Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

grzyby rzucily mnie na kolana...

grzyby rzucily mnie na kolana...

Zapoznaj sie z http://neurogroove.info/jak-napisac-poprawny-raport a TR bedzie na glownej, wybaczam to jakos i nie wpitole do odurzonych ;) No i wypadaloby zdania wielkimi literami zaczynac w celu lepszej czytelnosci.

BEFORAPORT : no, to relacja z pierwszego grzybienia, ktoro mialo miejsce juz w chÓÓÓj temu (co jest konkretnie ujete ponizej), i na uwadze trzeba tez miec fakt, ze i sam raport byl tworzony ladny kawalek czasu po fakcie

puenta z tego taka, ze roznie sie toczyly moje cpoonskie losy od tamtego czasu, byly wzloty i upadki, raz na wozie raz pod wozem...a czlowiek to taki twor, ze czasami latwo popada w zaureczeniowa fascynacje czy zajawke...

nie zrozumcie mnie zle - w zadnym razie nie neguje tego, co daja grzyby, co to to nie hehe;) i ogolnie mowiac to przedstawione ponizej wizje sa mi w dalszym ciagu jak najblizsze, jesli na ten moment mialbym powiedziec, ze w cos wierze, to 'psychodeliczna wizja swiata' (mam nadzieje, ze wiadomo, co mam na mysli) bylaby moja odpowiedzia/wyborem

natomiast inna sprawa - i to bylby pewnie temat na dluzsza dyskusje przy X browarkach hehe - co ja, jako czlowiek, czasami robilem z ta wizja...czasami pewnie trafnie...czasami na pewno blednie...i chyba tu lezy psychodeliczny pies pogrzebany, ktorego to probowalem w tych przedwstepnych paru slowach wyrazic;) hehe

a to wszystko to i tak pewnie wypadkowa moich zaburzen:P

no i coz...zaznaczam tylko, ze raport ma niecale 5 lat (tresc pozostala w calosci niezmieniona), a opisuje wydarzenia majace miejsce ponad tych 5 lat temu...praktycznie pod wszystkim dalej sie podpisuje ofcoz...pytanie tylko czy tak samo byloby z dalszymi czynami:>

no ale coz - get extasy or die trying;)

milej lektury, zapraszam na seans

-----------------------------------------------------------------------------

/grzyby rzucily mnie na kolana/

heh, od czego by tu...a wiec tak, postanowilem w koncu stworzyc spojny opis mojej poltorarazowej - i jak dotad jedynej - podrozy grzybowej, ktora miala miejsce 219-220 dni temu, ponad 7 miesiecy temu, dokladnie w pamietnego sylwestra 2004/2005 (wielkie podziekowania dla ziomka, ktory mnie tam wkrecil, jak i dla wszystkich osob towarzyszacych na tej imprezie lub w jakikolwiek sposob zwiazanych z owa 'wyprawa' w zaswiaty - jak np. dla ziomka, dzieki ktoremu posiadalem wtedy malych magikow:>)...

ponizszy opis powstaje na bazie mojej pamieci (mowa o wydarzeniu, ktoro mocno i wyraziscie w niej sie zapisalo) oraz na podstawie relacji zdawanej ziomkowi na gg bezposrednio pare-parenascie godzin po zakonczeniu eskapady i powrocie do rzeczywistosci...

dzieki dosc duzemu odstepowi czasowemu miedzy tripem a powstawaniem tegoz to opisu, ktory teraz czytacie, do bezposrednich wrazen i opisow emocji-uczuc dochodza gruntowne przemyslenia poszczegolnych elementow zjawisk, jakich bylem wtedy swiadkiem, oraz nowa wiedza, ktorej wtedy nie posiadalem...

zeby formalnosci stalo sie zadosc, to najpierw szczegoly doswiadczeniowo-s&s'owo-nastawieniowe...przed grzybieniem moj kontakt z substancjami psychoaktywnymi sprowadzal sie glownie do thc (ziolo palone z przerozna czestotliwoscia...czasem dzien w dzien przez jakis czas, czasem raz na jakis czas, czasem przerwa na pare miesiecy z przyczyn niezalezno-przypalowych:/)...po drodze byla 'proba' galki, ktorej nawet nie licze i nie biore pod uwage, bo nic z niej wyszlo=nic nie zadzialalo (i chyba dobrze...), oprocz obrzydliwosci smaku...

na krotko przed grzybkami (2 miesiace +/- kilkanascie dni) test salvii i na pare podejsc ostatnia proba zakonczona sukcesem w wejsciu w swiat lady s. ...no i ze srodkow niezmieniajacych swiadomosc, a ja wylaczajacych;) - obfite spotkania z alkoholem...

poza tym przed grzybami raczej nic wiecej wartego uwagi czy waznego nie bylo, lub tego nie pamietam=czyli takze nie bylo zbyt wazne:)

no i tak jakos w koncu wyszlo, ze wraz ze zblizaniem sie sylwestra, zblizala sie mysl o grzybieniu:)

po czesci byla to ciekawosc, po czesci rozpoczynajace sie od kontaktu z salvia zainteresowanie ta 'druga' strona specyfikow psychoaktywnych, po czesci szukanie czegos, co by mi nie wyszlo na testach na thc uskutecznianych wtedy b. czesto przez moich starych:/ (choc swoja droga i tak do tych grzybow sie ujaralem maxymalnie:D), po czesci chec nowych wrazen i pewnie jeszcze wiele innych czynnikow na ta decyzje sie skladajacych...

zatem grzybienie zostalo zaplanowane na owego sylwestra, przystapilem do niego w wieku...hmmm...chwila...niecalych 20 lat (lekko ponad 19.5)...jak juz pisalem wyzej - na sylwestra tego zostalem wraz z paroma jeszcze osobami wkrecony przez jednego dobrego ziomka, odbywal sie on 'na wyjezdzie';) no i zapowiadal sie b. dobrze:D

w telegraficznym skrocie : wpadamy, baq baq, pijemy, baq baq, pijemy, baq baq...po niedlugim czasie nasza ekipa zamelinowalismy sie w jednym z pokoi, z dala od glownego przebiegu imprezy, i dalej sie melanzowalismy...stan przed grzybami - ujarany jak nigdy, thc wylewalo sie nam uszami, i do tego po paruuu pifkach (jak teraz na to patrze to pewnie przed pierwszym grzybieniem nie bylo to zbytnio rozsadne, ale wszystko i tak przebieglo bez zadnych negatywnych niespodzianek i problemow, wiec relaxik:D)...no i w koncu-okolo jakiejs 2 w nocy, moze wczesniej, moze pozniej-przyhaczylem gribki od ziomka, ktory mi je przechowal wtedy...bylo tam "poltorej porcji" z tego co sie dowiedzialem (jak potem sie wywiadywalem to u nas przewaznie porcja=50 sztuk +/- iles tam, ale wszedzie jest inaczej i wogole, wiec nigdy nic nie wiadomo...co za tym idzie nie jestem w stanie stwierdzic, ile moglo to byc sztuk...wazne, ze wystarczajaco:>)...grzybki od znajomego i 'sprawdzone' w praktyce ich 'bezpieczenstwo';)...wydzielilem na oko troche ponad porcje, tak pi razy drzwi, tyle ile mi wczesniej dostarczyciel pokazywal radzac...reszte odlozylem...'grzybki programu' - takze idac za rada - wsypalem do kanapki z szynka czy czyms tam, ktora udalo mi sie skminic od owczesnie chorego na mononukleoze ziomka, ktory z tegoz to takze powodu musial wziasc ze soba jakas znosna szame...

przystapilem do konsumpcji:>

po opalaszowaniu mozliwe ze jeszcze przyjaralismy i ze lyknalem troche browara zanim efekty sie wlaczyly...(ale not sure juz)

no i po jakims czasie-nie tak strasznie szybko w sumie-zaczelo sie (ale za to doswiadczenie mialo mna tapnac...)...

na poczatku zaznacze, ze w trakcie calej podrozy, jak i przed jak i po, nie wystapily zadne problemy/komplikacje zoladkowe, ani zadne innego typu...wszystko przebiegalo bez zaklocen

i...

grzyby rzucily mnie na kolana:)

cala podroz podzielilbym na 2, a potem na 3 czesci...

podzial pierwszy to (nawiazujac do japonskich okreslen zjawisk powiazanych z medytacja, z ktorymi spotkalem sie u Osho w "Nirwana-Ostatni Koszmarny Sen", a ktore to zjawiska momentami wrecz idealnie pasuja do okreslenia poszczegolnych stanow doswiadczanych pod wplywem dzialania grzybow) zazen i satori...

kolejny, szczegolowszy podzial, rozdziela zazen na dwa etapy, ktore nazwalbym odpowiednio "siedzenie, wizuale i haloony" oraz "siedzenie i nicnierozumienie";) rozwiniecie watkow ponizej...

