Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

milion spazmów na sekundę i umysłowy orgazm w notacji wykładniczej

milion spazmów na sekundę i umysłowy orgazm w notacji wykładniczej

Substancja: LSA w formie ekstraktu z Morning Glory (Ipomoea violacea) – 6 kapsułek Druid’s Fantasy

Wiek, waga: 19lat, 60kg

Exp: LSA, Ilex guayusa, Benzydamina, DXM, THC (marihuana, haszysz), etanol, nikotyna, kofeina

S&S: Dom, las, miejscówka nad jeziorem, łąka, mistyczne drzewo życia, własny pokój

Dwa dni przed dniem właściwym otrzymałem dwie paczki osławionych (choć przede wszystkim przez wielu zniesławionych) kapsułek Druid’s Fantasy. Bezwzględnie planowałem sprawdzić ich działanie w najbliższy weekend. Jako, że w piątkowe popołudnie wizja całego weekendu oraz kolejnego tygodnia zarysowała się raczej nieciekawie czasowo, myśl o wypróbowaniu nowego specyfiku już tegoż dnia nadeszła spontanicznie i nagle, jak grom z jasnego nieba, w imię zasady „teraz, albo nigdy”.

Na wprowadzenie idei w czyn dałem sobie niespełna piętnaście minut. O 19.00 wróciłem do domu i bez zastanowienia zabrałem się do robienia podkładu pod specyfik. Jadłem wszystko, co wpadło mi w ręce. W sumie jednak nie było tego zbyt wiele. O 19.15 planowałem zażyć pierwszą dawkę.

19.15 – jak postanowiłem, tak zrobiłem. Dwie kapsułki wylądowały w moim organizmie, przepijane wodą z kranu i herbatą. W międzyczasie zawiadomiłem S o nagłym obowiązku zostania opiekunem. Nie mógł odmówić. Po pierwszej dawce, prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia ile Druidów chcę zażyć. Trzy? Cztery? A może całe sześć? Ostatnia opcja mogła być trochę niebezpieczna ze względu na brak doświadczenia z LSA oraz jakimikolwiek substancjami pokrewnymi. W końcu doszedłem do wniosku, że zjem cztery, a dwie pozostałe dam w prezencie S, który miałby wziąć je razem ze mną. Taka dawka jest w sumie niewielka i można wątpić czy opiekun miałby po niej cokolwiek, jednakże szkoda było zmarnować nawet najmniejszą ilość tego specyfiku.

19.45 – dwie kolejne lądują w żołądku. Jak poprzednio popijane kranówą i gorącą herbatą. Udałem się na umówione miejsce spotkania z S. Po jego realizacji od razu zaczęliśmy rozstrzygać dylemat związany z pozostałymi kapsułkami. Biorąc pod uwagę niechęć towarzysza do nich postanowiłem dorzucić jeszcze dwie. Nie będziemy się rozdrabniać, jak szaleć to szaleć.

20.15 – ostatnia porcja zaaplikowana. Przepite tym, co poprzednio (nie mam pojęcia dlaczego taki mix stosowałem ;]). Wróciliśmy do mojej hacjendy, gdzie chęć do wspólnej podróży wyraziła moja osobista siostra (K). S i K wpadli na pomysł spalenia czegoś zielonego przed wyjściem. Charytatywnie podzieliłem się z nimi tym, co akurat miałem na stanie i po kilku chwilach, pozytywnie nastawieni, wyruszyliśmy do pobliskiego lasu.

Odczuwałem lekkie stany euforyczne. Był to jednak według mnie efekt placebo. Nie mogło tak szybko wejść. Moi kompani za to w jak najlepszym, trawiastym humorze. Nie zagłębialiśmy się zbytnio w las. Robiło się już całkowicie ciemno. Po dłuższej chwili umilonej zabawną konwersacją dopadła nas idea pójścia nad pobliskie jezioro. Podczas opuszczania bajecznego lasu, S zostawił prawie pełne, zakupione wcześniej piwo, bo mu nie smakowało na fazie.

