Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

subiektywny pierwszy raz z jerrym garcią

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
250 mikro
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
18 lat

subiektywny pierwszy raz z jerrym garcią

Lekkie nakreślenie sytuacji, śmiało pomijać.

---

Dwa lata temu na popularnym portalu społecznościowym ułatwiającym poznawanie ludzi z różnych stron świata napisał do mnie Marcin, 20-latek, ironicznie, z Warszawy.

Wspólnym zainteresowaniem okazała się być muzyka, na niej głównie opierała się nasza każda rozmowa. Dominowała Scena Canterbury, prog folk, sporo jazzu, fusion, także niemało elektroniki i 'garażowego' punku. Ja podsyłałam mu dużo włoskiego folku, on rewanżował się perełkami psychodelii z Peru i Chile. Z każdym otrzymanym albumem oddalaliśmy się lekko od jakkolwiek definiowanego rocka progresywnego, więc tym mniej wszystko mi się podobało. Coraz więcej ciężkiego rocka psychodelicznego zahaczającego o doom i stoner folk, słuchanie skupiało się już głównie na wyłapywaniu przeze mnie lżejszych symfonicznych momentów.

Otrzymałam końcowo wyjaśnienie całej 'narkotycznej atmosfery' poprzez rozmowę o psychodelikach, chłopak rekreacyjnie przyjmuje 25b-NBOMe, 25i-NBOMe, powój, a w sezonie grzyby psylocybinowe – Łysiczkę lancetowatą. Obiektywnie patrząc nie sprzeciwiałam się samej idei halucynogenów, więc uważnie słuchałam wszystkich trip raportów.

Jak można się domyśleć, względnie zainteresowało mnie samo psychodeliczne doświadczenie i to aż na tyle, że w przedmaturalnym stresie postanowiłam się z Marcinem spotkać na kwietniowym koncercie Renaissance w Dortmundzie, dołączyć miała też do nas znajoma Marcina z Berlina. Pomijam moją niezręczność, a raczej 'niezdolność' społeczną i podróż, nie wiedziałam po prostu czego od tej wyprawy należy oczekiwać. Na dworcu w Dortmundzie dotarła jednak wiadomość, że zespół nie dojechał, więc koncert anulowany. Bilety powrotne kupione już na poranek następnego dnia, więc trzeba było zostać. Nie dość, że z nas rodowici introwertycy, to spotykamy się w realu pierwszy raz i nie mamy planu na następne kilka godzin.

Dojechała do nas Alicja i powiedziała, żebyśmy się zbytnio nie smucili, bo wieczór może być ciekawy. Po godzinie znajdujemy hotel, w którym pokoje zarezerwowaliśmy, a dziewczyna wyciąga cały kartonowy arkusz z podobizną Syda Barretta twierdząc, że to najlepszy kwas jaki udało jej się zdobyć. Odczułam w momencie największe przerażenie jakie dane mi było kiedykolwiek doświadczyć. Nie wiem czy to Syd, presja rówieśnicza czy Caravan wdzięcznie grający z przenośnych głośników, ale zdecydowanie się wziąć w tym udział stanowiło najbardziej impulsywną decyzję jaką podjęłam. Byłam pewna, że brak mi dojrzałości czy może nawet odporności, żeby przetrwać całą podróż o własnych siłach. Tym bardziej, że moja wiedza o halucynogenach od kilku lat stety/niestety była jedynie teoretyczna, nie miałam nawet jakichkolwiek podstawowych doświadczeń z mj.

---

Odrywam kartonik z lekką niepewnością spoglądając w oczy Floyd'owemu frontmanowi kilka centymetrów wyżej. Brak odwrotu, mam ostatnie 40 minut obiektywizmu w ocenie rzeczywistości. Z nowymi znajomymi idziemy coś zjeść, przed wyjściem wypalamy w trójkę miniaturowego skręta na rozluźnienie. Było lepiej, początkowy lęk przyjął już formę ciekawości spodziewanych doznań.

T + 0,5h

Po złożeniu zamówienia wyszłam do łazienki i wtedy zaczęły się pierwsze wizualizacje. Replika 'Trwałości pamięci' Salvadora Dali wisiała przede mną. Dużo czytałam o zmianach widzenia, jak obraz rzekomo faluje lub rozpływa się pod wpływem narkotyku, tym bardziej onieśmielające wydawało się zobaczenie zegarów na pierwszym planie, pulsujących nieustannie. Następnie umywalka, która w moim mniemaniu wykonana była z wody. Dotykałam jej w kilku miejscach, a woda samoistnie spływała mi po palcach wracając najzwyczajniej do pierwotnego obiegu.

Słyszałam, że pierwsze tripy nigdy nie są szczególnie intensywne, więc spodziewałam się, że nic dziwniejszego zdarzyć się nie powinno. Wróciłam, usiadłam i kompletnie niespodziewanie zaczęłam bardzo intensywnie słyszeć każdy trzask sztućców. Odgłos był tak wyraźny, że musiałam uciec na chwilę na zewnątrz, miałam wrażenie, że od huku pękną mi wszystkie naczynia krwionośne. Kolejny aspekt – kolory. Kolory stały się obrazami, którym towarzyszyły emocje, odczucia te były na tyle abstrakcyjne, że nie sposób wyrazić o co właściwie w nich chodziło. Czerwone serwetki na stole stanowiły kwintesencję, jakkolwiek nielogiczne to się wydaje, intensywności. W dalszym ciągu wydaję mi się, że postrzegam barwy lekko inaczej niż przed całym zajściem, widzę je intensywniej, jakbym poczuła ich znaczenie.

