Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

gruby sylwester 2k3

gruby sylwester 2k3

Set & Setting - Sylwester, rok 2003. Dużo energii, żadnych obowiązków. Nikt nic nie robi, najlepsi kumple mają wyjebane. Zalegają w domach. Planowane imprezy nie wypaliły, nikt też nas nie zaprosił na tubylcze gody. Nie ma miejscówki, u każdego siedzą starzy. Ja i kumpel Bolek postanawiamy zrobić mega miks substancji, które można zmotać na szybko. Wkręcimy się w to, co przyniesie noc i faza.

Nastawienie stricte fazowe, po prostu impreza. Kolędowanie od domu do domu, może gdzieś się wkręcimy.

Dawka – DXM (1 paczka na głowę, 450mg); Tantumek (Na głowę 1g benzydaminy); Marihuana (1 pakiet); Salvia (susz) ; Alkohol ; Fajki.

Nasza waga to ok.~ 78kg.

Reszta w TR, bo nie była zamierzona.

Doświadczenie - Wtedy miałem lat 18, a za sobą: MJ; DXM; Grzyby; Gałkę; Fajki; Salvie i Alkohol. Kumpel to samo + amfetamina i różne piguły.

Godzina ok.~ 17:30 Moment kulminacji. Ale zacznijmy od początku.

Od rana sprawy techniczne. Dzwonienie o bake. Załatwianie usług logistycznych po znajomych (brak 2 auta). Włajaż po aptekach i dilerach. Ustawiliśmy się na wspomnianą wcześniej godzinę 17:30. Wielki start.

Cedzenie benzydaminy, w międzyczasie chrupanie deksa. Baka na później, salvia też. Jemy przyszykowane benzo. Siedzimy w pokoju, wrzucamy coś normalnego na żołądek. Popijamy jak królowie zimną Coca-Cole. W końcu sylwester, można raz na rok, zamiast lifta, kupić cole (co było błędem, ale to zaraz). Gadka się przeciągła i zaczęło lekko giąć nas, już w moim pokoju. Idę szybko do rodziców, mówię jak wygląda mój plan. Czyli: nie wiem, o której będę; biorę klucz; nie czekajcie na mnie; bla bla bla. Dostaje błogosławienie. Razem z Bolkiem szybko ubieramy się, wrzucamy do plecaka salvie, bake, zapalniczkę żarową i warporyzator do salvi (własnej produkcji). Wyłazimy z domu już na lekkiej klepie benzydaminowej i pobudzeniu deksowym. Widzę niebieskie światło, rumieniący się śnieg i puszczam bełta. Bolek dziwi się – wtf? Ulało mi się pianą z coli, samą pianą. Nic z mojego brzucha nie wyleciało. Więc mówię mu, że do burżuazyjnych napojów trzeba się długo przyzwyczajać, mogliśmy po prostu wziąć lifta. Idziemy na tak zwany rynek (podpierdolka nie rynek), w celu zakupu browarów. Trzeba pachnieć alkoholem w razie nachalnych ludzi, przecież to zawsze wina alkoholu.

Godzina ok.~ 18:30 Docieramy do sklepu. Szliśmy powoli oglądając wszystko po drodze. Ile browarów? Po 9 na głowę. Kurwa w końcu sylwester, bawimy się na grubo. Benzydamina szaleje, wszystko w barwie niebieskiej. Energia z ręki, kratkowanie, klatkowanie. Niebieskie nitki z fajek Bolka (aha, kupiliśmy jeszcze z dwie paczki fajek), pobudzenie deksowe i swędzenie gdzieniegdzie. Gdzie idziemy? Ojebać bronka.

