Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

ekstaza stworzenia i czarna klatka rzeczywistości

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
160 µg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
domek w lesie, nastawienie na doznania mistyczne, ukochana osoba jako współpodróżnik, kot i dwie osoby dbające o bezpieczeństwo w pobliżu
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
1x LSD
3x MDMA

ekstaza stworzenia i czarna klatka rzeczywistości

To miała być nasza druga przygoda z kwasem, ale pierwsza poważna. Poprzednia próba niecałe pół roku wcześniej była delikatna, nieśmiała i choć bardzo udana, to jednak czuliśmy, że to nie był Kwas przez duże K. Wzlecieliśmy wtedy na 100 µg ponad atmosferę, a chcieliśmy lecieć poza galatyki i poza znany nieboskłon. Uznaliśmy, że majówkowy wyjazd do domku w lesie będzie doskonałą okazją do głębokiego zaznania swojej Jaźni i swojego Wszechświata.

Ponieważ tym razem zwiększyliśmy dawkę do 160 µg (choć przez cały wyjazd byliśmy z jakiegoś powodu przekonani, że to 140 µg) i byliśmy w nowym otoczeniu, zdecydowaliśmy się na podróż nie w swoim własnym towarzystwie, tak jak poprzednio, a z dwójką dobrych znajomych za ścianą (dla ułatwienia nazwę ich w tej historii X i Y), którzy w razie czego mogliby mieć na nas baczenie, nie ingerując za bardzo w naszą przygodę. Ponieważ miejsce było nowe, w kominku płonął otwarty ogień, a dookoła szwędał się dopiero zaznajamiający się z otoczeniem trochę spłoszony kot, wydało nam się to dobrym pomysłem.

Rozpaliliśmy kadzidła i świece, zaopatrzyliśmy się w zapas drewna kominkowego. Namalowaliśmy na swoich twarzach szamańskie wzory i symbole, mające pomóc w otworzeniu trzeciego oka i chronić przed zboczeniem z drogi. Pomyśleliśmy swoje intencje, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i umieściliśmy papiery pod językiem, zapadając się głęboko w dwa duże, skórzane fotele na przeciwko kominka. Było to około godziny 18.

Niecałą godzinę spędziliśmy wsłuchując się w orientalną muzykę, trzymając się za ręce i szukając wygodnej pozycji, zanim poczuliśmy, że coś zaczyna się dziać. Powieki stawały się coraz cięższe i czułam, jak powoli zapadam się coraz głębiej, jak moje myśli przepływają w dzikim tańcu i prowadzą w coraz dziwniejsze zakamarki.

– Czujesz coś? – spytał mój partner.
– Nie wiem – odpowiedziałam nie do końca zgodnie z prawdą. Faktycznie czułam bardzo wiele – zbyt wiele, żeby odpowiedzieć, co czuję albo myślę, bo zanim udało mi się chwycić jakiejś myśli, byłam już w następnej. Wybuchnęłam radosnym śmiechem na myśl, jakie to idiotyczne. Cała ta mądrość, cała ta gonitwa, cały ten rozbłysk neuronów, wszystko sprowadza się do prostego: „Nie wiem!”

„Shanti” znaczy „Pokój” powiedziałam, komentując utwór, który w tym momencie płynął z głośników. Muzyka oplatała mnie z każdej strony i drgała jak żywa istota, jedna wielka kosmiczna wibracja. Zapadłam się głęboko w siebie i jednocześnie wzlatywałam bardzo wysoko. Czułam, jakby coś wzywało mnie wyżej, jak matka wołająca z zabawy na podwórku do domu. Chciałam wrócić do domu, a jednocześnie zostać na ziemi, przepełniona współczuciem do wszystkich istot, które nie znalazły jeszcze tej drogi i muszą zmagać się z żelazną klatką rzeczywistości przekonane, że ta gra, ten teatr, ta iluzja to życie. Żadne słowa nie miały znaczenia. Pomyślałam Wszechświat i Wszechświat się stał. Zaśmiałam się jak dziecko w zachwycie tym aktem stworzenia. Gwiazdy rozkwitały niczym Etz Chaim, kabalistyczne drzewo życia, rozgałęziając się na kolejne możliwości, sploty, horyzonty zdarzeń, nieskończone potencjały. Byłam czystą Jaźnią, chciałam od razu zanurkować w ten nowonarodzony Wszechświat, eksplorować każdy jego zakamarek, doznać każdej jego strony. Zrozumiałam, że życie na Ziemi nie jest ani dobre, ani złe, jest tylko wiecznym doznawaniem, rozmową, nauką, zbiorem doświadczeń, jedynym sposobem, w jaki Najwyższa Jaźń może doznać sama siebie. Śmiałam się do rozpuku, kiedy mój mózg rozpływał się w pulsującej ekstazie Stworzenia, poza czasem i przestrzenią, poza grami ego.

