Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

przebudzenie

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
Jeden kartonik LSD ( prawdopodobnie ), kilka papierosów oraz 3 buchy marihuany.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Wspaniały humor - wielkie podniecenie, lekki strach.
Bardzo sprzyjające warunki: ciepły, majowy dzień, zielony park oraz moje mieszkanie.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Marihuana, tytoń, alkohol, haszysz, DXM, LSD.

raporty wieszczka

przebudzenie

   Moja styczność z narkotykami była niewielka, dlatego też na spotkanie z kwasem cieszyłam się niebywale. Byłam w znakomitym nastroju, słońce zaglądało mi w oczy, a chmury układały się w pierzaste okrągi niczym w malowidłach słynnych impresjonistów. Czułam taką euforię, której nie da się opisać werbalnie.

   W mojej podróży towarzyszył mi mój chłopak, jednak on miał być kimś w rodzaju łącznika ze światem zewnętrznym. Kawałek tekturki z nadrukowanym na niej słodkim misiem włożyłam pod język ok. godziny 12. Wtedy też wyszłam z mieszkania i razem z mym chłopakiem podążyliśmy w stronę parku. Po ok. 30 minutach zaczęłam czuć pierwsze efekty, ale tak delikatne, że przeszły dość niezauważalne. Jednak wchodząc w drugą część parku, która jest bardziej dzika, poczułam jakby spadło na mnie coś ciężkiego. Po pierwsze poczułam wielką radość z tego, że jestem, że mogę doświadczać wszystkimi zmysłami rzeczywistości. Przez cały czas towarzyszyło mi uczucie niesamowitego zjednania z naturą, czułam, że jestem częścią jednej, wielkiej siatki. Ze nieważne, czy jestem człowiekiem, jestem istotnym czynnikiem istnienia całej natury. I rośliny i wszystkie zwierzęta, wszyscy byliśmy razem, złączeni jak nigdy dotąd niewidzialną nicią porozumienia i miłości wobec siebie. Chodząc po parku czułam, że przepełnia mnie empatia do wszystkiego co żyje. Wszystko żyło, oddychało jednym powietrzem, przekazując dalej swoją treść i tak w kółko. Bardzo głęboko oddychałam, wtedy miałam poczucie, że te drzewa, wielkie i stare oddychają razem ze mną, cały czas powtarzając "wszystko żyje, wszystko oddycha". Chciałam płakać ze szczęścia, że jestem częścią czegoś tak niesamowitego, idealnego w swojej konstrukcji, anatomii wszechświata i świata, mojego świata, Ziemii. Kolory tryskały na mnie swoją intensywnością, nie mogłam wyjść z podziwu nad wielością i różnorodnością odcieni zieleni, błękitu i turkusu.

