Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

raz, dwa, trzy... baba jaga patrzy

raz, dwa, trzy... baba jaga patrzy

Substancja: 600mg bromowodorku dekstrometorfanu w tabletkach po 15mg

Wiek, waga: 19lat, 60kg

Exp: DXM, THC, Etanol, nikotyna, kofeina

S&S: Zacisze własnego pokoju, rodzice na niższym piętrze (jak się potem dowiedziałem nie spali, wbrew moim oczekiwaniom), siostry na wakacjach, mała lampka na podłodze, (schylona maksymalnie w dół, tak, aby jak najmniej oświetlała) – jedynym źródłem mistycznego światła

Poranek. Zapewne wielu z was wie co teraz czuję. Zna uczucie nabuzowania energią i zwichrowanego błędnika. Nie mówiąc już o przymusie odrywania rąk od klawiatury i ciągłego drapania się. Moje doświadczenie z deksem nie jest wielkie o ile w ogóle istnieje. Pierwszy raz zażyłem tę substancję jakieś 1,5 miesiąca temu. Było to 300mg w syropie. Rozczarowałem się. Lekkie falowanie obrazu, alkoholowy gong czy upłynnienie muzyki nie było tym, na co liczyłem. Obiecałem sobie, że spróbuję ponownie. Z dwukrotnie większą dawką...

Sobotni wieczór. Znużenie i zmęczenie po pracy i ekscesach dnia. Dwie paczuszki Acodinu napawały mnie entuzjazmem, gdyż długo czekałem na tę chwilę. Niemniej jednak nie planowałem tego zrobić owego wieczoru. Zaproszenia znajomych na grilla, powrót z pracy ok. godziny 22, czy ogólne zmęczenie opowiadały się za odłożeniem podróży na później. S&S zadecydował jednak o tym, że podjąłem decyzję. Czy właściwą?

Byłem przekonany, że paczka Acodinu w tabletkach zawiera 300mg DXM. W takim wypadku zażyłbym zawartości obu zakupionych opakowań. Myliłem się jednak. 450 x 2 daje 900. Zrodził się dylemat – dwie paczki, czy tylko 600? Niechaj niebiosa będą błogosławione za to, że wybrałem drugą opcję!

Uciekający czas napawał mnie niepewnością. Obawiałem się tego, że jeśli zrobię to na takim zmęczeniu, zasnę i nici z tripu. Po podjęciu decyzji biegałem po całym domu przygotowując sobie wszystko do podróży. Podzieliłem 40 tabletek na 5 tabletek (75mg) co 5 minut. Pod koniec odstępy się trochę zmniejszały. Nie nudziłem się oczekując na kolejną dawkę. W międzyczasie przygotowywałem S&S – sprzątałem pokój, układałem wszystko tak, aby nie dystraktowało mojej uwagi, ułożyłem na podłodze sok z czerwonej pomarańczy, wodę, kubek i notatnik. Z nikłego doświadczenia wiedziałem, że przyda mi się jedynie na początku... nie wszystko jednak byłem w stanie przewidzieć (w cudzysłowie będę umieszczał cytaty zapisane podczas tripa, nie wszystko jestem w stanie odczytać, inne słowa z premedytacją wtedy tak napisałem i nie mam pojęcia co mogą znaczyć, na kartkach słowa i zdania są chaotycznie porozrzucane). Kilka minut przed rozpoczęciem rytuału zjadłem na szybko dwa duże tosty, co miało potem duży wpływ na wydarzenia.

22:05 – Pierwsze pięć tabletek poszło. Skończyłem intoksykację o 22:37. Przez cały czas na uszach słuchawki. Kilka kawałków Shpongle. Przede wszystkim „Shpongle Falls” i ta, która miała największy wpływ na tripa, moja ulubiona – „Devided moments of truth”.

22:42 – lekka mgiełka. Nagłe i powoli rozkręcające się swędzenie (plecy, głowa), następnie każde inne miejsce ciała. Potężny ucisk głowy. Duszność. Ogromne ciśnienie w głowie, niemiłosiernie gorąco. Ciepło bije od głowy i rozchodzi się po całym ciele. Głowa pulsuje (chciałem zmierzyć sobie puls, ale nie byłem w stanie skoordynować ruchów, ścisk głowy był nie do wytrzymania).

