Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

o tym, jak kwas mnie odnalazł

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
jeden karton - (ponoć)150µg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Set: urlop, trwające od kilku dni radosne podniecenie w związku z tripem, w szerszej perspektywie - trochę standardowych, siedzących gdzieś z tyłu głowy problemów, nic wielkiego
Setting: sobota, schyłek lata, lekko zasnute chmurami niebo. Puste mieszkanie, pobliskie jezioro wraz z okalającym je lasem, tramwaj
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Trawa wszelakiej maści, haszysz, MDMA, ethcat, szałwia wieszcza, kodeina, władek.

o tym, jak kwas mnie odnalazł

21:32. Stoję na maleńkim balkoniku w bloku z wielkiej płyty i palę papierosa. Stara rura ze mnie - myślę sobie - skoro o tej godzinie po urodzinowych gościach został tylko zapach łychy, paczka po bibułkach i tytoń wdeptany głęboko w ruski dywan. 

I ten zupełnie niepozorny, starannie poskładany kawałeczek folii aluminiowej, zatknięty zapobiegawczo w suchym i chłodnym miejscu, gdzieś między jajkami a kostką masła. 

Dokładnie trzy lata temu wręczono mi identyczne origami. Z dwuznacznym błyskiem w oku i pogrożeniem palcem, że jestem już duża i chyba nie trzeba mi mówić, żebym „znowu nie żarła sama w tym fajnym lesie”. Zbyłam uwagę śmiechem - jak MDMA to i fajny las, i tyle. Zamiast spodziewanego błysku brunatnych kryształków, z pazłotka powitał mnie jednak widok żółto-zielonego kartonika. Pustka w głowie, wiadro lodu w żołądku, wypieki na policzkach.

Kilka kolejnych dni upłynęło na rytualnych przygotowaniach. Sprawdzałam prognozy pogody - to był deszczowy i zimny tydzień. Odkopałam przenośny głośnik. Wypełniłam odtwarzacz ulubionymi albumami. Wyprałam kocyk do tripowania™. Ćpuńską puszkę uzbroiłam w gram sativy i dwa klony. Uporządkowałam pokój i zdjęłam ten chujowy plakat Mayhemu, wykazujący podejrzany talent do krzywienia fazy. W przeddzień dałam znać współlokatorowi (M.), co się święci. Dopilnowawszy wszystkich chyba punktów BHP, co zresztą skutecznie odciągnęło mnie od niepotrzebnego roztrząsania mętnych za i przeciw i pozwoliło zachować względną czystość umysłu, zasnęłam spokojnym snem.

Spałam bardzo długo, nie śniąc, organizm postanowił uzbroić się w dodatkowe pokłady energii – a tej ostatnio mi brakowało. Po lekkim śniadaniu, podczas którego nieobecnym wzrokiem obserwowałam ustępujące chmury, wrzuciłam do plecaka (nie)potrzebne klamoty, a na dziąsło karton. Smakował niczym. Przypomniało mi się, że za dzieciaka namiętnie wpierdalałam papierki odklejone ze skórki chleba. Szybki rzut oka na zegarek – wpół do drugiej. Stukam nerwowo paznokciami o blat stołu, kot krąży między łydkami, domagając się obiadu. 