Droga była dosyć długa, jednak szło się miło. W jej trakcie, jak i potem, bardzo dużo piłem, cały czas byłem spragniony. Po dziewiątej osiągnęliśmy miejsce docelowe, gdzie czekali już na nas znajomi z wódką. Oczywiście, jak na dżentelmenów i damę przystało – odmówiliśmy przyłączenia się do picia. Rozmowa się kleiła, było przyjemnie. Śmichy, hihy i ogólna wesołość, choć, jak na to miejsce przystało o tej porze, było strasznie zimno. Po jakimś czasie odczułem lekkie mdłości, więc oddaliłem się trochę. Położyłem swe delikatne ciało na drewnianym mostku nad rzeczką. Otaczały mnie drzewa i krzewy. Ogólnie bajeczna miejscówka. Obok mnie przechodzili co jakiś czas ludzie, ale ich ignorowałem. Jedni z nich chcieli mnie podnosić, myśląc pewnie, że jestem pijany. ;] W rzeczywistości musiałem wyglądać komicznie. Leżałem. Mdłości nie ustawały, ale były już lżejsze. W ręku miałem butelkę z zimną wodą, którą popijałem co jakiś czas. Leżałem. Piłem. Leżałem. Piłem. I tak kilkukrotnie dopóki, dopóty nie nalałem sobie wody do nosa, bo nie chciało mi się już podnosić głowy. Wróciłem do towarzyszy. Mdłości nie ustały.

Dosyć długo gaworzyliśmy. Odwróciło to moją uwagę od sensacji żołądkowych i po chwili poskutkowało ich ustaniem. Co jakiś czas w ogóle zapominałem, że w ciele mam zalążek, nasionko, które powinno eksplodować lada chwila. Ok. godziny 23 postanowiliśmy wracać. Przeszliśmy przez mój mostek opuszczając mroźną krainę. Kolejny raz poszedłem oddać mocz. Towarzysze się oddalili. Zacząłem odczuwać pierwsze efekty. Falowanie obrazu, lekko wzrastająca euforia, wszechogarniające szczęście. Łąka, po której stąpałem pokryła się pięknymi falami. Poczułem się jak żeglarz. Nie trwało to jednak długo. Dołączyłem do kompanów.

Bardzo zmęczona K opuściła nasze grono jako pierwsza. Ja i S postanowiliśmy odprowadzić pozostałych. Po rozstaniu zacząłem czuć, że powoli zbliża się apogeum. Naszym celem było nasze ulubione, wspaniałe drzewo - mistyczny król natury. S usiadł w trawie oddając się swoim sprawom. Ja oparłem się o drzewo. Radość wzrastała. Czułem energię i miłość jaka łączy mnie i tę wspaniałą roślinę. W rękach ściskałem liście, dotykałem kory – wszystko było tak przyjemne. Położyłem się w trawie pod drzewem. Substancja uderzyła z całą swą mocą. Przynajmniej tak mi się zdawało – że lepiej już być nie może. Euforia totalna. Szczęście spotęgowane milionkrotnie. Pieściłem w dłoniach kępy trawy, po plecach przechodziły mi przyjemne ciarki radości. Wpatrywałem się w koronę króla drzew. Czułem energię jaka nas łączy. Chciałem tam pozostać na zawsze. Zostać jego korzeniem, wrosnąć w ziemię. Być jednością. Wszystko falowało. Za każdym razem, gdy myślałem, że to już koniec, bo lepiej być nie może, Gloria Poranna pokazywała mi swój potencjał podwajając emocje i uczucia, których doznawałem. Ze szczęścia, aż zwijałem się w trawie. Doznawałem spazmów. Kilkukrotnie roniłem łzy szczęścia. To było jak nieustający, wielokrotny orgazm psychiczny.

Powoli głód i chłód jednak dawały o sobie znać. Postanowiłem wstać i wracać już do domu. O dziwo S nie chciał się ruszać z miejsca. Grał na telefonie w Sonica. ;] Wybraliśmy się w drogę powrotną. Emocje nie ustawały ani na moment. Jednocześnie odczuwałem czystość myśli, pamięć nie szwankowała. Wyobrażałem już sobie jak będę opowiadał o tym co mnie spotkało. Droga była niesamowita. Rozgwieżdżone, czyste sklepienie niebieskie falujące jak tafla morza. Dostojny horyzont lasu. Otaczające nas zewsząd łąki zlewające się z niebem. Przy tym wszystkim szło się niezmiernie przyjemnie. Psychodeliczne świerszcze dawały kolorowy koncert, złożony z pięknych, nieustających dźwięków. Zapachy dochodzące zewsząd wywoływały coraz szerszy uśmiech na miej twarzy. Radość istnienia.

