Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

bardziej, więcej, mocniej... co tu się porobiło? to chyba dxm mnie zaskoczyło.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Apteka:
Dawkowanie:
Mniej więcej łyżeczka imbiru, łyżeczka czarnego pieprzu, szklanka soku z czerwonego grejpfruta, łyżeczka AAKG, 18 mg butamiratu (czyli 12 ml Atussinu) i 300 mg DXM.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Lekki strach, duża ciekawość, duże oczekiwania, duża wiara w siebie i fazę, spokojne otoczenie,
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
THC mniej więcej 18 razy
Mirystycyna 4 razy, w tym jeden niewypał
Koedina raz, mała dawka
DXM 3 razy.

raporty żelazny_aksamit

bardziej, więcej, mocniej... co tu się porobiło? to chyba dxm mnie zaskoczyło.

Godzina 9:30- Łykam 11 kapsułek, w których zamknąłem mieszankę imbiru i pieprzu czarnego. Obie te przyprawy mają za zadanie wzmocnić moje doznania. Kumpel (nazwijmy go Kleofas) łyka 10, ponieważ waży troszkę mniej. A przez "troszkę" rozumiem jakieś 10 kilo :) Moja waga to w chwili obecnej 88 kilogramów.

Całość popijamy sokiem z grejpfruta (ułatwia wchłanianie leków) zmieszanym z AAKG (kolejny wzmacniacz faz). Dodajemy do tego po 12 ml syropu Atussin.

Syrop Atussin zawiera butamirat- tajemniczą i niezbadaną substancję, która podobno jest agonistą receptorów Sigma. Legendarny święty grall aptekarskich ćpunów- każdy chce mieć sigmę. Aby jej doznać, trzeba wrzucić w siebie dość dużo DXM, albo kombinować...

Jako że lubię kombinować, kombinowałem. Używając Atussinu jako domniemanego stymulatora sigmy, nie zawiodłem się. Nigdy wcześniej nie próbowałem tego syropu- ani samego, ani w kombinacjach, ale coś mi mówiło, że teraz nastał ten dzień. Ten dzień, w którym butamirat może mi pomóc.

Wraz z Kleofasem udajemy się do pobliskiego lasku, gdzie ma odbyć się trip. Jest tam ławka, stolik, mały staw i piaszczyste pagórki. Jest mniej więcej 9:50, kiedy zarzucamy towar- DXM.

Zarzucam 10 tabletek Tussidexu, co odpowiada 300 mg dekstrometorfanu. Mój kumpel bierze 5 tussidexów i 7 acodinów, czyli 255 mg DXM. Absorpcja substancji ulegnie znacznej poprawie, bo sok z grejpfruta robi świetną robotę. Myślę, że można zwiększyć wchłanianie o jakieś 30-60%. Opłaca się.

Jest godzina 9:50- chemiczny rozpierdalacz jest we mnie i czeka na strawienie. Mam nadzieję na super fazę. Medytuję na łonie natury.

Normalnie sielanka- ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci, żaby kumkają, w stawie jest piękna, brudna jak cholera woda, a my- dwaj poszukiwacze przygód czekamy na wejście. Wiaterek mierzwi nam włosy, rozmowa o niczym i o wszystkim jako "zabijacz czasu" nie spełnia zadania. Niecierpliwimy się. Czekamy, czekamy, czekamy, czekamy...

Mija godzina i wciąż nic. Chyba sobie wkręciliśmy parę odpałów (takie placebo) bo ja miałem haluna, że widzę twarz w gałęziach drzew i potem odniosłem wrażenie, że gdy się przyglądam pięknym drzewom, zbliżam się do nich. Specyficzne uczucie- jakby mnie przyciągały. Kleofas jara się swoimi CEVami, które pewnie też sobie wkręcił. Nie obserwujemy żadnego "BOOM". Lekko zawiedzeni, lekko zaniepokojeni, wciąż mamy jednak nadzieję, że pierdolnie.

I pierdolnęło. PIĘKNIE nas poskładało.

Zaczęło się od tego, że jakieś 1:30 od zażycia położyłem się na piasku i leżałem bez koszulki, opalając się i rozkoszując ciepłem. Leżałem tak po prostu, mając wszystko gdzieś i nie myśląc o niczym. W końcu się zorientowałem, że coś jest nie tak- zawsze o czymś myślę. Zawsze. A teraz taki spokój, taka cisza. Wreszcie mam to, czego chciałem- cisza! Leżę i nic nie robię- nawet nie myślę. Jest fajnie. Zorientowałem się, że jest zajebiście. Cieszyłem się kontaktem z naturą, piaskiem i po prostu miałem banana na ryju, że jest mi lekko. Kiedy Kleofas mnie zawołał (siedział cały czas na ławeczce koło stawu, oddalonej ode mnie o jakieś 15 metrów) mnie zawołał, ruszyłem w jego stronę. No to ładnie- pomyślałem- już się zaczyna. Chodzi się dziwnie lekko, a świat jest cały zdezorientowany. Miłe uczucie.

