Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

א czyli pierwotny chaos

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
110μg LSD-25
2mg - klonazepam
_____________
125mg - MDMA
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Cz.1
Hostel, mieszkanie z trzema pokojami wynajmowanymi różnym ludziom, wspólną kuchnią i łazienką. Gdy przekraczaliśmy granicę byliśmy jeszcze (ja i dwójka towarzyszy) sami.
Cz.2
Lesiste wzgórza
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Alkohol
Kofeina
Marihuana
Dekstrometorfan
Kodeina
MDMA
Beta-Ketony

א czyli pierwotny chaos

Choć oznaczyłem ten raport jako doświadczenie mistyczne, pierwsza jego część była właściwie bad tripem. I choć przeżyłem tam straszne rzeczy, do dziś tego nie żałuję. Często się słyszy, aby w takim wypadku powiedzieć sobie, że to tylko substancja, że wszystko wróci do normy. I choć rozumiem powody takiego myślenia, to jednak prawdziwa magia substancji psychodelicznych ujawnia się kiedy potraktuje się je na poważnie. Ale w takim wypadku dobrze mieć przy sobie jakieś zabezpieczenie. Coś co sprawi, że będziesz mógł wrócić do prawdziwego świata. Coś co kiedyś było nazywane szamańskim bębnem.

 

15:40 - Aplikacja 110μg kwasu Lizergamidowego

Nastroje dopisują, żartujemy, udziela się ogólna ekscytacja. Po dziesięciu minutach zgasiliśmy światło i zaczęliśmy medytację. Mówiąc za siebie nie szło mi to zbyt dobrze. Było dość zimno i poza tym ogólne emocjonalne podniecenie nie pozwalało mi się skupić.

16:20

"Coś zaczyna się dziać" Ja i mój znajomy - debiutanci - odczuwamy wyraźne poprawienie nastroju. Wszystko wydaje się być ciekawe. Bardzo dobrze nam się rozmawiało, wymienialiśmy spostrzeżenia, a nasz towarzysz z doświadczeniem prowadził nas w kierunku głębszych warstw rzeczywistości. Zaciekawiła mnie firanka, która odchodziła od ściany. Perspektywa się zmieniała. Miałem ulotne wrażenie, że znajduję się w chińskiej altanie o cienkich ścianach. Zaczynam badać rzeczywistość słownie. Doświadczony Towarzysz (DT) mówi o bananowatości, którą możemy rozkładać teraz na części i łączyć z innymi spostrzeżeniami, o tym, że zyskamy możliwości mieszania faktur. Bawimy się okularami i dziwię się światu, jak łatwo może się zmienić z jednej formy w drugą. Zapalamy światło i wybuchamy śmiechem.

16:40 - Zastanawiam się na kwasie, co stanowi istotę kwasu. Dwa fakty uznaję za istotne, gdyż wciąż nie zauważam ostrych wizualizacji: zdziwienie rzeczywistością, że jest taka, jaka jest, oraz zawieszenie wiary. Teraz widzę, nie ma pomiędzy nimi zbyt dużej różnicy, choć nie do końca. Wiara, jest podstawą naszego porozumienia, gdyż gdybyśmy nie wierzyli, iż pod terminami znajdują się dla nas takie same rzeczy nie moglibyśmy się komunikować. Każdy przekaz skazany byłby na porażkę, gdyż symbol mógłby nieść za sobą dowolny desygnat. Natomiast oczywistość rzeczy, że są, jakie są, pozwala nam przemieszczać się i żyć, gdyż mamy pewność, że jak kładziemy się do łóżka nie jest ono kałużą, albo, że szczoteczka do zębów nie okaże się nożem. Jedynie nasze przekonanie, co do tego daje możliwość egzystencji, gdyż w innym wypadku nie moglibyśmy zrobić niczego, bez owej pewności, co do natury rzeczy. A jednak, zarówno ta wiara jak i oczywistość zostały zawieszone. Kategorie nieuchronnie łączące się z przedmiotami rozjechały się i stały jedynie sposobami porządkowania rzeczywistości. Nim spojrzałem na zegarek, stwierdziłem, że zdziwi mnie wszystko, co zobaczę. Zdziwił mnie sam fakt czasowości przede wszystkim. DoświadczonyTowarzysz: LSD to trochę jak filtry na photoshopie, to jak uczyć się sterowania photoshopem, który steruje tobą.

