Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kwaśne kwadraty, trójkąty i krzyżyki

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
225 µg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Podekscytowanie nadchodzącym tripem planowanym już od dłuższego czasu i mającym odbyć się podczas pobytu w Norwegii; nadzieja na kanapowy, introspektywny trip która niestety zostaje dość brutalnie rozwiana.
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
alkohol, tytoń, marihuana/haszysz, syntetyczne kannabinoidy, DXM, MXE, 25B/C/I-NBOMe, Bromo-dragonFLY, 4-AcO-DMT, 4-HO-MET, LSD, Cubensisy, 3-MMC, 3-MeOMC, amfetamina, MDMA, 5-MAPB, fenobarbital, klonazepam, alprazolam, estazolam, etizolam, kodeina, tramadol, fentanyl, buprenorfina, morfina, GBL, 4-FMA, metamfetamina

kwaśne kwadraty, trójkąty i krzyżyki

Wyprawa na dworzec w Oslo od początku jawi się w moim umyśle jako coś abstrakcyjnego. Z pewnym niepokojem wyczekuję momentu, w którym poznam K – naszego kwasowego towarzysza. Dość dotkliwie odczuwam to, że jestem w całkowicie nieznanym miejscu, otoczona masą ludzi spieszącą się nie wiadomo dokąd i po co, podświadomie wyłapuję niezrozumiałe strzępki norweskich rozmów. Czekam na K razem z P, jednocześnie przecierając oczy i usiłując wyplenić z nich resztki zaspania będące skutkiem zerwania się z łóżka o nieludzkiej wręcz godzinie. Z czasem ekscytacja nadchodzącym tripem zaczyna wypierać wszelkie objawy lekkiego zdenerwowania, przez co po zauważeniu K na dworcu podchodzę do niego dość swobodnym krokiem i po krótkim „zapoznaniu się” postanawiamy udać się na jeden z mniej uczęszczanych peronów.

 

Namierzamy ławkę znajdującą się na jego końcu; P wyjmuje z kieszeni grudkę haszyszu i rozkrusza ją z godną podziwu zręcznością, ja zaś przyglądam się temu wszystkiemu milcząc, jedynie od czasu do czasu zerkam na K – jakby chcąc się upewnić, że nie tylko ja odczuwam poddenerwowanie tym, co ma nadejść. Pociągi przejeżdżające przez stację i nieliczni ludzie przechodzący gdzieś obok stanowią tylko tło dla tej sytuacji, przestają być ważni. Moje dłonie lekko drżą; ukrywam to zaciskając je w pięści i opierając na udach. Charakterystyczny dla dworca hałas przestaje drażnić uszy, wiatr muskający łydki okryte legginsami staje się tylko jednym z bodźców, na które nie zwracam uwagi. Rozsiadam się wygodniej na ławce, prostuję plecy, biorę kilka głębokich oddechów i uśmiecham się do P.

 

Rzeczywistość odbieram jako dość surrealistyczną – nawet bez wpływu LSD.

 

W międzyczasie pada pytanie o przenośny głośnik – nie pamiętam już, kto zaczął ten temat, jednak okazało się, że zostaliśmy na przysłowiowym lodzie, totalnie odcięci od jedynego potencjalnego źródła muzyki. Nie naciskam na zorganizowanie jakiejś alternatywy – nadal jestem na tyle zachwycona krajem, w którym się znajduję, że muzyka stanowi w moich oczach tylko dodatek, nie zaś podstawę naszej „podróży”. K wspomina, że być może uda nam się iść po głośnik na tripie. Palimy skręta i przy okazji śmiejemy się z jakichś błahostek – w tym również z pomysłu K - zwracam uwagę na lekką intensyfikację odbieranych zapachów.