Idziemy drogą okrężną, tyle już się dzieje, że szkoda iść prosto do celu. Boczna droga, latarnie okręcają się w miejscu jak helikoptery, tworzą tunel. Na końcu ściana, w barwach niebieskich. Idziemy dokładnie tam, wypić pana piwko. Piwko smakuje jak nagazowana woda z wodorostami. Halucynacje, po benzydaminie. Mam je, Bolek też. Po grzybach człowiek jest świadomy, że coś zjadł, po benzo widzisz osobę, gadasz z nią a nagle puff! Nikogo nie ma. Też tak było. Gadamy z jakimś żulem. Latarnie wyginają się za nim i tworzą kontur serduszka. Nie ogarniam jego gadki, pluje, cieknie mu po brodzie. My swoje, on swoje. Nagle nad jego głowę przylatuje na oko z 50cm różowa wróżka z niebieską różyczka i lekko klepie go w głowę. Teraz my plujemy na żula, ze śmiechu. Dajemy mu upitego brona, żeby się odczepił i zmieniamy miejscówę. Pijemy brona na pół. Jaramy ziele. Ziele daje przyjazny podkład do jazdy. Muzyka, my w niej. Benzo to taki głęboki bass, deks perkusja, piwko flecik a jaranie delikatna melodia. Słyszymy muzykę właśnie w takich tonacjach z niebieskim zabarwieniem. Na horyzoncie pojawiają się wielkie mechwarriory (roboty wojenne). Są daleko, widać jak idą. Oświetlają je rozbłyski fajerwerk i petard, które powoli gdzieniegdzie już się pojawiają. Idziemy w górne partie miejscowości. Robot mode on. Najważniejsza jest na razie gra świateł. Biegają po ulicach, okna mrugają. Czuć niesamowite zapachy. Dymy z komina, spaliny aut. Idąc ciągle się odwracamy z myślą, że idzie za nami ten żul. Jednak jest to wkręta benzo, której po prostu nie da się ignorować. Odwracamy się co 1 sek, ale idziemy dalej.

Ok.~ 19 Docieramy na najwyższą drogę. Widać jak z nad przeciwka płynie wielki statek po ulicy. Tak wielki, że nas stratuje. Rozglądamy się po bokach i spierdalamy. Statek płynie za nami. Wskakujemy komuś na podwórko i czekamy. Oczywiście wkręta benzo. Wyłazimy na drogę. Pijemy wolno po piwku. Dzieje się dużo, pomniejszych rzeczy. Jebnięte wkręty benzydaminowe. Powoli idziemy w kierunku mojej chaty. Przysiąść na pobliskiej ławce.

Po 19. Siedzimy na ławce. Palimy bake. Niebieskie kolory zlewają się z nocą, latarnie dokładają swoje. Deks gniecie twarz i mięsnie. Widzę siebie i Bolka gdzieś z oddali. Ktoś do nas podchodzi i coś od nas chce. Nagle ocknąłem się. Widzę mojego kolegę Stefana, który miał siedzieć w domu. Radość rozpaliła nas wszystkich. On dobrze zna różne substancje. Gadka szmatka. Dlaczego nie przyszliście do mnie?

Ano, dlatego, że brzmiał całkiem przekonywująco w tym, że sylwestra beni w domu. No nic, spotkaliśmy się tutaj. Wkłada ręce do plecaka i wyciąga woreczek foliowy. No chłopaki, mówi – byłem dzisiaj gdzieniegdzie. Wyszperałem 400 grzybów i jaranie. Tłumaczymy mu, co my już zjedli, co jeszcze mamy. Opowiadamy się też za tym, że raczej halo już nie dorzucimy do kotła. Namawiał nas, ale w końcu dał spokój. Stefan, zatem wjebał 140 (bawimy się na grubo). Usiedliśmy, połączyliśmy moc nielegalnego towaru marihuany z dwóch różnych źródeł. Teraz ‘‘hermol’’ był już srogo nabuzowany. Nic innego do kotłowania niema (był warpo salvi, ale każdy zapomniał). Zatem maciupka lufka, dużo jarania. Piwo, grzyby, benzo, deks, jaranie i alkohol. Radosna ławka w sylwestra. Robimy chlew, wkręcamy sobie nawzajem jakieś dziwne rzeczy. Radosne słowiki, gromadki dzieci podbiegające do cysterny benzyny, która wybucha ze szczęścia. Mętlik jednym słowem. Przytulanie wróbelka ćwikorki (pokłon w stronę ediego800). No nic, Stefanowi powoli wkręca się halo. Jedna ławka wiele substancji. Tematy już są bardzo popierdolone. Teorie spiskowe, kulka w kulce matriks - jak to fokus smok powiadał. Jestem pobudzony, stłamszony deksem, wyluzowany baką. Do głowy dochodzą jeszcze obrazy, które wkręca zgrzybiony Stefan. Lufka pracuje jak huta, a z ‘’hermola’’, chuja ubywa.