Usiadłem koło koleżki i powiedziałem, że mi już się wkręciło, bo wszystko jest inne, dziwne i całkowicie zamotane. On miał to samo. Jest mniej więcej 11:20 i już wiem, że to będzie dobra jazda.

Fazę spędziliśmy, kręcąc się między ławką a piaskami, leżąc, chodząc i dzieląc się przemyśleniami. Wszystko było kompletnie odjechane.

Najpierw próbowałem z całej siły mieć CEVy, a nie miałem. Z jednej strony chciałem zrozumieć kumpla (bo on zawsze ma odjechane CEVy), ale z drugiej nie wiedziałem, jak mam się za to zabrać. U mnie fazy na DXM skupiają się głównie wokół dziwnych myśli. W końcu postanowiłem oddać się w ramiona przypadku- Deksie, zabierz mnie tam, gdzie będzie mi dobrze.

Nie chciałem już wyznaczać sobie celów i misji, nie chciałem już nic rozkminiać- poddałem się fazie absolutnie. I zrobiłem dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Kiedy już na dobre się wkręciło, poczułem absolutną paradoksalność myśli i świata.

To było coś wspaniałego, nie do opisania słowami- jednocześnie czułem, że czas zapier**la jak szalony, jak i stoi w miejscu. A na dodatek przestałem się przejmować tym, że w ogóle coś takiego jak czas istnieje. Jednocześnie czułem niepokój i skołowanie, że jest "dziwnie", no i euforię z faktu, że jest dziwnie. Jednocześnie czułem się normalnie, jak i nienormalnie. Absolutne zlanie się wszystkiego. Z czasem nawet zacząłem tracić swoje "ja" bo tak jakby zjednoczyłem się ze wszystkim.

Doszło do tego, że leżałem na piachu, mając wyje**ne absolutnie na wszystko i jednocześnie przejmując się wszystkim, no i powiedziałem do dyktafonu: wszystko jest ku**a proste i zamotane jednocześnie!

Potem rzekłem "Jakbym miał streścić działanie DXM, to bym powiedział, że on oczyszcza umysł z całego tego gówna, które masz w sobie, po to, byś mógł się skupić na czymś większym. Zabiera wszystkie te błahostki i pozwala się rozkoszować brakiem wszystkiego, ale tylko na moment, bo potem wrzuca na głęboką wodę i angażuje w zarąbiście poplątane rozważania. Jest jednocześnie subtelnym i miękkim... no... przewodnikiem, jak i takim ostrym nauczycielem. Ale w sumie to jest genialny!"

Kaszlaczek działa na mnie zawsze w jeden sposób- wszystko mam "bardziej". Więcej myśli, więcej powiązań, więcej zależności... Więcej szczegółów, więcej uczuć, więcej skupienia, więcej mocy.... wszystko jest po DXM w takim natężeniu, że pozostaje mówić "Dziwne, absolutnie popierdolone!". Masz wszystko na raz, cały świat staje się "czymś więcej" i to dość obciążające uczucie.

Byłem absolutnie odprężony, a jednocześnie załamany tym, że świat jest tak zarąbiście totalnie absolutnie nieskończenie zawiły, że aż strach. Na trzeźwo normalnie często filozofuję, ale nie ma nawet porównania do tego, co jest po kaszlaku.

Ta faza to największy mindfuck, jaki miałem. Tak, jakbym był zlany ze wszystkim i niczym na raz, jakby mnie nie było, jakbym był, jakbym się zgubił i odnalazł. Miałem takie wrażenie, że nic już nie wiem, że nic nie jest pewne, ale jednocześnie czułem się tak stabilny we wszechświecie, tak dopasowany, że nic nie było w stanie mnie zaniepokoić. Rozumiecie? Czułem i nie czułem strachu w tej samej chwili. Czułem i nie czułem siebie w tej samej chwili. To było kompletnie popierdolone.

Siedziałem potem na ławce i jak zaczynałem tłumaczyć Kleofasowi to, co mam na fazie, kończyłem w połowie, bo myślałem, że to i tak nie ma znaczenia. Jednakowoż wiedziałem, że ma. Istna schiza. Czułem się jak pojeb. Myślałem mniej więcej tak: "No dobra, czuję, że to wszystko jest jakoś zespolone, ale nie powiem mu tego, bo interpretacji jest nieskończoność, a słowa tego nie wyrażą no i on może to odebrać dowolnie. Czyli jak mu nie powiem, to nic się nie stanie. Ale jak mu powiem, to coś tam odbierze ode mnie. Tylko co? Czym dla niego są moje myśli i czym dla mnie są jego myśli? Nie możemy się zgrać, nigdy się nie zgramy, bo każdy z nas myśli po swojemu. Ale powiem mu to, co mi chodzi po głowie! Zobaczymy, co to da!"