'Jitoku, znakomity poeta waka,

pragnal opanowac zen.

Z mysla o tym umowil sie na spotkanie z Ekkei

-opatem Shokokuji w Kyoto.

Jitoku przybyl do mistrza pelen nadziei,

lecz w momencie, gdy wszedl do jego pokoju,

otrzymal kuksanca.

Zdziwilo go to i upokorzylo,

gdyz nigdy przedtem nikt nie odwazyl sie go uderzyc.

Lecz zgodnie ze scisla regula zen,

ktora mowi, zeby nie robic ani nie mowic nic,

zanim nie jest sie poproszonym przez mistrza,

Jitoku odszedl w ciszy.

Niezwlocznie udal sie do Dokuona,

ktory mial objac po Ekkei stanowisko opata,

i powiedzial mu, ze zamierzal wyzwac Ekkei na pojedynek.

"Czy nie pojmujesz,

ze mistrz Ekkei byl dla ciebie uprzejmy?

- odpowiedzial Dokuon -

Nie szczedz wysilku w zazen,

a zrozumiesz, co oznacza takie potraktowanie przez mistrza".

Przez trzy dni i przez trzy noce

Jitoku desperacko trwal w kontemplacji, i wtedy

nagle doswiadczyl ekstatycznego oswiecenia.

To satori zostalo potwierdzone przez Ekkei.

Jitoku odwiedzil Dokuona i podziekowal mu za rade,

mowiac: "Gdyby nie twoja madrosc,

nie mialbym tak przeksztalcajacego doswiadczenia.

A co sie tyczy mistrza, jego cios nie byl zbyt mocny".

"Zazen oznacza po prostu siedzenie, nierobienie niczego, tylko siedzenie. Zazen jest wspaniala medytacja. Siedzi sie, patrzac na sciane i nie robiac nic. Ciagle sie siedzi... siedzi... siedzi.

Jesli po prostu siedzisz i nie robisz nic, wkrotce umysl sie uspokaja. Gdy nie ma nic do zrobienia, umysl nie jest potrzebny. Na poczatku umysl sie buntuje, na poczatku umysl zaczyna myslec jeszcze intensywniej... Mysli kotluja sie wewnatrz, jakby w ogromnej, szalenczo wirujacej beczce, ale jesli siedzisz, ciaglesz siedzisz, one traca punkt zaczepienia. Niebawem kurz opada, mysli znikaja, pojawiaja sie przerwy. W tych przerwach moze pojawic sie zrozumienie. Gdy w umysle nie ma juz mysli, moze uwolnic sie cala energia zaangazowana przedtem w myslenie. Energia ta staje sie uwazna swiadomoscia.

(...)

Co sie dzieje, gdy po prostu siedzisz? Cala energia, ktora poruszala sie zarowno wewnatrz, jak i na zewnatrz ciala, i byla zaangazowana w dzialanie - energia ta przestaje przemieszczac i skupia sie. Stajesz sie zbiornikiem energii. Energia ciagle sie gromadzi. Podczas zazen nie wolno ci sie kolysac ani nawet odrobine poruszyc cialem, wiec nie tracisz energii na ruch i cala energia jest dostepna. Gromadzi sie wewnatrz, wypelnia cie, zaczyna sie przelewac. Gdy nadchodzi moment przelewania sie energii, nastepuje satori. Satori to moment przelewania sie energii.

(...) nadejdzie moment, gdy energia jest tak duza, ze po prostu eksploduje. Nagly, wewnetrzny piorun i wszystko sie uspokaja. Wszystko staje sie jasne - pojawia sie jasnosc postrzegania. W Japonii nazywa sie to satori.

Satori jest to pierwszy blysk - migniecie samadhi.

Rzecz jasna, w tym pierwszym mignieciu nie mozesz rozpoznac, co to jest. Jest to nieznane. Nie zetknales sie z tym nigdy, nigdy tego wczesniej nie poznales, wiec satori musi byc potwierdzone przez mistrza. Gdy pojawi sie znowu, bedziesz juz potrafil to rozpoznac. Ale za pierwszym razem nie wiesz, co to jest; nie wiesz, jak to rozumiec; nie wiesz, jak to interpretowac.

Jest to tak ogromne... a wszystkie twoje dotychczasowe doswiadczenia sa zupelnie odmienne. Cala twoja przeszlosc jest zupelnie odmienna od satori. Jest to cos, czego nigdy sobie nie wyobrazales. Jest to cos, o czym nawet nie sniles.

(...)

Przebywasz te sama podroz. Jestes tu ze mna, aby dowiedziec sie, czym jest zycie. Jestes tu, aby nauczyc sie jak poznac to, co jest dostepne juz teraz. Jestes tu, aby nauczyc sie widziec to, co stoi przed toba juz teraz. Jestes tu, aby nauczyc sie czuc to, co otacza cie ze wszystkich stron. Musze cie uderzac wiele razy. Nie stosuje fizycznych ciosow, poniewaz fizyczne ciosy latwo zniesc.

(...)

Istnieja pewne okreslone momenty i jedynie w tych momentach moge cie uderzyc. Ale nawet wtedy nie ma pewnosci, ze ich nie przegapisz. Badz czujny. I nie filozofuj, gdyz to tez jest twoj nawyk. Gdy cie uderzam, reaguj. badz czujny. Cios nie jest po to, zeby cie obrazic, ale zeby cie obudzic. I wiem, ze kiedy to zrozumiesz, wtedy takze poczujesz, ze ten cios nie byl zbyt silny.

Szukanie prawdy oznacza bycie gotowym na smierc - na smierc tego, o czym do tej pory myslales, ze jest zyciem. To nie jest zycie.

Musze cie zniszczyc na wiele sposobow, musze cie zdemontowac, tylko wtedy mozesz sie odrodzic. Potrzebujesz ukrzyzowania, tylko wtedy mozliwe jest zmartwychwstanie.

Pozwol mi byc twoim krzyzem. Tylko wtedy istnieje mozliwosc, ze wejdziesz na tron.

Droga jest trudna i stroma, ale jesli urzeczywistnisz prawde swojego istnienia, wtedy zrozumiesz, ze nic nie bylo trudne - nie bylo zbyt trudne. Wtedy zrozumiesz, ze cokolwiek osiagnales, nie jest wynikiem twojego wysilku. Twoj wysilek byl niczym w porownaniu z tym, co osiagnales. To co osiagnales, to zwykly dar. I nie jest paradoksem, ze ten dar masz w swoich dloniach juz teraz. Musze jedynie uczynic cie tego swiadomym. Musze ci to wskazac. Jest to w tobie juz teraz.

Wiele raz bedziesz w rozny sposob czul sie dotkniety. Wielu ludzi przychodzi do mnie i ode mnie odchodzi. Sa urazeni, zgorszeni. Jesli musialbym myslec o tym, jak ich nie obrazac, wtedy bylbym bezuzyteczny - nie moglbym nikomu pomoc. Musze bezustannie obrazac. Gdy przychodzi do mnie stu ludzi, dziewiecdziesieciu z nich wkrotce odejdzie. Z pozostalych dziesieciu wystarczy, ze jeden dotrze do celu... nie dlatego, ze trudno jest dotrzec - trudnosc nie tkwi w prawdzie, ale w twoim uwarunkowaniu, schizofrenicznym uwarunkowaniu.

Religie kompletnie zatruly twoje zycie, podzielily cie na kawalki. Poskladanie tych kawalkow znowu w calosc... nie tylko poskladanie, ale i stopnienie ich tak, abys mogl sie stac krystalicznym istnieniem - nie jest to latwe z powodu ciebie samego.

(...)