Gdzieś po 20. Dzwoni telefon do Stefcia. Nasz 4 wysłannik diabła. Kolejny, który miał siedzieć w domu, Golem. Szybkie informacje dotyczące lokalizacji. Przyłazi. Do ‘’hermola’’ wpada kolejna porcja radości. Teraz jest nabity jak te angielskie wory sprzedawane na funty. Tyle, że ten nasz polski jest proporcjonalnie mniejszy i dlatego się nabił. Obczajka, kto co i ile. Golem po konsultacjach wrzuca 140 halo. Ech, romantyczny sylwester, spotkały się dwie pary. Każda para na czymś innym. Kto co i ile? Okazało się, że Stefan miał piwek 8 a Golem 12. Nam zostało, po 6, ale sklepy jeszcze otwarte. Ławka weselsza niż wcześniej, ma już moc 4rech pojebów. Miksuja się różne rzeczy. Wkręty, słowa, wizje, chęci pokazania patyczka, który kurwa to tu, to tam sobie po prostu leży. Co za rozpierdol milordzie. Śmigają auta po ulicy. Większość mota jeszcze opcje, co by tutaj zrobić dzisiaj. Załatwiają alkohol, petardy. My już na szczęście nie. Bawimy się już jakiś czas, nic nie musimy a jedynie możemy robić. Petard ze względów zdrowotnych użytkowania odmówiliśmy już podczas szybkiego planowania wieczoru (ile to wypadków i kalek. Nam dziś stresu nie potrzeba). Kładziemy się na ławce, to na ziemi. Po prostu czysta radocha. Nikt nic nie ma do ukrycia. Ryjemy sobie, z czego się da. Wizje są mocne, rozpierdalają się w głowie i otoczeniu. Dalej widzę mechwarriory i ten straszny statek, przed którym uciekaliśmy. Czas leci dziwnie. Raz jest 20, raz 21. Do przodu i wstecz. Ciężko będzie się zsynchronizować, podczas celebracji nowego roku w naszym stanie. To nie może być prawda, widzę tego żula z rynku, Bolek też. No ja jebie. Idzie, ślini się tak, że tworzy potoki. Rzeka śluzu, niebieska na dodatek. Ale prysł gdzieś, wparował we mgłę. Zmieniamy pozycje. Pewnie gdzieś po 21.

Idziemy w rejony Stefana. Na zewnątrz jest zajebiście. Tyle przedmiotów. Kamyczki, murki, śnieg, latarnie, światła, zapachy, domy. Tyle doznań i naszych własnych bodźców, którymi teraz sugerujemy się bardziej, tworząc własną bajkę. Dochodzimy do mostu, obok którego jest ławka a nad nią zajebiście wielkie drzewo. Siadamy i powtórka z rozrywki. Zmieniło się jednak otoczenie. Jest dalej, na czym zawiesić myśli, jest, co pooglądać dookoła (nowe patyczki, kamyczki, śmieci i wszystko). Widać las, długą ulicę, tory pod mostem, obsypane śniegiem domy i buchające kominy. Klimat przeokropnie zajebisty. Siedzimy i jaramy dalej. Pijemy powolutku nasze piwka. Czuje się nagazowany, odbija mi się, wszystko w żołądku chlupoce. Po żołądku pływa mi ten wielki statek, unosi się na narkotycznych substancjach. Ja oblewam go z góry piwem. Śmieje się z tego obrazu. Jednak wiem, po prostu wiem, że nie zatonie. Mechwarriory za lasem, gapią się na nas. Jednak nie robią zadymy. Po prostu chodzą, dudnią swoimi krokami. Są wielkie, większe od statku. Stefan i Golem leża na ulicy. Grzyby ostro ich masakrują. Zapale fajkę, pierwszą dzisiaj. Nie jest jakaś dobra. Po prostu fajka kopcąca niebieskim dymem.