Ok. godziny 23 nie wytrzymuję tego i chwiejnym krokiem dobiegam do toalety. Wyrzucam z siebie wielki strumień kwasów żołądkowych i toksyn, zaraz potem drugi – równie gigantyczny. Po tym wstaję... i czuję się czysty. Wspaniałe uczucie, jakieś katharsis. Oczyszczenie przed podróżą. Nie czuję nawet najmniejszego dyskomfortu. Wracam na swoje miejsce.

23:08 – powolne wchodzenie. Cytat z notatnika: „cały czas się drapię, wolniej leci czas, Jakże to dialek nie wwęcli (?), łomot w głowie, ogromny puls puls. 4 wymiar...”. Zaczęło się. Jedyna myśl jaka wtedy przyszła mi przez głowę to – „spokojnie, spokojnie, będzie dobrze, zaczyna się”. Poczułem się ewidentnie jak w czwartym wymiarze, czułem, że jestem gdzieś tam. Wszystko składało się z prostych jednostek materiału. Nic nie było złożone, totalna decentralizacja czegokolwiek.

23:42 – Notatnik: „Piękne OEVy i fraktale, krzesło weseli się po mnie, las, zurzg....” W tym fragmencie na końcu każdego wyrazu nie odrywałem długopisu od kartki i wyrazy wyglądają jakby ktoś umarł w trakcie pisania ich. „Murzyni, to było coś ja chcę tam jeszcze raz, dłuuuuugie nogi i dziury posofrzetenia, eksterioryzacja boskie i jestem w stanie pisać się się kręcąc i odlatuję...” tutaj strzałka gdzieś w inne miejsce kartki „jedność z podłogą, mogę tutaj wejść? Już >>”. Widziałem twarze murzynów pracujących na plantacji bawełny, potem to znikło i zacząłem się kręcić w kółko, to znaczy mój błędnik oszalał, a ja jednocześnie pisałem, kręcąc się w swoim wnętrzu.

00:02 – „wszystko wydaje się być takie odległe i jeszcze raz jak sfinks, ta piosenka jest świetna, wielka komnata”. Siedziałem przez ten cały czas od początku na podłodze, opierając się plecami o łóżko w pozycji pół-kwiatu lotosu. Normalnie długo bym tak nie usiedział, z niesamowicie zdrętwiałymi nogami, ale wtedy mi to nie przeszkadzało. Notatnik leżał przede mną, więc, aby cokolwiek napisać musiałem się schylić. W takiej pozycji zamieniłem się w sfinksa. Leżałem na pustyni z rękami wysuniętymi do przodu, oparty na łokciach, przed wielkim notatnikiem.

00:08 – „zamazany misiu, szczękościsk, wielka otchłań i dziura w dywanie, księżyc dalej tam gdzie był, wielki robak pokazuje mi jak się tańczy DMT....”. Dywan był niesamowity. Dopiero teraz, na trzeźwo zaczynam się zastanawiać co za chory umysł potrafi stworzyć takie wzorki na dywanie. ;P One zwykle są niesamowicie psychodelicznie jeśli się w nie wpatrzyć. Pewien wzorek w kształcie okręgu posłużył mi jako dziura do innego wymiaru. Czarna dziura. Bo była czarna. Poza tym mogłem w nią wsadzić rękę, a nawet wejść cały. Podczas pisania, po kartce niespodziewanie zaczął przechadzać się niewielki robak i on właśnie był bodźcem do kolejnego wejścia.

„Dostąpiłem dysocjacji, piękne, jeszcze, jestem górą i po mnie chodzą, pięknee, bardzo ciężkie ciało, spełnia twoje marzenia, OOBE, Byłem całkowicie gdzie indziej, exterioryzacja, cięęężka głowa...”. Stałem się wielką górą. Świętą górą, wyglądałem jak wulkan Fuji w Japonii. Ludzie po mnie chodzili i odczuwałem dzięki temu pewne dosyć przyjemne łaskotanie, pewnie pochodziło od swędzenia.

„Wszedłem w superczłowieka, stałem się superczłowiekiem, rzeka płynie, toniemy, swędzenie, koleś koleś długopis telefon, to nie ja nie ja pisałem s s s s schizaa DMT...”. Przez cały czas w tamtym momencie słuchałem DMT Shpongli. Było to magiczne i mistyczne. Co chwile włączałem od początku, bo 59 sekunda czasu trwania piosenki za każdym razem przenosiła mnie w inny wymiar, podobnie działo się z innymi nagłymi momentami w DMT. Co chwilę miałem coś takiego, że piszę i nagle uświadamiam sobie, że to nie jest moje pismo, w momencie zauważam, że jestem poza ciałem, a w nim jest całkowicie inna osoba.

