Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

odmęty psychodelicznego błogostanu

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
1 blotter
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Piękne majowe popołudnie.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
420, 25C/25I-NBOMe, MDMA, Mefedron, Amfetamina, Kokaina.

odmęty psychodelicznego błogostanu

 

Słowa wstępu są zbędnę, jakieś grubsze rozkminy napiszę w raporcie odnośnie pierwszego razu z psychodelikiem. Ten trip budzi we mnie kontrowersje po dzień dzisiejszy.

 

19:00 Wale z kumplem po 1 kartoniku 25B-NBOMe. Kumpel który ze mna tripuje to K. Razem z nami idą dodatkowe 3 osoby(2 kumpli i koleżanka), maja zamiar pić alkohol i troche palić mj. Siedzimy na polance na obrzerzach miasta. Jeden z "trzeźwych" kolegów przygrywa na gitarce. Jest ogólnie piekny majowy wieczór. Podziwiamy zachód słońca i piękne czerwono-pomarańczowe chmurki.

 

19:40 Zaczyna powoli wchodzić. Czuje niesamowite uczucie gorąca przepełniające mój organizm. Czuje energe która rozchodzi mi sie od klatki pierśiowej aż po mój brzuch. Patrze na chmury a te lekko zaczynają falować, rozciągać się. Kolory nabrały mocniejszych barw oraz widze zmiane kontrastu.  Dominuje głównie kolor fioletowy, różowy, niebieski. Śmieje się w kierunku K i pokazuje mu palcem chmury. Razem mówimy WOOOW. Podniecamy się widokiem zachodzącego słońca w chmurach. Humorek dopisuje. 

Nasi trzeźwi znajomi nas pilnują i obserwują. Patrzę na nich z bananem na twarzy. Coś tam próbujemy rozmawiać, ale razem z K dukamy właściwie, bo nie możemy się na niczym skupić. Miedzy sobą z K się rozumiemy bez słów.

Wewnątrz siebie czuje uczucie podniecenia i tego, że zaraz się coś wydarzy.

 

20:00 Do mojej głowy dochodzi tysiące różnych bodźców. Patrze na swoją dłoń. Jest blada, widać na niej każdą żyłke i naczynie krwionośnie. Wydaje mi się, że trawa i drzewa oddychają. KURWA WSZYSTKO ŻYJE :D. Nagle mówię znajomemu żeby dał mi gitare. Gram jeden akord. Widzę jak struny wibrują i ta fala bije od nich i roznosi się po otoczeniu. Fala ma różne kolory, mieni się. Jaki zjebany akord bym nie zagrał to brzmi genialnie i daje mi niesamowita satysfakcję. Chmury już tańczą przy zachodzącym słońcu. Krajobraz wyglada jak ze Świetlistej Nocy Van Gogha. Do końca życia nie zapomnę tego momentu.

Patrze na moich znajomych i mówię "Tak jak myślałem, heh, znam ten stan". Uważałem, że nic mnie nie zaskoczy. Próbowałem już wcześniej tego specyfiku, więc wiedziałem czego się spodziewać. Czuje się idealnie. 

 

21:00 Masa robi się już w chuuuj mocna. Naglę włącza mi się szwędacz. Chodzę po polance, dotykam trawy. Obserwuje wszystko. Zaczyna się powoli ściemniać ale wszystko dobrze widzę. K na Nbomie robił się troche egoistyczny, co mnie trochę źle pofazowało. Idę do niego, żeby mu coś pokazać, a on mi odburknął "Nie wyprowadzaj mnie z tego pięknego stanu". Trochę mnie to przyjebało. Poczułem się odrzucony. Moi znajomi też w sumie nigdy nie pilnowali ludzi chociaż sami brali taki specyfik. Zaczynają nam zadawać jakieś głupie pytania typu jak się czujemy co widzimy. K znowu tym razem moim znajomym coś po chamsku odpowiada. Mnie też to irytuje bo brzmi jak zadawanie przez mohery pytania do jakiś sebków, typu "Naćpałeś się i co widzisz?". Kurwa, coś jest nie tak. Moi znajomi się speszyli. Otworzyłem sobie piwko i sączę. Patrze na korony drzew a na ich rysują się kształty jakiś szamańskich twarzy(masek/totemów?). Mam wrażenie, że rozumiem wszystko i potrafię odpowiedzieć na każde pytanie. 