Przez ulicę przebiegła w tym momencie sarna. Każdy był tak wyjebany, że nikt nie zwrócił na to za bardzo uwagi. Patrzyliśmy się jeszcze trochę jak biegnie w stronę lasu. Ładny teatrzyk i szopka. Wzmożone patrole policyjne. Jednak nie u nas. Na tej drodze, na której jesteśmy nie spotykamy nawet jednego auta czy człowieka. Stefan pokazuje mi butelkę żubra. Z tyłu jest puszcza. Mówi, że jacyś ludzie z tej puszczy puszczają mu oko. Patrzymy się w butelkę piwa z góry, jak w kalejdoskop. Ten obraz nas ma. Stefan w swoją, ja w swoją. Po chwili gapi się też Bolek i Golem. Cudowna wizja. Ja gdybym spotkał 4rech kolesi, patrzących się do butelki z piwem, pewnie bym spanikował. No nic, boli mnie już oko. Oderwane oko od butli teraz jest zimne. Euforia, śmiech, śnieg, parskanie śmiechem – dosłownie. Mam wymasowany cały brzuch z beki. Opowiadamy sobie swoje fazy. Co tam piszczy w grzybach? Co tam piszczy w chemii? Ogólnie nie przeszkadza to, że każdy jadł, co innego. Fazy są podobne. Ciągła komunikacja sprawia, że fazujemy sobie wszyscy razem w 4rkę. Te same klimaty i wkręty. Lufa jest czarna jak pała murzyna. Piwka nie ubywa. Ciężko się pije jak chuj.

