Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

nie otwieraj oczu

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
2 gramy grzybów psylocybinowych, kilkanaście naboi z N2O, pyłek passiflory (około pół łyżeczki)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Festiwal sprzyjający psychodelicznym podróżom. Słoneczne późne popołudnie. Trip grupowy, jednak reszta ekipy na kwasie.
Wiek:
26 lat
Doświadczenie:
LSD x4, MDMA x6, DXM x3, marihuana x dużo, alkohol x dużo, amfetamina x dużo, pregabalina x dużo, 2C-B x4, mefedron x2, ketamina x1, kodeina x2, klonazepam x1, N2O x dużo

nie otwieraj oczu

- Niech mi pan powie jeszcze tylko jedno – odezwał się Harry. – Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?

(…)

- Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?

-J.K.Rowling, Harry Potter i Insygnia Śmierci

 

Wstęp

 

- Poproszę audiencję u Czarodzieja – dosiada się do nas uśmiechnięta dziewczyna. Czarodziej otwiera torbę, w której schowane są grzyby i kwas, po czym stwierdza, że wymieni na owce albo siano.

 

Gramy w Catana, także powyższy żart był nawiązaniem do brakujących mu kart. Ja gram w to pierwszy raz i idzie mi marnie, ale nie mam parcia, żeby być dobra, bardziej dosiadłam się dla interakcji z ludźmi i samej przyjemności grania. Z grających znam tylko Czarodzieja i to słabo, ale mam ochotę na nowe znajomości.Poza tym lubię planszówki.

 

Po skończonej grze sama dokonuję transakcji – chcę w końcu spróbować grzybów. Nie planowałam ich dziś, nie miałam pojęcia, że Czarodziej będzie tu z magiczną torbą, miałam ze sobą parę innych substancji, ale skoro one same tak chętnie do mnie przyszły...Pytam go jeszcze, jak mniej więcej określiłby różnicę między kwasem a grzybami, żeby się mentalnie przygotować.

 

- Kwas jest jak lot rakietą w kosmos, a grzyby są jak spływ kajakiem. Zawsze możesz się zatrzymać. - ekstra, tego mi dziś trzeba. Biorę dwa gramy.

 

Na nierównym podłożu waga wariuje, plączemy się chwilę po terenie festiwalu, w końcu trafiamy do czarodziejskiego obozu i tam udaje się odważyć moją porcję.

 

Lecę szukać swojej ekipy. Nie znajduję ich przy namiotach, zahaczam o stoisko ze świeżymi sokami, wybieram pomarańcza-ananas-goździki i wtedy dostaję smsa od Cthulhu, że ekipa już zaczyna. Zbieram się do namiotów, gdzie osoby już są w trakcie rozpuszczania kartoników pod językami.

 

T+0 Biorę mus owocowy w tubce, dla zabicia ponoć ohydnego smaku grzybków, jednak szybko się okazuje, że w zasadzie smakują jak siano. Niemniej mus truskawka z gruszką się przydaje, bo spożycie takiej ilości siana naraz nie jest bynajmniej smakowym doznaniem dnia. Świeży sok też pomaga.

 

W międzyczasie dostaję od koleżanki z naszego obozu pyłek passiflory – ponoć daje barwne sny i podbija tripa. Zjadam zaciekawiona. Chcę, żeby było kolorowo.

 

T+10-15 min.Razem z Cthulhu ruszamy pod scenę i w międzyczasie uznajemy, że to idealny moment na szachy. On wraca więc do namiotu i z powrotem pod scenę z szachami, a mi już się zaczynają ładować. Czuję w zasadzie nie wiem jeszcze co, ale skupić się na grze jest naprawdę ciężko i Cthulhu, któremu kwas ewidentnie ładuje się wolniej, ogrywa mnie spektakularnie. Robię tragicznie głupie błędy, a w międzyczasie przymykam oczy i lekko odpływam. „Ona na trzeźwo jest lepsza ode mnie” – słyszę jak mój przeciwnik komentuje do kogoś obok, ale mam zamknięte oczy i aktualnie stapiam się z trawnikiem, leżąc na brzuchu naprzeciwko szachownicy. Miło jednak to słyszeć. W końcu widzę już, że właściwie to dwa ruchy i mat, mam ochotę palnąć „kończ waść wstydu oszczędź”, ale zanim to robię, to ta myśl im ucieka. Mówię tylko jak mnie ostatecznie zamatować, żeby już się nad tym nie męczyć, po czym kładę się z czołem na ziemi i wdycham zapach natury. Jestem zlana z planetą Ziemią.

