Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

magia 4-cmc, czyli o tym jak po raz pierwszy o włos przeszarżowałem...

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
1 cała tabletka 4-HO-MIPT
5x po +/-100mg 4-cmc (nazwa handlowa "Refresh")
100mcg karton 1P-LSD
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Dom. Lato. Cisza i spokój w sam raz na rozkminy i spróbowanie nowej substancji jaką jest dla mnie 4-CMC. Nastawiam się na to, że będę ją sprawdzał powoli i być może potem z czymś pomieszam, bo z ketonami nie mam najmniejszego doświadczenia.
Wiek:
28 lat
Doświadczenie:
Piperazyny, ok pół roku.
Mirystycyna - b. krótko.
Grzyby - przynajmniej 2/3 lata i w miarę regularnie.
LSD i podobne - kilka razy.
Marihuana - jakieś 7 lat z czego 5 intensywnie. Odstawiłem, bo zbyt rozleniwiała, jakieś 3 lata temu.
Muchomor czerwony, suszony - dwukrotnie.
Inne losowe substancje wywołujące halucynacje, co do których pochodzenia i składu nie jestem pewien,
ale się przyznam, że brałem bo wśród swoich nie wypada ukrywać...

magia 4-cmc, czyli o tym jak po raz pierwszy o włos przeszarżowałem...

[notatka na wstępie: w nawiasach kwadratowych komentarze do tekstu pisane całkiem już na trzeźwo z perspektywy czasu. Może się komuś przydadzą...]

ok. 17:00 wzięto 100mg 4-cmc (refresh) donosowo.

ok 18:00 tabletka 4-meo-mipt oralnie i dorzutka ok kolejne 100mg 4-cmc donosowo. Na symptomy odwodnienia pito duże ilości wody.

W momencie wrzucania kartonu efekty są już w stanie przyjemnego schodzenia. Można by spokojnie chillować z kolegami. Ponieważ czuję się bezpiecznie i pewnie w użyciu psychodelików, decyduję się kontynuować eksperyment i przetestować w takim settingu jeszcze 100 mikrogramów 1P-LSD. [4-CMC bardzo zachęca do robienia różnych dziwnych rzeczy, więc imho właściwie głupotą z mojej stronie było nie zaprosić kogoś na sittera. No, alewtedy jeszcze nie wiedziałem jak trudno oprzeć się ketonom... :)]

21:34 Karton ląduje na języku. Brak smaku i zapachu. Lekko odświeżające uczucie w miejscu gdzie karton dotyka języka.

21:43 Uzupełniam wodę w dzbanku. Pojawia się pokusa, żeby wrzucić jeszcze 100mg 4-cmc. Odrzucam ją, bo chcę zobaczyć dokładnie kiedy wejdzie 1P-LSD. Może w trakcie dorzucę, bo słyszałem, że euforyki dobrze się z tym uzupełniają. [Warto tu nadmienić, że 4-CMC BARDZO kusi do kolejnych wrzutek. Nawet ten ból w nosie, że aż łzy lecą po policzkach nie jest sam w sobie w stanie odstraszyć od kolejnej dawki...]

21:54 Żołądek odczuwalny. Pierwsze przyjemne uczucie w ciele inne niż do tej pory. Duża samoświadomość. Każdy oddech sprawia radość. Zamykam oczy.

21:57 Perfect bliss...

21:59 CEV'y - twarze, książki... Kto to wie....

22:00 Każda minuta kiedy zamknę oczy jest jak wieczność. Dosłownie. Pojawia się mnóstwo przemyśleń dotyczących szeroko pojętej integralności poznawczej (integralności 'self').

22:03 Pojawia się pytanie o granicę eksperymentów i który to "o jeden za daleko". Jak bardzo można przesuwać granicę? Czy warto? Po co? [O ironio...]