    Szłam dalej i dalej, dotarłam na pewiem most, pod nim rwące fale rzeki. Wtedy zmieniły się tory mojego przeżywania. Poczułam absurd rzeczywistości, wszystko co mnie otaczało wtedy zdało mi się być jakieś śmieszne, wręcz żenujące. Poczułam kruchość swojego istnienia, przecież wystarczyłoby, że skoczyłabym do wody i mój fizyczny byt skończyłby się. Wtedy pomyślałam też o całej ludzkości, że jesteśmy tylko małym wycinkiem wszechświata, małym robaczkiem, kótry jednak skacze i krzyczy, mówiąć " Jesteśmy wielcy!" , wielcy? A w czym wielcy, w wojnach, krzywdach jakich sobie wyrządziliście? Żyjąc w niezgodzie z naturą, walcząc z nią każdego dnia, zabijając ogrom zwierząt? Czym ludzkość zasłużyła sobie na wielkość. Doskwierały mi pytania o sens życia, egzystowania. Czułam, że tańczę na krawędzi, potem zdając sobie sama sprawę, że ludzie są cudowni, wspaniali, że potrafili zrobić tyle rzeczy, że kultura jest niesamowita, bo prowadzi do ciągłego rozwoju (czy zastoju?). Wszystko co człowiek wymyślił, jest fantastyczne - nauka, sztuka, architektura - wszystkie pomniki ludzkości. Miotałam się w sobie, byłam wtedy jak potężna sinusoida myśląc o kulturze i naturze, że one już nie mogą żyć razem, bo naturą ludzi jest kultura, a kulturą całego biologicznego świata natura. Byłam wtedy bardzo zaniepokojona co się stanie z ludźmi, bo czułam, że jestem człowiekiem, ale zupełnie nieprzystosowanym do kultury jaka panuje. Stałam na bezdrożu. Stałam ja, mała, niepewna i wciąż niewiedząca - gdzie iść? W jaką stronę się zwrócić? Moja słabość przeciwstawiała się powrotowi do korzeni, do mojej naturalistycznej formy bez konwenansów i całego gówna nałożonego przez kulturę, wtedy pragnełam pozbyć się języka werbalnego, na tej trawie na której siedziałam chciałam poczuć naturą całym swym ciałem, zdejmując ciężar ubrania. Chciałam być naga, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, pragnęłam najczystszego spotkania z Matką moją - Naturą. Każdy bodziec, jaki odbierałam z ziemi był tak boski, moje stopy czuły życie płynące z tej trawy kwaśnozielonej, z tej ziemi brunatnej. Kwiaty w kolorze purpury, mówiły do mnie, kołysane przez wiatr. I przyszedł on i podał mi owoc i podał mi wafelka. Co wybiorę? Naturę czy Kulturę? Wybrałam słodką gruszkę i poczułam jakby to była najlepsza decyzja w moim życiu. Gruszka ta była najsmaczniejszą gruszką jaką jadłam. Nasmarowałam sobie kawałkami jej słodyczy moje łydki, uda i stopy, byłam nieziemsko brudna i jeszcze bez butów. Moje oczy były ogromne, skrzywione brwi przypominały łuki. Tak, wyglądałam pewnie dziwnie dla każdego człowieka, którego mijałam. Zresztą ludzie byli potworni. Mieli pociągłe twarze, z grymasem wyrażającym zażenowanie, pogardę. Moja głowa była pełna przemyśleń i refleksji. Najlepsze było to, że nie mogłam uciec - mój umysł mówił " nie wyjdziesz teraz stąd, po prostu musisz przyjąć to, co dostałaś, zmierz się z tym". Przyjęłam to z pokorą i z szacunkiem, wiedziałam, że tak po prostu musi być.

   Zaczęłam wracać do domu, znów miajając park, obrzydliwych ludzi. Czułam strach patrząc na nich. Mijałam wielkie bloki, pomalowane w jaskrawe odcienie. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że są piękne! Wszystkie okna kąpały się w blasku słońca, wyglądały jak witraże. Niebo nigdy nie było tak błękitne... Achh... Wróciłam do domu i było mi strasznie ciasno, czułam przytłoczenie, jakby ktoś mnie zgniatał. Wtedy poszłam do łazienki, rozebrałam się i stojąc w samych majtkach przed lustrem, moje ciało zaczęło topnieć. Nagle zobaczyłam, że nie mam skóry, tylko kości, to było obrzydliwe, a zarazem fascynujące nie mogłam oderwać wzroku od tego zjawiska. Było ok. 17 kiedy poczułam, że LSD przestaje działać. Postanowiłam wtedy zapalić marihuane.... i BUM!!!!!!!!!!