Jitoku, siedzacy przez trzy dni i trzy noce, nie robiacy niczego, urzeczywistnil nagle przebudzenie. Przebudzenie jest zawsze nagle. Kiedykolwiek jestes wypelniony energia i ona zaczyna sie przelewac, osiagasz wewnetrzny orgazm. Tym orgazmem jest satori. Gdy orgazm ten staje sie twoim nieprzerwanym istnieniem, wtedy jest to samadhi."

Akt I.

Zaczyna dzialac...Przypuszczam, ze wlaczylo sie tak juz naprawde po jakis 40minutach od spozycia. Owa pierwsza czesc podrozy polegala tylko i wylacznie na zjawiskach wizualnych, 'haloonach'. Siedzialem na jakiejs pufie czy czyms, oparty bodajze o kaloryferek (na szczescie, bo bylo chyba dosc chlodno) i powoli opuszczalem rzeczywistosc...

Efekty byly bardzo 'filmowe' rzeklbym, weszlo (podobno typowe) wyostrzanie sie i zmienianie kolorow. Klimat tej czesci wyprawy porownywalem potem na spokojnie do 'natural born killaz' jesli chodzi wlasnie o operowanie barwami. Nie bylo to ich zwykle wyostrzenie, ale momentami wrecz swiecenie czy 'plywanie', efekt jakby fluorescencyjnosci. Do tego doszlo to wrazenie, jakby niektore rzeczy byly 'z puzzli'. Nie bylo to nic rozwalajacego umysl i totalnie zmieniajacego wyglad swiata, ale takie delikatne efekty jakby jakiejs 'siatki' nalozonej np. na sciane i stwarzajacej wrazenie jej pozornego skladania sie z polaczonych elementow. Potem stopniowo efekty narastaly, az caly pokoj 'tanczyl';)

"na poczatku kolorki sie zaczely wyostrzac i zmieniac troche

przypominalo mi to klimat z natural born killaz jesli chodzi o operowanie kolorami

potem do tego doszedl efekt ze wszystko widzialem jakby bylo z puzzli

dalej sie wszystko rozkrecalo az caly pokoj w ktorym siedzielismy zaczal tanczyc

koles u ktorego byla impra mial w pokoju na scianie taki plakat z dwoma sladami stop, takie czarne odbicie stop....to chyba wplynelo na to ze mialem mase ze sciana tanczy

(...)

i podziwianie pokoju

kazdy jego element zyl wlasnym zyciem

wszystko bylo takie kolorowe, schizowe

siedzialem ciagle w jednym miejscu i ciagle tylko sie rozgladalem po pokoju w kazdy mozliwy zakatek i mowilem ciagle jakie to piekne i jak jest zajebiscie i wogole co sie dzieje i o qrwa (to chyba jedyne kwestie jakie bylem w stanie wypowiadac)"

hehe, dokladnie, wtedy bylem w stanie stwierdzac tylko jedno na to wszystko, co widzialem, czyli - "o qrwa"

"potem mialem schiza ze wiesz...sciany pokoju zaczely sie wydluzac, takie zaburzenie percepcji, katy sie zmienialy i wogole wielki schiz (razem z tymi kolorami itd wszystko mi przypominalo momenty w max payne, jak on sie zacpal i np. sie biegalo po jego domu, ze male pokoje sie przeistaczaly w wielkie tunele, wszystko sie przesuwalo itd)

jak ktos do mnie podchodzil w tym momencie to wygladal na tle tego tak...plasko jakby byl wyciety z czegos czy co

zmasakrowalo mi umysl i ciagle wszystkim mowilem ze do dzisiaj nie wiedzialem co to znaczy faza tak naprawde

(i to bez kitu prawda stary)"

chyba apogeum, tudziez kulminacja tej czesci tripu, byl nadchodzacy moment konfrontacji z dywanem...

"pamietam jeden mega masakryczny schiz jeszcze

ze jakos tak wyszlo ze qmpel cos powiedzial chyba o dywanie i sie na niego spojrzalem wtedy

to byl taki tam zwykly, ciemno bordowy dywan z jakimis wzorkami jak rano obczailem

a jak sie na niego spojrzalem wtedy to myslalem ze sie zesram

bordo sie zamienilo w strasznie jaskrawa i jasna czerwien, wrecz blyszczaca, do tego plynna...tak jakby powoli sobie krazyla, mieszala sie, jakby to byla parujaca jaskrawo czerwona kaluza (naprawde efekt taki ze o ja pierdole)

i jak byly jakies wzorki, np. koleczka z jakis linii

to te linie zaczely sie na maxa szybko krecic wlasnie w kolko, wszystko sie ruszalo

kolka byly niebieskie i tez strasznie jaskrawe

caly ten dywan zyl i sie ruszal i swiecil"

jak sobie teraz przypominam ten widok...posrod polmroku pokoju w ktorym przebywalismy...centralny punkt, swiecacy w calej swej okazalosci...cale to zycie, jakie sie w nim/na nim toczylo...eh...i te kolory niczym unoszaca sie paro-magma:) nie zapomne tego do konca zycia zapewne:D

"wszystkim schizom ciagle towarzyszyl tez fazowy smiech wymieniany ciagle z napixowanym qmplem, ktory byl w stanie euforii...w sumie jak ja

pamietam ze w kolko potem gadalismy ze to najlepszy pokoj jaki widzielismy, ze go zabieramy ze soba itd itp

i strasznie dlugo trwaly te schizy wizualne, ktore naprawde....nigdy w zyciu nie bylem przygotowany na to czego doswiadczylem i zobaczylem, zadne slowa nie sa w stanie tego opisac tak jak to wygladalo i nie da sie wg mnie nikogo przygotowac na pierwsza faze grzybowa"

dokladnie...po prostu to czego doswiadczylem w tej czesci przeszlo moje najsmielsze oczekiwania, o czyms takim nawet nigdy nie snilem do tamtej pory...

stad tez przewaznie nie bylem w stanie nic powiedziec ludziom o tym co sie ze mna dzieje, poza "o qrwa" pod wplywem kolejnego zaskoczenia spowodowanego jakims zjawiskiem...

Zatem ogolnie mowiac - po zadzialaniu grzybow pierwsza czesc minela pod znakiem efektow wizualnych i pokazywania mi rzeczy, ktore wywolywaly moje oslupienie i niesamowite zdziwienie. Akt ten sponsorowany byl przez wyrazenie "o qrwa", ktoro bylo najczesciej wtedy przeze mnie wypowiadanym stwierdzeniem i w wiekszosci wypadkow jedynym (moj mozg byl rozwalany doslownie wszystkim i nie wyobrazam sobie, zeby na spokojnie relacjonowac czy opisywac, co widze i co sie dzieje...takich motywow czlowiek sie nie spodziewa). Kazdy zakatek i element pokoju potrafil przykuc moja uwage, pokoj zaczynal stopniowo tanczyc, a dywan na zawsze pozostanie symbolem...

Akt II

Tu zaczely sie 'schody';) Mozna by ta czesc nazwac bad tripem w skrocie, ale to ten typ bad tripa, ktory w ogolnym rozrachunku okazuje sie nam duzo dawac (dobrego oczywiscie).

Najtrafniejszymi okresleniami tego, co przezylem, bylo by : rozpad osobowosci, utrata ego, smierc i zmartwychwstanie, narodzenie sie na nowo...w wiekszosci wypadkow chodzi o znaczenia doslowne

Ale po kolei...Wizualna czesc pierwsza trwa w najlepsze...nagle, doslownie z sekundy na sekunde, totalna zmiana

doslownie w jednej krotkiej chwili, w ulamku sekundy, poczulem sie, jakbym sie obudzil...powrocilem w 100%, skupienie, czucie swego ciala i organizmu, efekty wizualne takze ustapily (moze gdzies jeszcze jakies lekkie pojedyncze przeklamania/zalamania obrazu, ale ogolnie normalnie juz wszystko postrzegalem)...