 

Z lekkim uśmiechem przyglądam się K kontemplującemu kartony odwinięte z folii aluminiowej, kilkanaście minut później proszę P o użyczenie telefonu w celu zadzwonienia do matki – chcę mieć „to” po prostu za sobą, chociaż zdarzało mi się już prowadzić z nią rozmowy w różnych stanach świadomości i matka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że czasami mam kontakt z psychodelikami. Tym razem jestem od niej oddalona o ponad tysiąc kilometrów, toteż rozmowa jest mniej zdawkowa niż zwykle i mam lekkie opory przed naciśnięciem czerwonej słuchawki. Rozprawiamy przez kilka minut o jakichś nieistotnych rzeczach, o przysłowiowej pogodzie chociaż nie przepadam za rozmowami „o niczym” i, w końcu, o moim oraz jej samopoczuciu. Zapewniam ją, że z mojej strony wszystko jest w porządku, po czym – pod wpływem nagłego impulsu – z własnej inicjatywy zakańczam połączenie i oddaję telefon P.

 

Dworzec powoli staje się dość przytłaczającym miejscem, z ulgą przystaję na propozycję „ruszenia dupy” i udania się po więcej haszyszu, a następnie złapanie metra wiozącego nas w kierunku domu. Podczas jazdy rozważam(y) załadowanie kartonów pod język tu i teraz, w tej chwili, nie jestem jednak zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu i cała trójka robi to dopiero po opuszczeniu stacji, gdy znaleźliśmy się mniej-więcej pięć minut od – teoretycznego – domowego azylu. Przyjmuję karton z rąk P, mimowolnie uśmiechając się po poczuciu smaku blottera – a raczej jego braku, jedyne co jestem w stanie wyczuć to lekki posmak farby którą jest pokryty. Udaję się do łazienki, dokonuję szybkiego „ogarnięcia się” – przez chwilę walczę z pokusą związania włosów, jednak w końcu odpuszczam i tylko przemywam twarz, po czym dołączam do swoich towarzyszy siedzących w pokoju obok. Wiem, że jest jeszcze za wcześnie by oczekiwać jakichkolwiek zauważalnych transformacji w percepcji, jednak podczas pobytu w łazience mimowolnie przez chwilę przypatruję się własnemu odbiciu w lustrze i kafelkom. Mam ochotę parsknąć śmiechem; powstrzymuję się i grzecznie wędruję do pokoju. W towarzystwie P czuję się nieporównywalnie lepiej, K dalej jawi mi się jako ktoś „obcy”. Siadam na kanapie i przykrywam się „swoją” częścią kocyka, czuję jak P łapie mnie za rękę – nie protestuję, wręcz przeciwnie, odbieram jego dotyk jako coś w pełni naturalnego i w pewien sposób „potrzebnego” w danej chwili. Moje myśli są klarowne, czyste, podczas oczekiwania na pierwsze zmiany mam wrażenie siedzenia w fotelu „kierowcy”. Pojawienie się „ciasnego sweterka” komentuję cichym jękiem, prawdopodobnie na tyle cichym by nie usłyszał go ani P, ani K – jednak w momencie, w którym zaczyna mi on mocniej doskwierać gwałtowniej ściskam dłoń P, pamiętając o miarowym oddechu. Przymykam oczy. Nie mam ochoty się kłaść, nie mam ochoty też siedzieć – pozycja, w jakiej się znajduję, półleżąca, w pełni mnie satysfakcjonuje. Powieki opadają wraz z pierwszymi trzaskami winylowego „The Dark Side of the Moon” włączonego przez P, wywołują mimowolne skojarzenie z ciepłem i domową atmosferą. Nie myślę o niczym, po prostu jestem. Słyszę i słucham. Czuję i odczuwam. Po moim ciele rozlewa się pewien rodzaj błogości, w którym najprawdopodobniej zdołałabym się zatopić, gdyby nie gwałtowne wtargnięcie matki P wracającej przed czasem.

 

Nie panikuję; usiłuję tylko możliwie jak najszybciej ustalić, gdzie znajdują się moje buty i kurtka. Przebiega to bez większych problemów, podobnie jak sam proces opuszczenia domu.