 

T+ 30-40 min. Idziemy do namiotów, czuję ładowanie się grzybów coraz bardziej, ale łagodnie, równomiernie. Kwas ma tendencję do tworzenia sinusoidy w odczuciach oraz do silnych bodyloadów, grzyby najwyraźniej tego nie robią. Odczucia fizyczne są, lekkie dreszcze i łagodne zmiany temperatury, jakaś płynąca w ciele energia, ale nie jest nieprzyjemna.

 

Przy namiotach kładę sięna hamaku, mając pod ręką mój zestaw do balonów. Ładuję sobie kilka z rzędu, ciesząc się ciekawymi odczuciami, bardziej barwnymi i intensywnymi niż na samym podtlenku azotu. Patrzę sobie na korony drzew, które robią się jakby bardziej geometryczne, a na pniach mój wzrok bezwiednie odnajduje twarze. Jest mi miło, dobrze i wygodnie. Przymykam oczy i wizuale szaleją. Tymczasem wszystkie dźwięki w tle są zwielokrotnione, odbijają się echem, sens słów z zasłyszanej rozmowy nie dociera jak normalnie, tylko otwiera w głowie jakieś inne wątki.

 

T+ 1hPrzymykam oczy, ale coś mnie stopuje i co chwila je otwieram i znów przymykam. Wiem, że tam są wizje, ale boję się im poddać, dać się porwać, bo wiem, że zaraz kompletnie wsiąknę w tripa i nie będę miała nad tym kontroli. A jednocześnie chcę zostać zabrana w podróż, mówię więc sobie w myślach, pół żartem pół serio – no dobra, Duchu Grzybów, dajesz. Co masz mi mądrego do powiedzenia. I wtedy coś w mojej głowie mówi mi, żebym nie otwierała oczu. Nie jest to słyszalny głos, ale bardzo wyraźna myśl, nie pochodząca z najbardziej kontrolowanej przeze mnie części świadomości, tylko jeszcze bardziej z głębi. Nie otwieraj oczu, choćby nie wiem co się działo, nie otwieraj oczu.

 

Udaje mi się za drugim podejściem i wtedy zostaję porwana w tunel wizji. Pierwszy etap jest jednak straszny – to pająki. Co prawda mają neonowo czerwony kolor i właściwie tylko kształt pająków, bez żadnych koszmarnych szczegółów, ale poruszają się jak pająki i płyną w moim kierunku, a zbliżając się - rozpływają na granicy widzenia. Ale za nimi lecą kolejne i kolejne. Staram się wyciszyć oddech, nie ruszać. Nie bronić się, bo ze strachem nie ma co walczyć na siłę, trzeba mu się poddać. Wtedy znika.

 

Jim Morrison powiedział kiedyś: Expose yourself to your deepest fear. After that, the fear of freedom shrinks and vanishes. You are free. Jest to cholernie trudne do wykonania, niemniej tym razem robię właśnie to. Jestem jak w półśnie, w transie. Pająki płyną, ruszają się i znikają, a ja coraz bardziej spokojna, wiem, że to niedługo minie i wtedy przyjdzie kolejna wizja.

 

Teraz pojawiają się łagodne, niebieskie istoty, z długimi, falującymi włosami. Mówią kobiecym głosem i… leczą mnie. Ich długie, cienkie, również falujące palce, jakby wykonywały jakąś misterną pracę przy moim sercu. Mój mózg przełączył się nie wiem kiedy na angielski (którym posługuję się równie płynnie co polskim), pamiętam więc spokojnym, łagodnym tonem mówione słowo „healing”. Pozwalam im leczyć ile trzeba. Jednocześnie uświadamiam sobie, że to nie są jakieś magiczne stworzenia, które przyszły z zaświatów. Te byty, które teraz spotykam, cały czas są we mnie. Nic, co zobaczę po psychodelikach nie przyjdzie z zewnątrz – to wszystko dzieje się we mnie w środku. I dziś mam możliwość spotkać bogactwo mojego wewnętrznego świata.

 

Przychodzą kolejne byty, mniej określone, bardziej chaotyczne i kolorowe. Te przychodzą z mądrością i z wartością dodaną. Z rozwojem. Te trzy etapy są w absolutnie idealnej, koniecznej kolejności. Mierzenie się ze strachem. Uleczanie. Rozwój.

 

Obecność tych stworzeń we mnie przypomina mi scenę z filmu Labirynt, kiedy Sarah udając się w ostatni, samotny etap podróży, żegna się z przyjaciółmi, a oni mówią jej wtedy, że gdyby kiedykolwiek ich potrzebowała, wystarczy, że zawoła. I to teraz mówią mi moje istoty. Że zawsze tu będą.

 

Łagodnie wybudzam się z transu, czując, że to już. I nagle słyszę wyrwane z kontekstu zdanie z czyjejś rozmowy, które w dodatku brzmi jakby ktoś podkręcił głośność:

 

- Narodziłaś się na nowo!

