Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

karton network - czyli kwas pierwszy raz

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Podobno 500ug, ale nie chce mi się w to wierzyć
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Latanie po lesie w ciepły, choć grudniowy dzień z dwoma ziomkami. Byłem przygotowany na jedzenie 25I-NBOME, a że miałem miłe wspomnienia z 25B-NBOME, to byłem bardzo pozytywnie nastawiony.
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Dekstrometorfan - kilkanaście razy
Amfetamina - kilkadziesiąt razy
Kodeina - (nieudany) raz
25B-NBOME - raz
5APB - raz
Marihuana - za dużo
Alkohol - okazyjnie

karton network - czyli kwas pierwszy raz

Na ten dzień czekałem bardzo długo. Od mojej ostatniej psychodelicznej podróży minęło grubo ponad pół roku, więc zdążyłem zatęsknić za kolorami, fraktalami, wyginaniem wszystkiego wokół i abstrakcyjnym myśleniem. Niebawem pojawiła się okazja - mój kumpel P. miał przywieźć kilka kartonów z odległych krain i zaproponował wrzucenie tego razem. Do zabawy zwerbowaliśmy M., który po moich licznych opowieściach również poczuł chęć przeżycia kwasowej przygody, a także drugiego ziomka, który z pewnych przyczyn nie mógł się zjawić, więc ostatecznie fazowaliśmy we trzech.

 

Początkowym planem było tripowanie w małym, bezprzypałowym mieszkanku w bloku. Mieliśmy wrzucić sobie muzę na głośniki, oglądać fraktale na kompie i podsumowywać miniony oraz planować przyszły rok, bo miało się to odbyć dzień przed sylwestrem - jak bardzo się cięszę, że ten plan nie doszedł do skutku. Dla mnie psychodeliczna faza może odbyć się tylko wśród natury, z możliwością eksploracji, podziwiania pięknych krajobrazów w spokojnych i bezprzypałowych warunkach. Trip w domu byłby strasznie pusty i nudny.

 

Ostateczną decyzję podjęliśmy w nocy przed właściwym terminem - po burzliwych za i przeciw zdecydowaliśmy, że spotykamy się następnego dnia o 12-tej i od razu wrzucamy. Rano zjadłem jakieś lekkie śniadanie, wziąłem ze sobą tytoń, bletki, harmonijke w razie gdyby obudził się we mnie artysta, temperówkę, bo P. mnie o to prosił i kilka innych rzeczy, wszystko poupychane w kieszeniach. Miałem pewne obawy, bo obudziłem się ze strasznym bólem gardła i ogólnie osłabiony, ale nie chciałem czekać ani dnia dłużej. Tym bardziej, że wtedy pogoda bardzo nam sprzyjała - jak na grudzień było bardzo ciepło i świeciło przyjemne, nienachalne słońce.

 

Po godzinnym poślizgu ja, P. i M. w końcu się spotkaliśmy i po udaniu się na bezprzypałową miejscówkę zarzuciliśmy po jednym z dwóch ustalonych na osobę kartonów, drugi mieliśmy zjeść po pół godzinie. Uważałem, że powinniśmy wrzucić oba naraz, ale żeby nie było, że kozacze, a potem odchodzę od zmysłów, dostosowałem się do grupy. Czekając na efekty, wymienialiśmy kto jakie kawałki zrzucił na telefon, żeby na fazie towarzyszył nam dobry soundtrack. Standardowo dominował tam rock psychodeliczny, trip hop i ogólnie chillująca muzyka - nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy na kwasach słuchają jakiegoś ryjącego acid trance. :S

 

Rozdział pierwszy: Bodyload

 

Zgodnie z założeniami pół godziny po pierwszym, pod dziąsłem znalazł się drugi karton. Wtedy też zaczynały się pierwsze, narazie bardzo subtelne efekty. Zrobiło się "jasno", a kolory stały się odrobinę bardziej nasycone. Padła decyzja żeby powoli udać się na miejscówkę, którą miał być spory las, który wszyscy znaliśmy, na jego brzegach z różnych stron otoczony osiedlem lub pojedyńczymi domkami.

 

Droga na miejscówkę zajmowała około 20-tu minut. Ten czas coraz bardziej nakręcał fazę więc do lasu weszliśmy już nieźle porobieni. Kilkanaście metrów od jego skraju zrobiliśmy pierwszy, krótki przystanek. Patrząc po twarzach moich towarzyszy widziałem wielkie podekscytowanie ze znaczącą nutą niepokoju. W lesie gęstniejącym od kolorów, doszliśmy do wniosku, że zbliża się do nas coś wielkiego.