„Przez moją głowę przejeżdżają dwa pociągi w przeciwnych kierunkach”.

Ten tekst jest jednym z tych, które najbardziej mnie zastanowiły – „[widzę ten las o którym mówicie] -> jest tak po polsku 4.48 DMT”. Posłuchajcie sobie tej piosenki, ok. 4.48 minuty głos mówi coś w rodzaju „yentoo” itp. Pewnie są to zmyślone słowa bez znaczenia, ale ja słyszałem ich tłumaczenie na polski i tak właśnie brzmiało.

0:44 - „jak spadammmm, h godzinnna, w kąciku swego umysłu i nie masz ciała, nic nie czujesz, 3 teraz 2 teraz 1 teraz to ja jestem całym światem...”. Cały ja, całe moje ego było umieszczone w tylnej, górnej części głowy mojego ciała, a ono było jak wielki magazyn, pusty wewnątrz, jednak na górze wspaniały.

„CO TO? Nie krew, jestem niezmienny, cały czas taki sam ego, głowa, czołg przez głowę, eummm, HO”.

„Jakieś coś co to jest? Pyt pyt ajnik k k k k k same k, k to każda litera mej myśli, nie wiem, nie wiesz? wiem, Jakie auto??”

00:59 – „robak idzie po kartce nie jestem sobą bo to nie jest mój charakter pisma, cholera, kartka i długopis to dzieło Boga”. Ten sam robak przechadzał się po kartce, nie zabiłem go, albo być może zabiłem, a to był tylko jakiś flashback. ;P

„Ciekawe czy jak wyjdę z tripu to wszystko będzie prawdziwe. Księżycca.”

1:02 – „godzina, to jest trip, sam dla siebie jestem czarną dziurą jestem Arturem jestem jeste...”. Tak mam na imię, dla zwiększenia realizmu i rzetelności TR wpisuję dokładnie to co mam na kartkach. ;]

1:07 – „jest godzina 9, a naprawdę 01:07, Co jest???, Jedziemy dalej, Wiecie co zapamiętam widzę ławkę i nie patrzę jak piszę to nie ja ale to będzie ekscytujące ulica teleskarska 7”. Pojawiła się stara kamienica a na niej właśnie takie oznaczenie domu, ciekawe czy gdziekolwiek istnieje taka nazwa ulicy...

„odpływam czytaj je od dołu chłopcze, to jest potężne, ciekawe czy te kartki są prawdziwe? Co na to prole? Ja tego nie piszę, obiektywna rzeczywistość, nieeeeeeee....”. Te prole wywodzą się ze świetnej książki Georgea Orwella pt. „Rok 1984”, którą notabene niedawno przeczytałem i oznaczają zwykły prosty, większościowy proletariat, jeśli ktoś tego nie wie.

„Nawet pod przeżycie duchowe to podchodzi, czytaj to na ławce w t Arturze ale dlaczego? czytaj czytaj czytaj czytaj (coraz mniej wyraźnie) wszystko od tyłu”.

„Gdzie gdzie długość? Idź spać.”

„-idź spać

-Ale ja nie chcę

-i się powtarzam

twarze, dekstrometorfan”

„Będziesz to na ławeczce mówił człowieku, jezu w t w tezdz jezu nie moje parmo serie (?)”. Nie wiem czy ma to jakieś znaczenie, ale właśnie rankiem po tripie wyszedłem na zewnątrz, relacjonowałem podróż i dzieliłem się wrażeniami... Poza tym czytałem także mój notatnik. Zapewne to przewidziałem.

„Pewnie piszę poprzez moją podświadomość Dwa razy

Dwa razy

Dwa razy

Dwa razy

Do podróży

Dwa razy

Do podróży

Dwa razy do tripu,

Do podróży

Dwa razy lewą ręką”

W takiej formie to napisałem, od góry do dołu. Nie mam zielonego pojęcia co mogło to znaczyć.