'budze sie'...jestem zlany zimnym potem, jakbym sie z jakiegos mega koszmaru wybudzil...

i nastepuje najbardziej oczyszczajace doswiadczenie...moj mozg zostal 'zresetowany', wyczyszczony, stan jego zapchania byl rowny zeru...doslownie jakbym dopiero co sie narodzil, jakby moj nowonarodzony mozg zostal wlozony w cialo jakiegos ziomka na sylwestrze...wszystko, co tylko okreslalo moj dotychczasowy sposob funkcjonowania, zycia, postrzegania, rozumienia itd. rozpadlo sie, fundamenty rzeczywistosci, jaka do tej pory znalem, zostaly zburzone...umysl w najczystszej postaci, jakbym po raz pierwszy widzial ten swiat na oczy...swieza percepcja...bez przyzwyczajen...bez nazw...bez schematow...bez czegokolwiek, co znalazlo sie w moim mozgu na stale przez 20 lat zycia czy to ze strony zycia rodzinnego, czy to funkcjonowania w spoleczenstwie, czy wplywu czegokolwiek, totalna czystka i pustka...

"potem mi sie zaczelo cos w stylu bad tripa

(...)

zaczelo sie tak ze w pewnym momencie poczulem sie jakbym sie obudzil

bylem caly zalany zimnym potem

jakbym sie z koszmaru jakiegos obudzil

i czulem sie...hmm...ej, po prostu jakbym moj umysl dopiero sie urodzil i znalazl juz w ciele jakiegos kolesia na sylwestrza

poznawalem rzeczywistosc na nowo

trudno to opisac, ale myslalem ze umre ze strachu

(...)

ale wszystko co widzialem....hmm...czulem sie jakbym to pierwszy raz w zyciu widzial..nie wiedzialem co to, jak sie na to mowi, po co to

nie moglem zrozumiec rzeczywistosci, nic nie obczajalem

przewaznie jak sie probowalem zastanowic co sie dzieje i gdzie jestem to konczylo to sie na tym ze ten problem mnie przygniatal i wybuchalem doslownie szalenczym smiechem, jak wariat...to byla chyba taka reakcja obronna na zmiazdzenie mojego mozgu

ciagle mowilem do qmpla ze zwariowalem

ze nie wiem co sie dzieje"

wiec totalna panika...w sumie po tym doswiadczeniu, takze z rozmow ze znajomymi, dowiedzialem sie, ze niby to zjawisko tez uchodzi za 'norme' na grzybach...tylko przed grzybieniem nikt mnie o tym nie uprzedzil:) w sumie i tak nie mialo by to sensu, bo za cholere sie tego, co czlowiek wtedy czuje, nie da opisac slowami i przygotowac na to...ale moze przynajmniej podswiadomie bym pamietal, ze tak ma byc i to powinno minac z czasem:)

ten szalenczy smiech...to byla masakra...przewaznie wygladalo to tak, ze gdy probowalem moje mysli skierowac na rozwiazanie jakiegos problemu, zrozumienie zjawiska pochodzacego z rzeczywistosci itp, to w koncu nie wy3mywalem tej niemocy w pojmowaniu i mysleniu i na koniec smialem sie jak wariat...doslownie jak szalony swir, ktory juz nie powroci nigdy do rzeczywistosci i nie wie wogole co sie dzieje...smiech opetanca:) i bez kitu bylo to jakby na zasadzie mechanizmu obronnego...nie radzilem sobie z niczym, co postrzegalem, wiec w koncu wariowalem, problem stawal sie nierozwiazalny...

do qmpla smiertelnie powaznie mowilem, ze zwariowalem i wogole nic nie czaje, potem do tego doszly teksty w jego strone w stylu "ty nie istniejesz...nie jestes prawdziwy" itp...ciagle z przerazeniem w oczach i z totalna powaga...

" chyba potem mi sie przypomnialy opowiesci niektorych jak to ktos oszamal grzyby i mu sie faza zawiesila i nigdy juz nie byl normalny

zaczalem myslec ze tak samo jest ze mna

myslalem ze juz zawsze bede tak patrzec na rzeczywistosc, ze to wszystko ciagle bedzie takie schizowe, ze nie bede rozumial rzeczy ktore bede widzial

zza drzwi bylo slychac glosy ludzi co tam konczyli impre

to zaczalem miec schizy ze tak naprawde to ze teraz widze ten pokoj to juz tylko ostatni zachowany obraz jaki mam w umysle i moja wyobraznia mi go ciagle wyswietla, a tak naprawde cialem jestem w wariatkowie/szpitalu i slysze glosy lekarzy albo jakichkolwiek ludzi ktorzy probuja do mnie dotrzec

zaczelo mi sie wydawac

ze po prostu siedzialem w pokoju i schizowalem

i ze w pewnym momencie mi sie urwal kontakt z rzeczywistoscia...ze w ktoryms momencie pokoj w ktorym bylem i ludzie ktorych widzialem juz nie istnieja, a jedynie moj mozg dalej ich przedstawia,a ja tak naprawde moge byc wariatem ktorego wlasnie zamykaja bo nie moze nic pojac

i ze wydawalo mi sie ze ten moment nastapil gdy w pokoju bylem tylko ja i qmpel to nie wierzylem przez troche ze on jest prawdziwy

wydawalo mi sie ze tez moja wyobraznia dalej go rysuje

zaczalem mu nawijac teksty w stylu "ocipialem, stary zamkna mnie" czy tez "ej ty nie jestes prawdziwy"

ktore mowilem smiertelnie powaznie zalany potem ciagle

ciagle sie rozgladalem nerwowo po pokoju i patrzylem w rozne blahe punkty

tylko ze ja w nie doslownie wlepialem wzrok, strasznie powaznie, z przejeciem i ze strachem w oczach patrzylem sie na nie dlugo jakbym probowal zrozumiec to co widze...jakbym chcial wiedziec co to jest, poznac to jakbym pierwszy raz w zyciu widzial np. dywan

mozg mi sie wykasowal jakby...widzialem dywan ale zupelnie nie mialem pojecia co to, po co to i jak to sie nazywa "

odbieralem przedmioty umyslem nieskazonym zadnym zamykaniem w forme czy nazwe, pozbawionym werbalnych kajdan, ktore posiadamy dla kazdego istniejacego zjawiska...bylem w stanie, jakbym nigdy wczesniej nie spotkal sie z czyms takim jak np. dywan czy wersalka i zarazem nie znal celu ich istnienia, ich przeznaczenia, ich nazw, nie rozumialem istoty danej rzeczy...dzieki temu doslownie przezywalem kazdy element pokoju...odbieralem to, co naprawde soba prezentuja (nie widzialem dywanu...widzialem cos nieokreslonego, kawalek jakiegos materialu czy cos, ktory lezal przede mna...ale co to bylo, na co to, o co temu czemus chodzi...ni chuja)...przezywalem materie w czystej postaci, bez skazenia zadnymi uwarunkowaniami percepcji nabytymi przez cale zycie...rzeczy byly w swojej najczystszej postaci i doswiadczalem ich takimi, jakimi naprawde sa, doswiadczalem ich w pelni...

"potem strasznie przerazony zaczalem chodzic po pokoju

doszedlem do drzwi i zalapalem tripa ze caly ten pokoj jest wlasnie projekcja tylko wnetrza mojej swiadomosci

ze np. drzwi sa wyjsciem z niej

zaczalem czuc ze....ze umieram tzn. nie bylem w stanie czuc zadnych emocji poza strachem i przerazeniem, nie czulem swojego ciala mimo ze moglem nim ruszac, bylo pare takich momentow ze myslalem wytezale o co tu qrwa chodzi, kim ja jestem i co sie dzieje i w koncu moj mozg nie wy3mywal tego, byl za slaby zeby to pojac, wtedy sie smialem na caly dom jak wariat ktory oszalal i jest w innym swiecie i ma swiadomosc ze nie wroci juz nigdy z niego....i to tak mi rozpierdalalo umysl ze myslalem ze po takim obciazeniu juz nic nie moze dalej byc..ze przestane istniec...ze to mi rozwali umysl, ze sie wylacze...ze moje zycie sie urwalo...to nie bylo doslownie ze umieram, ale po prostu nie moglem sobie poradzic z jakakolwiek proba myslenia i stwierdzalem ze juz taki na zawsze pozostane"

dotkniecie, a tym bardziej otworzenie drzwi, okazalo sie jednak zbyt przerazajacym i ryzykownym planem i zrezygnowalem z dalszego krecenia sie przy nich...w koncu wychodzac z pokoju, wyszedlbym z mojego umyslu...wszystko by sie skonczylo