Czas leci. Gdzieś przed 22. Trzeba powoli organizować miejsce. Stefan mówi, że można iść do niego w razie W. Ale próbujemy alternatywy. Zwalamy się koślawo na wioskę. Patrzymy po domach znajomych. Tu nic, tam nic. Aż nagle. Ciężko powiedzieć w takim stanie czy to kolega, czy nie. Ale świeci się światło. Widać poświaty osób. Chodziłem z tym ziomem do gimnazjum. Kolęda, kolęda. Podbijamy 4rech krzywulców z wyżartymi oczyma. Kumpel, do którego przyszliśmy jest już poważnie najebany, pewnie nieogarnia bardziej niż my. Zaprasza nas do środka. Cieszymy się, bo plan wypalił. Pijemy piwka dla podpierdolki, wkręcamy, że też już ostro popiliśmy. Chwalimy się jakimiś wymyślonymi liczbami typu ja wypiłem 6 on 9. Włazimy do niego do pokoju. Jest kurewsko krzywo, podłoga ma 2 cm szerokości, sufit rozciągnięty na 2 km. Poezja. Kurwa jego jebana mać! Kto tutaj do chuja jest? Największe kanalie wioskowe. Kozaki w białych butach. Laski, które łamały moje szczeniackie serce. O pierdolę, atmosfera zagęściła się. Tutaj płynęło mleko z alkoholem a nagle wpierdoliły się 4ry grudy czarnej smoły. Ale czuje parcie na plecy i uśmiech Stefana, taki od serca. Myślę w głowię – ciekawe kurwa, co on chce odpierdolić tutaj za syf. Wchodzimy, siadamy. Sącze piwko. Słucham rozpierdolonej muzyki ala ‘’każda nutka z radia jest taka sama’’. Widzę kiwające się główki w rytm. Dla mnie jest za szybka czy za wolna. Jest jajowata. Bekuję w sercu. Ta muzyka jest popsuta. Grana na widelcach, papie dachowej i paznokciach skrzypiących o lakier samochodu. Ja pierdolę. Bije mnie ona. Nie wiem ile jest osób. Nie jestem w stanie policzyć. Widzę jakiś Alladynów w rogu pokoju, spidermana i batmana. Kurwa nie wiem czy się przebrali naprawdę czy benzydamina robi mnie w chuja. Ktoś mnie dotyka w rękę – kto mnie kurwa dotyka – mówię głośno. Rozjebanym wzrokiem patrzę się na powiedzmy Genowefę. Ja nic, ona napierdala. Bla bla bla bla, rzuciłam chłopaka. Bla bla bla bla bla. Pluje coś tam, ja pije piwo i nie słucham za bardzo. Czuje jednak podniecenie. Kurwa kobieta mnie dotyka. Ma cyce, ładną buźkę i wszystko. Wtedy jeszcze nie miałem nigdy panny (fizycznie, w sensie seks), więc proszę o wyrozumiałość. Rozpływam się słodką energią. Eh, jest mi tak dobrze i słabo, że zaraz chyba zjadę do łóżeczka. Mam na uwadze płytki oddech deksowy i boje się, że zasnę zaraz od takiej dawki endorfiny i braku tlenu. Moje myśli celują w nią, jebać kolegów. Może mi się uda, chociaż pomacać. Słyszę rozmowy Stefana, Bolka i Golema. Wkręcają biednym pijanym małolatom rzeczy typu - widzieliśmy na przystanku jakiegoś typa, który jebał w kanał a później się zarzygał. Dzisiaj w sklepie czyjeś dziecko zesrało się koło lodówek. Po ulicy jeździ golf, który ma przywiązanego aliena (tego aliena którego wymyślił HR. Gigger), i ten osobnik pluje kwasem, uważajcie na niego. Dzwonił do nas Putin, chciał lecieć na księżyc zrobić grzybową klepę. Chcecie może trochę grzybów? Putin zostawił nam 120. Kurwa mać. Nie dogadaliśmy się odnośnie dragów. Myślałem, że będziemy jedynie pić piwka a tutaj grzyby wchodzą na arenę imprezową. Ja topie się. Bełkocze coś tam do Genowefy a ona