Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

powój hawajski w niedoświadczonych rękach.

powój hawajski w niedoświadczonych rękach.

Set & Setting - Sroga zima, rok 2003, grudzień. Chęć przetestowania kuzyna LSD, czyli LSA. Po paru godzinach doszła niezaplanowana Marihuana.

Godzina ok.~ 19:30. Dobre samopoczucie, pozałatwiane sprawy i wypoczęty organizm. Wraz ze mną, zaufany i bardzo dobry przyjaciel. Wieś, ok.~ 2,5 k mieszkańców.

Najpierw mój pokój, tu odbyła się konsumpcja. Następnie droga do przytulnego pokoju kumpla, gdzie nie ma najmniejszego przypału.

Reasumując - złote warunki.

Dawka - 7 nasionek Powoju hawajskiego w odmianie Madagascar.

Moja waga ok. ~ 78kg, kumpla podobna.

Doświadczenie - Wtedy miałem lat 18, a za sobą: MJ; DXM; Grzyby; Gałkę; Fajki i Alkohol. Kumpel to samo + amfetamina i różne piguły.

Rok 2003, grudzień. Sklepy internetowe z różnymi używkami są dostępne, nie ma jeszcze jebniętych dopalaczy. Czytam, czytam i zamawiam: Salvię susz 50 g i 25 nasionek LSA najkurwniejszej odmiany. W tygodniu przyłazi przesyłka, a w weekend dwa dni klepy. Jako iż chodziłem do liceum, tak właśnie wyglądał plan zajęć. W tygodniu zabawa na czysto, nauka, ogarnianie obowiązków i czytanie o narko.

W weekendy testy.

Wybór padł na LSA. Dlatego, że od długiego czasu nie mogłem załatwić LSD. Nasionka zjadłem z moim bardzo dobrym kumplem, nazwijmy go Bolek?. Zalecana dawka przez doświadczonych użytkowników na pierwszy raz wynosiła 4-5 nasion. My oczywiście niedowiarki zjedli 7 (pierwszy i ostatni raz nie posłuchałem forumowych porad). Wyszliśmy z domu ok. 19:40 by dojść do innego zajebistego kolegi, nazwijmy go Stefan?. Stefan, który miał pokój, a raczej statek kosmiczny, do którego uciekało się zawsze gdy była taka potrzeba. Idzie się tam ode mnie z 20 minut. Myślałem, że jebnie nas w drodze. Jednak doszliśmy bez efektów.

Ok.~ 20:00 Gadka szmatka, słuchanie muzy. Normalne spotkanie i rozmowa o motaniu bakania (standardowa weekendowa opcja). Nagle usiadłem na podłodze i oparłem się o łóżko. Wtedy miałem małe doświadczenie i nie wiązałem pewnych faktów wchodzenia klepy (np. bodyload, ciężko mi na barkach, ubranie gniecie mocno, a przecież miałem to już na grzybach). Mówię, że słabe te nasiona. Jest mi dobrze i czuje już ich działanie, ale to nie jest to, o czym myślałem. W tym momencie bez zapowiedzi ani nic wpada czwarty kumpel, nazwijmy go Golem. Przynosi ze sobą pulchną torbę radości. Był w Częstochowie i dorwał od tubylców jakiś tamtejszy specyfik (biały, zbity jak modelina o zakurwiście intensywnym zapachu). No nic, trzeba palić to też palę (przypomniało mi się o przeciwwymiotnych działaniach ziela, co wydało mi się dobrym ubezpieczeniem gdyby coś teges). Nabita lufka i palimy. Stefan, Bolek, Golem i w końcu ja ściągam pierwszego bucha. – Ja jebię – powiadam.

Skurwysyński mocarz, ujebany po jednym buchu. Dla mnie to standard, nawet siejką tak się załatwiam, podaje dalej i mowie – na razie spoko.