 

(Od tego momentu opis wydarzeń będzie luźno umieszczony w czasie, bo wielu rzeczy nie pamiętam.)

 

Idziemy dalej, P. robi za przewodnika. Szliśmy przed siebie po ziemi emitowanej w jakości ultra HD. Psychodeliczne kolory nasilały się coraz bardziej. W moim odczuciu las był fioletowo-zielony. W naszej ekspedycji, narastał niepokój, że „to aż tak klepie” i niezdecydowanie czy powinniśmy siedzieć czy iść dalej przez co po drodze do docelowej miejscówki zrobiliśmy kilka przystanków.

 

Ostatni z nich przypadł na skraju miejsca, do którego mieliśmy dotrzeć. Wyglądało ono tak jakby ktoś w edytorze świata zaznaczył w środku lasu koło i nacisnął Delete po czym w miejscu wysokich drzew postawił półmetrowe świerki i wysoką na około20 metrówgórke z samotnym drzewem na jej środku. Z obecnej perspektywy nie czuliśmy jej epickości, ale niepewni swej decyzji postanowiliśmy przysiąść. P. i M. rozłożyli się na plastikowym worku, ja dostałem kawałek tektury. Nie mogłem znaleźć dobrej pozycji siedzenia, odczuwałem niepokój, nie wiedziałem czy chce mi się iść, leżeć, spać, jarać czy cokolwiek – typowy bodyload. M. zdawał się być poruszony pierwszym razem w psychodelicznym świecie, a P. wyjął kartke i zaczął rysować.

 

Każdy pojedynczy ruch ołówkiem po kartce pozostawiał po sobie piękną wielokolorową smugę, a każda pojedyńcza kreska jaką narysował zdawała się idealnie dopełniać całość, mimo że P. na co dzień Alexem Grayem nie jest. Ostatecznie nie wyszło z tego żadne dzieło, ale sam proces jego tworzenia wydał mi się fascynujący.

 

Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że zmieniamy „lokal”. Przeszliśmy właściwie pare metrów na szczyt tej górki, ale na tyle przypadła nam do gustu, że postanowiliśmy tam zostać. Niedługo potem zaczęły się jaja…

 

Rozdział drugi: Wizualizacja

 

P. i M. rozwalili się wygodnie na glebie. Ja nadal co chwilę zmieniałem miejscówke nie mogąc odnaleźć „pozycji zero”. Namawiałem swoich towarzyszy, że powinniśmy iść dalej, bo twierdziłem, że fazę trzeba rozchodzić, żeby czuć się z nią komfortowo. Moje narzekania P. skwitował krótkim „Zamknij się i patrz”. Usiadłem, spojrzałem i faktycznie nie miałem więcej pytań. Dookoła las, w oddali samotne domki, słońce nieśmiało pokazywało się na zachmurzonym niebie – myślałem, że nie może być lepiej gdy M. wrzucił z telefonu strasznie chilloutowy trip hopowy kawałek. Rozłożyłem się na glebie na całej długości, patrzyłem w niebo i nic więcej do szczęścia nie potrzebowałem. i M. w tym czasie bawili się w przesuwanie chmur na niebie i rysowanie wzorków palcem. Chillout, laba, brak zmartwień.

 

Na takim leżeniu i byciu minęła nam mniej więcej godzina. Faza weszła już chyba na swój szczyt - kolorów było coraz więcej, a z drzew zaczęły wypływać mi świecące wzory w formie głów kozła. Wyłaniały się spośród drzew, zygzakiem zbliżając się na parę metrów po czym znikały i zastępowały je nowe. Całe moje pole widzenia usłane było tymi wzorami. Nie odczuwałem z tego powodu strachu, byłem niemym obserwatorem tego przedstawienia. Nie wiem czy to duchy lasu przyszły zbić ze mną piątkę czy interesuje się mną sam szatan, ale ten sam wzór widziałem na fazie z 25B-NBOME tylko że tam oprócz kozłów z drzew wyłaniały się też głowy tygrysów i pawie oczka.

 

W pewnym momencie miałem też dziwne wrażenie, że zespoliliśmy się z naszą miejscówką. Poczułem jakbyśmy przebywali w barierze z Gothica, tyle że białej i o średnicy trzech metrów a w środku znajdowała się jakaś strasznie gęsta energia, która miała być naszą świadomością. Czułem, że energetycznie nawiązaliśmy kontakt z lasem, który chce nam coś przekazać.