do mnie. Fajka to jedyne rozwiązanie, na wyciągnięcie jej stąd i atak, jak zwierze. Dziwie się sam sobie. Jednak wypiłem już trochę tego alkoholu, i wkręca mi dziwne rzeczy. No nic – idę faję – mówię. Ona idzie za mną. Kurwa jackpot. Stoimy przed domem. Czuje magnes. Jednak myślę tak. Kiedyś nunu, teraz dawaj dawaj. Tlen dobrze robi, ociągam się z paleniem fajki. Zimno bierze w ryzy i studzi umysł. Karykatura. Rozpływa mi się ta panna. Widzę tapetę, wymalowane oczy. Istna maska. Odechciewa mi się fizi mizi. Gdzieś tam w oddali widzę sflaczałe kutasy. – No właśnie – mój zalicza się do tego obrazu w tym momencie. Cisne beke, parskam śmiechem. Daje jej szluga, sobie tez. I niby pale, nawet się nie zaciągam. Łatwo wymiguje się od całusów i wszystkiego. Jest dobrze. Powrót do góry. Najarane zielem. No pięknie kurwa. Dzieci z dobrych domów, morze alkoholu kurwa, grzyby i my. Zrobiło mi się niewesoło. Opierdalam moich kompanów. Biorę Stefia na stronę i mówię – Tak kurwa, zaraz ktoś będzie zielony, będą pawie. O grzybach to ja nawet nie wspominam. I kto będzie kurwa to ogarniał? Giętko, gibko. Stefan się śmieje. Ja też kurwa mać, co tutaj się wyrabia. Rozlane browary w PS one. Szkoda sprzętu. Po pokoju chodzi żul z rynku, pływa stateczek a malutki mechwarriorek stoi na meblach. Jest mocno, mówie kompanom. Każdy tutaj jest najebany. Jesteśmy tutaj w najbardziej ogarniętym stanie. Stefan bekuje i odpowiada – wiem. Dlatego od nas zależy jak bardzo rozjebiemy tą imprezę. Jakim chujem po 140 halo wkręciła mu się destrukcyjna faza? Ja raczej jestem w pokojowym nastawieniu. ‘’Hermol’’ trochę nabrał normalnych, ulicznych kształtów. W sumie dobrze, nie będziemy musieli tego sami jarać. Na grzyby na szczęście nikt się nie skusił. Uff. Impreza impreza. A jednak, ktoś rzyga. Ale nie nasza wina, o nie. Ten ktoś pił jedynie alkohol. No nic, pierwsza ofiara. Do pieca. Do pokoju wchodzi kumpel, u którego jest ta impreza. Był u starych, czego wcześniej nie zczaiłem. Krzywo patrzy się na moich kumpli, oni dzierżyli hermola. Negatywne wibracje. Patologia rodzinna. Udało mi się wypić piwko. Łyk szampana, słodziutki. Kumpel wzrokiem wypierdala nas z imprezy. Przewiniliśmy. Ech. Jest jeszcze trochę do 00:00. Co robimy? Mówię - Stefan, Bolo, Golemo kurwa na biegu. Myśleć, myśleć. Mam jeszcze bonus. Jaki kurwa bonus? Mówiłem, ale zapomnieli. Wiadro do połowy pełne rzygów. Organizator drze japę – moja konsola – oh noes. Robi się zbyt ciężko, żeby delektować się dalej tutaj substancjami, które wdupiliśmy. Energia deksowa wrzuca pomysł – zapierdalamy pod las – mówię. Będzie widać fajerwerki z każdej pobliskiej miejscowości. Faceci grzybki z mniejszą ilością energii godzą się. Nara nara, soory za chlew. Co złego to nie my. Kolęda, Kolęda. Masz tutaj dwa piwka w ramach przeprosin i parę fajek. Ubieramy się, biegniemy, zapierdalamy. Tego fragmentu nie pamiętam dobrze. Gdzieś z 400 metrów jest od kumpla pod las. Jest dosyć stromo. Ja i Bolek napierdalaliśmy jak terminatorzy. Przecinaki nocne mkną pod las. Rozcinając struktury pary, mgły, dźwięków i stukotów plecaków. Grzybki się trochę ociągają. Nie dziwie im się.