Aż tu nagle LSA załadowało się, pewnie po wrzuceniu biegu przez częstochowskie jaranie. Gapiłem się w telefon, poświata z telefonu rozlała się na łóżko tak, że na ekranie nic nie było widać. Rozjebany w 3 dupy widzę jak kolory z wyświetlacza wlewają się na cały pokój i tworzą mega kolorowy gradient (tak jak w photoshopie). Koledzy wciskają mi lufkę - pal dalej, pal - mówi ktoś tam. Ja jebię, zawsze to samo. Mówię nie, ale i tak jaram dalej. Kolejny buch to przesada. Widzę jak z ziemi powolutku, wyłażą zajebiste różnokolorowe jaszczurki Jaszczurka

i ze swoich postaci tworzą kontury wszystkiego, co widzę.

Bolek zaczyna ostro wariować, mówi, że mu duszno i idzie się przejść na zewnątrz. Ja mówię, że w pokoju mi dobrze i zostaje. Siedzę tak sam, a jednak z kumplami. Bolek nie wraca. Mówię, że musi mieć dramat. Ja też mam mocno, ale daje radę. Delektuje się tym, co dzieje się w pokoju. Z leżącej na stoliku lufki widzę jak wystaje wielkie drzewko konopi, rozrasta się i pnie na wszystkie ściany pokoju i oddycha. Jaszczurki plus zielone szczepy konopi wkręcają mi istną dżunglę. Mówię o tym kolegom, śmieją się. Patrzę dalej na lufkę i widzę jak z dupki wystają duże korzenie. Myślę, że to norma, przecież takie duże drzewo musi mieć dobrą przyczepność. Stefan jadał wiele rzeczy, więc znał mniej więcej mój stan (lubił też dawać zmiany). Poprosiłem go o picie. Niewiele myśląc podał mi je nogami (butelka lifta), co po prostu rozjebało mnie na kawałki. Myśli rozlewały się na pokój w formie przedmiotów i nie tylko. To narysowało mi zajebistą historyjkę (histo – ryjka, ryje, ryje, ryje) Leciała ona tak. Przychodzę w zimie do kumpla gdzie okazuje się, że w pokoju ma dżungle. Gdy proszę o picie podaje mi je nogami. Rozpierdalałem się dosłownie ze śmiechu. Widzę zimę w formie przedmiotu, nogi kumpla (same nogi), dżungle w formie słowa i nie dowierzam, że za 30zł można kupić tak potężną substancje, na dodatek legalną w Polsce (wtedy była). Myślę o legalizacji i o tym, że ludzkość tak naprawdę chuja się zna na używkach. Delegalizują bakanie, które jest zabawką w porównaniu z tym, co właśnie zjadłem. Tamto jest legalne to nie, to rozpierdala na kawałki pierwsze, po bakaniu mam dobry humor, co jest nielegalne. Nielegalne są grzyby, o które potykam się na łące. Jak coś naturalnego może być zakazane?. Po alkoholu jest kac, po fajkach kluchy na gardle, po bakaniu lekko cierpkawo z rana. Kto, lub co wybiera rzeczy, które są nielegalne, a które legalne, czy ktoś nas kurwa pytał o zdanie? Gdzie jest ten człowiek? Rozumiem kogoś, kto narkotyk stworzył sam, wymyślił go i opatentował. Wtedy on może zadecydować, czy będzie legalny czy nie. Ale natura?. Kto jest managerem przyrody, żeby decydować o takich sprawach?. Nagle wraca Bolek i mówi, że musi iść do domu (Wtedy tak zrozumiałem, naprawdę powiedział – No jestem chłopaki, co tam w domu?).

No nic wstaje, zaczynam się ubierać na takiej bani, mówię mu „ubieraj się i idziemy”. Wszyscy zrobili lol na ryju, ale bez większego halo.