 

Z innych mocno kwaśnych kmin, była chwila kiedy słyszałem w głowie myśli swoich towarzyszy. Nie wiem czy to kwestia postrzegania czasu, które w owym momencie było kompletnie zaburzone czy faktycznie zajrzałem do ich umysłów, ale słyszałem dialog, którego w chwili teraźniejszej (gdziekolwiek wtedy była ta teraźniejszość) nie było. Nie pamiętam ani jednego konkretnego wyrazu, ale słowa te wirowały wokół naszej bariery i pojawiały się spontanicznie, przychodząc z chujwiejakiego momentu na osi czasu do teraźniejszości, która jeszcze nigdy nie miała dla mnie aż tak abstrakcyjnego wydźwięku.

 

Ta godzina na górce była peakiem kwasowej fazy, a jak wiadomo dzieją się wtedy rzeczy, które trudno opisać słowami. Ogólnie to dużo kolorów, fraktale, CEVy, pogawędka z lasem, czytanie w myślach – generalnie herbatka u cioci to to nie jest. Nie wiem czy powyższe wydarzenia były efektem oświecenia czy może raczej pojebania mojego umysłu, ale wiem na pewno, że było naprawdę ekscytujące.

 

Rozdział trzeci: Przygoda

 

Mimo, że zdążyło się wydarzyć już tak wiele, Karton Network nie zamierzał prędko przerywać transmisji. Obudziliśmy się z tego psychodelicznego snu, klimat stał się dużo luźniejszy, a my bardziej rozmowni. Miałem pewne problemy z klejeniem słów. Wypowiadanie ich sprawiało mi straszną trudność, a jak już to robiłem, zawsze przekręcałem jakąś sylabę, albo używałem słowa które ma inne znaczenie. Kwintesencją tego był moje podsumowanie tego co się wydarzyło słowami: „Ten obraz to jest mega, ultra, zajebiście HD” wypowiedziane z takim trudem, jakby jakiś jaskiniowiec uczył się języka polskiego.

 

M. wyjął z kieszeni okulary przeciwsłoneczne, co wywołało u nas niemałą euforię. Każdy po kolei je zakładał, otwierał gębę i rzucał coś na wzór „Ja pierdolę, jaka faza!”. Strasznie komicznie musiałoby to wyglądać z perspektywy jakiejś innej osoby. Zawszę się dziwiłem, że okulary przeciwsłoneczne nie są kojarzone z kwasowymi podróżnikami w popkulturze. Dla mnie jest to item obowiązkowy - zarzucasz na fazie swoje międzygalaktyczne gogle i Twoja zajebistość stukrotnie przewyższa skalę.

 

W końcu postanowiliśmy ruszyć się z naszej wysłużonej miejscówki. Spakowaliśmy ekwipunek, wzięliśmy kawałek tektury do siedzenia. Tym razem robiła nam za mapę, z którą później było dużo śmiechu.

 

Podróżowaliśmy przez miejscówki, które znamy od dzieciaka, ale które nigdy nie wyglądały tak epicko. Powoli zachodziło słońce i kościół w pobliżu tego lasu na tle wielokolorowego nieba był po prostu piękny. Chodziliśmy, biegaliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się. Weszła faza na zachwyt całym światem tekstami "To takie niesamowite, że jesteśmy częścią tego wszystkiego" czy "Ja tu się chyba zaraz rozpłacze" po zobaczenia jakiegoś dobrego krajobrazu. Co jakiś czas padały też pytania "Gdzie my, kurwa, jesteśmy?", które podsumowywałem tekstem "Dobrze, że mamy mapę" podnosząc do góry kawałek tektury. Bawiliśmy się też okularami przeciwsłonecznymi i różową zapalniczką, która wydawała się być zrobiona z kryształu. Ogólnie różne przedmioty miały strasznie interesujące kształty i samo trzymanie ich sprawiało frajdę, dlatego tak zaprzyjaźniłem się z tekturową mapą.

 

Raz szedłem sobie pierwszy stwierdzając "Ale ja jestem uwalony, ALE..." zatrzymywałem się nagle tak, że towarzysze na mnie wpadli, odwracam się "...wszystko pełen pozytyw" pokazując w góre okejke z na maksa wyprostowanym kciukiem. W odpowiedzi dostałem dwie okejki a w tle dwa banany na skwaszonych twarzach.