"potem zaczalem nawijac do qmpla w stylu 'ej, no dobra...to jestem ja, jestem na sylwestrze 2005, poza mym rodzimym miastem, jestem gdzies tam, przespie sie, wszystko wroci do normalnosci',

ej, teraz to brzmi w sumie jak zwykly bad trip...ale ja wtedy bez kitu nie wiedzialem kim jestem zupelnie, sralem ze strachu i myslalem ze pozegnalem juz rzeczywistosc na dobre "

nawet gdy sobie mowilem te gadki w stylu "to ja, jestem tu i tu, dzieje sie to i to" to pozornie mialo mnie to uspokajac, ale praktyka byla taka, ze tych slow tez nie rozumialem...wypowiadalem to, ale nie mialo to dla mnie znaczenia, sensu...takze nie rozumialem istoty tego, nie wiedzialem co oznacza to, co mowie...nie uswiadamialo mi to zarazem jakos wyraznie zaistnialej sytuacji

"wydawalo mi sie ze zwymiotuje tym co widze, ze wyzygam rzeczywistosc i wsio sie skonczy, przestanie istniec"

---

nastepuje PLYNNE przejscie z aktu II do finalnego aktu III, z paroma jeszcze niepewnosciami po drodze

"Koniec i początek nie maja granicy, od której się rozpoczęły,

początek bowiem jednego jest końcem drugiego, a koniec

jednego początkiem drugiego"

Lie Cy

---

Akt III

Powoli zaczynalem powracac do wzglednej 'normalnosci'...najbardziej paranoiczna i schizofremiczna czesc aktu II w koncu powoli ustepowala...moje odrodzenie zblizalo sie ku koncowi...przez jakas godzine, moze wiecej, trwania 'bad tripa' przezylem caly rozwoj mojej psychiki i swiadomosci, jaki nastapil od urodzenia, do owego prawie 20tego roku zycia...wszystko streszczone w jedna godzine...powoli lapalem ponownie punkty zaczepienia w rzeczywistosci...niektore slowa zaczynaly w koncu nabierac poprzedniego sensu

"potem stopniowo zaczalem powoli lapac rzeczywistosc

pomagal w tym duzo qmpel ktory siedzial i jak np. mowilem jakies brednie "zamkna mnie, oszalalem czlowieku! co sie stalo!!?!!?!" to ten mowil jak zawsze "no to palimy"..to bylo jeszcze dla mnie dowodem ze jednak to wszystko moze byc prawdziwe, ze moze ciagle na szczescie jestem tam gdzie bylem i zaraz sobie wszystko uswiadomie i bedzie ok..."

to "no to palimy" dawalo mi takie podswiadome poczucie, ze cos jednak sie zgadza z rzeczywistoscia, powtarzaniem tego stwierdzenia qmpel utwierdzal mnie powoli w przekonaniu, ze jednak jest szansa na to, ze ciagle jestem w tym samym swiecie...byl to taki lacznik miedzy swiatami, zdanie to mialem gdzies zakodowane jako cos naturalnego i codziennego z jego strony...wiec powoli czulem, ze moze jednak gdzies w poblizu sa jeszcze resztki normalnosci:)

"jakos w koncu nastapil moment powrotu....trwal chwile i nawet musial byc powtorzony bo raz powracalem, mowilem "no dobra stary, wrocilem" i potwierdzalem to euforycznym smiechem radosci bo sie cieszylem ze juz jestem tutaj, a za chwile znowu pojawiala sie mysl - a jesli ja bez kitu tutaj tak naprawde nie istnieje

jak sobie mowilem np. - 'warszawa' czy cos, to nie rozumielem zupelnie co to znaczy, nie wiedzialem wogole co znacza slowa, tak samo jak ktos np. mowil godzina to ze smiechem stwierdzalem "ale co to wogole jest godzina"

no ale w koncu jakos powrocilem"

i teraz...zaczela sie ok. godzina najprzyjemniejszego stanu w moim calym zyciu:)

"siedzialem zadowolony, przepelniala mnie radosc

mowilem ze wszystko zrozumialem, ze wsio jest takie proste

np. zalozylem kaptur na glowe, i zaczynalem mowic ze w chuj miliardow lat temu na poczatku swiata ktos zaprogramowal wsio tak, ze bedziemy tu siedziec na kanapie i ze ja zaloze w tym momencie ten kaptur....tak samo tlumaczylem z usmiechem prawie kazda czynnosc jakiej sie podejmowalem , wlacznie z paleniem, ale zarazem czulem sie szczesliwy zajebiscie ze wykonuje caly ten plan, zalozenie kaptura dalo mi niewyobrazalne poczucie spelnienia, tak samo kazdy inny ruch ktory tak postrzegalem

nawijalem ze tego szukalem, ze po raz pierwszy od 20 lat wszystko rozumie, ze wsio jest takie oczywiste, ze jest zajebiscie jak nigdy, czulem ze oddycham, rozkoszowalem sie tym ze siedze i oddycham i po prostu zyje

mialem takie rozkminki wewnetrzne, ktore dawaly mi wielka przyjemnosc i rownomiernie z qmplem mielismy takie typowe rozkminki po bobie, i wsio sie pieknie laczylo

raz powiedzialem ze jakby zebrac z calego mojego zycia szesliwe momenty, i zebrac cala ta radosc jaka przezylem w jedno i pierdolnac we mnie taka moca szczescia naraz, to i tak to by byla co najwyzej jedna setna tej radosci jaka czulem w tym jednym momencie

po prostu lezalem na kanapie i radowalem sie ze zyje, ze to wszystko zostalo dla nas stworzone itd itp...poznawalem rzeczywistosc od nowa, ogolnie od poczatku bad tripa do konca fazy to mozna powiedziec ze moj mozg sie wyzerowal, narodzilem sie ponownie (i bez kitu mowilem do qmpla pare razy ze czuje ze zyje, ze zmartwychwstalem itp itd, ze te 20 lat mojego zycia to smierc jedynie i nic nie rozumialem do teraz a teraz sie wszystko przede mna otworzylo), jakbym przeszedl umyslowy rozwoj od noworodka ktory nic nie obczaja do mnie teraz w tym wieku....jakby 19 lat rozwoju umyslowego odbylo sie we mnie ponownie od zera w te pare godzin

jak nawijalem gadki z tym motywem ze do tej pory jak zylem, czy ze iles tam lat mojego zycia to nawet nie pamietam ile mam lat, obojetne mi bylo czy mowilem 19 czy 20, jeden chuj, sralo mnie to bo bylem zbyt zadowolony samym tym ze po prostu zyje zeby sobie zaprzatac glowe takimi pierdolami jak to ile dokladnie zyje"

to bylo cos nie do opisania, cos niewyobrazalnego...po prostu satori;)

stan ten nie wynikal z tego, ze myslalem wrecz, ze zdechne w akcie II i nagle powrocilem, wiec ciesze dupe, ze przezylem, to bylo cos zupelnie innego...

bylo to poczucie przeogromnego zadowolenia z samego faktu, ze istnieje...delektowalem sie istnieniem...delektowalem sie kazda chwila tego istnienia...byla to wielka harmonia ze wszystkim...poczucie jednosci z cala energia swiata nieograniczane barierami ego...nie bylo to jedynie rozkminianie takich wnioskow na drodze dedukcji, intelektu, rozmyslania...to bylo doslowne PRZEZYWANIE kazdego z tych uczuc, kazdego z tych stanow...moja jazn byla w pelni swojego zycia...jak wiele sie mowi o jednosciach, milosciach, harmoniach bla bla, ale sprowadza sie to w wielu sytuacjach do suchych slow, to tutaj calym swoim istnieniem zatapialo sie w owe stany...wtedy to nabralem poczucia, ze kazde zjawisko, czynnosc, dzialanie, akcja - wszystko jest wynikiem jakiegos planu...ze wszystko bylo tak z gory ustalone, i ze cale nasze zycie, wszystko co sie odbywa na tej planecie i poza nia, jest kontynuacja tego rozkladu...ze to co jest nie jest ani dobre ani zle, to po prostu jest (nie chodzi tu o skrajne odrzucenie regul jakichkolwiek czy cos takiego)...ze wszystkim wypelniamy to, co ma zostac wypelnione...