W drodze powrotnej do hotelu wstąpiłam do sklepu, żeby kupić paczkę papierosów. Nie wiedziałam które wybrać, cały obraz przede mną zaczął w szybkim tempie się topić. Wstrząsnęłam głową, powiedziałam nazwę, sięgnęłam po portfel i wyciągnęłam pieniądze, upuściłam wszystko, bo banknoty spływały mi z rąk. Schyliłam się, wstałam, wszystko było w chwilowym porządku. Ludzie idący wzdłuż drogi wtapiali się w chodnik, jak gdyby schodzili do podziemi kompletnie nieświadomi. Jakby ciężar monotonnego istnienia 'wpychał' ich w beton. Wszystko było niezmiernie wizualne. Dotarliśmy do pokoju, a ja całkowicie straciłam poczucie czasu.

Słuchaliśmy 'Mind flowers' Ultimate Spinach.

Zaczął się etap, który ledwo co jestem w stanie przywołać słowami. Widziałam jak wychodzę z własnego ciała, staję się biernym obserwatorem całości wydarzeń. Chociaż nie wiem czy wychodzenie z ciała jest dobrym określeniem, bo ani niewątpliwie nieduża dawka ani jakikolwiek brak doświadczeń czy chociażby medytacji z pewnością nie pozwoliłyby mnie wprowadzić na taki etap doświadczenia psychodelicznego. Ja chwilowo przestałam swoje ciało czuć, wydawało mi się, że kontroluję siebie żyjąc gdzieś obok. Ciało było czymś zupełnie odmiennym od stanu mentalnego. Patrzę na siebie bez jakiegokolwiek subiektywizmu. Dotarły do mnie wszystkie egzystencjalne wątpliwości, które spędzały sen z powiek przez ostatnie kilka lat. Nie widzę siebie jako jednostki, ale niewielki fragment masy. Na myśl zaczęły mi przychodzić awangardowe idee Tadeusza Peipera. Miasto, masa, maszyna. Zaczęłam płakać, cały mój światopogląd o chłodnym racjonalizmie zostaje zniszczony przez widok bezwartościowego ciała. Weszłam do łóżka, zakryłam się w całości pościelą. Zasnęłam i to chyba z bezsilności.

Obudziło mnie 'Interstellar Overdrive'. Ściana przede mną była biała i w tym momencie wydawała się najczystszą powierzchnią na Ziemi. Była ciepła, błyszcząca, jak uosobienie dobra. Absurdalnie doszłam do wniosku, że miłość stanowi rozwiązanie wszelkich rozważań, a cała istniejąca rzeczywistość jest najwspanialszą wartością otrzymaną przez człowieczeństwo. Nie ma już Policji Myśli, a wszystkie zwierzęta są bezwarunkowo równe. Nie wiem dlaczego, ale Orwellowski światopogląd z elementami 'Nowego Wspaniałego Świata' Huxley'a wydały mi się wtedy bardzo obecne. Być może moje obawy przyjęły na tyle mocną formę, że widziałam je w oprawach systemu totalitarnego. Marcin powiedział, żebym budziła się powoli. Wyszliśmy na zewnątrz zapalić. Panorama Dortmundu wydawała się jasna, i przyjemna, nie było fraktali ani wody, wszystko miało swój cel i porządek.

Nie wiem ile godzin dokładnie minęło, ale doznania stały się mniej intensywne.

Słuchaliśmy sporo folku, królował rok 67', czuliśmy się aktywnymi uczestnikami Human Be-In. Timothy Leary i Terence McKenna wspaniale podkreślali atmosferę. Najbardziej produktywną czynnością danego wyjazdu było przeczytanie kilku krótkich publikacji programistycznych o jakiejś 5 nad ranem. Kolejnych wydarzeń nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Obudziliśmy się ledwo zdążając na nasze pociągi, nie było nawet czasu większe retrospekcje.

 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Noż na litość boską! Proszę o nazwy zespołów, tytuły albumów i kawałków! A najlepiej wyślij mi je na maila! Zwłaszcza tę psychodelię z Peru i Chile!

Dobry raport, zdumiewające, że usnęłaś. A równość nie ma nic wspólnego z totalitaryzmem. Nie daj się zwieść ipeenowskiej propagandzie.

Wrzucam kilka wartościowych albumów z Peru, Chile i Brazylii (gatunkowo prog folk, jazz rock, rock psychodeliczny):
Los Jaivas - Alturas de Macchu Picchu, Congreso - Pájaros de arcilla, Os Mutantes - Os Mutantes, Traffic Sound - Traffic Sound, Laghonia - EtCetera, Quinteto Armorial - Do Romance ao Galope Nordestino, Hermeto Pascoal - Hermeto, A Barca do Sol - Durante o Verão, Ave Sangria - Ave Sangria, Marco Antonio Araújo - Lucas.

Jeżeli ktoś zainteresowany konkretniej to proszę się odzywać :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media