Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pierwsza kwaśna przygoda

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
150 mikrogramów
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Set: lekki niepokój z przewagą ciekawości, dobre nastawienie.
Setting: ładna lipcowa pogoda, park z lasem za miastem.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
MJ - wiele razy (ok. 3-6 razy na rok, od 7 lat).
LSD - ten TR.
DMT - raz.
SD - susz - trzy razy
SD - 10x - raz.

pierwsza kwaśna przygoda

Działo się to w lipcu 2015 roku.

 Wracając z pracy do domu otworzyłem skrzynkę na listy jak codziennie. Oprócz typowego syfu i spamu znajdowała się tam biała koperta opatrzona logiem kancelarii prezydenta RP...

Koperta leżała sobie w odpowiednim miejscu, w międzyczasie trochę podróżowałem i pracowałem. Czekałem na odpowiedni moment, ponieważ tak jak w przypadku z DMT tak i teraz zakupiłem LSD razem z moją towarzyszką X. Padło na słoneczny lipcowy dzień, czyli. Gdy odpocząłem chwilę po posiłku, spakowałem bluzę i kurtkę (sprawdziłem pogodę, nie miało padać, jednak te 19-17 stopni i średnie zachmurzenie nie napawało optymizmem).

Była godzina 16:45, gdy jechałem tramwajem do centrum handlowego, gdzie spotkałem się z X. O 17.10 wsiedliśmy w tramwaj prosto do wielkiego parku/lasu poza miastem.

Tam wysiedliśmy na pętli i ruszyliśmy deptakiem. W końcu odbiliśmy w jakąś drużkę leśną by zrobić siusiu:) Zaraz po "toalecie", wyjąłem z plecaka kopertę, odkleiłem naklejkę z tekturki i delikatnie otworzyłem folie z kwadracikami nasączonymi LSD. "Na zdrowie" powiedzieliśmy z X i każde z nas umieściło malutki kwadracik na języku... Była godzina 17:45

Nic się nie wydarzyło... jednak to zupełnie normalne, LSD potrafi "wchodzić" długo. Tak więc kontynuowaliśmy nasz spacer drużką leśną aż w końcu dotarliśmy do charakterystycznego budynku w tych okolicach i mijając ten domek poszliśmy dalej drogą o kamienistym podłożu do źródełka. Miałem przy sobie butelkę z resztką Coca Coli po pracy z poprzedniego dnia, chciałem ją wylać i nalać świeżej wody ze źródełka. Niestety źródełko było nieczynne, widniała na nim kartka, że zostało przejęte przez groźne bakterie i picie z niego jest surowo zabronione. Byłem trochę nie pocieszony, tym że będę musiał pić ciepłą Colę. Na szczęście X miała 1,5 litrową butelkę wody mineralnej. Usiedliśmy sobie na ławeczce obok byłego źródełka, żeby trochę odpocząć. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, zupełnie normalnie, ale oczywiście pojawiały się podejrzenia, że chyba nic z tego nie będzie.

Było po 18:00, gdy zauważyłem, że mój śmiech nie jest do końca normalny, zacząłem nim wybuchać coraz częściej i śmiać się z coraz bardziej banalnych powodów. Przy okazji zupełnie nie wiedząc czemu zacząłem dodawać do krajobrazu opisy rzeczy jakich w rzeczywistości nie było (nie widziałem ich, po prostu mówiłem, że na przykład: "w tamtych krzakach jest niedźwiedź!). Do tego zacząłem odczuwać zmęczenie, taką ogólną ociężałość, jakbym pracował cały dzień. Natomiast wypicie mojej resztki ciepłej Coca Coli sprawiło mi ogromną radość i miałem wrażenie, że to paliwo które daje mi siły, przyssałem się do butelki jak małe dziecko. Wsadziłem też na chwilę słuchawki z muzyką z mp3 do uszu by sprawdzić, czy odbiór przyjemnych dla mnie dźwięków się zmienił. Faktycznie, muzykę odbierałem w trochę inny sposób, odczuwałem ją jakby bardziej. No chyba jednak coś będzie... ;)

Coś skłoniło mnie do tego by wstać i ruszyć dalej. Wstaliśmy więc z X z ławki przy źródełku i ruszyliśmy z powrotem do wspomnianego wyżej budynku. Ciągle w dobrych humorach podśmiewając z byle powodów. Jednak odczuwaliśmy jeszcze większe zmęczenie, nogi miałem jakby z tektury, jak gdyby zapadały się w ziemię. Długo więc nie szliśmy i usiedliśmy tym razem przy stoliku zaraz obok Chatki. Byli też inni ludzie, ale oddaleni, po drugiej stronie tego miejsca, przy innych, zadaszonych stolikach. Bardzo rzadko można też było spotkać jakiegoś przejeżdżającego rowerzystę czy biegacza. Ja położyłem się na ławce, głowę ułożyłem na plecaku nogi zwisały mi na ziemię pod ławką. Mimo tego dziwnego umęczenia, wciąż mega śmiechawa, co jakiś czas też podnosiłem się i siadałem, głowę chowałem w rękach (jak na nudnej lekcji czy wykładzie), nie widziałem co ze sobą zrobić, machałem czasem ręką po stole z jakiejś dziwnej niemocy. Jednak wciąż w akompaniamencie dobrego humoru, do tego stopnia, że ośliniłem sobie trochę rękaw. Siedząc tak z głową na swojej ręce zacząłem patrzeć w jeden punkt, na drzewo. I nagle JEBS!