nawiazujac do przeznaczenia (ale nie o przeznaczenie chodzilo, lecz zupelnie o cos innego, specyficzne poczucie wielkiego sensu, wlasciwosci...), czesto ludzie twierdzacy, ze nie wierza w przeznaczenie zakladaja cos w stylu takiej sytuacji, ze zamierzaja cos zrobic...wszystko jest ukierunkowane w tym celu, wszystko jest zaplanowane i zapiete na ostatni guzik i wszystko wskazuje na to, ze tak wlasnie zrobia...i w ostatniej chwili, na drodze przypadku, czy spontanicznej zmiany decyzji/zamierzenia rzutem na tasme uczynia cos innego...i probuja tym zadac pytanie, ze gdzie tu przeznaczenie? przeciez tak czyniac, 'oszukuja je', w ostatniej chwili sie przed nim uchylaja;) (przynajmniej ja spotkalem sie z takim podejsciem)...wszystko zalezy od ich dzialania...jakby wystrychneli przeznaczenie na dudka...

ale to co sie czuje na grzybach, uswiadamia, i daje tego stale poczucie, ze kazda taka sytuacja, takze jest czescia tego wielkiego planu dziejowego, kazdy najdrobniejszy szczegol naszej aktywnosci, naszego dzialania, jest wypelnieniem tego, co od poczatku jest rozwijane...wszystko ma swoj cel...wszystko ma swoj sens...wszystko jest po cos, wszystko jest czescia calosci, tej ogromnej calosci niepojetej dla czlowieka i nieogarnietej przez jego miary percepcyjne...

takze w tej czesci podrozy weszlo mi takie przeswiadczenie (i ta swiadomosc zostala), ze wszystko co teraz istnieje, zyje, wszystko co materialne, co zostalo zrodzone, stworzone, wykreowane (czyli np. zarowno blok w ktorym sie mieszka, kot, woda, czlowiek, drugi czlowiek, trzeci czlowiek, samochod), co znajduje sie w terazniejszosci, lub co uznajemy za martwe/ przeszle, albo dopiero nastapi, jest 'przyszle', ma dokladnie to samo pochodzenie...taka podroz wstecz dziejow od tego momentu...tworzylo sie wszystko na ziemi...wczesniej tworzyla sie sama ziemia...wczesniej rozne ciala niebieskie, jakies inne schizy...ale wszystko rozwinelo sie od tej pierwszej, najpierwotniejszej, poczatkowej kupki pierwiastkow (czy tam czegos jeszcze nizszego;D)...od tej chmurki pierwszych, podstawowych chemicznych elementow budowy...i z niej sie wszystko rozwijalo...z tego, co sie z niej rozwinelo, rozwijalo sie cos kolejnego, czyli zarazem mialo to tez korzenie w tym pierwotnym...teraz kazdy z nas, kazdy czlowiek, kazde zwierze, wszystko, ma jakas czesc wspolna...gdzies kiedys bylo cos, czego slad jest teraz w kazdym z nas, w kazdej rzeczy, w kazdym stworzeniu...taka wielka siatka jednosci laczy wszystko, co istnieje, co stworzone...wszystko jest na tej zasadzie jedna wielka harmonia...wspolnota...caloscia...ktora ma sens w kazdym swoim elemencie:)

hehe, sek tylko w tym, ze - jak wczesniej pisalem - robia sie z tego suche slowa...a na grzybach to wszystko sie czuje, przezywa sie to...nasze istnienie to odczuwa...czuje sie ta harmonie, jednosc, to wszystko o czym probuje tylko napisac troche slow...wtedy to wszystko sprowadza sie nie do intelektualnego pojecia tego...nie do zrozumienia na drodze umyslowej...jest sie obdarowanym poczuciem tego, przezyciem, doswiadczeniem, bez zadnych barier, najbardziej pierwotnym i czystym, bez zadnych nabytych dodatkow...

"Szukanie prawdy oznacza bycie gotowym na smierc - na smierc tego, o czym do tej pory myslales, ze jest zyciem. To nie jest zycie."

takze w trakcie trwania aktu III zauwazylem jeszcze pare rzeczy...

ogolnie na codzien od dlugiego czasu zyje w dosc srednich stosunkach z moimi starszymi:/ nie chce mi sie o tym rozpisywac, w wiekszosci sie nie rozumiemy po prostu itd.

natomiast wtedy, rownoczesnie z tymi uczuciami w/w i opisanymi, naszlo mnie cos takiego, ze...te wszystkie przezycia naniosly sie tez na moje myslenie i postrzeganie starszych, wrecz wtedy myslalem, ze to jak do tej pory wygladaly nasze relacje, jest totalnie bezsensowne, nie rozumialem tego marnotrastwa wszystkiego...czulem sie tak, ze normalnie moglbym wtedy wrocic do domu i wszystko byloby takie piekne i wspaniale, moglbym kontakty ze starszymi opierac na zasadzie bezgranicznego pokoju, nie rozumialem zupelnie na chuj wczesniej wszystko wygladalo inaczej, niz teraz odczuwalem, ze powinno...

takze trudno to opisac, bo bylo to w sferze doswiadczenia i przezycia, wiec w klamry slow nie ma jak tego zamknac:/

niestety, ale ze wzledu na to, ze bylo to tylko satori, a nie przerodzilo sie ono w samadhi;), z uplywem czasu kontakty te, jak i inne elementy funkcjonowania, powrocily do 'normalnosci' sprzed:/

choc swiadomosc paru rzeczy pozostawiona przez grzybki i doznania doswiadczone w tym najpiekniejszym momencie mojego zycia w jakis sposob otworzyly/otwieraja droge do normalizacji wzajemnych stosunkow, napewno na swoj sposob jakos to wplynelo na rozne me poczyniania w dalszym rozdziale mego zycia...wszystko to dalo mi jakas sposobnosc, mimo ulotnosci pelni tych przezyc...i mozna z tego wyniesc jakies korzysci, moze byc to uzyteczne w zaleznosci od potraktowania tej 'spuscizny'

inne dziwne zjawisko, to moment, gdy podczas mojej ekstazy qmpel siedzacy obok podal mi lufke (bo juz minal akt II i na relaxie sie porozumiewalem i kontaktowalem)...z gory powiem, ze oczywiscie potem zapalilem:) ale w pierwszym odruchu, gdy zobaczylem to szklo...tez nie rozumialem sensu tej czynnosci...pamietalem co to, o co chodzi, ocb;) itd...ale...nie rozumialem istoty palenia...przezywajac wielka radosc z samego tylko powodu, ze istnieje...delektowanie sie tym stanem...odbieranie tylu wspanialych uczuc i emocji...ukazywalo mi w tamtej chwili jaranie jako cos niepotrzebnego...chwila ta - mimo ze opierala sie tylko na samym moim istnieniu, na fakcie tego, ze siedze i zyje- byla najdoskonalsza z mozliwych...wszystko bylo w jak najlepszym porzadku, nic nie bylo wiecej potrzebne, i nic nie ciazylo...w takim stanie, jak wtedy, chcialoby sie po prostu zyc juz zawsze, zadowolenie i sensownosc wszystkiego...i pierwotnie odmowilem i nie palilem, po prostu nie mialem w tamtym momencie najmniejszej ochoty na to, nie bylo to potrzebne...dopiero po jakims czasie, znowu rownoczesnie ze slabnieciem poszczegolnych efektow grzybowych, powrocilem do nawykowej czynnosci:>

z tym motywem co do palenia moze sie wiazac takze jeszcze jedna obserwacja, ktora dotyczy zarowno aktu III jak i w sumie calej podrozy grzybowej, calego spektrum ich dzialania i okresu bycia pod ich wplywem...zauwazylem, ze bedac na grzybach, nie odczuwalem zadnych potrzeb fizjologicznych, moje bycie nie bylo w zadnym momencie zaklocone przez jakiekolwiek uwarunkowania zwiazane z 'posiadaniem' ciala, nie bylo instynktow, glodu czy pragnienia...wydaje mi sie, ze bedac pod wplywem mushroomow, wszystko co przezywamy i odbieramy, odbywa sie na poziomie czystej jazni, naszej 'duszy' bez wzgledu na to jak kto ja pojmuje, tej czesci wyzszej, duchowej, mistycznej...pozbawionym jest sie wplywu ciala na jakiekolwiek zachowania i wogole na jakikolwiek element naszego bytowania, mimo ze samym cialem mozemy normalnie poruszac i je ciagle normalnie posiadamy:> jednak tworzy sie jakis podzial...funkcjonuje sie bardziej na zasadzie tej duchowej energii stanowiacej czesc wielkiej energetycznej siatki wszystkich ludzi na ziemi, tej harmonii, tak, jak bylo pierwotnie, zarazem odczucia sprowadzaja sie wtedy jedynie do tego wyzszego poziomu, gdzie mniejsza jest rola naszego ego na rzecz harmonii i lacznosci, ktora w normalnym stanie funkcjonowania jest wylaczona i zapomniania...co za tym idzie, takze cialo schodzi na drugi plan, staje sie pojemnikiem jazni, ktora odbywa podroz...