17:00 - Zaczynamy rozważać złą fazę. Stwierdzam wraz ze znajomym, że czegoś takiego jak zła faza nie możemy mieć po LSD, gdyż, jeśli znieśliśmy kategorie zła i dobra i jedynie przyglądamy się mieniącym się przed oczyma formom, to cóż złego może nam się stać, DT stwierdza, iż najlepiej pytać się „czy jest dobrze?” i wtedy innej odpowiedzi być nie może. Pojawiają się ostre halucynacje, faktury rzeczy przeorganizowują się. Zyskuję świadomość, dlaczego kwas może namieszać w głowie, kiedy wszystkie kategorie przestają obowiązywać, ale czułem się przygotowany na taką sytuacje, całe moje filozoficzne doświadczenie było potrzebne, aby zrozumieć to, co się dzieje wokół mnie.

17:20 - Wątpię w rzeczywistość rzeczy. Wszystko przecież pochodzi z umysłu, wszystkim mogę sterować, każde doświadczenie przecież może przejść w inne. Ale nie martwię się tym za bardzo. Przed oczyma zjawiają się mocne fraktale, mój widnokrąg wypełniają fale liter. Zadaję kolejne pytania. DT stwierdza, że gdyby człowiek w sumie chciałby, to mógłby każdą rzecz przekształcić w inną. Wątpię w to przez chwilę, ale po chwili wszystko zlewa się w jedność. DT potwierdza swoją Twardą Wiarę, że są Rzeczy, gdyż inaczej można się rozlecieć jako taki zmysłowacz.  Stwierdzam w duszy, że ta wiara nie posiada żadnego poparcia. Można zwątpić w coś, że jest jakieś, ale nie, że jest w ogóle. Bo coś przecież istnieje, chociażby same poznanie zmysłowe. Mówiłem to wcześniej, ale nie do końca byłem o tym przekonany. Doświadczyłem tego zupełnie, że wszystko, co widzimy, zostało nadane przez umysł, każda jakość, czas i przestrzeń, jedność, wielość, konieczność. Dla mnie to nie była do końca faza, to była tkanka rzeczywistości, uświadomiłem sobie w pełni, że nasz umysł tworzy rzeczywistość. Towarzysze mówią, że chcemy wrócić. Stąd ta twarda wiara... że są rzeczy. Ale nie ma przecież dokąd wracać. Tam jest przecież to samo. Tylko uporządkowana iluzja chroniąca nas od zagubienia w chaosie.

17:46 - W międzyczasie do mieszkania wchodzą inni współlokatorzy, na nagraniu słychać ich przez ściany. Moje słowa przechodzą w doświadczenie, tkanka rzeczywistości rozpada się. Aleph. Punkt, gdzie wszystko jest jednym, a jedno wszystkim. Znikają ostatnie kategorie. Rozpływam się w bezkresnych fraktalach, które w nieskończoność dzielą każdą chwilę. Połowa po połowie, jak w paradoksach eleatów. Moja świadomość topi się, nie ma żadnej treści, a wszelka jej treść nie ma znaczenia, gdyż jest tylko iluzorycznym nałożeniem form i kategorii na nieogarniony chaos. Spalam się na powierzchni otwierającego się przede mną dudniącego czarnego słońca.