 

Po przestąpieniu progu drzwi zostaję „uderzona” w twarz rześkim powietrzem; przymrużam oczy i przez chwilę mój mózg „głupieje”, nie wiedząc czy zaliczyć to do dobrych/przyjemnych bodźców, czy też do złych – w końcu „nie pozwalam” mu na takie kategoryzowanie i po prostu przyjmuję powiew tego wiatru jako coś oczywistego, nie neutralnego, jednak kompletnie oczywistego. Zerkam na stadninę znajdującą się w oddali; widok ten wywołuje u mnie pewien dyskomfort, choć w pobliżu nie ma ani jednego konia, to czuję dreszcz przebiegający po moim karku. Powoli zaczyna dopadać mnie lekkie splątanie myśli, a poszczególne skojarzenia stają się coraz luźniejsze i bardziej abstrakcyjne; spoglądam na pokryty falującą, ciemnoczerwoną farbą budynek stadniny tylko po to, by ułamek sekundy później odczuwać całą sobą przepływ krwi w moich żyłach, przyśpieszony oddech, nieregularne tętno. Powoli przestaję być człowiekiem, a staję się procesem. Lub może właśnie zaczynam zbliżać się do istoty człowieczeństwa, choć pojmowanego w kompletnie inny, kwaśny sposób?

 

Przemieszczamy się w stronę lasu. Przez większą część drogi patrzę pod nogi, nie mogąc oderwać wzroku od asfaltu fraktalującego się pod moimi stopami; po chwili uświadamiam sobie, że być może powinnam użyć słowa „fraktalizującego”, jednak wydaje mi się ono zbyt twarde, zupełnie nieadekwatne do widoków roztaczających się w moim polu widzenia. Oddycham chłodnym, ostrym powietrzem i mam wrażenie unoszenia się kilka centymetrów ponad drogą. Myślenie słowami staje się coraz trudniejsze, unoszę wzrok i rozglądam się dookoła, nie do końca umiejąc nazwać mijane przedmioty; potem już nawet nie staram się próbować. Wiem, że nie ma to większego sensu.

 

Wrażenie miękkości przenosi się z asfaltu na moje stopy, łydki, uda, pełznie po biodrach i w końcu oplata okolice serca; zdaję sobie sprawę, że nie odczuwam już „ciasnego sweterka”, że to już po prostu minęło. Nadal jestem lekko roztrzęsiona tak niespodziewaną „ewakuacją” z domu, jednak teraz celem, na którym się skupiam jest las – zachwyca mnie swoim majestatem nawet majacząc gdzieś na linii horyzontu. Z niecierpliwością oczekuję momentu, w którym będę mogła się w nim zatracić, dostąpić zaszczytu wędrowania wśród drzew otulonych nieskazitelną bielą śniegu.

W końcu docieramy do jego skraju, biorę kilka głębokich wdechów i przy okazji o mało co nie tracę równowagi na kawałku oblodzonej żwirówki; jestem jednak zbyt zaabsorbowana otoczeniem by się tym przejmować. Dalej trzymam P za rękę, zaczynam czuć się odrobinę jak dziecko – nie jest to jednak negatywne uczucie, wręcz przeciwnie. Pobyt w lesie zdaje się wyciągać ze mnie wszelkie negatywne emocje – nie zamiatać pod dywan, a raczej zmieniać w coś obojętnego, coś, co po chwili przeradza się w zdumienie i bezkresny podziw dla otaczającej mnie natury. Z trudem odrywam wzrok od mchu porastającego skały, które właśnie mijamy i spoglądam na K; sposób w jaki się porusza można uznać za śmieszny, ja jednak wracam do przesuwania wzrokiem po drzewach, których gałęzie stają się idealnie geometryczne w najpiękniejszy sposób, w jaki można sobie to tylko „wyobrazić”.

 

Oddycham. Spokojnie. Wszystko oddycha razem ze mną, żyje razem ze mną – być może we mnie? Nie zastanawiam się nad tym, co widzę, po prostu to chłonę, wszelkie filtry i bariery ochronne wytworzone przez mój mózg opadły jakieś… Piętnaście minut temu? Nie mam przy sobie zegarka, a pojęcie czasu – podobnie jak nazwy mijanych wcześniej przedmiotów – również staje się czymś obcym, niepotrzebnym. Nie mam potrzeby pytania ani P, ani K o godzinę. Istnieje tylko tu i teraz.

 

Jestem warta „tylko” tyle, ile odczuwam w tej chwili.