 

Mówiąc o twarzach, to zawsze na psychodelicznych substancjach są one nieco oszpecone, zniekształcone, takie "orkowe". Nie jest to straszne, ale zawsze wolę unikać zbyt długiego wgapiania się w kwasowych towarzyszy. Dodatkowo od każdej z nich bije różowo-czerwona energia.

 

Zrobiło się już ciemno. Muszę przyznać, że czas na tripa był perfekcyjny - okres świąteczny, co oznacza dużo kolorowych świateł na domach i drzewach. Po tym wszystkim co się wydarzyło byłem pod ogromnym wrażeniem siły tej substancji. Mam na myśli, że każda pojedyńcza minuta tego doświadczenia przynosiła coraz to nowe rozkminy, coraz wspanialsze widoki, coraz więcej śmiechu i zachwytu. Ciężko było mi objąć umysłem, że minęło raptem kilka godzin a to wystarczyło by wydarzyło się tyle nieopisanych rzeczy.

 

I teraz jeden z ważniejszych momentów: Całość powyższej rozkminy skwitowałem pytaniem "Czy wy też uważacie, że to jest najlepsza faza ever?". P., którego limonkowa czapka świeciła jaskrawym światłem, oznajmił nam wtedy, że na wszystkich kartonach był kwas...

 

Przez cały ten czas myślałem, że ja i M. jedliśmy 25I-NBOME a tylko P. ten właściwy karton. Poprzedniego dnia jeszcze próbowałem go ugadać, żeby odstąpił mi swoją porcję, a tu takie zaskoczenie. Legendarne LSD, o którym tyle czytałem, którego tak bardzo pragnąłem i o którym zawsze się zastanawiałem co robi z mózgiem już od paru godzin siało spustoszenie w mojej głowie. Moje ćpuńskie sny się ziściły...

 

Rozdział czwarty: Refleksja

 

Mimo, że faza w ogóle nie słabnęła i nadal kolory otaczały nas z każdej strony, nasze myśli przeszły na bardziej refleksyjne tory. Rozkminialiśmy z M., że wszystko składa się z cykli, które następują po sobie. Objawiało się tym, że próbowaliśmy zrozumieć działanie czasu, przestrzeni, sensu życia, Boga i innych filozoficznych tematów i co chwila dopowiadaliśmy jakieś wątki, byliśmy już coraz bliżej puenty, gdy w końcu padało pytanie "Ale po co?" albo "Jakie to ma znaczenie?" i nasza myśl zataczała koło. Zdawało się, że wiemy dużo więcej niż normalnie, i cały czas próbowaliśmy wyrazić to jednym prostym zdaniem, ale jednoznaczne podsumowanie nigdy nie nadchodziło.

 

Wyraziliśmy też pogardę dla wszechobecnej pogoni za pieniędzmi. Doszliśmy do wniosku, że człowiek szuka czegoś, co go w końcu zaspokoi, ale ta rzecz nigdy nie przychodzi, bo istota ludzka szuka jej w przyszłości. Jedynym sposobem życia w cyklach jest cieszenie się nimi na bieżąco.

 

Odnosiłem wrażenie, że całe moje dotychczasowe życie było tylko jednym, długim prologiem, do przeżycia tego co właśnie przeżywałem. Uważałem też, że mamy nieskończoną ilość czasu, bo jeden cykl następuje po drugim. Dopasowałem to później do filozofii Eckarta Tolle, z którą w owym czasie wnikliwie się zapoznawałem, mówiącą o tym, że ciągła pogoń za przyszłością nie ma sensu, bo przyszłość jest złudzeniem, w przeciwieństwie do teraźniejszości, która jest jedynym czasem jaki istnieje.

 

Ironiczne jest, że sami padliśmy ofiarą naszych prześleń, bo zapętliliśmy się jak cykle, o których rozkminialiśmy i poprzednie długie filozoficzne wywody zastąpiliśmy pojedynczymi słowami-kluczami. Przykładowa rozmowa wyglądało mniej więcej tak:

 

- Czas

- Cykle

- Ludzie tego nie kumają

- Tylko dla wtajemniczonych

- Pieniądze, życie, obowiązki

- Po chuj?

- Jakie to ma znaczenie?

- Dobrze, że mamy mapę

 

W międzyczasie P. coś tam wspominał, że D., nasz brat już na nas czeka na skraju lasu.