18:00 – To o czym piszę dzieje się w międzyczasie, tak bardzo jak to tylko może być ujęte tymi słowami, wystarczy, że rozproszę na chwilę uwagę, aby powoli zacząć tracić zmysły. Mam ochotę rozpuścić w tym swoją świadomość, lecz jednocześnie jestem skrajnie przerażony. Stwierdzam, że nie wiem gdzie się znajduję, ile tu siedzę, czy przez przypadek zawsze tu nie siedziałem. Gdyby ktoś mi powiedział, że całe moje życie do tej pory było tylko majakami wariata uwierzyłbym. Pomyślałem o tym i powiedziałem to sobie. Pokój hotelu mógł być równie dobrze pokojem psychiatryka, a moi przyjaciele moimi lekarzami niepozwalającymi mi osunąć się z powrotem w szaleństwo. Miałem wrażenie, że wszyscy staramy się przez całe życie uciec i są takie rzeczy, które trzymają nas w iluzji, upewniają nas, że ten świat nie jest wymysłem, jednak nie są one przecież bardziej prawdziwe niż cokolwiek w tym świecie. Wołam o klonazepam i zjadam całą tabletkę. Wiem, że jeśli tego nie zrobię teraz, to za chwilę już nie będzie miał, kto wołać. Znajomi starają się utrzymać mnie przy zdrowych zmysłach, mój DT przypomina, że on też znajduje się na krawędzi i tylko chyba ogarnianie mnie, trzyma go przed rozpadem podobnym do mojego. Ale ja nie rozumiem. Chcę wyjść z pokoju, albo chociaż wyjrzeć, bo boję się, że znajomi chcą mnie powstrzymać, gdyż za drzwiami znajduje się psychiatryk. Pragnę końca, normalnego świata uporządkowanego świata. Dzwonię do dziewczyny, od czego też próbują mnie powstrzymać. Teraz już nie mogę być pewny, czy uwierzyłem w to, że istnieje, chyba tak inaczej byłoby ze mną bardzo źle.

18:20 – Klon powoli zaczyna działać. Uspokajam się i zaczynam kontrolować sytuacje. Wszystko wciąż faluje i przechodzi w siebie, ale już odróżniam fikcję od rzeczywistości. Chcę się przejść, oni decydują się wyjść razem ze mną, prawdopodobnie, aby mnie pilnować. Jednak DT wciąż jest w złym stanie. Ja nawet ogarniam topografię i azymuty, więc stwierdzamy, iż udamy się do herbaciarni. Spacer bardzo dobrze mi zrobił. Poczuć zimne krople deszczu, stabilny bruk pod nogami.

20:00 – (Czas jest względny) W herbaciarni orientuj się, że mój DT jest w bardzo złym stanie, położyliśmy go na poduszkach. Lokal był akurat zamykany, ale okazało się, że dziewczyna, która tym się zajmowała znała się na rzeczy. Dlatego pomogła nam i jeszcze dała pieniądze na taksówkę. Wszystko było wciąż nierealne, albo ponad realne. Gdy wróciliśmy do domu, przestrzeń wciąż mieniła się i falowała. Była 23:00. Nie wiem jak minęły te trzy godziny.

 

Cz. II Spacer

25.02.2016,

Górzysty Las, potem przez chwilę klasztor.

(Ja, znajomy z poprzedniej części, inny znajomy, który nie miał tych doświadczeń)

Poprzedni dzień spędziłem na próbie zebrania się w sobie po kwasowych przeżyciach, klonazepam sprawił, że mogłem normalnie funkcjonować, lecz byłem mocno przybity. Przede wszystkim żałuję, bardzo mocno żałuję, że nie zapisałem wydarzeń 25 lutego natychmiast, gdyż teraz wszystko, czego doświadczyłem, co zrozumiałem zmieniło się i wzbogaciło, lecz równocześnie nie stanowi tak czystej i przejrzystej myśli. Nie jestem w stanie dokładnie opowiedzieć, o tym, co zrozumiałem, lecz postaram się, gdyż to jedynie zostało mi do zrobienia. To wręcz tragiczne, że boję się, że nie będę w stanie oddać głębi tego doświadczenia. Niestety nie pamiętam też czasu aplikacji. Jedynie pory dnia. Dzień był chłodny, lecz przyjemny. Chłód nie męczył wcale, a substancje tylko pomagały przezwyciężyć to odczucie.

12:45 – Aplikacja około 125 mg MDMA (w formie 2/3 200 mg tabletki w kształcie niebieskiej myszki miki).