LSD zaczęło ujawniać swoją prawdziwą naturę. Kolory wszystkiego na co patrzyłem zaczęły przybierać na ostrości, niektóre elementy otoczenia ruszały się, krzaki, krzewy, liście rosły w oczach! Gałęzie drzew zawijały się i prostowały. Co jakiś czas zauważałem też dziwne jasne iskierki przelatujące gdzieś z brzegu mojego pola widzenia. Odgłosy natury jak i głos X słyszałem z efektem echa.

Znowu odczułem silny bodziec mówiący mi "wstawaj stąd! Zmień miejsce przebywania". Ok pomyślałem i dałem znać X, że czas ruszać dalej. Zgodziła się, pomogliśmy sobie nawzajem wstać i ruszyć, bo wciąż nogi żyły własnym życiem. I ponownie nie przemieściliśmy się gdzieś daleko, tylko na polankę w pobliżu domku z ławkami. Weszliśmy mniej więcej na środek polanki, gdzie znajduje się krąg kamieni do stawiania ogniska. Odczułem po prostu, że to miejsce będzie jak na razie najbezpieczniejsze. Usiedliśmy na trawie. Efekty coraz bardziej się nasilały aż w końcu to co wdziałem było jednym wielkim żyjącym krajobrazem. Gdy spoglądałem na drzewa te wiły się, zakręcały, zbliżały do mnie i oddalały. Spoglądając na trawę miałem wrażenie, że widzę ją znacznie lepiej, jakby przez mikroskop, z drobnymi szczegółami i oczywiście ta też cała "żyła", rosła i falowała, bardzo mocno falowała. Położyłem się na trawie, wtedy wydawało mi się, że jestem robaczkiem i zacząłem widzieć tę trawę jakby od dołu! Natomiast gdy spoglądałem na niebo (średnio zachmurzone) to pulsowało, chmury tworzyły różne wzory, w miarę geometryczne. Wszystko miało niesamowite kolory, zarazem wyostrzone i trochę jakby kreskówkowe. Co ciekawe, gdy patrzyłem na X, ta mimo tego, że trochę się zniekształcała, wiedziałem, że to ona a poza tym tylko na niej zauważałem przepływy jakiejś energii, iskierki oraz pulsujące kolory fioletu i zielonego. Do tego oczywiście niesamowity humor, śmieszyło mnie bardzo moje położenie i to co się ze mną dzieje. Rozśmieszali mnie rowerzyści na dróżce przy polance. Gdy było ich więcej, liczyłem ich (np. naliczyłem raz dziewięciu a potem okazywało się, że przejechało tylko dwóch). Widziałem też przebiegającego niedźwiadka czy drzewa zjadające spacerowiczów. Gdy zamykałem oczy widziałem powtarzające się, bardzo kolorowe kształty, często przestrzenne i przypominające macki kałamarnicy. Zmieniały kolory, czasem tęczowe, a czasem tylko np. biało - fioletowe, pulsowały, zawijały się, powiększały i zmniejszały.

Dosyć długo tak przeleżałem i przesiedziałem na tej polanie. Czasem popijałem wodę X, sprawiało mi to trochę trudności, ale ostatecznie zawsze się udawało. Miałem niesamowitą zabawę z puszczania sobie muzyki z mp3. Odczuwałem wrażenie, że jest ona jakąś niesamowitą energią i "dozowałem" ją sobie w przerwach i z rozwagą. Nabrałem też ochoty na parówki i sos czosnkowy?! No i w końcu znowu coś skłoniło mnie by wstać z polany i... nakazało mi wracać do domu! Efekty jednak wciąż były bardzo silne. Szło się ciężko, nogi zlewały się dosłownie z podłożem. Jednak byłem w stanie rozpoznać co jest drogą a co lasem, chociaż wciąż powtarzałem, że wszystko dookoła mnie rośnie! Szliśmy na przystanek tramwajowy. Co jakiś czas pytałem X, która była bardziej trzeźwa, czy na pewno tam idziemy. Było to dosyć zabawne:

- Gdzie idziemy?

- No Y, do tramwaju

- Ok, ale ta droga nie wygląda jak wcześniej, tu wszystko rośnie!

 Po jakimś czasie.

