Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

płakałem jak mi schodziło - impreza z mdma.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
ok.225-250 mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Piątkowa impreza w domu kolegi. Od kilku dni wszyscy czekają na te imprezę, ja jestem zrelaksowany, lecz również delikatnie spięty - to w końcu mój pierwszy raz z MDMA.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Alkohol, marihuana, mocarz, kodeina, pseudoefedryna i nikotyna.

płakałem jak mi schodziło - impreza z mdma.

Nigdy nie myślałem, że spróbuję MDMA. Do teraz nie mam pojęcia, co, a raczej kto, wpłynął na zmianę mojego zdania. Do samego końca wahałem się w swoim wyborze. Z drugiej strony, nie miałem nic do stracenia. Ludzie którzy byli zaproszeni, są mi bardzo dobrze znani - idealne otoczenie.

Nie biorę, bo mam problemy. Biorę z ciekawości. Chęć odkrywania nowych rzeczy wynika z mojego charakteru - przesiąkniętego idei empiryzmu. Zacząłem w iście polskim stylu - alkohol. Piwo, miesiąc później wódka. W wieku 16 lat marihuana, wielokrotnie powielana w rozmaitych postaciach. Nigdy nie miałem dostępu do twardych narkotyków - aż do wczoraj..

Jeszcze słowo o ludziach na imprezie. 3 chłopaków (+ja) - dwójkę znam dobre 4 lata, trzeciego od podstawówki. Dziewczyny (4) są w naszym wieku - wielokrotnie wyjeżdzaliśmy wspólnie nad jezioro, czy po prostu wychodziliśmy na miasto. Dzielimy masę wspomnień - co później okaże się niesamowitą zaletą. Łącznie mieliśmy 8x199.9mg MDMA.

Po szkole wróciłem od razu do domu. Wiedziałem, że muszę się dobrze wyspać (często zarywam nocki - nauka), aby później tryskać energią. Planowo mieliśmy spotkać się o 20:00, lecz z racji tego, że mieszkam dosyć daleko od miejsca imprezy, spóźniłem się o dobre 15 minut. Szybkie przywitanie z współbiesadnikami, pierwsza szklanka dobrej whisky i już około 20:30 byliśmy gotowi. 

20:30 (T)
Na pierwszy ogień poszła ćwiartka Gold Bar 199mg, popijana drinkiem. Mam bardzo dobrą głowę do alkoholu, rzadko zdaża mi się łapać zgona - mimo tego, iż potrafię wypić na prawdę dużo. Czułem się niesamowicie podekscytowany, zniecierpliwony oczekiwałem na pierwsze efekty.  W międzyczasie wszyscy piliśmy alkohol - chłopacy wódkę i whisky, dziewczyny piwo. Odpaliliśmy muzykę, część osób wyszła na papierosa. Wyczekiwałem jakichkolwiek znaków jak 6-letnie dziecko "dobranocki" na TVP1. 

21:45 (T+1:15)
Wszystkim weszłą czapa, nie licząc mnie i mojej koleżanki. Chłopaki skakali - ekscytowali się swoja fazą. Dwójka z nich już brała MDMA, trzeci był nowicjuszem. Zdejmowali koszulki, przytulali się z żeńską częścią ekipy.  Tęczówek u nich praktycznie nie było widać. Zażenowani brakiem efektów, wyszedłem z koleżanką na papierosa. Rzuciłem jakiś czas temu palenie, lecz impreza była idealną wymówką. Gadało się całkiem przyjemnie, zawsze się z nią dobrze dogadywałem. Ceniłem ją za ponadprzecientną inteligencję, do tego była bardzo, bardzo atrakcyjna. Można  by powiedzieć - ideał. Chciałbym zobaczyć swoje zdziwienie z perspektywy trzeciej osoby, kiedy mnie pocałowała. Dopiero wtedy zrozumiałem, co to znaczy impreza z MDMA. To nie był zwykły pocałunek - miałem wrażenie jakbym czuł ją całym sobą. Od głowy po stopy rozeszła mnie niewarygodna fala ciepła, i empatii w stosunku do otoczenia. Niestety to wszystko na tamtą chwilę, byliśmy po prostu w dobrym nastroju. Wróciliśmy do reszty, wyraźnie już pobudzonej. Na parkiecie robiło się gorąco, zaczęliśmy od typowej, klubowej muzyki. Szybka decyzja - 100mg na łeb. 