 

Skrzący się fioletem śnieg trzaskający pod naszymi stopami, roztapiający się pod nimi; celowo wchodzę w nieco większe zaspy, odczuwając niesamowitą wręcz radość z przedzierania się przez nie. Geometryczne gałęzie drzew zdają się skłaniać ku mnie, czy też może ku naszej trójce, zupełnie jakby biły nam pokłony – przyjmuję to z zaskoczeniem, dalej będąc oszołomioną pięknem tak oczywistym, że prawie bolesnym dla oczu.

 

Mówię, że jestem „jednym, wielkim, chodzącym wow”.

 

Mijamy krzewy o rozłożystych gałązkach; obserwuję, jak nasiąkają czerwonym kolorem leniwie rozlewającym się po ich powierzchni, jak kumuluje się on w miejscach rozgałęzień tworząc coś w rodzaju dziwnej hybrydy, kwiato-ptaków o koralowych piórach i przenikiwych, przepełnionych czernią ślepiach. Mrugam; kwiato-ptaki znikają, kolor zaś zdaje się powoli skapywać na ziemię i delikatnie zmieniać swoje nasycenie, wsiąkać w śnieg po to by zniknąć z kolejnym mrugnięciem, a potem pojawić się na nowo.

 

Oblizuję spierzchnięte usta i wydaję z siebie ciche „wow”, nie za bardzo wiedząc, co powinnam powiedzieć. Ale przecież tu nie ma żadnego przymusu, nie ma żadnego „powinnam”, jesteśmy razem i razem mamy szansę doświadczania czegoś cudownego – każdy na swój sposób – dlaczego więc miałabym coś mówić, skoro żadne słowa nie są w stanie opisać tego, czego doświadczam, a i samo posługiwanie się nimi coraz bardziej przypomina żonglerkę losowymi wyrazami, a nie komunikację do jakiej jestem przyzwyczajona? Milczę, pogrążam się w tym milczeniu dalej spacerując, aż w końcu natrafiamy na pierwszą osobę „spoza” naszej trójki – kogoś, kto również postanowił przejść się po okolicy.

Spuszczam wzrok i walczę z chęcią założenia kaptura, przez moment chcę spojrzeć na twarz tej osoby; odpuszczam. W tym momencie nie wiem, czy doświadczam jakiegoś „ludziowstrętu”, czy też po prostu nie chcę patrzeć na kogoś maksymalnie rozszerzonymi źrenicami. Mam wrażenie, że wyglądam co najmniej dziko – krople potu pokrywające czoło i zaróżowione policzki, rozwiane, kręcone włosy, usta pokryte cienką warstwą zaschniętej śliny. Nie czuję jednak wstydu, swoje ciało postrzegam jako coś w rodzaju narzędzia która ma prawo przejawiać oznaki „zużycia” dość wyczerpującą wycieczką, którą przecież praktycznie dopiero zaczynamy.

 

Niemalże zaleczona już astma w pewnym momencie daje się we znaki, co wybija mnie z kontemplacyjnego transu i pozwala wypowiedzieć kilka prostych, choć wulgarnych słów skierowanych do towarzyszy: oświadczam, że moje serce i płuca dostały lekki wpierdol.

Te określenia wydają mi się strasznie przyziemne, wręcz odrażające, nie umiem jednak inaczej. Przez chwilę boję się, mam wrażenie że każdy kolejny oddech jest coraz płytszy; wstrzymuję go  i zwalniam, przymykam oczy, tkwię tak przez moment. Powoli wypuszczam powietrze – najdłużej, jak tylko mogę – unoszę powieki, dotykam własnych policzków, opuszkami palców muskam nie do końca znajomą twarz.

 

Znajdujemy ławkę, siadamy na rozłożonym przez P kocu.

 

Patrzę w niebo, nie potrafię określić jego koloru, nie wiem czy smugi które na nim widzę są chmurami, czy też może czymś w rodzaju psychodelicznej siatki pokrywającej całe jego „sklepienie”; jest w tym coś niesamowicie matematycznego. Smugi delikatnie wibrują i zmieniają się w spirale tylko po to, by po chwili przybrać kształt trójkąta i „wciągnąć” do siebie kolejną smugę, zrobić z nią dokładnie to samo – Sierpiński byłby dumny.

 

K sugeruje, że powinniśmy się stąd ruszyć.

 

Kilka głębokich wdechów, ostrożne zejście na dół.