Po 14 na zewnątrz zrobiło się całkiem przyzwoicie pomimo zapowiadanego deszczu. Nie zastanawiając się długo złapałam za kurtkę i wybiegłam z mieszkania. Te schody są jakoś dziwnie wysokie… nic nie szkodzi, nogi jakby się wydłużyły i schodzenie jest czystą przyjemnością. Skaczę po dwa, po trzy. Buty śmiesznie skrzypią. Ulice zalane ciepłym światłem, faktura chodnika sprawia wrażenie delikatnie wyostrzonej. Mijam matkę z wijącym się, wrzeszczącym dzieckiem, wygląda jak Pieta i Magda Gessler w jednym. Bluzkę ma ubrudzoną roztopionym lodem. W głowie słyszę dżingiel z reklamy proszku do prania. Jedni mają Shivę, ja mam Chajzera – myślę sobie i bardzo bawi mnie ten popkulturowy sajgon w głowie. Myśli jak orangutany przeskakują z pnącza na pnącze. Nogi robią się coraz bardziej miękkie, trochę drży mi podbródek, czuję nadchodzący bodyload. Jak dobrze, że wyszłam z mieszkania i jestem w ruchu. I to jakim! Zdumiewa mnie idealne współdziałanie kośćca ze ścięgnami, mięśniami, impulsy nerwowe podróżujące z niebywałą prędkością przez całe ciało, niezwykła koordynacja tylu elementów, harmonia tak niemożliwie trudna do odtworzenia przy użyciu odpornych na rozkład siłowników i układów sterowania. Może i agent Smith miał rację. Może jesteśmy rakiem toczącym tę planetę, ale za to z jaką gracją. Kołyszę biodrami to w jedną, to w drugą. Coraz bardziej miękko, prawie jak po emce, mam ochotę się położyć. Facet z wąsem gwiżdże za mną. Odgwizduję. Śmiejemy się. Założyłam sobie, że dotrę w moje ulubione miejsce – to jest przegniły drewniany mostek przy brzegu pobliskiego jeziora.

Jestem na mostku. Od zainstalowania papierka w paszczy minęła prawie godzina. Czuję niepewność, ścisk w żołądku, nie wiem, czy usiąść, leżeć czy lepiej to rozchodzić. Szukam papierosów. Ostatecznie postanawiam wyciągnąć kocyk, wygodnie się rozsiąść i pooddychać przeponą, co zwykle ratuje sytuację. Zamykam oczy. Wdech. Czuję zapach wilgotnego drewna, szlamu i bujnej roślinności. Wydech. Wdech. Słyszę nawoływanie czajki, miarowy plusk wody i dziesiątki pasikoników. Wydech. Otwieram oczy. Szeroki horyzont. Słońce wyszło zza chmur, jego blade promienie padają na rozedrganą taflę jeziora i odbijają tysiącami maleńkich punkcików, które niknąc zostawiają za sobą eteryczny poblask. Niektóre niebieskawy, inne wpadają w róż, ale jednocześnie wszystkie są żółte i przyjemnie oślepiające. Przedstawienie rozgrywa się na tle ruchomych odbić drzew. Skupiam wzrok, by wyodrębnić choć jeden z zarysów i sparować go z jego pierwowzorem. Wybucham śmiechem, bo moje wysiłki są bezskuteczne. Woda zdaje się być podzielona na pasma, nałożone na siebie  równolegle jedno za drugim, od najdalszego do najbliższego planu. Każde porusza się własnym rytmem, jak w starych animacjach. Przeciwny brzeg wydaje się odległy, porastająca go szata wykazuje powtarzalny motyw, kopiuj-wklej. Sosny mają pnie rude jak ogień i sprawiające wrażenie podobnie bezcielesnych, chociaż rzucają nakrapiane, fioletowe cienie. Z każdą sekundą robi się lepiej, mnogość bodźców stawia mi włoski na karku. Otoczenie zdaje się zawijać w sferę, jestem zamknięta w wykonanej z zegarmistrzowską precyzją kuli śniegowej, wypełnionej holograficznym brokatem. Jednocześnie nigdy chyba wcześniej nie czułam się tak nieklaustrofobicznie. Wtedy moje spojrzenie wędruje wyżej, w niebo. Ma najpiękniejszy odcień błękitnego aksamitu, jedne z chmur wyglądają jak strzępki waty, drugim przenikające światło nadaje barwy owczej wełny, inne są stalowoszare, ciężkie od deszczu, płaskie od dołu i jak bita śmietana u góry. A wszystkie zdają się pomnażać, zlewać w jedność, rozciągać w nieskończone, fraktalne formy... Im dłużej patrzę, tym bardziej jestem pewna, że obserwuję niebiańską orgię. Nie muszę się przekonywać, że to wygląda trochę jak uda, tamto jak wygięty w łuk grzbiet – widzę to wyraźnie. Wszystko jest w ruchu, wszystko pulsuje, oddycha i tańczy w rytm nieznanej mi muzyki. A co, gdyby…

Gorączkowo grzebię w plecaku za odtwarzaczem i głośnikiem. Wypada też jabłko i turla się po stoczonych przez korniki deskach, skutecznie zajmując mi 100% RAMu. Zapominam na chwilę o muzyce, podnoszę jabłko i usiłuję pojąć, jak mogłabym przeżuć, przetrawić i wydalić coś tak pięknego. Koncepcja jedzenia wydaje mi się w tym momencie groteskowa. Biochemiczne mechanizmy, którymi chwilę temu się zachwycałam, to finezyjne algorytmy zaimplementowane w kupie śmiesznej, włochatej galarety, która udaje mniej włochatą i nosi krawaty. Nie zgłębiam. Chowam jabłuszko na później.