 

No pięknie. Ewidentnie było to powiedziane żartobliwie, fragment czyichś wygłupów, ale wstrzelił się w moment piorunująco.

 

T+ 1,5h Wstaję z hamaka i orientuję się, że moja ekipa gdzieś zniknęła. Trochę szkoda, ale też jednak dobrze, że mnie nie budzili. Teraz muszę siku, a ta prozaiczna czynność okazuje się w krainie grzybów nieco utrudniona, bo mam małe poczucie odległości w przestrzeni, dźwięki wciąż robią efekt echa, a ja boję się ludzi – głównie tego, że komuś nie spodoba się, jak bardzo jestem naćpana, albo, że będzie próbował wejść ze mną w interakcję, a mi nie uda się tego ogarnąć. Niemniej lęki swoje, a pęcherz swoje, więc wyruszam przez pole namiotowe, unikam ludzi wzrokiem, już prawie jestem w łazience gdy nagle słyszę słodkim głosikiem „Dzień dobry!” - no kurwa pięknie. Na oko 3-letni chłopiec. W środku modlę się, żeby to nie było do mnie, jednak głosik ponawia pozdrowienie i teraz muszę odpowiedzieć. Odpowiadam i tym razem jednak modlę się, żeby to było do mnie i że nie wygłupiłam się odpowiadając, bo naprawdę nie ogarniam rzeczywistości.

 

Uff, jestem z powrotem koło namiotu. Myślę co robić, ale szukanie ekipy w tym stanie jest niemożliwe, a używanie telefonu bardzo trudne, wpełzam więc bezpiecznie do namiotu i tam już spędzam peak, na który właśnie dotarłam. Teraz nie byłabym nawet w stanie ustać prosto.

 

Ilekroć zamykam oczy, wizuale i uczucie spadania lub płynięcia przez czasoprzestrzeń kompletnie przejmują nade mną kontrolę. Chciałabym, żeby ktoś przy mnie był, ale teraz się to nie uda, poddaję się więc tripowi i lecę przez te fajerwerki kolorów i wzorów. Tymczasem moja świadomość zaczyna robić ciekawe rzeczy. Rozmyślam o tym, że mój wewnętrzny głos myśli, ten, który najbardziej kontroluję, nie jest przecież jedynym co się w mojej głowie dzieje. Są przecież myśli mimowolne, jest podświadomość i różne inne części mojego umysłu i żadna z nich nie jest mniej czy bardziej mną. Tak więc mój najbardziej świadomy głos, który chyba określilibyśmy mianem ego, wobec tego odkrycia zaczyna jakby przygasać. A inne części mojej świadomości rosną w siłę. Od mojego ego odrywają się jego części. Myślę, czy to jest przedsionek śmierci ego, ale chyba to jeszcze coś ciekawszego. Rozfragmentowanie ego. I każdy z tych fragmentów to ja.

 

T+ 2h Peak powoli schodzi, znajomi wracają. Mam towarzystwo na kolejną wycieczkę do łazienki, co jest mniej przerażające niż samej. Oni są jeszcze pokwaszeni równo, a ja powolutku trzeźwieję. Siadamy sobie naprzeciwko rozwieszonych między drzewami ręczników, na jednym z nich wyjątkowo okropnie narysowane piesek i kotek robią nam tło do zabawnych rozkmin, a im jeszcze dostarczają efektów wizualnych. Trochę wkręcam chłopakom tripa, będąc już najbardziej trzeźwa z towarzystwa, jednak z zupełnie pozytywną intencją.

 

Później chodzimy sobie jeszcze po terenie festiwalu, rozmawiając, a ja czuję, że naturalnie wchodzę w rolę tripsittera.

 

Wieczór

 

Spacerujemy sobie razem z Cthulhu. Trafiamy na Czarodzieja, który właśnie szuka zgubionych wcześniej dwóch gramów zioła. Zamieniam parę słów na temat mojego tripa. Sępię fajkę, bo moje zgubiłam w piątek. Cthulhu mówi, że czuje się tak ok, że wszystko co robimy mu pasuje i równie dobrze możemy iść za Czarodziejem. Idziemy do ich obozu, dosiadamy się i ja już bardziej składnie opowiadam o moim tripie. Okazuje się, że jedna osoba jest właśnie na grzybach, robię jej więc dobre tło.

 

Wracamy do naszego obozu i siedzimy w kręgu przy lawendowej świeczce. Ludzie dookoła muzykują, a ja wzniecam jeszcze resztki tripa za pomocą balonów, które wciąż dają spotęgowany efekt.

 

Na koniec myślę sobie tylko, że Czarodziej nie miał do końca racji. Faktycznie podróż była łagodniejsza niż kwas i przypominała płynność rzeki… niemniej nie powiedziałabym, że dało się zatrzymać.

 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media