1:20 – „zapętliłem się w tym, noga, chyba wypływam to było piękne, Kto napisał DMT AAA. co się dzieje? gdzie jestem? uczy uczy moja ręka ciebie me, czy napisałem o tym co myślałem, że napisałem, ehh te piątki, nie moje pismo, ale to jest ładne, trzymaj się podłogi, co za trip”

1:30 – „to chyba koniec co za trip truskawka wyłączyły się rośliny, ciekawe co to będzie, już.”

1:34 – tutaj był już chyba ostatni nawrót, bardzo potężny, słowa bezładnie porozrzucane po kartce, w dużej mierze niedokończone, pourywane, kreski, szlaczki: „ale kasa ale się kp isać szaleństwo biegam nie chciałem tego napisać ja wołam iwona iwona pawlowicz (ło kurwa, to dopiero teraz zauważyłem i zdołałem rozszyfrować, masakra, to chyba szczyt xD w ramach wyjaśnienia, nie oglądam i nie lubię jakichkolwiek komercyjnych shitów w tv, ogólnie nie lubię tv i jej nie oglądam, a iwony pawlowicz nawet nie znam;P, o właśnie i jeszcze jest końcówka pod tym =>) nie wiem od czego ona jest”.

1:36 – „Nie poszedłem nie nie jutro zobaczymy co pisałem o!

-gdzie różdżka?

-tu

-idź

jesteś chory

idź tam

sam”

To także w niezmienionej wersji wizualnej (mam nadzieję, że w oryginale wyjdzie tak, jak zamierzyłem ;]). Nie wiem dlaczego, ale długopis zacząłem nazywać moją różdżką. Gdzieś mi upadł i ja szukając go w myśli mówiłem sobie właśnie w ten sposób, jak Gollum z lotra, a potem to zapisałem. Różdżką żelową na czarny tusz.

„już nic nie będzie takie samo awno to lastem szczękościsk”

1:40 – „Trzeci raz nie poszedłem się napić. Cały się trzęsę, ale żyję. ładnie napisane to znowu nie ja, ale robot masakra co ca lista chyba już schodzi, dlaczego dzwonek, fajnie się pisze i mam tego świadomość, ale parę bań nie ma się co śmiać...” Poczułem parcie moczu na pęcherz, więc resztkami sił dotarłem do toalety. Pierwszy raz uświadczyłem robota. Dziwne uczucie.

Powoli powraca świadomość, jak to jest? byłem w łazience j eu robot? i dziwne pismo, książka.”

1:48 – „zero koordynacji fizycznej. Samo mi pisze .o. ? (tutaj jakieś bazgroły i w ich stronę strzałka na której końcu tekst =>) to nie jezus to nie to.”

„Ciasny korytarz, jutro niedziela, alee trzęęęsie obiektywna rzeczywistość, wszystko piszę, banda świrów, adolf, Napiszę godzinę – 01:51. AUA”.

Tutaj kończą się moje notatki. Przez cały czas tripa siedziałem na podłodze oparty o łóżko w tej samej pozycji. Nogi bolały jak cholera i trudno było je rozprostować. Dlatego napisałem chyba to radosne „AUA” ;P wdzierając się jak niepełnosprawny na łóżko. Coś koło drugiej zadzwonił kumpel z imprezy z elementarnymi pytaniami, na które ciężko mi było odpowiedzieć. Dopiero wtedy, ewentualnie trochę wcześniej , dowiedział się o mojej podróży. Spytał na którym plateau jestem, ja wdzięcznie odpowiedziałem, że na 4. xD Chociaż pewnie 3 nie przekroczyłem.

O 2:05 postanowiłem zasnąć. Obok łóżka położyłem sobie telefon. Zamknąłem powieki i w mgnieniu oka zasnąłem. Spałem dobrych parę godzin, kiedy się trochę przebudziłem i spojrzałem na kom.... Była 2:06! Jakby nigdy nic położyłem się ponownie. Sytuacja się powtórzyła. Szybko zasnąłem, przebudziłem się i tymi samymi ruchami odsunąłem pościel, sięgnąłem po tel..... a tutaj 2:07. Złapałem lekką schizę, nie okazywaną w żaden sposób. Pomyślałem, że pewnie tak zostanie mi już na zawsze. Czas będzie mi płynął niesamowicie wolno.... to była chyba siła autosugestii, albo po prostu iluzja. W ten sam sposób obudziłem się o 2:08, 2:09, 2:10, 2:11... i tak do 2:30. Co minutę. Przez ten czas zdążyłem się już przyzwyczaić do nowego świata. Powiedzmy jednak, że to było moje pewnego rodzaju „mniej przyjemne” zejście.