 

21:15. Cevy i Oevy już mocno napierdalają, czuję peak. Wszystko wygląda jak z jakiegoś teatru kukiełek. Moi znajomi wygladają przezabawnie. K wygląda jak gruby troll. Jeden z moich znajomych jak kompletny cygano-ork XD. Budynki wyglądają jak z plasteliny. Drzewa oddychają. Moi znajomi odpalają jointa. Jako, że humor dobrze się mi udzielał i znałem już dośc dobrze tą faze to decyduje zapalić. K odmawia, bo wie że joint podniesie mu faze.

 

21:40 Po zapaleni jointa niestety robi się nie przyjemnie. Zaczynam ledwo co widzieć obraz. Widze mroczki przed oczami. Kłade się na trawie, zbiera mnie na bełty. Zamykam oczy i lecę po prostu przez kosmos. Gwiazdy wirują, tworząc fraktalny wzór.  Znajomi znowu pierdolą jakies głupoty do nas co i mnie irytować nie mówiąc o K. 

Zaczynam wskakiwać w bad tripa, pytam się co chwile trzeźwych znajomych czy zachowujemy się w miare normalnie. Szukam telefonu, porfela, chociaż oddałem to wszystko wcześniej trzeźwym znajomym, żebym na tripie tego nie pogubił. Wchodzę w moment okropnej paranoji. Nie umiem tego kontrolować, zapominam, że to przez Nbome. Czuję, że moi znajomi na mnie dziwnie patrzą. Zaczyna mi być głupio jakbym odwalił jakaś dziwną rzecz. Naglę cevy zaczynają mocno narastać. Mówię moim znajomym, że zaraz sie pożygam. Zaczynam mieć mroczki przed oczami które układają sie w siatkę/wzór. Praktycznie już nie słyszę znajomych. Jestem sam ze sobą. Zamykam oczy i widzę wszystkie okropieństwa tego świata, śmierci niewinnych osób, przygnebiające obrazy. Odczuwam wielkie uczucie bólu jakbym coś komuś zrobił, to uczucie pozostaje już do końca tripa. Moje ego zostaje rozjebane. Myślę, żeby się to jak najszybciej skończyło. Jest po prostu fatalnie. Dodatkowo jeden z moich znajomych(taki kompletny Janusz), zamiast siedzieć z nami to idzie coś zjeść mówiąc "że nie chce mu się to już siedzieć". Przez to bad trip jeszcze mocniej zaczyna działać bo wydaje mi się, że znajomy spierdolił bo się chujowo zachowujemy z K. Leże rozjebany czując się jak ziarnko piasku. K już kompletnie odlatuje, wygląda jak obłąkany w moich oczach.

 