Nagle do mojej świadomości niczym oślizgłe macki zaczęły wślizgiwać się jakieś obce elementy.

– Długo to tak jeszcze potrwa? – pytał Y.

– Nie wiem. Wczoraj zjadłem  90 µg. Po godzinie odlotu zeszło. Oni zjedli półtora raza więcej. Minęły dwie godziny... – tłumaczył X.

Czy mówili o nas? Czy jesteśmy królikami doświadczalnymi pod obserwacją? Poczułam ukłucie niepokoju. Jakaś czarna maź wątpliwości zaczęła sączyć się do mojego mózgu.

– Jeszcze nie pora – wymruczał mój partner.

– Idę na spacer – stwierdził Y.

Zostaliśmy sami. Na nowo zanurzyliśmy się w ekstazie. Jednak coś było inaczej, mimo tak wysokiego lotu. Jakby jakaś cienka żyłka trzymała mnie przy ziemi, przypominając, skąd pochodzę. Minęło trochę czasu. Znowu coś wyrwało mnie z medytacyjnego transu. Szybkie kroki w jedną i drugą stronę.

– Z, masz jakieś środki przeciwbólowe? Mam atak mojej przypadłości – mówi X do mojego partnera.

– W plecaku – mruczy on. – Tylko nie bierz tramalu – żartuje.

Jakiej przypadłości? Jaki atak? Co się dzieje? Otwieram oczy. Z powoli ponownie odpływa. Kolejne poczucie niepokoju. A co, jeśli X coś się stanie? Co, jeśli trzeba będzie zawieźć go na pogotowie? Y wyszedł, nie wiadomo gdzie jest. Nie byłam w stanie sięgnąć po wodę stojącą w moich nogach, a co dopiero wieźć kogoś do szpitala. Nie mogłabym w takim stanie nawet wytłumaczyć operatorowi pogotowia, jak do nas dojechać w tej głuszy. Nagły ruch w kącie pokoju odwrócił na moment moją uwagę od tych ponurych myśli. To kot spłoszony gwałtownymi ruchami X postanowił schować się w biblioteczce.

– Czy on nie może wyjść? – pyta Q.

– Nie wiem... – O, ironio.

– Chyba nie może wyjść i potrzebuje pomocy. – Q wstaje, podchodzi do biblioteczki. Półki schowane są za szklanymi przesuwnymi szybami. Q nie za bardzo wie, jak uwolnić kota. Wyjmuje więc jedną szybę i odstawia ją na podłogę. Słyszę dźwięk tłuczonego szkła. Q z tryumfem podnosi się z kotem na rękach. Jego ręka spływa krwią, głęboko cięta szkłem. Moje oczy są wielkie z przerażenia. Nie, to nieprawda, tylko mi się przewidziało. Szkło jest zabezpieczone, nikomu nie stała się krzywda. „Uspokój się”, mówię sobie, „bo będziesz mieć bad tripa”.

X leży na podłodze przy kominku i jęczy. Cały pokój wydaje się spowity dymem. Palimy się?

Po chwili zdaję sobie sprawę, że to ostatnie pytanie wypowiedziałam na głos.

X tylko coś jęczy. Boże mój, palimy się, właśnie w tej chwili umieramy, zasnęliśmy i jakaś iskra z kominka spowodowała pożar, a cała ta kosmiczna ekstaza i absurdalna sytuacja z kotem to tylko jakaś śmieszna symulacja w ostatniej sekundzie wypalających się synaps.

– Czy to wymaga naszej interwencji? Chyba trzeba to sprawdzić – mówi trzeźwo Q. Rusza na obchód domku, żeby sprawdzić, czy faktycznie jest jakieś zagrożenie.