   To zdarzenie totalnie wybiło mnie z rytmu, z jakiejkolwiek kontroli nad działaniem mojego ciału i mózgu. Stałam na skraju, opierając się o krzesło, patrzyłam w dół i widziałam przepaść. Stałam nad mentalną przepaścią, czując, że za moment wpadnę do tej dziury i umrę. Wtedy opadłam na ziemię. Dym z papierosa metamorfował się wielkie fraktale, jakieś plątające zawijasy w kolorze zielonkawym. Umarłam... leżąc na ziemii, płacząc i krzycząc, poczułam, że zrzuciłam z siebie jakiś balast. Coś co ciążyło mi od dawna na plecach, poczułam się lekka jak piórko. Poczułam, że zrzucam z siebie balast bycia człowiekiem... to było jak przebudzenie! jak oświecenie! Nadal się bałam, krzyczałam czując jednocześnie radość i strach, mówiłam tylko do chłopaka, że jestem totalnie naćpana i żeby mi pomógł, bo już nie mogę wytrzymać. Miałam uczucie, jakby mój mózg miał zaraz eksplodować z nadmiaru emocji i wrażeń. Leżałam tak ponad godzinę, choć myślałam, że trwa to jakieś kilka minut. A potem... uleczenie. Zaczęłam płakać ze szczęścia, że ciężar zniknął, że jestem wolna, wyzwolona! Przytuliłam mojego chłopaka i empatia, która mnie zalała, była niewyobrażalnie wielka. Czułam, że słowa były zbędne, tylko moc spojrzenia grała wtedy największą rolę. Zamykając oczy, słyszałam plażę, fale uderzające o piasek, słyszałam mewy i szum wiatru. To było wspaniałe. Gdy otwierałam oczy,w powietrzu ukazywały mi się różnobarwne kwiaty, otwierające swoje pąki. Lecz potem kolejne załamanie. Mój chłopak zamieniał się w innych mężczyzn i byłam naprawdę skonfundowana. Bałam się go, czułam że jestem w jakiejś grze. Jego aparycja zmieniała się ciągle i ciągle, nie wiedziałam kim on jest. Czy to on ? Może nigdy go nie było? Grrr.... Potem to się ustabilizowało. Następnie wydawało mi się, że on umiera. Leżał w łożku, oczy miał zamknięte, głowa lekko opadała na poduszkę, a on przechodził etapy od człowieka żywego do rozkładającego się trupa. Trwało to jakiś czas, nie jestem w stanie określić ile. Potem rozmawiałam z nim o wszechświecie, o planetach i atomach. W relanym świecie ciężko mi sobie wyobrazić przestrzeną formę wszechświata, cząstek, ale wtedy-wtedy wszystko było oczywiste, wraz z kolejnym usłyszanym słowem, wchodziłam coraz głębiej do atomu, badając jego zawartość. To było tak przejmujące! Ok. godziny 20 poczułam, że jestem prawie trzeźwa.

  Nie podobało mi się to. Poczułam obcość przestrzeni, było mi ciasno. Więc wyszłam z mieszkania. Zobaczyłam bardzo brzydkie, smutne miasto z równie smutnymi ludźmi...

Kolejnego dnia powróciłam. Powróciłam do świata realnego ( ? ). Zmęczona, bez chęci do życia, ale szczęśliwa. To doświadczenie dało mi wiele do myślenia. Nigdy nie miałam w głowie więcej refleksji i spostrzeżeń. Skorupa została zrzucona z mojego umysłu. Dziękuję LSD.

Ocena: 

Odpowiedzi

Sam planuję swoją podróż na LSD, ale wypadnie to w 100% na dworze, więc będę przechodził te chwile sam, w 4 ścianach.
Trip report bardzo fajny, ale mogłaś dać więcej spacji, bo kilka razy zgubiłem się w tekście ;)
Samego tripa ci pozazdroszczę, jak każdego innego na LSD ;)

Czy odbyłeś już swoją podróż?

 

wieszczka

Nie, szukam, niucham ale los odwraca się do mnie plecami- Jak zawsze

może ty odwracasz się od niego...

wieszczka

Wspaniałe doświadczenie opisujesz wieszczko, piękny i z kunsztem napisany raport, niezwykle przyjemnie się go czyta, uśmiech maluje mi się na twarzy. Zyczę dobrego tripowania ;)

 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media