22:30 Trzeźwi znajomi decydują się nas zabrać na spacer. Powoli wstajemy. Trochę mi mija już zła masa po joincie ale  dalej mam w sobie uczucie winy jakbym gdzieś zachował się nieodpowiednie. Staje się dość nieufny. Wchodzimy na chodnik przy ulicy. Infrastruktura miejska wyglada oblesnie. Wchodzimy do sklepu. Patrze na paczki czipsów i wyglądają jakby ktoś im przypiął malutka taśmę led z kolorami tęczy na krawędziach. Patrzę na twarze moich znajomych a one morfują i się zniekształcają. W sklepie czuje się jak w klatce, zaczynam ciężko oddychać i mam ochotę wybiec na zewnątrz. Wychodzimy na ulice. Idziemy dalej, podchodzimy pod jakaś galeryjkę w sklepie. Oglądamy kwiatki. Jeden z naszych trzeźwych znajomych zadaje pytanie czy te kwiatki są prawdziwe(naturalne). Patrzymy na nie razem z K. Od razu rozwiewamy wątpliwości mówiąc ze to plastik i to jest sztuczne. Jeden z naszych znajomych przyznaje zdziwiony nam racje. Zaczynamy się smiac. Wchodzimy znowu na jakieś tereny zielone. Idziemy przez mała zielona dróżkę pomiędzy działkami. Jedna z naszych znajomych (tych trzeźwych) ma wianek na głowie drugi kumpel niesie gitare. Wyglądamy jak dzieci kwiatów w latach 60. K domaga się muzyki. Wyjmuje telefon i wciska play na spotify. Zaczyna lecieć Edward Sharpe and The Magnetic Zeroes - If I Will Free. Jest znowu pieknie. Wszystko Wokół zyje znowu, rusza się oddycha. Pomimo ze jest ciemno widzę dosłownie wszystko. Zdaje mi się ze księżyc tak mocno swieci ze aż mnie razi. Księżyc oświetla nam droge a gwiazdy nad nami tańczą. Dochodzimy do miejsca przy polance gdzie wcześniej siedzieliśmy. Powoli nas puszcza. Zaczynam coś sklejać zdania próbując się porozumieć. Słabo to wychodzi. W końcu mówię „Słowa to boleść”. Wszyscy kiwają głowa XD. 

 

23:30 Trip juz schodzi, mogę już troche porozumiewać się z trzeźwymi znajomymi. Trochę jeszcze dziwnie  sie czuje, jak po wypiciu kawy. Wchodzimy do mieszkania moich znajomych. Pierwsze co robie po wejściu to siadam na orbitreka i zaczynam ćwiczyć XD. Znajomi cisną ze mnie beke a ja mam banana na ryju i udziela mi się dobry nastrój. Mówię moim znajomym, że Nbome to okropne gówno i nie ma podjazdu do LSD. Ide się umyć, prysznic przebiega zadziwiająco sprawnie. Jestem pobudzony w ciężki do określenia sposób, pomimo że bania troche boli. Wychodzimy z K na papierosa na balkon, patrzymy sie na blokowisko i plac zabaw. Pojawia się nutka zadumy i refleksji. Siedzimy dobre 30?/40?/60? min na balkonie patrząc w słabnące już OEVy. (jak się potem okazało oboje z K kontemplowalismy nad swiatem). 

 

02-04? Około 2-4 w nocy idziemy spać, a o 8 rano wstajemy zapierdzieleni na pociąg z K do naszej miejscowości. Ogarniamy się sprawnie i wychodzimy. Nie chcemy podejmować żadnej interakcji z ludźmi, przez co ich unikamy. Po prostu się nie chce nam z nikim gadać. Nadal troche rozumiemy się bez słów. Rzeczywistość wygląda przygnebiająco. Siadamy do przedziału w pociągu i niefortunnie kolo nas siedzi jakiś koleś w podeszłym wieku. Przez droge próbujemy spać albo szukamy jakiś grafik z fraktalami czy wizualizacjami psychodelików, które przesyłamy między sobą na messengerze XD.

 

 

Od tego tripa minęło już 4 lata. Po tych złych fazach nie brałem już żadnego psychodelika. Palę tylko 420 od czasu do czasu. Nigdy nie miałem tak beznadziejnej bomby, chociaż bawiłem sie już wcześniej z Nbomami. Myślę, że gwoździem do trumny było zapalenie jointa. W tym tripie mało było mocnych przeżyć mistycznych, raczej głupia zabawa i walka ze sobą w trakcie bad tripa. Ogólnie Nbomy to straszne wypierdalacze i nie polecam ich na pierwszy raz. 

Trip oceniam na takie 6/10, nic nowego mnie nie zaskoczyło, chyba że ta zła masa po skręcie. Nie był to do końca trip negatywny, ale też napewno nie pozytywny. Za wszelakie błędy w pisowni przepraszam. Jak coś ktoś zauważy to pisać to poprawie.

Ocena: 

Odpowiedzi

Tak już jest.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media