"no i w koncu w zajebistym humorze, w zajebistej atmosferze i klimacie (oraz przesaczony wspolnymi rozkminkami z ziomkiem ktore kwitowalismy ciaglym smiechem) opuscilem ostatecznie swiat swietych grzybow"

na marginesie dla scislosci chce wspomniec o dwoch faktach, ktore nie do konca musza byc wiazane z grzybami, lecz wole o nich wspomniec dla jasnosci calej sytuacji i wplywu grzybow...dotyczy to wplywu na czlowieka 'na dluzsza mete', w dalszej perspektywie...

rzecz pierwsza - pare miesiecy po grzybieniu parukrotnie zaobserwowalem taka sytuacje, ze gdy palilem sobie poznym wieczorkiem ziolo, juz w stanie skrajnego wyczerpania i prawie usypiania, i siedzialem tak przy kompie, najczesciej ze sluchawkami na uszach i jakas schizowa nuta w nich, to po jakims czasie takiego stanu, po mocniejszym odplynieciu w otchlan muzyki, wrecz transowym jej odbieraniu, nagle reflektowalem sie i zdawalem sobie sprawe z tego ze se slucham muzy i siedze przy kompie itd, ale rownoczesnie z tym, po tej dluzszej koncentracji, zauwazalem na bialym tle na monitorze fraktale (o ktorych wspominalem w temacie o flashbackach po lsd/lsa), byly to jakby szesciokaty polaczone ze soba w siatke, takie jakby plastry miodu;), przesuwalo sie to z gory na dol, kolory przewaznie byly zielone i fioletowe, wpierw najczesciej byla zielen, gdy sie na tym koncentrowalem to przechodzilo w fiolet, aby potem wystepowac naprzemiennie...zjawisko to zaobserwowalem jedynie pare razy, dosc dlugo po grzybieniu i tylko w sytuacjach tych nocnych chilloutowan (mozliwe ze z raz wystapilo to bez pomocy thc, ale nie jestem pewien)

rzecz druga - (jej to juz wogole bym raczej nie wiazal z grzybami, predzej te fraktale bo dosc intrygujace byly, ale wydaje mi sie, ze lepiej o tym napisac dla pelnej klarownosci) takze pare miechow po grzybieniu mialem robione EEG i wyszlo mi 'patologiczne' (czyli ze nie w normie:D), bodajze cos w stylu nadpobudliwosci itp...nie mam pojecia czy jakkolwiek mozna by to wiazac z grzybami (albo innymi psychodelicznymi przygodami, ktorych i tak bylo strasznie malo), bo mam w sumie za malo danych - wczesniej eeg nie mialem robionego, przynajmniej nie pamietam (choc jakby bylo nawet robione to pewnie wsio ok, skoro nic nie pamietam takiego:/), wiec trudno mi okreslic jakiekolwiek czasowe przedzialy z tym zwiazane:) ale zyje normalnie wogole to na podstawie analizy paru faktow, wydaje mi sie, ze ten odchyl od normy moglem miec wiele wczesniej juz (bo nie jest on jakis wielki), wiec mowie - pewnie chÓja to ma do tego:)

wracajac do odczuc podrozowych, to poza zostawieniem 'spuscizny duchowej' grzyby nauczyly mnie tez 'nigdy nie mowic nigdy':) (strach sie bac, ze moglem zostac jedynie przy ziole i przejsc nieswiadomym i obojetnym obok ogromnej magii:>)...pokazaly mi, ze jest wiele stanow swiadomosci, obok ktorych wlasnie mozemy przejsc nieswiadomie nigdy ich nie poznajac przez cale zycie...pokazaly druga strone wlasciwosci substancji psychoaktywnych, poza wczesniej znanym glownie rozrywkowym i relaxacyjnym zastosowaniem ziola, wiazalo sie to tez z obaleniem w moich oczach panujacego mitu i stereotypu publicznego, ze drugi to w wiekszosci mozliwosc zabawy (czy - juz wogole tragedia... - ucieczki:D ale z tego ziejson byl juz wczesniej:>), choc to stopniowo z czasem sie rozwijalo wraz z moim zainteresowaniem ta druga strona...grzyby to wszystko rozpoczely tak na powaznie...takze na drodze dalszych efektow niebezposrednich ukazalo mi to, ze natura skrywa mnostwo darow i mocy, ktorych powinnismy byc swiadomi, jak i tego, co moga nam dac (to sie przelozylo potem chociazby na takie drobnostki jak zainteresowanie herbata czy innymi 'nieschizodajnymi' naparami:D)...byly poczatkiem do zdania sobie sprawy, jak bardzo skomplikowanymi tak naprawde mechanizmami sa nasze mozgi, jakie sa ich mozliwosci, jak mozemy na nie wplywac roznorodnymi czynnikami...no i mozna powiedziec, ze zaczalem sie interesowac 'co wpierdalam' umniejszajac wczesniejsze podejscie na zasadzie 'zeby sie sponiewierac';) no i, co w wiekszosci wiaze sie z w/w juz czynnikami, wyznaczyly nowe kierunki niektorych mych zainteresowan (muza, powierzchownie etnobot., i inne:D)

"no i ogolnie grzyby to najlepsze doswiadczenie w moim zyciu jak dotad

i chyba bez kitu bym to ujal w to stwierdzenie, ze wczoraj dopiero naprawde poznalem co to znaczy trip i faza, ze przez cale zycie, przez wszystkie lata nie wiedzialem naprawde co to znaczy schiz

rozpierdolily mnie swoja moca grzyby i rzucily na kolana trza przyznac

bez kitu to wszechmocne doswiadczenie ale w koncu i tak gdy caly swiat i wszyscy my miliardy lat temu bylismy jednym pylkiem paru pierwiastkow tylko to i tak zostalo zapisane ze wlasnie przed sylwestrem bedziesz mial grzyby, ze ja je skoluje i ze to przezyje...to wszystko bylo z gory uwarunkowane"

(odpowiadajac na pytanie "Jesteś muzycznym autorytetem. Co poradziłbyś młodym muzykom?", ale to, co jeden z najgenialniejszych muzykow wg mnie, stwierdza na to, jest tak uniwersalne, ze tyczy sie calego zycia...)

/// Nie wierzcie w to, czego słuchacie, co czytacie, co wam mówią. Ważne jest, aby wyłączyć swój mózg i poczuć, co naprawdę jest istotne. To, że ktoś jest sławny i bogaty, nie znaczy, że jest od ciebie lepszy. Postaraj się wyczuć swoją własną drogę i próbuj wyrazić to, co rzeczywiście w tobie tkwi. I to nie dlatego, że ktoś tego oczekuje, ale dlatego, bo czujesz, że musisz to wyrazić. Ale żeby poczuć, musisz wyłączyć swój mózg. On jest twoim wrogiem.

Zostaliśmy zaprogramowani, by myśleć w pewien określony sposób. Dlatego trzeba powrócić do początku. Tam gdzie ogromnie ważny jest rytm. Musisz nauczyć się myśleć w taki pierwotny, duchowy sposób.

Żadna informacja nie pomoże ci zostać muzykiem. Wychodzi to z serca. I doświadczenia. Nigdy z wiedzy, z książek, nigdy z płyt ani od wielkich mistrzów. Tym bardziej, że dziś nie ma już mistrzów. Żyjemy w świecie, który jest rozszczepiony, niecałkowity. To czasy niekompletności.