 

Dalej brnę w śnieżne zaspy, z fascynacją obserwuję śnieg przybierający niesamowite kształty i „ginący” pod moimi stopami; ten destrukcyjny czyn ma w sobie coś, co sprawia, że czuję się winna. Do mojej głowy powoli wracają bardziej „normalne” myśli, choć nie są przekazywane w zwyczajnej formie – zaczynam rozmyślać nad swoim wpływem na ludzi, których znam.

Zastanawiam się ile osób mimowolnie, bądź też celowo, zdeptałam. Ile osób roztopiłam. Na ile osób jakoś wpłynęłam, ile z nich zostało „ogrzanych” moim ciepłem bądź chęcią pomocy, a ile mogło poczuć się odtrąconych. Czy ktokolwiek kiedyś się na mnie „sparzył”.

Dygoczę, pomimo bycia ubraną w ciepłą kurtkę;  być może płaczę, nie wiem, nie jest to istotne, łzy i tak mieszają się z potem i parą oddechu.

 

Szczególnie ostatnie zapytanie jest dla mnie bolesne, budzi nie tak dawne wspomnienia z czasów używania opioidów. „Ciepło” które powoli rozlewa się po moim mózgu zdecydowanie nie należy do przyjemnych, czuję niemoc porównywalną do tej przy morfinowym strzale – tym razem jednak nie jest ona słodka – czuję tę niemoc, bo pojmuję jak narażona jestem na uzależnienie; po chwili uczucie to zostaje wyparte przez falę spokoju, jednak jest to spokój jedynie pozorny – chemiczny – bardzo znajomy, benzodiazepinowy. Znam go doskonale od ponad czterech miesięcy, spotykam się z nim każdego dnia. Teraz jednak nie umiem postrzegać go inaczej, niż jako obrzydliwego i przepełnionego sztucznością; krzyże na białych tabletkach nabierają nowego znaczenia, ciężkiego, przez chwilę stoję na skraju załamania – na zewnątrz pozostając spokojną, może jedynie nieco bladą i „nieobecną”. Klasycznie znieczuloną.

 

Próbuję znowu skupić się na otoczeniu, jednak teraz wszystko zaczyna się zapętlać, nie dając zapomnieć o myślach które przed chwilą narodziły się w mojej głowie. Las wygląda na zwielokrotniony, zupełnie jak tło którego pewne elementy zostały przesunięte o kilka milimetrów i jego krawędzie się „nie zgadzają”, są skopiowane i wklejone kawałeczek dalej; idąc do przodu nie mam wrażenia posuwania się przed siebie, efekt wizualny którego doświadczam mogę najprościej opisać określeniem „las za lasem”, nieskończony, będący marną symulacją – choć dalej piękną, potrafiącą wywołać autentyczne łzy wzruszenia.

 

Zapętlam się, wracam myślami do morfiny i benzodiazepin, które przecież też są symulacjami i na początku również są piękne.

 

Mam wrażenie patrzenia na siebie ze zmienionej perspektywy, nie potrafię określić w jaki sposób zmienionej – jest ona jednak w pewien sposób oddalona, daje szansę na bardziej obiektywne spojrzenie na własne uczynki.

Czuję lodowate igiełki strachu wbijające się w moje ciało, nie jest to jednak panika – pojmuję, że wszelkie próby ucieczki zakończą się fiaskiem, poza tym... Czy ja tak naprawdę chcę uciekać? Czy liczy się tu to, co ja „chcę”, czy też może to, co chce przekazać mi moja podświadomość?

 

„Ja”?

 „Moja”?

 

Pętla.

 

Kolejna, choć w danym momencie jestem nieświadoma tego, że znowu wróciłam swoimi myślami do punktu który nazwiemy X.

 

Milczę.

 

Gdybym uznawała istnienie czegoś takiego jak „bad tripy”, to chyba wyjąkałabym, że potrzebuję pomocy. Wyskamlała?

 

Czuję się brudna i poniżona, nie przez swoich towarzyszy – a przez dwa wzory chemiczne mające dość istotny wpływ na moje życie, z czego z jednym romansuję, z drugim zaś jestem w stałym związku opartym na przyzwyczajeniu, słowie będącym eufemizmem dla określenia „wjebanie”.