22:04 Zapytanie o dorzutkę. Odpowiadam, że jeśli nie padnę tak, żebym nie był w stanie się ruszać do 22:54, czyli t+1h od wejścia kwasu, to dorzucamy. Na razie śledzimy rozwój wydarzeń.

22:08 Spróbuję się przejść. Podczas chodzenia widoczny objaw to ucisk i piszczenie w uszach. Objaw był już wcześniej widoczny w mniejszym nasileniu, więc wnioskuję, że mamy do czynienia z odwodnieniem. Uzupełniam płyny i cukier.

22:17 CEV'y. Usta, oczy, skrzydła, symetryczne w lustrzanym efekcie nieskończoności. Cośtam zdają się mówić, rzecz jasna nie wiem co. [To zdecydowanie 1P-LSD. Pamiętam do teraz. Było pięknei trochę przerażające. A jakie przyjemne... :)]

22:20 Zastanawiam się w ramach moich wizualizacji-synestezji jak dalej prowadzić dzisiejszy eksperyment. Co ewentualnie dorzucać i kiedy, czy może już pójść spać, bo wystarczy na jeden raz komplikacji. Przypływ euforii znikąd. [To ten moment, kiedy słowa to obrazy i odczucia i to wszystko się miesza, ale ma całkowity sens. Nie mam pojęcia jakim cudem byłem w stanie wtedy pisać na komputerze. W ogóle nie pamiętam jak to robiłem, tylko te obrazy... Jakieś fiolki, kolory... O rany!]

22:33 Jest fajnie, ale myślę, że może być jeszcze fajniej. Zarzucam dodatkowe 100mg 4-cmc donosowo. Życzcie mi szczęścia... [Zauważ jaka jest siła 4-CMC. Nie wytrzymałem tej godziny..., tylko 40 minut. Pamiętam, że nawet sam sprawdziłem ten znacznik czasowy i pomyślałem "A chrzanić to! Chcę więcej!"]

23:38 Było ostro. Prawie jak na 4-meo-mipt + 4-cmc. Ale pewnie już jestem trochę dziś zużyty. Wrzucam jeszcze... [No tak... Właściwie to po moich kolejnych eksperymentach z 4-CMC muszę potwierdzić, że jednak robi się na to trochę tolerancja między dorzutkami, ale nie tak bardzo dużo jeśli się nie ma jeszcze doświadczenia. Ogólnie jak zauważyłem 4-CMC działa przez ok godzinę a potem właściwie schodzi. Do 3 godzin jest taki jakby jeszcze efekt przyjemnego zmulenia, ale nie ta super dopaminowo-serotoninowa szarża co na początku, więc chce się jeszcze. Jak zapewne widzisz między tym a poprzednim wpisem minęło ok. godziny, więc właściwie to jest już ciąg...]

I tutaj przestałem wstwiać znaczki na bieżąco i piszę z pamięci, bo mnie już wtedy zniszczyło. :P

Misie. NIE łączcie 1P-LSD z 4-Meo-Mipt i w sumie jakoś tak 500mg 4-cmc w pięciu dorzutkach. O włos uniknąłem zespołu serotoninowego, albo czegoś podobnego - nie wiem dokładnie co to było... Może dlatego, że miałem dłuuugaśną przerwę, ale swego czasu wyrabiałem sobie tolerancję na pewne specyfiki...
Jest godzina 12:00 a ja po wypiciu opór wody i wmuszeniu w siebie minimum żywności wciąż czuję powoli schodzący haj. Nie poszedłem do pracy. Nie wyspałem się. XD
Dosłownie nie wiem... Czuję, że o włos i bym wylądował w szpitalu, tak miałem wszystko przegrzane! NIE! NIE! I jeszcze raz NIE dorzucajcie 4-cmc TYLE RAZY i w takim towarzystwie! Ufff... No, ale przeżyłem i faza już spokojnie schodzi. Czasami coś mi się tam w nosie jeszcze oderwie i mam wtedy lekkiego kopa, ale szału nie ma (mimo, że czyściłem po kilka razy i płukałem wodą, prawie się porzygałem...). No za dużo pobudzenia by zasnąć, za mało by coś konkretnego zrobić...