Lekko przed 00:00. Kurwa. Wiedziałem, że damy dupy. Słuchać już salwy, widać błyski. Szaleństwo. Nam jeszcze trochę brakuje do punktu, w którym chcemy być. Poza tym, jest dosyć dużo śniegu. Teraz droga jest nie ubita. Wpierdalamy się po pas, co krok w klejący się śnieg. W końcu odpełzamy. Jest przecudownie. Widać całą naszą miejscowość jak na dłoni. Każdą ważniejszą ulicę. Dzisiaj każdy na grubo, latarnie palą się 24 na dobę. Huk, stukot, dudni i grzmi. Widać miliardy kolorów albo biliony. Każdy stoi z otwartym ryjem.

Za nami, przed nami. Parę kilometrów dalej, parenaście kilimetrów dalej. Widać tysiące fajerwerków w bilionowych odcieniach barw. Od strony lasu też coś nadlatuje. Las uśmiecha się do mnie, do nas. Obracam się w każdą stronę, żeby zobaczyć jak najwięcej. Nawet nasi państwowi sąsiedzi kurwią ostro. Tak, że fajerwerki wszystkich narodów łączą się na niebie, tworząc jedną wielką kluchę kolorów z bębniącymi dźwiękami. Ciało to czyste barwy i dźwięki. Cała koncentracja idzie na oczy. Dwa pierdolne kalejdoskopy. Powoli gaśnie. Ucicha. Są jacyś spóźnialscy. Pewnie alkohol boje. Którzy odpalili się gdzieś 20 po północy. Jednak są gorsi od nas. Ech. Cudowny moment. Stoimy, pijemy piwko pod lasem. A co nam tam? Idziemy do lasu. Ciemno jak skurwysyn, pachnie niesamowicie. Żywica i liście. Można usiąść. Jest sucho. Gęsty las, cały śnieg jest nad nami. Dosłownie nic nie widać. Ale siedzimy ostro i znów powoli z trudem pijemy. Od jakiegoś czasu bania się unormowała, nie wzmacnia się, ale też nie schodzi. Grzyby dawno miały już swoją największą falę. Opierdalamy lufkę. Przypominam sobie o suszu salvi. Przedstawiam im, jaki jeszcze czeka nas deser.

Bolek dał mi jednego grzybka, sobie też wziął. Hehe. Zjedliśmy symbolicznie po grzybku. No spoko, ale co dalej? Radosna brygada zapierdala z lasu, teraz już wygodniej, bo w dół. Prosto do pokoju Stefana.

00:40?. Melinujemy się w pokoju Stefana. Ten pokój jest niesamowity. Przeciwieństwo rozpierdolu i terroru, którego doświadczam od bełta puszczonego zaraz po wyjściu z domu. Tutaj jest spokojnie i cicho. Widać drobiny kurzu unoszące się wszędzie. Słychać startujący komputer, ster pokoju. Jakimś chujem nie mam piwek? Heh, podpierdalacze z imprezy wcześniej, pewnie mi podojebali. No nic, trza wpisać w koszta. Wizuale mocniejsze, ciepło robi swoje. Kładę na stolik wielki hermol z suszem salvi, warporyzator i zapalniczkę żarową. Dostaje od kogoś brona. Stefan w razie czego, ma jeszcze w lodówce dosyć dużo, więc stresu w ogóle nie ma. Kto pierwszy? Grzybki trochę się boją. Choć każdy z nas już palił. Bolek ciśnie beke. Ktoś puszcza jakąś naszą muzykę. Spokojną, ułożona. Dobrze brzmi. Stokroć lepiej niż ten rozpierdol z imprezy wcześniej. Kto pali? No chuj. Mój bonus, ja zaczynam.

Nabijamy na chama warporyzator (to nie ekstrakt, im więcej suszu tym lepiej). Stefan mieni mi się z boku. Siada obok mnie. Jest tym, kto odbierze mi warpo i zapalniczkę z ręki, gdy ja będę odpływał.

Ta faza zasługuje na osobny akapit.

Ściągam swojego hita, drapie w gardło. Ciepło. Resztkami siebie, tutaj w pokoju Stefana oddaje mu cały osprzęt i osuwam się na łoże. O ja pierdole. Ja pierdole…