Bolek i ja idziemy do domu. Godzina ok.~ 21:00 piątek, super. Wracamy praktycznie na kolanach. Na zewnątrz jest taki rozpierdol, że przez większość czasu nie poznaję okolicy. Ale idziemy twardo w prawo i twardą nawierzchnią, taki nasz plan. Otaczają mnie mroczne drzewa, surowe zimno. Cienie smykają po ulicy i wszędzie dookoła. Słyszę, jak wszystko strzela, jak pod naszym ciężarem pękają jakieś bryły na ulicy. Nie wiem dlaczego, ale nasza rozmowa trzymała się świata gier, wszelkich. Szliśmy ulicą bardzo mało uczęszczaną. Bez strachu, bez wkręty i bez samochodów. Złociutko jednym słowem. Zdawałem sobie sprawę, że jest bardzo wcześnie. Jednak na głowie miałem wizje kumpla, który musi iść do domu (dlaczego nie spytałem się go jeszcze raz, żeby się upewnić, o co tak naprawdę mu chodziło?). Po lewej stronie był zwyczajny płot, a za nim tafla drzew uderzająca o ten płot jak fale na morzu, tyle że odbywało się to w pionie. Euforia rozwalała mnie od środka, kumpel też dobrze się czuł, widział to samo, co ja. Drzewa uderzające o płot, a za nimi czarno, dosłownie nic. Wkręta, że mamy słabe kompy i nie potrafią wygenerować obrazu za drzewami i jest to taki chwyt, żeby nie spadały klatki. Wkręta, że za tymi drzewami nic nie ma, pusto głucho. Nikt nie zaprojektował tam mapy bo myśleli, że nikt tam nie pójdzie. Niewidzialne ścianki, rycie przeokropne. Mówię: „będziemy się odbijać od tej niewidzialnej ściany jak w grze”. Kumpel mówi, że musimy poszukać błędu mapy (buga). Też tak robimy. Udało się nam przejść na drugą stronę płotu. Naprawdę głucho, ciemno i nic nie ma. Rozjebujemy się na kawały ze śmiechu i patrzymy na drogę zza płotu. Od tyłu nawet nie widać tekstur drzew, po co projektant ma je nakładać, przecież z tej strony i tak nikt nie będzie na nie patrzył. Motyw ten oplata nas i owładania. Patrzymy się dalej, jak dwie kamery. Rejestrujemy pustą drogę w piątek na mało uczęszczanej drodze, podczas gdy większość naszych znajomych rwie dupy i chleje dwie miejscowości dalej na dyskotece. Zajebisty klimat jednak się nudzi i wychodzimy do lepiej teksturowanego otoczenia, gdzie projektanci zadbali o wszystkie szczegóły. Jesteśmy na drodze. Idąc, wrzucamy NOS, motyw z NFS, wyprzedzamy się jak auta i ryczymy ryjami do tego. Nie wiem jak idę. Czuje nogi na plecach, plecy w palcach. Asfalt jest nad butem, but pod. Kolejne błędy myślę. Mimo 18 lat mieszkania w tej miejscowości, nie poznaje dalej większej jej części. Po prawej w oddali las zaczyna spływać jak dywan w recepcji w LVP. Przyśpieszamy tempo, kurwa mać. Las topi się powoli na nas. Jest czarny. Czarniejszy niż ta noc. Ja jebię. Im szybciej naginamy tym szybciej zapierdala. Kiedy dotarł do nas wymieszał się z asfaltem i stworzył jakieś nieznane do tego czasu barwy. Od czasu do czasu przypominałem sobie o hyperrealu, o poradach, o dobrych opiniach i życzliwych osobach, które chcą dla nas jak najlepiej. Powiadam do kumpla, że You Took Too Much, Man, You Took Too Much, Too Much na pierwszy raz. W tym przypadku doszliśmy do konsensusu. Otwarte oczy czy zamknięte, dla mnie w tym momencie nie było różnicy. Czułem jak z bani wypływa mi energia, niebieska wijąca się struga, a dokoła niej białe mniejsze, orbitki. Generowały one obrazy oraz całą drogę. Nie miałem wpływu na tę moc, generowała sobie, co tylko jej się podobało a ja byłem zombim, przyglądającym się temu. Rozkmina, ona czy on? Kto mną włada? Energia, to ona czy on? Boje się myśleć. Nie myślę, myśli biegną same, a raczej zapierdalają z prędkością łącza, na którym stoi strona Google. Myślę sobie – ja pierdolę, martwy ciąg. Nawet najtwardsi filozofowie i myśliciele wszechświata nie wytrzymaliby takiego napierdalania różnych tematów w ciągu 10 sekund. Czternaście tysięcy tematów w ciągu 10 sekund, super. Powoli czuję się zajebiście zmęczony. Ja biedny chłopek i napierdalanie myśli wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek byli na świecie. Rozmowa z kumplem wciska trochę hamulec. Jest lepiej.