Cały ten TR jest próbą wyrażenia niewyrażalnego. Ludzki język nie posiada epitetów, które mogłyby wyrazić to, co wtedy czułem. S mnie opuścił udając się już w kierunku domu. Ja poszedłem w swoją stronę. Podziwiając niesamowite umiejętności twórcze natury trafiłem ok. 00.30 do mojej hacjendy. Najpierw wstąpiłem do łazienki. Lustro ukazywało moją niesamowitą twarz z ogromnymi jak pięciozłotówki źrenicami. „Jak wiele światła musi teraz do nich wpadać.” – pomyślałem. Twarz zmieniała swoje kształty, rozciągała się i zwężała, zmniejszała i zwiększała, falowała. Zauważałem każdy jej detal i wszystko w niej napawało mnie radością. Kuchnia była moim drugim celem. Odczuwałem coś na wzór thc’owego gastro, jednak było to o wiele przyjemniejsze. Znalazłem mleko w lodówce. Na co dzień kocham mleko, ale to, które wtedy piłem było najlepszym mlekiem w moim życiu. Do mleka przygryzałem najlepszego pączka w moim życiu oraz najlepszą bułkę, którą zjadłem w dotychczasowym istnieniu. W trakcie pełnej entuzjazmu konsumpcji zastanawiałem się: „Jak to możliwe, że najwspanialszy człowiek na świecie, może jeść najlepsze rzeczy w jego życiu, będąc jednocześnie najszczęśliwszym na całej ziemi?”.

Przetransportowałem się do własnego pokoju. Po drodze spotkałem młodszą siostrę. Zwykle mnie irytuje, ale w tamtym momencie rozmowa z nią była niezmiernie ciekawa i emocjonująca. Każde słowo powodowało uśmiech na mej twarzy. Szybko wykonałem standardowe czynności higieniczne i zamknąłem się w pokoju. Położyłem sobie poduszkę na podłodze i usiadłem na niej. Założyłem słuchawki na uszy. Zapaliłem kadzidełko... i oddałem się rozkoszy. W tym momencie nastąpiło apogeum właściwe. Aby wyrazić emocje, które wtedy mi towarzyszyły, słowa trzeba by pisać w notacji wykładniczej. Barwne OEV’y i wszechobecne falowanie dodawały wizualnego uroku chwili. Muzyka, bez różnicy jaka, nadawała tempa i rytmu. Amberowe kadzidełko pieściło zmysł powonienia. Ponadto od wewnątrz rozsadzała mnie ciepła energia. Czułem się jakbym był słońcem. Mogłem rozdzielić moją radość na miliardy ludzi. Doznawałem milion spazmów na sekundę połączonych z umysłowymi orgazmami rozsadzającymi mój umysł. Z radości i bezsiły padłem na podłogę i skręcałem się, wiłem jak wąż, kuliłem i prostowałem, spinałem mięśnie i całkowicie się rozluźniałem. Każda ta czynność dawała mi jeszcze więcej szczęścia. Wszystko to nie miało końca. Pełen spełnienia zacząłem powoli odczuwać zmęczenie, choć efekty jeszcze nie gasły. Doszedłem do wniosku, że już wystarczy, jak na ten raz, i położyłem się spać o 2.30. Zasnąłem dosyć szybko. Spałem dobrze.

Obudziłem się o 7.30 z lekkim bólem głowy i zmęczeniem oraz niesamowitym szczęściem w duszy. Rozpalało ono mnie i motywowało do życia o poranku. W dwie godziny napisałem niemalże całego tego TRa. Przed południem musiałem iść do pracy, gdzie wymęczyłem się fizycznie niemiłosiernie, ale za to radość wewnętrzna towarzyszyła mi do samego wieczora, dzięki czemu mogłem w miarę rzetelnie skończyć moją opowieść.

Podsumowując, nie mam pojęcia jakim cudem niektórym nie spodobało się działanie tej boskiej substancji. Zapewne znaczenie tutaj mają osobiste preferencje. Wniosek jest taki, że, albo miałem szczęście, albo jestem szczęśliwym człowiekiem! ;D Dodatkowym plusem LSA jest fakt, iż po zażyciu substancji ogromna tolerancja nie pozwala na szybkie powtórzenie przygody oraz, co z tego wynika, na uzależnienie się od niej. Polecam wszystkim odpowiedzialnym i żądnym wrażeń psychonautom. ;]

Ocena: 

Odpowiedzi

Bardzo mi się podoba :-) ! Rzetelnie wszystko opisane - Zachęca do spróbowania ]:->
Pozdrówka ! :)

Kolega potwierdził tezę zatrucia pseudopożywieniem.Nie wpisujesz już więcej doświadczeń z LSA.Zastanawiam się z jakiego powodu tak jest?Nie masz już ochoty na powtórzenie tego?My z kumplem tylko czekamy na wolny termin i znowu wyprawiamy się w mistyczną podróż ;) Nawet już mamy komplet kapsułek.A jak tam u Ciebie?

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media