem czy doświadczyłem całego spektrum pierwszej matrycy prenatalnej Grofa, ale wiem że byłem płodem, miałem wizje wody, płodu, byłem nim, przeciskałem się przez kanały rodne, przez cały ten czas mówiłem w tym dziwnym ala hiszpańskim narzeczu szamańsko-kolumbijskim. Wtedy płakałem, wtedy byłem niczym, byłem zdezintegrowany, czułem wrogie siły, mówiłem wre-wre-wre-wre-wre-wre-wre… Chyba się rodziłem, wychodziłem na świat i brałem swój pierwszy oddech... Duchy mogą pokazać człowiekowi, a raczej szamanowi naprawdę wiele, tylko pytanie czy każdy jest na to gotów.

Później znowu położyłem się na masce samochodu i spróbowałem zamknąć oczy, ogólnie plan był medytować, po prostu obserwować rzeczywistość, słuchać delikatnego szumu wiatru i drzew, cykania świerszczy, mruku trawy. Co jednak okazało się bardzo trudne. Wyobraźnia pobudzona do granic, uwaga co rusz zatracała się w skomplikowanych i kuszących wyobrażeniach. Wspominając znów o spektrum świadomości trzeba powiedzieć, że w tym stanie jest ono bardzo, ale to bardzo rozszerzone, to ile człowiek albo raczej jaźń ma swoim rozszerzonym polu uwagi jest wprost oszałamiające. Kolorowe wizuale przy otwartych oczach, orgazmiczne przy zamkniętych, do tego szum wiatru, drzew, otoczenia, do tego praca własnych organów, własne myśli, nie-własne myśli, myśli przodków, wizje starożytnych, zbiorowa nieświadomość. Wszystko to tworzyło magiczny, ekstatyczny amalgamat pojęć, obrazów, doświadczeń, smaków, odczuć, wrażeń, które wirując z niesamowitą prędkością trąby powietrznej rozpuszczają umysł dualny na absolutny i pływamy w oceanie mnogości w jedności. Cóż za niesamowita niesamowitość !!!

Pytanie teraz mnie czy wierzę w Boga czy nie wydaje się bezcelowe, po takich doświadczeniach ja nie mam co do tego wątpliwości jakkolwiek by tego Boga nazwać, jednak gdyby ktoś mnie spytał jakie dokładnie wyznanie, odpowiedziałbym mu, że... SZAMANIZM. Nie miałem, żadnych wizji związanych z głównymi religiami świata, było to obcowanie z nagim Tao, boską Dharmakają, Brahmanem, Pustką, Wiecznością, Świadomością Chrystusową. Filozofię jaką wyznaję jest na pewno filozofia wieczysta.


To były najlepsze wakacje jakie miałem, chociaż nie wyjechałem nigdzie daleko.

Najpierw Woodstock a potem to. Takie doświadczenia już prowokują poważne zmiany życiowe. Następnego dnia mama nic nie wyczaiła, a ja razem z nią jeszcze spacerując pomiędzy światami opalałem się, a potem nawet pojechałem rowerem do sklepu. Ja tu po prostu zacytuję Shpongle z ich kawałka “Star Shpongled Banner:

- Well, y'know, it's like... This experience that I had was like... Y'know... Erm... It was kind of the most profound experience I've had in me life, like...


I am a shaman magician

The sun is purple

3D dimensions

I am for mental extensions


You know, the mind has a thousand eyes.


Oh oh oh oooh, que terror!


oraz ojca chrzestnego psy-trancu Simona Posforda aka Hallucinogena z jego albumu Lone Deranger, który akuratnie pasuje do mojej podróży:


- 'I'm going to lead you, kicking and screaming, giggling and laughing, into the future. I'm going to relax you, I'm going to get you!'


'A spiritually cleansing derangment of the senses.'


'The happy chaos out of witch enlightment might come.'

 

'Oh no that was real, lets get out of here.'

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media