No dobra, ale wróćmy do wspomnień:

Do ok. 2:30 jest kosmos i euforia. Chodzę po domu po omacku i robię różne dziwne rzeczy, które mi strzelą do głowy. Nic produktywnego. Macam ściany, kładę się na podłodze i obserwuję wizualizacje na suficie w akompaniamencie coraz to nowych zastrzyków euforii. [Tu mi chyba coś w mózgu musiało pyknąć nie tam gdzie trzeba, bo przez kolejne 3 godziny nie wołało o dorzutkę... Well... To powinno mnie zaalarmować.]

Za to o 2:36 już się trochę zmęczyłem i kładę się spać. Jednak coś mnie podkusiło o jeszcze jedną feralną dorzutkę 4-cmc... [Właściwie to nie było tak, że chciałem jej koniecznie, ale sobie pomyślałem, że już taki jestem zmęczony, to sobie wrzucę ostatni raz na spokojny sen... No i zrobiłem tę ścieżkę. Gapiłem się na nią przez chwilę i z wahaniem wrzuciłem. Miałem już wtedy tak zryte śluzówki, że nawet za bardzo nie piekło. Położyłem się i liczyłem na spokojny odlot, jak to ktoś gdzieśtam napisał, a tu guza...]

Właściwie to nawet za bardzo nie zadziałała. Nos miałem już mocno zatkany, to i się trochę przetkał. Nieco euforii i pobudzenia, ale nie tak jak poprzednio, więc zdecydowałem, że na dzisiaj to już będzie dość. Ale zasnąć nie mogłem. Ciągle coś mnie gnało. Tak przeleżałem do 6:00, kiedy zrezygnowałem już na dobre ze spania i poszedłem się wykąpać w wannie. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo jest mi zimno, aż ciepła woda ogrzała moje ciało... Od razu poczułem się lepiej.

Zły stan, kiedy doświadczyłem "przegrzania", tj. paranoi, że coś jest nie tak, przyśpieszonego oddechu, temperatury itp. nastąpił ok. 8:00. Zintensyfikowałem nawadnianie i schłodziłem się. Wmusiłem w siebie trochę chleba z masłem. Pomogło. Po dwóch godzinach zły stan ustąpił i jestem tu gdzie teraz. Parę razy udawało mi się zdrzemnąć po 15min do nawet godziny tu i ówdzie, ale pełnoprawnym snem bym tego nie nazwał. Wciąż wypłukuję chemię z organizmu w dużych ilościach.

Edit:
Ok. 17 faza zeszła na tyle, że mogę z pewna dozą ostrożności przygotować obiad. 45min. później żołądek przyjmuje bez mdłości cięższe gotowane potrawy. Czas naprawdę odzyskać siły...

[Powrót do "pełni sił zajął mi potem jeszcze dwa dni. Co jakiś czas coś mnie jeszcze zmulało i mimo przepłukanego nosa miałem wrażenie, że substancja "powraca" na chwilę, jakby urwała się z jakiegoś kawałka zatok. Sądzę, że to jednak tylko autosugestia i paranoja po miksie z 1P-LSD, chociaż kto to tak naprawdę może wiedzieć...]

Podsumowując:
Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek:
a.) Dorzucał więcej 4-cmc. 100mg w zupełności wystarczy dla takiego okazyjnego usera jak ja...
[Bullshit, bo i tak następnym razem się nie pohamowałem - zrobiłem dokładnie to samo tj. wziąłem 5x po 100mg 4-CMC i nic mi nie było. To widać kwestia hardkorowego miksu z resztą.]
b.) Mieszał różne specyfiki ze sobą.
[Aczkolwiek 4-HO-MIPT + 200mg 4-CMC bardzo kusi... Chociaż patrząc po powyższym na pewno zrobię po tym jakąś głupotę...]

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media