Litery na wyświetlaczu odtwarzacza podskakują, zamieniają się miejscami, zmieniają krój i kolor, każdy z pikseli ma inny kształt. Po kilku próbach, okraszonych głupim śmiechem, udaje mi się odpalić jeden z numerów Stars of the Lid, z albumu z różową okładką. Wraz z pierwszymi, miękkimi dźwiękami elementy krajobrazu wstrzymują dech, nasłuchują wraz ze mną. Nagle miękną im kolana, jakby od muśnięć szorstkiej dłoni wzdłuż szyi i karku. Poddają się zupełnie tym pieszczotom, pozwalają prowadzić muzyce ku słodkiemu zjednoczeniu. Ich piersi miarowo wznoszą się i opadają, pnie wiją w ekstazie, prostują, kurczą, źdźbło trawy urasta do rozmiarów starego dębu, jaskółka chwyta muchy tuż nad powierzchnią jeziorka, lśni w słońcu jak ostrze, pozostawiając za sobą wielobarwną smugę. Chmury wybrzmiewają teraz teksturą basowych dronów, smyczki migoczą i skaczą po lustrze wody, gdzieś zza linii horyzontu dobiegają odległe, chłodne pętle, pulsujące mnogością odcieni. Nie analizuję. Chłonę tę niesamowitość całą sobą, taką, jaka mi się jawi. Drżę z rozkoszy, czuję się jak perwers i podglądacz, i dziecko, i zwierzę w potrzasku. Wtedy na mostku ląduje wielka ważka. Albo mały, chiński smoczek o ciele z labradorytu i kryształowych skrzydełkach. Zamrugał do mnie, przybrał antropomorficzną postać i odleciał.

Smok ugasił to niejasne poczucie winy, wynikłe z codziennego skostnienia, z uproszczonego postrzegania, wyuczonego przez dwie dekady życia, a którego kwas tak brutalnie mnie teraz pozbawił, postawiwszy w obliczu nieskończonego piękna. Brak chroniącego zmysły przed przeciążeniem filtra symultanicznie ekscytuje mnie i przyprawia o mdłości. Symbole odklejają się od znaczeń, założenia tracą sens. Wsuwam zatem na nos kalejdoskopowe okulary i przez kolejną wieczność poddaję się audiowizualnej chłoście, płacząc z radości.

Wstaję. Po negatywnych wrażeniach oraz poczuciu czasu nie ma już śladu. Jestem lekka jak piórko, buty są śmiesznie małe albo bardzo daleko. Zakładam pelerynę z koca, pokrytego paprochami oraz siatką fraktali, w których zauważam stylizowane wizerunki zwierząt. W tej gustownej zbroi w zwierzątka, niesionadźwiękami Geogaddi Boards of Canada ruszam w stronę opuszczonej budowy, oddalonej o jakieś dziesięć minut spacerem. Muzyka watocukrowi mi wnętrzności, budzi tę znaną już nostalgię za momentami, których nie doświadczyłam, fantomowe wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w miejscach, w których nigdy nie postawiłam stopy. Mały, niebieski rower z czerwoną chorągiewką. Odblaski wieczornego słońca w doniczce z kaktusem na parapecie pokoiku na najwyższym piętrze bloku. Zapach żółtych śliwek, podkradanych sąsiadowi wespół z kolegą z obdartymi kolanami. Obrazy przemykają przez głowę to na kształt pożółkłych slajdów, to jak urywki z VHSa. Upajam się tymi fałszywymi reminiscencjami, ich podsycaną kwasem mocą i otaczającą je ciepłą, pluszową aurą. Śmieję się w duchu, że wcale nie są takie fałszywe i że to najprawdziwsze kadry z poprzedniej inkarnacji, są przecież tak żywe, szczegółowe i sugestywne. Cyklicznie powracają w snach, czasem też na emkowym afterglow. Konfrontuję urojone dzieciństwo z realnym, widzę sześcioletnią siebie zaplatającą warkocze drugiej sześcioletniej mnie.