 

Pętla.

 

Silniejszy uścisk spoconej dłoni, nieregularny oddech, oszalały puls.

 

Chrupanie śniegu po którym chodzimy staje się drażniące, podobnie jak wszechobecna geometria, którą przecież niedawno się zachwycałam. Nie ma „kolorków”, jest za wyostrzenie wzroku, detale kłujące w oko. Spoglądam przed siebie – widzę prostą drogę, na tyle prostą, na ile może ona w tej chwili taka być. Decyduję się zamknąć oczy, albo chociaż je przymknąć. Znowu po prostu oddychać i utrzymywać równowagę, przełknąc dławiącą „gulę” w gardle.

 

Pętla.

 

Przepraszam P za to, że się nie odzywam, że się nie odzywałam. Nie do końca wierzę w jego zapewnienia, że mu to nie przeszkadza, że rzekomo rozumie. Czuję się prawie jak jakiś balast, zmieniam tempo chodzenia i staram się umożliwić P maszerowanie obok K, który do tej pory szedł bardziej z boku.

Wychodzimy z lasu, trafiamy na jakieś osiedle domków jednorodzinnych wymieszanych z blokami. Wzdycham z ulgą, jestem więcej niż pewna, że zmiana otoczenia wyjdzie nam wszystkim na dobre. Nie mam pojęcia gdzie się znajduję – chociaż na trzeźwo również bym nie wiedziała, nie po takim „kołowaniu” po lesie – ale mogę stwierdzić, że jest lepiej. Z „rytmu” wybija mnie komentarz K, który rzuca coś w stylu: „jest grubo”.

 

Jest, ale... Czy to źle?

 

Poszczególne blokowiska są dla mnie takie same; mijamy co prawda kilka budynków które wywołują we mnie szczególny zachwyt swoją nietypową bryłą lub kolorem, generalnie jednak dalej towarzyszy mi wrażenie chodzenia w kółko, które dość nieprzyjemnie kojarzy się z pętlami. Ponownie przepraszam P za swoje milczenie, chociaż „przepraszam” to nie do końca trafne słowo – raczej wspominam, żeby się mną nie martwił, ściskam jego dłoń, mówię że jest OK. Nie dodaję „mimo wszystko”, chociaż przez chwilę mam to na końcu języka. Zdaję sobie sprawę z wagi wizji i myśli, których doświadczałam podczas przechadzki po lesie. W pewien sposób „uderza” mnie to, czuję się nieco oszołomiona. Sięgam do plecaka po picie, biorę kilka łyków, oferuję je P i K. Komunikacja z K, podobnie jak i ze mną, jest dość ograniczona. K określa swój stan określeniami w stylu „jest źle”, „jest dobrze”. Przez chwilę chcę złapać go za rękę, położyć dłoń na kolanie, delikatnie przytulić - sama czuję się na tyle lepiej by móc udzielić komuś wsparcia – nie mam jednak pojęcia jak zinterpretuje ten gest, zwłaszcza że z natury jest mocno introwertycznym człowiekiem. Nie wytrzymuję, gdy K pyta czy może tu zapalić jointa, po czym zostaje uświadomiony przez P, że znajdujemy się na środku osiedla – i przy okazji jakieś kilkadziesiąt metrów od komisariatu. Uśmiecham się, mogę mieć tylko nadzieję, że K nie weźmie tego „do siebie”.