22:15 (T+2:15)
Impreza się rozkręca, a mi jeszcze nie weszło. Nie mam pojęcia od czego to zależy. Może jest to wynikiem pierwszego podejścia? Lub mojego szybkiego metabolizmu? Grupowa impreza przeradzała się powoli w zbiór bliższych stosunków, dwójka chłopaków szybko zajęło dwie dziewczyny. Z zazdrością patrzyłem na ich przepełnione szczęściem twarze. Wtedy miał miejsce mój kryzys. "Jaki sens ma spędzania czasu z ludźmi, których wogóle nie rozumiem? Co ja to wogóle robię?"/ Pomknąłem do kuchnii, zrobiłem drinka i usiadłem przy krześle przeglądając Messengera. Myślałem, "czy to ze mną jest coś nie tak? Przecież rozgryzałem wystarczająco długo, nigdy nie miałem podobnych problemów". Nie wiem co by się stało, gdybym wtedy nie natknął się na kolegę. Widział po mojej twarzy, że jestem wkurwiony. "Widzę, że nie jesteś szczęśliwy, co jest z Tobą?". Kolejne 100mg. 

22:30 (T+2:30)
Weszło mi. Najdłuższe 150 minut mojego życia. Szczęście mnie wręcz rozsadzało, a moje serce idealnie wpasowywało się w kolejne takty piosenek. Wypiłem już całkiem sporo - około 400ml alkoholu 40%, a jednak czułem się całkiem trzeźwy. Teraz już cała ósemka była w stanie euforii. Taniec wydawał się bodajże najprzyjemniejszą czynnością, zaraz  po całowaniu. Dotyk był jak przenikanie wzajemne dusz. Moje najprzyjemniejsza uczucia w życiu. Wszelkie smutki, które mnie wcześniej dręczyły - odeszły. Kocham ich wszystkich, szczerze, z całego serca. I to samo czuję od reszty. Wszyscy przenikamy się pozytywnymi myślami i uczuciami, co tworzy jedyną niepowtarzalną atmosferę. Na samym początku napisałem, że jesteśmy grupą ludzi, którzy znają się od dłuższego czasu. Nie mieliśmy więc problemów, aby każdy mógł tańczyć, dotykać się z każdym, nawet chłopak z chłopakiem. Jak ktoś trafnie powiedział: "Przecież wszyscy jesteśmy pewni swojej seksualności, co nie?".

23:00 (T+3:30)W przypływie pozytywnych emocji sięgam po telefon, i piszę SMS-a do mojego dobrego przyjaciela. Nie ma go niestety w domu, inaczej byłby teraz z nami. Napisałem dokładnie tak: "Świat jest mój, czuję się właśnie szczęśliwie, jak nigdy. Kocham X". Miałem wrażenie jakby papieros smakował inaczej, a wódka była słodka. Przez mój mózg nie potrafiła przejść ani jedna smutna myśl. Jakby pewna niewidzalnia bariera blokowała to co smutne i złe, a dopusczała tylko wesołe i dobre. Alkohol zdawał się podkręcać atmosferę, zdawało mi się, że nigdy łatwiej nie rozmawiało mi się z dziewczynami. Nie jestem nieśmiały, ale nie należę do chłopaków z "gadką". Słowa z czasem zamieniły się w pocałunki. Tylko to, nic więcej. Jesteśmy w pełni świadomi tego co się z nami dzieje - nie chcielibyśmy zepsuć dotychczasowych stosunków. 