Chodziliśmy po lesie czekając na pierwsze efekty. Okolica piękna, mnóstwo pagórków i wąwozów. Wybraliśmy się nad rzekę. Wzgórza z jej brzegu sprawiały majestatyczne wrażenie. W oddali majaczył klasztor, do którego mieliśmy zamiar się udać. Wróciliśmy do lasu i tam powoli zacząłem mówić.

13:45 – Zacząłem mówić i składać w całość swoje poprzednie doświadczenie. Poczułem napływ spokoju i szczęścia. Zaczęliśmy się przytulać, a ja mówiłem i rozumiałem. Wszystkie elementy jak w układance łączyły się w całość. Myśl ukryta pod powłoką dziejowej dyskusji, jedna uniwersalna prawda, tak bardzo pragnąca być wypowiedzianą, a jednocześnie taka, na którą nie ma słów w językach tego świata. Przeczuwałem już wcześniej, że w MDMA jest coś więcej niż tylko przyjemność i przytulanie. To przede wszystkim otwarcie na to, co najważniejsze w doświadczeniu ludzkim. To poszerzenie świadomości na siebie i innych i ich przekaz, aż przede wszystkim na przekaz samej rzeczywistości. To zrozumienie. Dalsza część raportu jest marną próbą przekazania tego, co jawiło mi się wtedy i przez kilka kolejnych dni z tak niezaprzeczalną jasnością, że zupełnie zmieniło moje życie i uleczyło mnie z wielu niepokoi.

Po trzech godzinach chodzenia po lesie, udaliśmy się do klasztoru. Gdy tak wymienialiśmy się doświadczeniami, czuliśmy, że wiedza przepływała z jednej osoby na drugą. Przy końcu podróży, zapaliliśmy trochę pierwszorzędnej marihuany. Tego dnia widzieliśmy się jeszcze z dziewczyną, która ogarniała nas, gdy dotarliśmy do herbaciarni… Zrozumiała nas i powiedziała, że też wierzy w coś takiego i rozumie nas i nasze przeżycie. Mam wrażenie, teraz odczuwam, jakbym wstąpił do sekretnego grona, które potrafi się wzajemnie zidentyfikować, lecz inni nie potrafią pojąć tej odmienności.