Decydujemy się na wyprawę do sklepu; liczę się z ewentualnością, że będę musiała tam wejść i po prostu zrobić zakupy, jednak spływa na mnie fala przeogromnej ulgi, gdy P proponuje że „on to ogarnie”. Pyta nas, co chcemy. Ja proszę o wodę, K – chyba – o coś do jedzenia, jakieś słodkości? Czekam z K kawałek przed wejściem do sklepu, próbuję nawiązać z nim jakiś kontakt, nie wiem jak mi to wychodzi. Pytam, czy czuje się lepiej. P wraca w tym momencie ze sklepu, dzierżąc w dłoniach butelkę Sprite’a i pudełko ciasteczek – wyraz twarzy K ulega ogromnej zmianie, nie mogę powstrzymać się od uśmiechu gdy pyta P, czy „ten coś mu kupił” – po raz pierwszy widzę człowieka, którego twarz dosłownie promienieje na widok ciasteczek. Po chwili pada pytanie dotyczące miejsca, w które dalej się skierujemy – K nalega na pójście „pod jakiś dach”, ja przytakuję i jednocześnie zastanawiam się, co wymyśli P – wiem, że opcja powrotu do domu raczej nie wchodzi w grę, nie teraz. Ruszamy. Docieramy na coś w rodzaju placu zabaw, na którym znajduje się „domek” – faktycznie, ma dach - ze schodkami. Wszyscy wchodzimy do środka i stawiamy plecak z zakupami na „podłodze”, którą jest po prostu ziemia. K siada na jednym z pierwszych schodków, choć robi to dość nieporadnie i na myśl przychodzi mi określenie „rozpłaszcza się”. Również mam ochotę usiąść, ale nie mam serca ruszać K z zajętego przez niego miejsca, więc po prostu opieram się o ścianę. Ciasteczka zostają wyciągnięte z plecaka, a ja dobieram się do picia. Częstuję się też jednym z ciastek – bardziej z grzeczności niż z potrzeby, w tej chwili nie odczuwam żadnych oznak głodu. P oświadcza, że musi się na chwilę od nas oddalić – kiwam głową ze zrozumieniem, kątem oka zerkając na reakcję K który dalej zdaje się być pochłonięty jedzeniem. P wraca i wyciąga skręconego wcześniej jointa, którego odpala i następnie podaje dookoła. „Kolory” przybierają na sile, otoczenie staje się bardziej HDRowe, a podłoże fraktaluje (fraktalizuje?) się bardziej żywo, z większą złożonością, psychodeliczny headspace ulega znacznemu zintensyfikowaniu. Idziemy dalej.

P prowadzi nas do dzielnicy o dość industrialnym wyglądzie, co momentalnie wywołuje skojarzenia z moim rodzimym miastem – Łodzią, w której P również kiedyś mieszkał. Pomimo świadomości, że dalej znajduję się w Oslo, przez moment czuję się „jak u siebie”. Uśmiecham się spoglądając na kominy i budynki wyglądające na fabryczne; przechodzimy przez dość ruchliwą ulicę, przedtem oglądam się na K patrząc czy dotrzymuje nam kroku, to samo robi też P. Jestem prowadzona przez niego za rękę, droga którą musimy przejść wydaje mi się niewyobrażalnie długa, mijają nas samochody; z każdym kolejnym przejeżdżającym obok czuję, jakbym stawała się elementem otoczenia, zespalała się z nim, jakby znaczenie „bariery” za którą zwykłam uważać swoje ciało z każdą chwilą stawało się coraz mniejsze.

„Znam” ten stan, wiem jednak że nie mogę teraz pozwolić sobie na „let it go” – przez moment kręci mi się w głowie, staram się trzymać pazurami resztek własnej tożsamości. Wiem, że walka z tym to nic dobrego, ale wiem też, że w tej chwili jest to jedyne wyjście – zarówno ze względu na miejsce w którym jesteśmy, jak i ze względu na K.

Jestem... Chwilowo nie wiem kim tak naprawdę jestem, ale na pewno wiem, co odczuwam – wdzięczność za bycie prowadzoną. Ponownie staję się dzieckiem po to, by dalej móc przejść do etapu dojrzewania, następnie dorosłości. Dalej – póki co nie. Droga się kończy, skręcamy.

W końcu znajduję się w miejscu, które rozpoznaję nawet pomimo zmienionej percepcji – most znajdujący się niedaleko domu. Zatrzymuję się, to samo robią P i K. Po chwili zastanowienia przykucam; zmęczenie zaczyna powoli dawać się we znaki. K zaczyna opowiadać nam o zaburzeniach swojego wzroku, o „zamianie oczu”, nie do końca rozumiem o co mu chodzi, spoglądam tylko pytająco na P i potem widzę K przecierającego swoje okulary – zupełnie, jakby miało to w czymś pomóc. P spogląda na dość „splątanego” K z uśmiechem i nagle pyta: „K, jesteś kwasiarzem?”, na co K odpowiada jedynie skinięciem głową i „wszystkowidzącym” spojrzeniem. P mówi: „a więc oficjalnie Cię mianuję” – i w tym momencie nie mogę już powstrzymać się od śmiechu, od śmiechu całkowicie serdecznego, wypływającego gdzieś z głębi. Tkwimy tak przez moment, po czym zgodnie udajemy się w kierunku domu oczekując, że tym razem będzie on pusty.