Zaabsorbowana muzyką wplątuję się po drodze we własne włosy i kilka pajęczyn. Dotarłszy na miejsce wyciągam z plecaka lusterko i uznaję, że do twarzy byłoby mi z takim siwym, jedwabistym pasmem. Nawet z tym zmiennokształtnym nosem, skórą usianą fioletowo-zieloną siateczką pulsujących żyłek i tym paskudnym grymasem szaleńczego uniesienia. Zniekształcony obraz mojej paszczy bawi mnie do łez. Jedynie oczy wyglądają tak, jak powinny – nie szkodzi, że są dwa razy większe niż zwykle, a źrenice zaraz rozsadzą tęczówki. Są odporne na wypaczenia, wpatrują się bystro we własne odbicie. „Moja dusza wreszcie jest trzeźwa” – przebiega mi przez myśl i kwituję to śmiechem, bo czuję, że każdy jej kwant dostał skrzydeł i zębów i zaraz z pasją weźmie się za przerabianie właściwej sobie płaszczyzny egzystencji w trójkąt Penrose’a. Szaleństwo.

Przypominam sobie, jak pięknie wyglądają oczy M. po MDMA i uznaję za doskonały pomysł poinformowanie go o tym telefonicznie. Składanie koherentnych zdań okazuje się komicznie trudne. Tańczę i słowa obijają się o ścianki czaszki, łączą w dziwne, przejrzyste amalgamaty, wypadają uchem, lotem trzmiela docierają do krtani i szarpią struny głosowe na melodię obłąkania. „Ja cię, ty wiesz, jak pięknie na mnie patrzysz, przepraszam”. Przygłuszone śmiechem wyrozumiałe podziękowanie i troskliwe pytania o stan rzeczy spotykają się z potwierdzeniem, że wszystko w najlepszym porządku, i że jeszcze nie zgubiłam telefonu. Musimy skwasić się razem. Wszyscy na świecie muszą się skwasić.

Myszkuję po szkieletach budynków, stalowe pręty prężą się w betonie i  przywodzą na myśl truchło połyskujące nagimi żebrami. Nurtuje mnie to miejsce, jest cudnie szpetne i tak bezsensownie ociekające kapitulacją. Wizje własnych trupów budzą się gdzieś w potylicy, jedna po drugiej wbijają ostre pazury w korę mózgową, pnąc się wyżej i wyżej. Zaśmiecę mój fajny las takimi przykrymi absurdami, tkwiąc w niekonsekwencji i hamletyzowaniu o hamletyzowaniu. A żeby odgruzować, trzeba będzie buldożerów, a po lesie zostanie całkiem niefajne karczowisko.

Nie lubię karczowisk.

Ta niteczka babiego lata, której uchwyciłam się kilka miesięcy temu siedząc wśród erodujących ruin jest już przyzwoitym sznurem. Z części uplotłam hamak i rozwiesiłam pomiędzy filarami wspierającymi pustkę. Jest najwspanialszy, zrobiłam go sama, od początku do końca. Tyle na razie wystarczy, po cholerę porywać się na pałace.