Część III - O istocie

Oczywiście można by nazwać to schizofrenią paranoidalną, która rozwinęła się pod wpływem korzystania z narkotyków, lecz uważam, że enteogeny były jedynie dopełnieniem wiedzy, której poszukiwałem przez całe życie. Zwrot dokonał się gdzieś w liceum, gdy zrozumiałem, że życie nie jest tak proste i że wszystko posiada drugie dno. Prawda niby banalna, lecz fakt, iż nic nie jest takim, jakim się wydaje sprawił, iż chciałem przeniknąć różnego rodzaju złudzenia, tak, aby posiąść obraz pełnej różnorodności opinii i zdań na temat rzeczywistości. Moje badania i rozważania doprowadziły mnie do wręcz przeciwnego przekonania. To, co ludzie ubierają w wyszukane słowa i nadają temu niezwykłe nazwy, jest w istocie wręcz prostackie i prymitywne. Doszedłem do wniosku, że ludzką naturą rządzą różne proste popędy, a przede wszystkim chęć poczucia bezpieczeństwa i odczuwania przyjemności. Wraz z kolejnymi odkryciami, świat tracił barwy, gdyż zrozumiałem, iż zjawiska, które postrzec zmysłowo (gdyż zmysły jedynie dają dostęp do świata) mogą być jedynie z tego świata, a jeśli są na razie niewytłumaczalne to jedynie dlatego, iż narzędzia, którymi człowiek się posługuje, nie znalazły się jeszcze na tak wysokim poziomie zaawansowania, aby je opisać. Człowiek zyskujący wiedzę jedynie przez zmysły i własne kategorie intelektu zostaje więźniem determinizmu. Nie potrafiłem znaleźć ucieczki od zaklętego koła przyjemności i cierpienia, zamkniętych w zmysłowych formach tworzonych przez mój własny umysł. Wtedy powoli zacząłem tworzyć swój specjalny plan dla tego świata. Nie chciałem się poddać, między innymi z egoizmu, gdyż byłem myślicielem i wierzyłem, iż ma to jakąś wartość w czasie, gdy życie ludzkie poddawane jest nieustannej pragmatyzacji. Czysto teoretyczne rozważania wydawały się być bezsensowne, więc bezsens wybrałem za przewodnika. Poszukiwałem chaosu tam gdzie ludzie starali się uporczywie przystosować rzeczywistość do własnych oczekiwań, tam gdzie ją niszczyli widziałem zalążki nowego porządku. W tym nieustannym dialogu niszczenia i nowej kreacji widziałem wiele pięknych idei, którym ludzie poświęcali życie i nie widziałem w tym nic złego. Wszak wszystko, co wiemy to szereg prawd, którym przyznajemy wartość obiektywną. Skąd więc wniosek, iż nasze prawdy, chociażby były poparte długoletnią tradycją naukową muszą być bardziej wartościowe niż prawdy chociażby Azteków, syberyjskich szamanów, znachorek i chrześcijan. Już Hume udowodnił, iż w doświadczeniu, w którym lubują się tak nauki przyrodnicze, nie ma żadnej ustanowionej konieczności zajścia relacji przyczynowo skutkowej, a Kant całą wiedzę umiejscowił w znajomości uniwersalnych prawd rozumu ludzkiego. Tak więc doszedłem do ostatecznego relatywizmu, który łączył się z gloryfikacją prawdy świadomości, jako nieredukowalnej. Wszystko, czego jesteśmy świadomi, jest prawdziwe, jest jak mapa do poruszania się po chaotycznej rzeczywistości i tylko problemem jest jak dokładna jest ta mapa. Terenu dostrzec nie będziemy mogli nigdy, a mapę możemy doskonalić tylko na podstawie wzajemnej relacji, długiej historii istnień ludzkich, które odniosły swój cel, lub nie. Jednak sama świadomość stała się dla mnie przedmiotem ograniczającym, gdyż jej treści pochodziły w większości z niej samej. Chciałem sprawdzić czy uda się i ją przekroczyć. I tu wkroczyłem na drogę enteogenów. Substancje wpływające na świadomość otaczały mnie zewsząd w większości ich negatywny obraz. Dawały ułudę ucieczki od problemów tego świata, tymczasową przyjemność i przekroczenie samego siebie okupione szybszą śmiercią i utratą wszystkiego, co się osiągnęło. Jednak wiedziałem, że i to nie jest takie proste. Szybko doszedłem do wniosku, że nawet najsilniejsze narkotyki mogą zaszkodzić tylko, jeśli będzie się z nich korzystać irracjonalnie. Zachowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa pozwoli odsunąć jednostkową degradację na dalszy plan. Drugim faktem, który zrozumiałem było rozróżnienie na różnego rodzaju narkotyki – te, które zmieniają świadomość i te, które dają przyjemność. Te drugie w ogóle mnie nie pociągały. Były tylko kolejną próbą ucieczki, jednak te pierwsze niosły ze sobą ciekawe możliwości penetracji zjawisk świadomości w ich rozmaitych odmianach. Słyszałem o LSD, które wpływa na posiadane przez człowieka formy naoczności oraz o DMT, które podobno sprawia, iż ludzie widzą i czują obce byty i niezwykłe krainy. Wciąż wątpiłem, iż uda mi się znaleźć coś po drugiej stronie, lecz już doświadczenie z LSD zupełnie zmieniło moje przekonania. Zażywając kwas nie czułem narkotyku, lecz coraz większe zdziwienie. Enteogen ten był punktem, zagięciem rzeczywistości. Pewnego rodzaju granicą. W trakcie tripa stwierdziłem, że wynalezienie LSD mogło być jednym z najistotniejszych faktów w historii ludzkości. Zrozumiałem wtedy, że substancja ta nie była wyłącznie związkiem chemicznym, lecz furtką, błędem w rzeczywistości, który pokazywał, że świat jest tylko iluzją wykreowaną przez nasze umysły. A jeśli tak jest, to musi istnieć droga wyjścia poza iluzję. Zgodnie z rozumowaniem, iż każda granica wskazuje na coś leżącego poza granicą. Jeśli zaś coś leży poza granicą, musi istnieć droga, być może długa i niebezpieczna, lecz sam fakt jej istnienia jest uspokajający. Nie ma rzeczy niemożliwych w nieskończonym czasie. Opuszczenie tego świata wiązałoby się oczywiście ze śmiercią ciała, gdyż istota przekraczająca świat fizyczny, staje się czymś więcej niż materią, otwiera się przed nią cała nowa sfera, dla której fizyczność jest tylko jednym z aspektów. To wszystko zrozumiałem dopiero po przyjęciu MDMA. Uświadomienie sobie tej jednej uniwersalnej prawdy, może być jednym z najważniejszych momentów na drodze świadomości. Tego, że ten świat jest iluzją, skażony grzechem, okrywa go zasłona niewiedzy, jest snem, wytworem kategorii intelektu i form naoczności. Z iluzji można się wyzwolić poprzez świadomą śmierć. Zatem powinniśmy przeżyć nasze życie najlepiej jak tylko potrafimy i dzielić się tą prawdą, z kim tylko możemy. Jest jeszcze jedna prawda niebezpieczna i wpędzająca w szaleństwo, gdyż poza wyzwoleniem istnieje też uwikłanie w nieskończone fraktale, popadanie w kolejne iluzje, szaleństwo, samobójstwo, utrata wszystkiego, co udało nam się osiągnąć.