Udaję się z P na szybki „rekonesans”, K zostaje kawałek za nami – „oględziny” nie wypadają pomyślnie, mimo wszystko K po chwili do nas dołącza, lokujemy się w przedpokoju i zdejmujemy z siebie kurtki oraz buty. W tym momencie podchodzi do nas matka P, która na widok K dostaje przysłowiowej kurwicy – zaczyna wypominać różne wydarzenia z przeszłości, między innymi wspólne ćpanie P i K, ja zaś nie za bardzo wiem co mam ze sobą zrobić, jako, że znajduję się na pozycji „gościa” – przenosimy się do pokoju, siadam w rogu kanapy, K w drugim, P idzie rozmawiać z matką, która później weszła i do nas.

Cała kłótnia tak w zasadzie opiera się na obecności K i podejrzeniu P o wypicie znacznych ilości alkoholu; na początku jestem pewna, że matka P po prostu ironizuje i doskonale wie „co jest grane”, ale nie, rzeczywiście chodziło jedynie o alkohol – cała ta sytuacja była cholernie surrealistyczna i gdy tylko wszystko nieco się uspokoiło, a matka P opuściła pokój, najpierw popatrzyliśmy na siebie z trudnymi do zidentyfikowania minami... A potem zaczęliśmy chichotać, możliwie jak najmniej bezczelnie i jak najciszej, choć poziom absurdu został przekroczony – i to znacznie.

Rozkładamy materac, kładę się na nim z P, a K lokuje się na kanapie.

Chociaż jesteśmy już na końcówce tripa, to „Head Hunters” Hancocka robi na mnie niesamowite wrażenie – „kwaśna” percepcja muzyki daje się we znaki i choć nie doświadczam już absolutnie żadnych CEVów, to bez większych problemów zatapiam się w muzyce, wcześniej wtulając się w P.  Jednak dopiero puszczone w dalszej kolejności „Bitches Brew” Davisa jest w stanie „cofnąć” mnie do tego specyficznego stanu, w którym człowiek nie zatapia się w muzyce – on po prostu się nią staje. I przy okazji robi głęboki wdech, tym razem wciągając do płuc słodki, ciężki zapach tlącego się obok kadzidła.

 

Jakiś czas później ojciec P odwozi K do domu, a ja i P zostajemy sami. W pierwszej kolejności „zaklepuję” sobie łazienkę i biorę prysznic – spędzam w niej nieco więcej czasu niż planowałam, podczas tripowania mam tendencję do „gubienia” się w lustrze – i wracam na materac. Czekam na P. Wspominam, dość niechętnie, że w razie problemów z zaśnięciem możemy użyć przywiezionego przeze mnie klonazepamu, P jednak uśmiecha się tylko i przytula mnie mocniej.  

Ocena: 

Odpowiedzi

W normalnym wypadku powinienem narzekać na nieuwzględnienie ram czasowych. Jednak ten tripraport trafił do mnie. Mimo ograniczeń lingwistycznych jakie były na Ciebie narzucone, udało mni się w dużym stopniu wczuć w twoją osobę i wizualizować sobie okiem wyobraźni Twoje przygody. Czekam na kolejne raporty.

Lubię kwachy

Podobnie jak u współtowarzysza świetny raport.

Ładnie napisany raport, szczególnie ciekawy jako druga połówka. Co do fraktali, to w pewnym innym, kobiecym raporcie urzekło mnie sformułowanie "włosy mi fraktaliły na wietrze".

No i któż to będzie w tej Łodzi mieszkał, jak wszyscy wyjedziemy?

Twój styl pisania bardzo pasuje do klimatu norwegii i ogólnie vibu tego tripu, cudne zdjęcia- wszystko cudne kurwa 10/10

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media