Obudziłem się o 7:00. Ból głowy, a raczej ścisk, do południa jeszcze nie ustał. Błędnik jeszcze przez jakiś czas nie mógł złapać równowagi. Poza tym duuużo energii. Jest godzina 13, do tej pory nic nie jadłem, nie jestem głodny, nie chce mi się także spać. Powoli jednak tracę siłę.

Wrażenia? No cóż. Trudno mi to mówić, bo jeszcze do niedawna byłem przeciwnikiem wszelkiej maści psychodelików syntetycznych i ogólnie leków, ale twierdzę iż było to niesamowite przeżycie. Kolejny raz? Może. Raczej nie później niż za miesiąc. DMX podobno bardzo ryje mózg, więc wolę nie przesadzać... poza tym im rzadziej tym lepsze przeżycia. ;D

Oczywiście nie traktujcie tego jako zachętę do stosowania deksa oraz innych specyfików tego rodzaju. Wręcz przeciwnie – odradzam! Jeśli nie macie dostatecznej wiedzy teoretycznej, nie poznaliście wrażeń empirycznych ludzi doświadczonych, nie potraficie zorganizować sobie odpowiedniego S&S i jesteście nieodpowiedzialni to won!

Mam nadzieję, że nie poirytowałem zbytnio tymi dziwnymi tekstami i ogólnie całym tripem, w szczególności jego długością. Chciałem jak najrzetelniej oddać to, co przeżyłem i każdy fakt, który się z tym wiązał.

Za błędy przepraszam i życzę miłego podróżowania.

Ocena: 

Odpowiedzi

Intoksykacja - celowe lub nieświadome wprowadzenie do organizmu żywego substancji o działaniu szkodliwym (trucizny). Potocznie zwana zatruciem.

A więc wszystko się zgadza. Wprowadzenie do organizmu dawki DXM, która zaburza funkcje umysłowe, motoryczne i poznawcze, jest jak najbardziej intoksykacją, lub jak wolisz zatruciem. To, że ma się 'fazę', to tylko taki specyficzny mankament działania DXM.

To nie jest trucizna ktroa wywoluje zatrucie organizmu lub otrucie, tylko substancja psychoaktywna wplywajaca na psychike, jak juz chcesz tak to porownywac to alkohol, afma jhest tryucizna skoro wystepuje po nich zjazd ktory nie jest przyjemny, chyba ze uwazasz ze dzien po acodinie ktory jest taki przyjemny to ottruwanie sie organizmu i regeneracja i dlatego masz tyle silky i tak dobrze sie czujesz..... A zaburzaenia motoryczne itp wynikaja tylko i wylacznie z dzialania na psychike a nie zatrucia organizmu czy to takie trudne?

Trucizna - substancja organiczna lub nieorganiczna, która po dostaniu się do organizmu powoduje zaburzenia w jego funkcjonowaniu, inne niekorzystne zmiany w organizmie lub śmierć.

za wiki.

DXM może spełnić wszystkie 3 warunki.

Patrząc z perspektywy bardziej wolnej definicji trucizny - jako substancji o działaniu szkodliwym, nie ma tutaj żadnej wątpliwości. Choć DXM nie jest substancją szkodliwą, jego większe dawki wywierają bez wątpienia negatywny wpływ na organizm. Zażywanie ilości dekstrometorfanu mające psychodeliczne właściwości w tym wypadku jest intoksykacją.

Definicja z wiki też z resztą jest dobra i dobitna.

"Szczęśliwy, kto wyrzekł się świata wcześniej, nim świat wyrzekł się jego."
Timur

Wyborny opis przeżyć wywołanych DXM. W poszczególnych wpisach pięknie wyznaczył się kontur Twojej dysocjacji. Gratuluję mocnej ręki. Mi po dawkach >675 mg tak się wszystko trzęsie, że nie idzie pisać, co najwyżej jedna myśl, czy jedno zdanie. Nie raz mnie korciło, żeby napisać trip raport na tripie po DXM.

Generalnie Twój trip trochę zmobilizował mój umysł, aby na przyszły tydzień przygotować odpowiednie S&S i spróbować napisać trip raport po dawce 675 mg, może 900 mg.

Pozdro

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media