Ruszam dalej, tym razem obieram azymut na plażę i park rozrywek w bardziej obleganej części nadbrzeża, ładny kawałek drogi. Kątem oka zauważam szczególny blask w ściółce. Grzebię w niej rękoma. Znajduję chrząszcza – jest przepiękny, jego chitynowy pancerzyk mieni się szmaragdowym gradientem, ale to nie to. Pozwalam stworzonku wejść na dłoń, obserwuję przez chwilę i delikatnie odkładam na ziemię, życząc dobrego dnia. Szukam dalej. Wymacałam coś twardego i zimnego. Z głośnika unoszą się pierwsze nuty Sunshine Recorder, już pewnie n-ty raz, a ja trzymam w dłoni szkło powiększające. No cóż, Wszechświat chce, żebym została heliografem. Podnoszę soczewkę w stronę słońca, wychwytuję jego rozproszoną energię i skupiam w jeden silny promień, i trafiam nim prosto w oko. Jestem bardzo głupim, niedziałającym heliografem. Wszechświat zdaje się być niewzruszony tym failem, przystępuję więc do użytkowania szkła zgodnie z przeznaczeniem, przykładając do wszystkiego, co uznaję za interesujące – czyli do wszystkiego. Od własnych paznokci, przez nagie, pomarańczowe ślimaki, które i bez powiększenia były całkiem paskudne, po zgniecione papierki, pióra i całą masę innych pierdół. Ślimaki konkretnie zabiły mi ćwieka –  nie byłam w stanie stwierdzić, czy faktycznie pulsują różnymi tonami pomarańczu, poza tym oddawały się namiętnej, obojnaczej kopulacji. Jestem boskim idiotą, tu mam szkiełko, tu mam oko. Które nadal trochę boli.

Błądzę niespiesznie po lesie, chłonę te wszystkie subtelności, kora drzew zajmuje mnie bardziej niż najlepsze lektury. Tarzam się w trawie i całym tym sensorycznym przeładowaniu, które tak początkowo mnie onieśmieliło, a zostało najwyraźniej osią tripa, upstrzonego tu i ówdzie introspektywnymi plamami. Nie mogło być inaczej, jestem estetką, turpistką, myślę obrazami, tworzę je,  raduje mnie ta proporcja nakierowań i czuję, że przeżywam pełnowartościowe doświadczenie.

Przesycona naturą decyduję się na konfrontację z ludźmi. Zżera mnie ciekawość. W miejscu, gdzie lasek rzednie, stoi pierwsza z rzędu ławek. Dochodzą mnie głosy dzieci, szczekanie psa i tym razem nie są to sample z głośnika. Wyłączam muzykę. Idąc dalej czuję się, jakbym wkraczała na nową RPGową mapę, zmiana otoczenia jest tak oczywista, że wali w łeb jak obuchem. Cofam się o krok – słyszę znajomy soundtrack, barwy są głębsze, atmosfera gęstsza. Krok do przodu – nowa melodyjka, wypłowiała kolorystyka i mnóstwo pozamykanych drzwi, kuszących nieznanym lootem. Siadam na ławce i odpalam waniliowego papierosa, który smakuje świeżym mango. Śmieję się jak debil ostateczny, z włosów wypadają ostatnie świerkowe igły.

Cyfry na wyświetlaczu składają się w liczbę 19.45. Jest sobota, zaraz wpadnę na pierwszych ludzi, potem będzie ich więcej i więcej. Są! Mija mnie para na rowerach, chyba Watson i Crick, bo zostawiają za sobą ciągłą, podwójną helisę rozmytych we wstęgę uśmiechów, spojonych dyskretnym brzmieniem dzwonka. Rower to fajna rzecz. Prawie tak fajna, jak las. Następni. Para z dzieckiem. On podchodzi do mnie i chyba łamaną angielszczyzną prosi o uwiecznienie ich manekinowych postaci na zdjęciu. Nie rozumiem, po co, nie obchodzi mnie to. Strzelam fotę, dla pewności drugą, obie wyglądają jak do katalogu kukieł rodem z opowiadań Ligottiego. Wszystko się zgadza. Oddaję aparat z szerokim uśmiechem i brnę dalej w ten piękny, okrutnie syntetyczny świat.

Dotarłam do mrowiska. Przycupnęłam na pagórku z jedną ławką, odpaliłam papierosa znalezioną zapalniczką z kotkiem. Wokół feeria zapachów. Kilkudniowa frytura. Chlor z fontanny. Perfumy, których nutą serca jest spirytus. Mokra psia sierść. Jak… inaczej. Czuję nowy gatunek współczucia dla dziesiątek uwijających się wokół papierowych budek mróweczek. Współczucie pozbawione cienia schadenfreude. Jak to, to uważacie za wypoczynek? Dlaczego to sobie robicie? Chodźcie, pokażę Wam największe drzewo w lasku, gniazdko zimorodka, woda w jeziorze nie pachnie chlorem, możemy się najeść jeżyn… Tam zabierzcie dzieci. To kilka minut drogi stąd!