- Idziemy do tramwaju?

- Tak, na pewno idziemy do tramwaju

- Ale idziemy chyba inną drogą niż tą którą przyszliśmy... bo tu wszystko żyje!!

X musiała to jakoś wytrzymywać. Tak, był to lekki strach, taki samo wkręcający się strach. Jednak zaraz po wymianie zdań docierało do mnie, że to co mówię jest śmieszne, wyśmiewałem to i kontynuowałem podróż. Oprócz tego, cieszyłem się, gdy napotykaliśmy ludzi, bo to oznaczało, że cywilizacja jest w pobliżu i nie zgubiliśmy się w lesie. Miałem też ubaw, gdy ludzie podejrzliwie się na nas patrzyli a ja próbowałem trzymać fason i powagę, gdy nas mijali.

 Albo np. krzyczałem za przejeżdżającym obok rowerzystą:

 - boże, gdyby pan wiedział co te drzewa za panem wyczyniają!

 Ciągle wszystko rosło!

 Wreszcie dotarliśmy na przystanek, po niedługiej chwili przyjechał nasz tramwaj i do niego wsiedliśmy. Był to pierwszy kontakt z czymś nie naturalnym jak drzewa, trawa, niebo tylko technologicznym, na kwasie. Czułem się odrobinę stłamszony, czasem miałem wrażenie, że moje pole widzenia się zacieśnia, jakby tramwaj kurczył się a czasem na odwrót - jak gdyby pęczniał. Coś na kształt efektu "rybiego oka". Wydawało mi się też, że jedziemy mimo tego, że pojazd wciąż czekał na swoją kolej odjazdu. Gdy ruszyliśmy było mi całkiem ok, efekty trochę słabły, lecz okolicę po drodze, którą dobrze znam, poznawałem ciągle z lekkim opóźnieniem. I elementy otoczenia także się poruszały a neony i światła dawały znacznie mocniejsze i bardziej kontrastowe światło. Gdzieniegdzie przelatywały mi przed oczyma iskierki, małe piórniki, które nazywałem energią. Przy jednym z przystanków było coś wylane. Najpierw zauważyłem to jako zwykłe plamy na betonie, potem zaczęły żarzyć się na jaskrawo zielono i widziałem je również w innych miejscach przez kawałek dalszej drogi tramwajem. Wreszcie dotarliśmy na mój przystanek. X odprowadziła mnie pod klatkę po czym wróciła do siebie. Wszedłem do domu i do mieszkania. Efekty LSD były jeszcze słabsze. Ale na przykład mój kot był inny w dotyku, znacznie przyjemniejszy, aż chciałem się do niego przytulać. Nie miałem w domu sosu czosnkowego, jednak miałem parówki i tak jak przypuszczałem zjedzenie ich sprawiło mi ogromną radość. W ogóle jadłem jakoś tak wolniej i z większą starannością, delektowałem się.

Usiadłem potem przy laptopie, odpaliłem YouTube i płytkę zespołu Shpongle pod tytułem "Museum Of Consciousness". Obserwowałem uważnie okładkę, ta oczywiście ożyła własnym życiem, sprawiała wrażenie przestrzennej, twarze mrugały, uśmiechały się a wszystko to do rytmu muzyki. Potem zmieniłem gatunek na rocka psychodelicznego z lat 60 i płytkę "Surrealistic Pillow" zespołu Jefferson Airplane. Zamknąłem oczy i ku mojemu zdziwieniu wyobraźnia zaczęła kreować "teledysk" do tego co słyszałem!

Ostatecznie położyłem się spać o 0:50. Przy otwartych oczach nie miałem już żadnych wizji. Jednak gdy leżałem na łóżku z zamkniętymi oczami, wyobraźnia jeszcze długo kreowała mi różne obrazy. Co ciekawe nie miałem na nie wpływu, bardzo ciężko było mi sobie coś wyobrazić, projekcja odbywała się samoczynnie i po swojemu. To co wdziałem miało charakter karykaturalny, bardzo kreskówkowy, ale pojawiały się też elementy erotyczne i mocno wyuzdane.

Podsumowując: czułem wielką euforię, a dziś jakby zmieniło się trochę nastawienie do życia. Jestem jeszcze bardziej wesoły, uwrażliwiony i optymistyczny. Będąc na kwasie odczuwałem niektóre z tych cech wręcz do przesady, powiedziałbym, że czułem się "pluszowo" i "słodko". Było to jedno z najwspanialszych doświadczeń w życiu. Może kiedyś będę chciał to powtórzyć, ale nie spieszy mi się. Jeśli ktoś spytałby się czy polecam spróbować, odpowiedziałbym bez namysłu: jasne J

Ocena: 

Odpowiedzi

fajny raporcik, też szykuje sie na jakiegoś tripa poza domem, upały sie skończyły więc można w spokoju oddać się psychodeli 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media