Po iluśtam minutach w końcu to do nas dotarło i podążyliśmy za limonkową żarówką na jego głowie w stronę D. Nic nie rozumieliśmy skąd on się tam wziął, po co do niego idziemy, ale byliśmy przekonani, że będzie podskakiwał z radości, jak tylko usłyszy co rozkminiliśmy. Taaaa...

 

Rozdział piąty: Przypał

 

(Poniższy rozdział w ogóle już nie skupia się na działaniu substancji, więc jeśli nie interesuje Cię przypałowe zakończenie naszej podróży, przejdź od razu do podsumowania)

 

Dotarliśmy, przywitaliśmy się i zaczęliśmy w słowach-kluczach opowiadać mu co się w ostatnich godzinach działo. "CZAS, WODA, TYLKO DLA WTAJEMNICZONYCH". Jednym z hash-tagów była też ksywa naszego ziomka Ż., z którym chcieliśmy sobie wyjaśnić kilka rzeczy, pod wpływem kwasowego oświecenia. D. stał tylko poirytowany całą sytuacją i nic nie mówił, przez co jeszcze głośniej nawoływaliśmy go do zabrania głosu. W mojej głowie wyglądało to tak, że nie zastanawiałem się skąd on się tam w ogóle wziął. Czekałem tylko aż zbierze wszystkie nasze myśli do kupy i palcem pokaże nam drogę, którą można dostać się do Boga. Rzeczywistość okazała się mniej kolorowa - P. wezwał go, bo zmęczył się naszym towarzystwem. D. miał nas pilnować, a on miał się zwinąć do domu.

 

Pojawił się miedzy nami rozłam, ja i M. chcieliśmy dalej polatać po lesie, mimo, że było całkiem ciemno, P. i D. woleli wsiąść do fury. Ostatecznie bardzo niechętnie, ale ulegliśmy i udaliśmy się w stronę domu po samochód. Oczywiście prowadzić miał D., który był trzeźwy. Ustaliliśmy, że lecimy po Ż., a potem w bliżej nieokreślonym kierunku. W drodze powrotnej przez kilometr szedł za nami pies, który nie mógł dostać od nas innego przydomku niż Czas. "Czas, do nogi!"

 

Po drodze wywiązały się miedzy nami spiny, których nie warto opisywać, ale ogólnie magiczny klimat mocno na tym ucierpiał. Wsiedliśmy do fury, wrzuciliśmy muzę z Hotline Miami i pojechaliśmy po Ż. Po kilku minutach zacząłem żałować, że nie zostaliśmy w lesie. Samochód jest mały, wtedy był mniejszy niż kiedykolwiek. Wkurwiało mnie, że jestem uwiązany do fotela, wkurwiał mnie też syf, który tam panował. Wjechaliśmy do miasta i ono też wydzielało zepsucie. Patrzyłem na ludzi wychodzących z pubu i współczułem, że ich wieczór skończył się tylko na wypiciu piwa. Generalnie chujnia zaczęła narastać. Ktoś wyrwał mnie z psychodelicznego raju prosto do gnijącej cywilizacji. A najgorsze miało dopiero nastąpić...

 

Zgarneliśmy Ż., opowiedzieliśmy mu troche co się działo i pojechaliśmy w stronę miejscówki, gdzie poprzedniego dnia podjęliśmy decyzję o wrzucaniu kartonów tego dnia i w takich okolicznościach. Czekałem, żeby w końcu wysiąść i znowu pooddychać świeżym powietrzem. Na horyzoncie pojawiła się nasza miejscówka, ale zaraz... Co to? Czy to odblask na wehikule niebieskich stróżów prawa? Minęliśmy ich i chcieliśmy zawrócić na parkingu. Oczywiście, że za nami pojechali...

 

Niebiescy wysiedli, przywitali się, posprawdzali dokumenty, a następnie wywołali po kolei każdego w celu trzepania. Byłem nieźle obsrany, bo P. albo M. powinni mieć przy sobie pozostałe dwa kartony dla wspomnianego na początku nieobecnego ziomka. Szczęście w nieszczęściu - zgubiliśmy je. Przyszła moja kolej. Czułem się ultra źle z faktem, że z leśnego eksplorowania przeniosłem się prosto pod but systemu. Ciekawe czy gość był ździwiony, że znalazł przy mnie harmonijke i temperówke...

 

W ogóle sytuacja roku - pięciu typa podbija sobie w środku nocy ciasnym samochodem do puszczy, kierowca trzeźwy, nikt nie ma przy sobie dragów, a w furce nawet znajduje się apteczka i trójkąt ostrzegawczy. Nie mieli się do czego przyjebać, więc w końcu pojechali, ale sytuacja zdążyła zjebać mi humor do końca dnia.