Dziś polegać musisz tylko na sobie. Mówi się, że trzeba coś przynieść, żeby coś dostać. Więc przynieś to, co masz w sobie, a dostaniesz to, czego chcesz. A co ważne - każdy ma w sobie coś.

Musisz się więc otworzyć do wewnątrz, zetrzeć z siebie wszystkie odciski palców, które odbiła w tobie szkoła, rząd, kościół... i znaleźć w sobie to "coś".

Mózg jest już określony, co więcej - manipulowany. Dlatego trzeba go wyłączyć. Pozwoli to stać się muzykowi oryginalnym, co moim zdaniem jest najważniejsze. ///

Bill laswell

+++suplement, czyli wybrane uzupelniajace pojedyncze malo wazne stwierdzenia:) :

"jeszcze co do tego pierwszego etapu fazy, tych kolorow i wizualizacji, to strasznie filmowo to przezywalem....czulem sie po trochu jak w natural born killaz (ogolny klimat jesli chodzi o kolorystyke, i scena gdy tripowali u tego indianca), najmocniejsze etapy haloonowe to wypisz wymaluj momenty z max payne jak zacpany byl z takim samym nastrojem psychodeli oraz poczulem jakby film las vegas paranos....po prostu pojalem w koncu ten swiat schizow, pojalem to samo podejscie (nie mialem takich tripow jak oni mieli), ale przy najmocniejszych moich tripach to czulem sie jakby w tamtym swiecie wlasnie

jeszcze mi sie przewijaly przez mysl fight club i cos tam jeszcze *chyba cela z jennifer lopez, ale to juz jakies luzne powiazania tylko chyba odkrywalem i zbyt wazne one nie byly w odbiorze fazy, przynajmniej nie tak jak tamte

(...)

i ten bad trip srodkowy tez zaliczam do pozytywnych efektow....to bylo wspaniale nic nie wiedziec, bac sie wszystkiego bo wydaje sie zupelnie nowym widokiem, z przerazeniem myslec co to jest rzeczywistosc itd itp, nie miec swiadomosci wrecz...gdybym tylko sie tak nie bal ze na zawsze tak mi zostanie ale ogolnie naprawde razem z cala pozostala faza jako calosc to to byla niesamowita jazda

zwiedzilem chyba tysiace wszechswiatow

(...)

niesamowite wrazenia po prostu

(...)

jeszcze przy wizualach mialem efekt 'smugi' ze jak ktos poruszal reka, albo ja przekrecalem glowe, to wszystko taka smuge na chwile tworzylo

nie wspomne o tym, ze jak wszedl pod koniec jakis koles po koldre do tego pokoju, to myslalem ze wogole ja nie istnieje a on jest mna i patrze na siebie z boku czy cos

(...)

czytam wlasnie na neuro groove opisy tripow po grzybach i koles pisze wsio tak ze czulem doslownie to samo - Czułem się jakbym miał zresetowany mózg i wydawało mi się że tak mi już zostanie i że będę musiał się wszystkiego nauczyć od nowa, wszystko czego do tej pory nauczyłem się w życiu już nie istnieje, myślałem że przesadziłem z tymi grzybami, ze zjadlem za duzo i wszystko w mojej głowie się skasowało... - dokladnie to samo mialem

(...)

ja bylem tego wieczora raz kanapka, raz nosem, raz bogiem i zobaczylem swiat jakim jest naprawde....albo dostrzeglem jego wymiary ktorych normalnie nie zauwazamy...o boze

hehe"

[p.s. - cala podroz, od momentu zjedzenia do calkowitego zejscia dzialania, to jakies 5-6h bodajze...tak na oko]

---suplement volume 2---

"postanowilem w koncu stworzyc spojny opis mojej poltorarazowej" & "wydzielilem na oko troche ponad porcje, tak pi razy drzwi, tyle ile mi wczesniej dostarczyciel pokazywal radzac...reszte odlozylem"

no i wlasnie...mialem co robic juz nastepnej nocy;) to tylko pokrotce streszcze, bo glownie chodzi o jedna rzecz w tym...

a wiec, po przekimaniu sie po sylwestrze i ochlonieciu po wrazeniach tamtego wieczoru, bylem juz w domciu z...pewnie mniej niz polowa porcji...wiec postanowilem sobie umilic ogladanie jakiegos filmu:>

juz pozna noca ponownie akcja 'kanapka' i wszystko zostalo opalaszowane...a co do filmu, to wybor padl na fear and loathing in las vegas:))) (grzyby w czesci wizualno-haloonowej+ten film=brak slow...)

powolutku wchodzilo (oczywiscie nijak juz sie mial ten wieczor do poprzedniego ze wzgledu na ilosc, a i dobrze w sumie, bo bylem na chacie...), po jakis 20minutkach chyba leciutkie wyostrzenie kolorkow pokoju - podjeta decyzja, ze trzeba wrzucac film

i normalnie...to filmidlo jest w kazdym szczegole zaprojektowane pod haloocynogeny (dziwne łehehehehe)...jak pisze - grzyby nie dzialaly jakos super mocno, ale zauwazalnie i wyraznie, wiec lepiej sie nie moglo zlozyc na ogladanie...wszystkie kolory w filmie, ich kompozycje, odpowiednie dobranie jednych i drugich bedacych obok siebie...ksztalty wielu rzeczy, falistosc, kraglosc...sceny na pustyni...juz wiem po co jest na poczatku scena ogladana 'oczyma autostopowicza, gdy j. depp do niego cos nawija w furexie:> bylem tym pasazerem hehe...no i normalnie jak nastepnego dnia sobie wlaczylem pojedyncze fragmenty najbardziej zapamietane z seansu, to to zupelnie co innego bylo, niz widzialem w nocy:) naprawde polecam mix grzyby+las vegas dla wrazen wizualno estetycznych (no i jeszcze swietnie dobrana muza...i praca kamery tez jakby stworzona pod haloony...eh)...

tylko filmu nie obejrzalem do konca:/

a wygladalo to tak:) za mna byly juz jakies 3/4 calosci, moze troche mniej...nagle wystapil blad divx'a i film 'zafreezowal' na jednej klatce:) dzwiek i napisy (chyba) lecialy dalej...ten moment byl bodzcem do wyrwania mnie ze wspanialego i barwnego swiata do etapu nicnierozumienia:) leze na lozku...film sie za3muje...zaczynam nic nie kminic...zastanawiam sie co z filmem...minimum 10minut lezalem dalej, myslac, ze tak chyba powinno byc, ze to taka scena, ze niby bohaterowie sa za sciana albo czyms tam i widz oglada tylko staly obraz (inna sprawa ze pewnie przez caly czas ogladania z fabuly i tresci za duzo do mnie nie trafialo a zachwycalem sie aspektem wizualnym:D)...w koncu po parunastu minutach decyzja - nie wiem co, ale cos jest nie tak...ruch...wylaczylem film (to juz byl ten stan, ze np. wlaczyc go ponownie, albo przeskoczyc ta klatke nie bylbym za cholere w stanie:/)...i teraz...z poltorej godziny siedzenia na lozku w jednej pozycji:) tym razem nie bylo tak wielkiej paniki i histerii bo po pierwsze - juz sie spodziewalem tego stanu i wiedzialem, ze przechodzi, wiec lepiej go znosilem, po drugie - ze wzgledu na ilosc kazda czesc tripu nie byla tak bardzo mocna i intensywna, wiec dawalem rade...ogolnie siedzialem na lozku nic nie rozumiejac znowu...bylem raczej swiadomy, ze qrde jak ktos wejdzie czy cos, to nie za dobrze i lepiej by bylo sie skitrac pod koldre do lozka czy cos...ale nie bylem w stanie:) po prostu siedzialem i nic wiecej nie bylem zdolny zrobic...czulem, ze jakby np. weszla starsza, to bym potrafil zaczac rozmowe w stylu "witaj kobieto, ktora nazywam matka"...

w koncu tak jak poprzednio ciezki stan powoli ustawal, przerodzil sie w 'ekstaze':>, ktora takze byla dosc lekkim doznaniem tym razem i krotszym...lecz takze bylo ciekawie...:)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media