24:00 (T+4:30)
Nie da się opisać tego co czuję. Mój poziom serotoniny osiągnął sczyt. Wszyscy pijemy dalej równo, nawet dziewczyny dały się namówić na shoty. Z szybszej muzyki przechodzimy do wolniejszych utworów, do teraz mam ciarki na myśl o przenikającym mnie głosie Lana del Rey w "Young and Beatiful". Dalej tańczymy, obciskując się i przytulając. "Życie jest piękne", pomyślałem. "Dlaczego poznałem to dopiero teraz?". Po kilku piosenkach złapała nas niezła zamuła, dziewczyny uciekły wspólnie do toalety, a jeden z chłopaków wykruszył się, i zaczął opowiadać nam o swoich przykrych przeżyciach. Współczuję mu z całego serca, wiem, że ja bym nie wytrzymał tego co on przeżył. Ale w tamtym momencie liczyło się tylko szczęście. Kiedy skończył, pobiegłem po dziewczyny, które jakby czekały na znak do powrotu na parkiet. Zabawa trwa dalej. 

1:00 (T+5:30)
Faza utrzymuje się dalej. Zaczynam czuć delikatne efekty nadmiaru wypitego alkoholu, lecz piję dalej. Nie mogę przestać żuć gumy od godziny, moje szczęki potrzebują tego. Wydaję mi się to tak naturalne i oczywiste, jak oddychanie. Ciągle odczuwam niecodzienną euforię. Powoli opadamy z sił.

2:00 (T+6:30)
Druga zamuła. Nieoczekiwanie ktoś puszcza piosenkę, która jest hymnem naszej grupy: Makc Korzh - "Amsterdam". W przypływie energii wbiegliśmy wszyscy na parkiet - zabawa trwała dalej. Powoli zaczynam odczuwać zejście z fazy. Próbuję dobić się za wszelką cenę alkoholem.

3:00 (T+7:30)
Zejście pełna parą. Najchętniej bawilibyśmy się dalej, lecz wszystkie sztabki zostałe zjedzone jakieś 4 godziny temu. Biorę koc, poduszkę, i kładę się na kanapę. Dziewczyny idą spać, chłopacy już też opadają z sił. Imprezy czas koniec.
 

Spisuję właśnie swoje wspomnienia w sobotę, wieczór. Mam kaca, jestem delikatnie rozdrażniony, czuję się co najmniej dziwnie. I nie jest to przyjemne uczucie. Czy poleciłbym komukolwiek MDMA? Tak, bez dwóch zdań. To co przeżyłem wczoraj było moim najszczęśliwszym wydarzeniem w życiu. Jeżeli znasz ludzi, z którymi to bierzesz - to gwarantuje Ci, że będzie to dla Ciebie niezapomniane przeżycie. Kochałem wszystkich i wszystko, emitowałem nieograniczoną empatią. Spróbowałem właśnie opisać to co przeżyłem, lecz wątpie czy oddaje to moje wczorajsze szczęście choćby w połowie. Branie MDMA to jak wygranie pieniędzy na loterii, i wydanie je w jeden wieczór. Inwestujesz w swoje szczęście. W pewność siebie, odwagę i euforię. Widzę po sobie, że trudno będzie mi zapomnieć o tamtych wydarzeniach. Muszę koniecznie ustawić się na kolejny raz. Ten Sylwester będzie moim najszczęśliwszym!
To mój pierwszy blog, weźcie go z przymrużeniem oka :)
 

Ocena: 

Odpowiedzi

Piękne przeżycie, ale troszkę skopałeś sprawę z dawkowaniem. Jeżeli chodzi o MDMA, to wrzucanie małej dawki na początek, a potem reszty daje bardzo słabe efekty. Zalecana opcja to od razu dawka docelowa po czym ewentualnie dorzutka w ilości tej dawki po dwóch godzinach. I wtedy 1.7mg/kgmc działa pięknie.

Ty żeby wystrzelić się aż tak, potrzebowałeś więcej M i przez to masz gorszy zjazd. A, i co do alkoholu, to jak pić, to już po tym, jak pixy wejdą, a najlepiej w ogóle.

Dawkowanie to czysta teoria,  wg Twojego przelicznika 120mg powinno podziałać na mnie pięknie (natomiast po 150mg było dennie). Jeden z chłopaków wziął 100mg, a jest cięższy ode mnie. 

Dzięki za poradę z alko, wypróbuje przy najbliższej okazji!

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media