 

Na tym właściwie kończy się nasza przygoda. Chwilę jeszcze pojeździliśmy i zawineliśmy się do domów. Po uświadomieniu sobie przed lusrem wielkości swoich źrenic, dziwie się, że obyło się bez przypału. Poszedłem spać, ale miałem problem z zaśnięciem.

 

Podsumowanie

 

Nie ważne czy to był NBOOME czy klasyczny kwas, w każdym razie było to najlepsze, najbardziej pozytywne doświadczenie w moim życiu. Mnogość kolorów, rozkmin, wspaniałe widoki i poczucie, że każda rzecz do siebie pasuje i wszystko wzajemnie się uzupełnia są po prostu wspaniałe. Nie ma co się wysilać, żeby opisać ten specyficzny klimat słowami, to po prostu trzeba przeżyć. Ogólnie kwas jest zabawką, którą polecam każdemu.

 

Mam też nadzieje, że szybko dane mi będzie wrócić do psychodelicznego świata. Wybór "smakołyków" jest dość duży, ale ja bym najchętniej pogadał z klasycznymi Magicznymi Kapeluszami....

 

 

Także dzięki, jeśli ktoś dotrwał do końca. Zostaw po sobie komentarz i oby do następnego.

Ocena: 

Odpowiedzi

Bardzo miła lektura. Tak powinien wyglądać kwaśny trip.

Dzięki. ;) Jesteś w stanie po lekturze stwierdzić, czy był to kwas czy raczej NBOOME?

Po lekturze stawiałbym na kwas, ale bardziej rozstrzygające byłoby: czas ładowania, czas trwania, czas do peaku, brak drętwienia dziąsła, brak smaku.

Po pierwszym kartonie subtelne efekty pojawiły się mniej więcej po pół godzinie. Czas trwania to około 6-10 godzin - bardziej precyzyjnie nie jestem w stanie stwierdzić, bo ciężko określić czym był koniec fazy, bo dopóki nie zasnąłem to coś tam jeszcze delikatnie wirowało. ;) Czas do peaku to godzina-dwie i dziąsło drętwiało jak u dentysty. :S Jaki werdykt? 

Czasy się zgadzają bardzo dokładnie, ale... drętwienie dziąsła wyklucza kwas! :D Popytaj na forum, czy jakikolwiek NBOM ma taką dynamikę.

Zajebiście się czytało, masz fajne lekkie pióro :)

Dziękuję, bardzo miło mi to "słyszeć" ;)

....po których czuję, jakbym to ja przeżywała. Jako że mam już za sobą 5 tripów ( grzybki "thai" 1 raz i 4x łysiczka) to doskonale rozumiem Cię w kwestii przezywania tripa w otoczeniu natury. Raz udało mi się podczas jednego tripa zobaczyć: zachód słońca, następnie gwieździstą noc (to były Bieszczady) i wschód. Dodtkowko 3 piguły bardzo przedłużyły mi fazę która już powoli stawał się męcząca ale cóż.... ;)  Uważam, że KAŻDY człowiek powinien chociaz raz spróbować grzybków. Jestem ogromnie zasmucona faktem, że moi znajomi podchodzą do tematu bardzo sceptycznie, z bojaźnią na zasadzie "a co jak mnie pojebie?" ale w sumie nawet nie to mnie boli. Najgorszy jest brak zainteresowania tematem. Niechęć w zgłębianiu.  Pozdrawiam !!

"W historii ludzkości, halucynogeny były prawdopodobnie najważniejszymi ze wszystkich narkotyków. Ich fantastyczne efekty sprawiły, że stały się dla człowieka świętymi i mogą być nawet odpowiedzialne za powstanie pojęcia "bóg"."

Z moimi ziomkami jest identycznie, w sumie troche przeze mnie, bo wszystkim nagadałem, że do tego trzeba mieć "specjalną" psychikę, że może poryć jak ktoś ma w głowie niemiłe wspomnienia i coś tam jeszcze pitoliłem. ;d Dziś chciałbym zainstalować kartonik każdemu.

A psychodeliczna faza w Bieszczadach to moje małe marzenie, więc zadro bardzo. :) Pozdrawiam również.

Zajebisty Trip Raport ;>

''SZUKAM SIEBIE, ODRZUCAM PAPE DLA MAS''

Piękny raport :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media