Docieramy w okolice mojego domu i widzę już z daleka, że wszędzie w środku pali się światło. Wyciągam telefon, ale niestety czarna dziura, gradient kolorów przecież został u Stefana w pokoju. Dowiadujemy się z telefonu Bolka, że jest ok. ~22:00. No kurwa, super. Wiadomo, że o tej porze moi starzy nie będą spać. Jego zresztą też nie. Jesteśmy w takim stanie, że wracanie do domu odpada. Myślę o skradaniu się, ala Splinter Cell albo Tomb Rider, ale po LSA nawet oni pewnie by wymiękli, ja nie dotknę nawet klamki. Pomyślałem, że mój dom to jebany wielki lew, a ja muszę mu się przejebać przez paszczę pomiędzy ostrymi zębami i ululać gdzieś w rogu jego bebech, tak, aby mi nic nie było, ani jemu. Na takim stanie oczywiście było to awykonalne. Genialny pomysł półprzytomnych kolesi pada na chatę naszego jeszcze innego kumpla, kumpla. Wiemy, że go nie ma, ale i tak idziemy pod jego chatę. Ma swoje własne podwórko na uboczu, więc pomyślimy tam. Ok. 22:15 docieramy, klepa rozpędza się jeszcze bardziej. Dotykam budy psa i czuję, jak się w nią wtapiam. Zamykam oczy, ale nie mogę znaleźć nigdzie spokoju: w myślach, w zamkniętych oczach, otwartych, w rozmowie, czy też w słuchaniu. Widzę znów forum hyperreala i wypowiedzi użytkowników. Czuję, że czytałem już o takich pizdach, ale nie wierzyłem im, nie myślałem, że może być tak mocno. Teraz będę wierzył. Jestem taki zmęczony łażeniem, petardą, że padam na kolana i mówię – potrzebuje snu. Bolek ma podobnie. Nie rozmawiamy ze sobą już od dłuższego czasu. Nikt nie ma siły ruszać ustami, albo wymyślać przystępnych słów, tak, aby rozumiała go druga osoba. Ja siebie rozumiem doskonale. Obok domu kumpla, kumpla, stoi jego napoczęta budowa, ma dach i wszystko, ale jest surowa w środku. Przypominam sobie, że jest tam jakieś łóżko. Pomysł pada. Idziemy spać na budowę (zima 2003, bez okien, bez przykrycia, super). Wariujemy już dosyć poważnie. Słychać słowa paniki, i od niego i ode mnie. Jednak nie ma wzajemnych wyrzutów sumienia i oskarżania się. Idziemy na budowę. Myślę o Mario. Skaczę, rozbijam głową murki. Do klepy wchodzą jeszcze grzyby. Super kurwa Mario, teraz naprawdę potrzebne mi są jeszcze grzyby i ciasne pomieszczenia. Nienawidzę ciasnych pomieszczeń. Przejebaliśmy się przez drzwi, tylko na drucik lekko zamknięte, ale i tak zajęło to z dziesięć minut. W budowie, jak to na budowie. Masa porozstawianych rzeczy, betoniarki i inne syfy + brak prądu. Cztery minuty siłowania się by dojść do łóżka, które było na trzecim piętrze i nagle moja obawa się urzeczywistniła (nienawidzę ciasnych pomieszczeń). Wyciągam ręce do przodu, a tam jebana ściana, za mną ściana, wszędzie kurwa ściany. Boję się już jak chuj i wołam Bolka – stary zatrzasnąłem się ratuj, ratuj. Ale słyszę tylko rozpierdalanie metalu i szkła. Bolek pewnie gdzieś przekoziołkował, mega panika. Ja ujebany gdzieś w czterech ścianach, a Bolek nie wiem gdzie. Leżę spanikowany i drę japę. Bolek dotarł do mnie, okazało się, że jakimś cudem wjebałem się pod taczkę Taczunia (wyobraźcie sobie, że kółeczko było do góry, a ja leżałem pod tą michą). Ehh. Doszliśmy w końcu do łoża. Gdy tylko położyliśmy się, zaczął napierdalać jakiś pies. Tak głośno, przenikliwie, dziesięć minut błagania żeby jednak się zamknął, ale nie da rady, nie dzisiaj kurwa. Chuj panika, co robić? Ja jebię, nie mam noża żeby zajebać tego psa. Gadka gadka, półprzytomni zaspani, wkurwieni, przestraszeni. No nic wyłazimy stąd. Pies musi zamknąć ryj, bo inaczej ktoś zgłosi wpierdalanie się na budowę i będzie policja na plecach. Wyłazimy z budowy, stoimy na podwórku. Ja jebię, zima doskwiera. OEV, CEV nigdzie ani chwili spokoju. Wizuale są tak mocne, że nawet nie ma, co opisywać. Sami pewnie macie takie obrazy, które są tylko obrazami i nic innego ich nie zastąpi, lub słowa, które są tylko słowami i żadne obrazy ich nie zastąpią. Mówię: „Bolek, jest śnieg dawaj tutaj wyjebiemy się pod drzewko, ja muszę spać, muszę gdziekolwiek spać, nawet na tym śniegu. Tu nas nikt nie zobaczy, jutro wstaniemy i pójdziemy do chaty. Przekimamy na zewnątrz (zima 2003)”. No i rzeczywiście położyliśmy się pod drzewko w śnieg jak dwa pojeby. I ostro śpimy. OEV, CEV jadą dalej. Myślę, że i tak lepsze to niż kurwa spanikowana stara i stary. Chorzy doktorzy, giwery policjantów i my. Minęło 15 minut i Bolek mówi – wstawaj, my jesteśmy pojebani, jest zima. Zamarzniemy kurwa do rana. - Odpowiadam – pierdolę, nigdzie nie idę, nie ma gdzie, dzwoń na pogotowie jak masz kasę, albo na policje oni nas zawiną do celi i tam się przekimamy. Przecież LSA jest legalne, nic nie mamy przy sobie, jak coś, to się zatruliśmy alkoholem (tego dnia nie piliśmy ;)). – Wstawaj kurwa wstawaj – rzecze Bolek, po czym dodaje - i gadaj coś do mnie, cokolwiek. Nawet jedno słowo, ja też będę coś gadał i idziemy do Stefana kurwa. - No właśnie? Dlaczego nie wróciliśmy do Stefana?. Przecież tam zawsze jest czynne, 24h na dobę bez przypału. Ja jebię, wstaje resztkami sił i idziemy.