Tracę rzeczywistość. Jesteśmy w sypialni i X leży skulony na łóżku. Jest już komunikatywny. Czy to wszystko mi się wydawało, czy działo się naprawdę? Droga z pokoju do sypialni jawi mi się jak podróż przez jakiś labirynt rzeczywistości. Wszystko jest dobrze i po prostu spał? Chwila rozmowy daje mi do zrozumienia, że jednak nie, faktycznie zbiła się szyba, a on dostał nagłego ataku zęba z powodu swojej przypadłości stomatologicznej. Zdarza mu się tak co jakiś czas i nie dzieje się nic strasznego. Chyba jednak się nie palimy. Czuję, że to chyba trochę za dużo emocji  muszę wyjść  się przewietrzyć. Otwieram drzwi i wychodzę na ganek. Powietrze jest chłodne i przyjemnie rześkie po deszczu. Rośliny wilgotne od kropli wody falują na wietrze jak żywe. To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Zieleń jest kwintesencją witalności. Cała ziemia pulsuje. Trwam tak przez chwilę w zachwycie i widzę, że do furtki podchodzi wracający ze spaceru Y. Cóż za synchroniczność! Czuję, jak kamień spada mi z serca. W domu jest ktoś trzeźwy kto ostatecznie potwierdzi, że nic się nie pali.

Y jest trochę zdziwiony moim rozgorączkowaniem. Nigdy nie miał do czynienia z kwasem i nie rozumie mojego stanu umysłu.

Wracamy na swoje fotele-statki kosmiczne. Jesteśmy już wszyscy w czwórkę, rozmawiamy. Q zdaje się być już z powrotem w rzeczywistości. Ja jeszcze nie byłam na to gotowa. Czuję się, jakby ktoś siłą ściągnął mnie z kosmosu i wtłoczył w społeczną rolę odpowiedzialnego dorosłego. Trudno mi się odnaleźć. Co jest prawdą, a co nie? A jakie to ma znaczenie? Słyszę, jak Q peroruje i wyjaśnia X i Y zagadki wszechświata.

– Dlaczego tłumaczysz im to po polsku? – pytam zdziwiona. Przecież żadne ludzkie słowa nie są w stanie tego oddać.

– Faktycznie, moglibyśmy rozmawiać po angielsku – odpowiada Y. Jego niezrozumienie jest dla mnie irytujące. Zamykam się w sobie. Nie chce mi się rozmawiać. Cała trójka wydaje się świetnie bawić. Śmieją się, żartują. X i Y chyba czasem nawet nadążają za dziwnymi przeskokami myślowymi Q, choć mają tendencję do sprowadzania rozmowy na banalne tory.

Poruszając swoim ciałem czuję się, jakbym operowała myszką w jakiejś grze komputerowej z lat 90. Moje ciało mnie nie słucha i jest nieprecyzyjne. Co za badziewny interfejs! Idę do łazienki i mam wrażenie, jakbym znalazła się w jakimś PRL-owskim koszmarze. Jej nieidealny stan (pęknięta umywalka, niedoświetlone ściany, stare kafelki) był wcześniej zauważalny, ale teraz mam wrażenie, jakbym była ściśnięta w w klaustrofobicznym brudzie. Pospiesznie wychodzę.

Dostaję do ręki chleb. Pieczony kilka dni wcześniej przez Q. Smakuję go z namaszczeniem, z uwagą obserwując jego strukturę zastygłych w formie stałej bąbelków powietrza. Jest wspaniała. Postanawiam przełączyć playlistę i zmienić mistyczne, orientalne uniesienia na coś lżejszego. Interfejs komputera jest sztuczny i obcy. Nie chcę mieć z nim do czynienia. Chcę iść popatrzeć w gwiazdy. Wychodzimy razem z Q. Rozgwieżdżone niebo błyska do nas żywo i radośnie, intensywnie. Jednak po chwili traci ostrość i zdaje nam się, że widzimy tylko sztuczne światełka otoczone poświatą pikseli RGB. Wracamy do środka.

 

Przez resztę nocy towarzyszy mi na zmianę zachwyt nad drobnymi rzeczami i irytacja, że tyle niespodziewanych czynników nałożyło się na siebie, mącąc nam tak cudowną podróż. Nauczka na przyszłość – im mniej dystraktorów, im bardziej znane miejsce, tym lepiej. Muszę się jeszcze wiele nauczyć, zanim zacznę eksperymentować z nowymi przestrzeniami i nowymi ludźmi na nowych dawkach. Szamanka jej mać. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Bardzo dobry, klasyczny tip. życzę takich więcej.

Nie tripuj na kwasie z ludźmi, którzy nie zarzucają, bo poziom energetyczny się wyrównuje i obniża to lot, a ludzie prowadzą bardzo przyziemne rozmowy (z nielicznymi wyjątkami, jak np. starzy triperzy, którzy wiedzą co i jak).

To tylko sen samoświadomości.

Teraz to już to wiem ;) 

To i tak było cenne doświadczenie, bo wiem dzięki niemu jak się NIE zachowywać, gdyby kiedyś przyszło mi być sitterem. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media