Ze dwa tygodnie temu robiłem tutaj inna klepę na powoju, salvia znowu mnie tam przetransportowała. Tyle, że całego, w pojedynkę i bardziej dosadnie. Widzę dżunglę. Chodzę po niej w tropikalnym klimacie. Gdzieś w oddali przemyka panna w białych szatach. Kurewsko głośno się śmieje. Widzę pośrodku dżungli wiatraki. Norweskie? Holenderskie? Czuje czekoladę. Te wiatraki maja coś wspólnego z nutellą. Gigantyczne pola słoneczników. Wszystko zbudowane z jaszczurek, a dokładniej wszystkie kontury. Chodzę tam, pocę się i obserwuje. Totalny teleport. Czuje się trochę jak w liquid śnie. Jednak w dżungli ni chuja nie znajdę przełączników światła coby sprawdzić jak jest naprawdę. Idę w stronę pola słoneczników. Mijam rzeczkę, uwitą pośrodku drobnych pagórków. Czuje tła z gier amigowych. Te lasy ręcznie malowane, te natchnione misterne piksele. Jest tak zajebiście tutaj, tak fantastycznie. Tak kolorowo. Euforia leje się ze mnie. Dochodzę w końcu do pola słonecznikowego, pośrodku niego plac. Dookoła placu droga. Taka bajkowo czarna z przerywaną białą linią. Niebo przejrzyste, chmury i słońce. Wszystko oblane tym dobrodziejstwem. Na środku placu stoi nagle waga. Ta z reklamy nutelli. Jest biały proszek i nagle jeb, leci kakao. Bawi mnie to mocno. Widzę dzieciaka, który podskakuję rano z łóżka i biegnie zjeść nutellę. Teraz cieszy się tak bardzo mocno i słodziutko, że aż eksploduje. O matko, co za widok. Z rykiem na ulice wpada taka malutka ciężaróweczka, pomalowana w słoneczniki. Jeździ dookoła. Radosne obrazy, ciepłe kolory. Dżungla za moimi plecami. Kurwa fantastyczna kraina. Chciałbym, żeby moja miejscowość tak wyglądała, i cały świat. Czuje powoli jak puszcza, a raczej odkręca się salvia. Macha mi ta typka w białych szatach. Coraz mniej wyraźnie ją widzę. Jestem w pokoju z michą na ryju. Ech. Opowiadam, co widziałem. Napierdalam jak najęty. Teraz już każdy chce zapalić. Teraz walka o kolejkę. Kiedy byłem już w pokoju, zrobiło się przytulnie. Pobudzenie deksowe wyraźne, benzydamina dała sobie trochę na wstrzymanie, alkohol nie zwalił z nóg, w końcu sączyliśmy powolutku od czasu do czasu tylko pana piwko.

Nie pamiętam, kto palił następny, jak szła kolejka. Jedyne, co warte wymienienia to, to, że ktoś dojebał - nie oddychaj! Ekhem. Nie mów takich rzeczy do ludzi, którzy są na ostrej bani. Kiedy wszyscy już byli po salvi, pogadaliśmy na lajcie. Doszliśmy do wniosku, że u każdego z nas pojawiały się jakieś podobne motywy. Wymieniliśmy się doświadczeniami etc. Gdzieś po 01:00. Oglądamy Madagaskar. Kolorowa bajeczka, nasz stan + moment, w którym Aleks dostaje strzykawkę i przeżywa klepę niczym LSD, i to dwukrotnie (ohh, stokrotka). Gruba zabawa i normalne leżenie. Gdzieniegdzie czuć jeszcze wszystkie rzeczy, które przewaliły się przez ciało. Dzieje się jeszcze dużo rzeczy. Ale wartych sytuacji z tego wieczoru do opisania już nie pamiętam. Pewnie powoli zaczęła wchodzić bania alkoholowa dopalona baką.

Ps. Była to najpierdolniejsza klepa, którą zrobiłem.

Ps2. Bolek lat 26, Stefan 24, Golem 18.

Ps3. Jeden grzybek się nie liczy, dlatego nie dodałem go do miksu.

Ocena: 

Odpowiedzi

Masz styl, trzeba przyznać. Długie ale warte przeczytania :)

Salvinoria

pozytywny trip;)

Niezły miks :D Fajnie napisany tekst aż chciał się dobrnąć do końca :p

fajnie piszesz mało powiedziane , raczej Jezus maria , czy ja śnie ? nawet nie wiesz jak miło się to czyta , ciekaw jestem jak się czułeś , po takiej mieszance substancji każdy atom twojego ciała musiał przeżywać własny orgazm ?
Tutaj właśnie są rożnice każdej substancji , 1 substancja , jest zajebiscie , mieszanka kilku substancji "Jezus-Marja co się dzieje? " Pozdrówki i szcześliwych lotów :)

Zaiste dobry "raport" ,ale nie dam radę tego przeczytać :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media