Jest ok.~ 22:50 a od tej budowy kolejne 15-20 min. do Stefana pieszo. Idziemy zmordowani jak chuj. Ja widzę dalej tylko obrazy, które generuje mi moja energia. Widzę wkurwioną starszą. Mówię sobie, że nic takiego przecież nie zrobiłem, ale jest mi mega ciężko i trochę smutno. Bolek mówi spoko, spoko do mnie, ja mówię do niego chodźmy, chodźmy. Nic innego nie jestem w stanie wymyślić. Czasami gaśniemy w gadce. Ale raz, co raz przywołujemy się do porządku i mówimy swoje „spoko, spoko, chodźmy, chodźmy”. Droga generowana jest w rytm spoko, spoko, chodźmy, chodźmy.

Docieramy do Stefana gdzieś po ok.~ 23:00, otwiera nam i bez problemu włazimy do środka. Jest już sam bez Golema. Ale jarania jeszcze trochę jest – widzę kantem oka 'hermola' na stoliku. Bolek pada na ryj od razu. Upychamy go do rogu łoża. Ja z Stefanem nabijamy jeszcze lufkę. Tutaj, w tym pokoju, czuję się już dobrze.

Jest mega kurwa lepiej i ciepło, niezliczoną ilość razy jarałem tutaj albo robiłem inne ciekawe rzeczy. Znam ten pokój jak zioma. Opowiadam Stefanowi, co narobiliśmy na zewnątrz. Co się kurwa mać stało? Stefan ryje ze mnie nieziemsko i żałuje, że nie polazł z nami. Ja też żałuje, pewnie pomógłby nam prędzej, obeszłoby się bez negatywnych doznań. Rozpierdolony jestem dalej konkretnie, ale już spokojny, bez zmartwień. Jaramy sobie lufeczkę, importowanego częstochowskiego mocarza. Do pokoju wchodzi znowu dżungla i moje kolorowe jaszczureczki, które polubiłem (z biegiem doświadczeń te jaszczurki stały się łącznikiem moich psychodelicznych klep, ponieważ zawsze dla mnie tworzą kontury wszystkiego, na co patrzę a działo się tak na grzybach i w późniejszych próbach z salvią [w salvii widoczne były najbardziej] ).