Tak też znalazłem się na największym zakręcie mojego życia. Gdzieś głęboko w sercu wierzyłem, iż istnieje droga wyjścia i w końcu ją odnalazłem. Można powiedzieć, że znalazłem sens istnienia i uświadomiłem sobie jak mało czasu mi zostało. Zacząłem liczyć dni i godziny, troszczyć się o siebie i innych. Choć jestem słaby i ciężko mi jest się wyzwolić od starych nawyków to jednak będę walczył. Teraz szukam praktyki, aby nie utracić tej prawdy, najważniejszej prawdy, która mogła się objawić człowiekowi.

Słowa te pisze wielki sceptyk, który zwątpił we wszystko, w co dało się zwątpić. Po przeżyciu tym udało mi się wielkim wysiłkiem znaleźć logiczne dowody na pierwotność świadomości wobec materii. Jeśli kiedyś uda mi się zrealizować swój ideał kariery naukowej, opublikuje je na pewno. Teraz jeszcze nie przyszedł na to czas.

I choć można w to wszystko wątpić, sam jeszcze pół roku temu bym wątpił, to jednak wiem, że są gdzieś jeszczce tacy ludzie, którzy czują, że ich świat jest niepełny, naznaczony jakimś podstawowym brakiem. Tacy którzy poszukują i nie mogą znaleźć. Czują się zniewoleni, w klatce bez wyjścia. Powiem wam tylko, że warto szukać i nie zatrzymywać się nigdy.

Ocena: 

Odpowiedzi

Kolejny Twój zajebisty TR.

Na pewno muszę Ci powiedzieć żebyś nie spoczywał na tym co już zyskałeś i zdobyłeś, a sięgał coraz głębiej i głebiej. Nigdy nie zatrzymuj się w dalszych poszukiwaniach i uczeniu się. Prawdą jest że człowiek uczy się przez całe życie.

Najbardziej spodobał mi się podsumowanie:

"[...]to jednak wiem, że są gdzieś jeszczce tacy ludzie, którzy czują, że ich świat jest niepełny, naznaczony jakimś podstawowym brakiem."

ponieważ tak bardzo do mnie pasuje i ogromnie to do mnie dotarło. Jeśli chcesz odezwji się na priv jak chcesz pogadać ;)

Btw. oczy trochę bolą przy takim zbitym tekście jak w "Części III - O istocie"

Peace love and free drugs! :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media