Są tak zmęczeni. Nic tu po mnie.

Nieco przybita i zrezygnowana zmierzam w stronę osiedla, zaliczając po drodze park. Brutalistyczna architektura jakby coraz wyraźniej odcina się na tle nieba barwy ekranu monitora, dostrojonego na niestniejący kanał. Katedralne wokale i potężne, basowe bity z Luxury Problems Andy’ego Stotta sączą się przez słuchawki i nakładają na świat cyberpunkowy filtr. Nagle chce mi się blasku neonów, zgrzytu stali, nocy o estetyce jak z Enter the Void. Najlepsze, co mogę w tym kierunku poczynić, to wsiąść w tramwaj. Akurat podjeżdża śmierdząca moczem, nietypowo pusta dziewiątka. Perfekcyjnie. Światło w puszce jest fatalne, zimne i mdłe, pada pod kątem podkreślającym każdą nierówność i zmarszczkę na twarzach współpasażerów, wszyscy mają zjeżone brwi i małpie twarze. Na kolejnym przystanku wsiada grupa dziewczyn w nowowiksiarskich ciuchach i mam przed oczyma obrazek prostytutek z The Holy Mountain Jodorovsky’ego. Tylko, że tam był jeden szympans, tu jest sześć. Bardzo piękych zresztą.

Za oknami już zupełnie ciemno. Czuję się tu tak bezpiecznie.

Wciskam słuchawki głębiej w uszy. Wrzucam mój ulubiony album, najbardziej hipnotyczną, surrealistyczną, a jednocześnie tak boleśnie przyziemną godzinę z hakiem czystego, urbanistycznego piękna, mianowicie Liumin Echospace’a. I tę godzinę z hakiem spędzam w tramwaju, połknięta przez hipnagogiczne wizje, napędzane tą dziwną dychotomią otoczenia. Których próżno tu opisywać.

Wracam do mieszkania po 23. Od wejścia po cichutku wita mnie M., zaprasza do wspólnego pokoju, gdzie jedynymi źródłami światła są nocna lampka i rozżarzony joint. Rozkładamy się wygodnie na kanapie, wtulam się w niego, pachnie jaraniem i czymś bardzo słodkim. Zaciągam się dymem, a on wyciąga jeszcze dwie igły z moich włosów. Opowiedziałabym mu tyle, ale on rozumie. Widzi mnie przecież. Kot wskakuje między nas z głośnym pomrukiem, ma aztecki wzorek na czole i zdaje się wyjątkowo wyrozumiały nad faktem, że nie dostał dziś kolacji.  

___________

Mój pierwszy TR. Spisany na świeżo, kolejnego dnia po tripie. Odkopany w dniu urodzin z zakamarków dysku, sentymenty zalały mnie na tyle, że przeredagowałam wstęp i postanowiłam podesłać do publikacji. :)  

Ocena: 

Odpowiedzi

Poezja. Eeeech, gdyby wszystkie raporty tutaj były tak pisane...

Dzięki! Pamiętam niecodzienną lekkość pióra podczas pisania tego raportu, podszytą jednak frustracją - że pomimo szczerych chęci nie potrafię wierne oddać kwasowej rzeczywistości. Teraz już wiem, że to najzwyczajniej niemożliwe :)

To jest niesamowite..,,

Pytasz co u mnie ? Wszystko spoko w sumie.

Namiętnie czytam wszystko na NG, ale to będzie mój pierwszy komentarz, aż się zalogowałem! Akapit o mrowisku jest świetny, nie wiem czemu do mnie trafił, ale trafił:)

Dzięki! To bardzo powszechne odczucie na kwasowych tripach, psychonauta się w Tobie odzywa ;)

Trudno coś mądrego dodać do tego, co zostało powiedziane i uchwycone. Kryste Panie, jak to płynie i ile strun porusza.

Zarąbisty TR. Pierwszy jaki przeczytałem w takim klimacie. Gratuluję :)

Wspaniały trip raport, świetny styl pisania i wielkie dzięki za genialną muzyke. ;)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media