Ok.~ 23:30 Stefan puszcza Monty Pythona, dokładnie to Monty (jebany rozkminia

psychodeliki bo sam szama i wie kiedy i jak uszkodzić człowieka, w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Oglądamy, wytrzymałem niecałą czołówkę. Stopy zgniatające ludzi, wózki dziecięce, pociągi przeistaczające się w góry, latające domy. Wszystko tak zmiksowane przez LSA, że patrzę i nie wierzę w to, co widzę. Zaczyna mi się robić niedobrze. Wstaję, wyłączam Stefanowi chamsko film, w jego domu, w jego pokoju i mowie – dzisiaj nie da rady, niestety kurwa. Były psy a teraz to. Gadamy, beka, beka. Kładę się obok Bolka.

Stefan mówi – tak spoko, przyjdźcie i bierzcie z mojego łóżka wszyscy. Ja mogę spać na podłodze za wasze błędy. I tak też było. Oddałem mu jedną poduszkę i jakiś koc. Jak już zasypiałem, myślałem o tym, co się stało? Jebany bad trip. Teraz wiem jak już wygląda. Wierzę wszystkim użytkownikom hyperreala, nigdy nie będę jadł więcej niż mi polecą. Wierzę w to, że można stracić kontakt ze swoim ciałem. Wierzę w każdą przeczytaną historię dragową. Myślę o tym, że dobrze mieć takiego Stefana i jego pokój rakietę, który widział 2/4 dragów dostępnych na świecie. Cieszę się, że nie muszę spać na podłodze. Jeszcze mu się jakoś przecież odwdzięczę. Nawet oglądnę z nim tego Monty Pythona, ale kurwa w normalnym stanie, w normalnym stanie bracie. Cieszę się jak chuj, że nam się upiekło i obyło się bez żadnych służb. Cieszę się z doświadczeń. Zasypiam... Pewne gdzieś grubo po 00:00

Ps. LSD zmotałem całkiem niedługo po opublikowaniu tych raportów.

Pozdro z całego serca dla ludzi, ktorzy mi w tym pomogli. Wrololo <3

Ps2. W ramach zadośćuczynienia, zapaliłem dnia następnego (sobota wieczór) z Stefanem salvię i dokończyłem oglądać Monty Pythona. Przy reszcie świętego (w końcu częstochowskiego) jarania.

Ps3. Teraz, nawet mi wydaje się to śmieszne. Ale wierzcie, w tamtym momencie ani w 1% nie było nam do śmiechu ;)

Ocena: 

Odpowiedzi

bo jeśli koło 20 zaczął was smyrać powój to trudno żeby po czterech godzinach puścił. Śmieszna historia, nie powiem :)

Salvinoria

lubię czytać o mocnych pizdach. To kwintesencja dragów. Kiedys wyznawałem zasadę: lepiej trzy razy słabo niż raz za mocno - teraz jest odwrotnie i wszystkim to polecam.ave

A ja powiem, że trip wyglądał na bliski LSD. Całkiem nieźle opisany.

Bardzo sympatyczny TR. Spodobał mi się zwłaszcza wywód o legalizacji. Opisy i porównania też niczego sobie. Narobiłeś mi smaka na nasionka. ;]

"Szczęśliwy, kto wyrzekł się świata wcześniej, nim świat wyrzekł się jego."
Timur

nieźle się uśmiałam, zwłaszcza przy zdaniu "Kurwa, nie mam noża by chociaż zajebać tego psa" - wierzę w Waszego bad tripa, ale naprawdę rozbawił mnie ten report :D

Dobry trip raport :) [cut - nie pytamy o takie rzeczy ;) PT]

Ktoś z Katowic ;)?
Jak coś pisać ^^

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media