Starając się wyjaśnić kumplowi swoje spostrzeżenia, mówiłem dokładnie tak (nagrałem na dyktafon): "Mówisz mi o czymś, a ja to odczuwam tak, jak ja to odczuwam, odczuwam to tak jak ty odczuwasz i odczuwam to tak, jak ty myślisz, że ja to odczuwam i odczuwam tak, jak ja myślę, że ty odczuwasz!" Potem "Mówisz mi "Dlaczego?" a ja wiedziałem, że to powiesz, bo sam myślałem "Dlaczego?" i teraz wszystko jest "Dlaczego" w nieskończoność! Innymi słowy: Zastanawiam się, co ty odczuwasz, kiedy ja odczuwam, kiedy ty odczuwasz, że ja odczuwam. Może... zrozumieć ciebie pragnę, hehe, empatia mi się włączyła!"

Starałem się z Kleofasem "zamienić umysłami" żebym ja przez chwilę się poczuł jak on, a on jak ja. No i nam się chyba udało, pewnie przez empatię, bo miałem podobne "problemy" myślowe i schematy do tych typowych dla niego, a on miał moje.

Wszystko jest absolutnym paradoksem, jednością, zespoleniem, oddzielnością i nieskończonością- nie wiem, jak inaczej to ująć, ale tak czułem. Poczułem, że jestem niczym i czymś, a to to samo w gruncie rzeczy. Zastanawiałem się, co jest po śmierci, skoro jest zarówno "nic" i "coś" i doszedłem do wniosku, że nic i coś tworzą coś. Dziwne. Nie da się tego ku**a rozkminić, nie da się. DXM mnie tak poschzizował, że w ogóle nie wiedziałem nic, wiedząc wszystko.

Łeb mi rozsadzało od nadmiaru emocji. Poczułem, że poczułem coś "ważnego" i nie opuszczało mnie wrażenie, że sięgnąłem najgłębiej, jak się da, jednocześnie nie sięgając wcale. Wszystko było tak cholernie sprzeczne, że nie wiedziałem, o co kaman. Nie wiedziałem NIC.

Wszystko było dla mnie "wieloznaczne" i zamiast rozważać daną rzecz, sytuację jednotorowo, ja kminiłem tak jakby z wielu perspektyw naraz. Do tego, okazało się, że często porozumiewałem się z Kleofasem jakoby telepatycznie, bo on opisywał dokładnie to, o czym myślałem i był w stanie "odgadnąć" co powiem, zanim w ogóle zacząłem składać zdanie. Jakbyśmy byli ku**a zespoleni myślami i wszystko byłoby jednym wielkim zlepkiem myśli.

Poczułem, że tracę siebie, że nawet już nie jest ważne to, że coś odkryłem, bo NIC ku**a nie ma znaczenia. Chciałem leżeć i się tym napawać. NIC było dla mnie wszystkim.

OBŁĘD. To czysty obłęd. Inaczej tego nie nazwę. Myślę, że to kwestia tego cholernego butamiratu- takiego czegoś nawet zakichany Sokrates nie opisał. Zwykły środek na kaszel dał mi chwilę nieskończoności. Czułem się jak zapętlony Bóg, jak nieskończoność, jak wszystko na raz. Ku**a, gdybyś powiedział typowemu polaczkowi cebulaczkowi, że wszystko jest wszystkim i niczym na raz, pewnie by polecił ci dobrego psychiatrę, ale jakbyś powiedział coś takiego mnie, poczułbym, że jesteś bratnią duszą. Wszystko dlatego, że sam to poczułem. Nie ma na to innego wyjaśnienia. Żadne słowa i żadne rozkiminy nie są dla mnie warte tyle, co to doświadczenie- poczułem ku**a taki ogrom wszystkiego, że miałem ochotę płakać. I płakałem :D:D Ze szczęścia oczywiście.

OBŁĘD. Jak teraz o tym piszę, wiem, że brzmi to, jak wariactwo. Ale takie wariactwo to naprawdę rozwalająca mózg sprawa. DXM mnie natchnęło jak nic innego. Pokazało mi dokładnie to, czego oczekiwałem- wszystko. To nie kwestia substancji, a psychiki- wszystko jest wytworem naszego mózgu. Substancje tylko pomagają złamać pewne bariery. Więc jak już coś ćpiecie, wygenerujcie sobie super fazę mocą intencji. Poczujcie coś "wielkiego". Zwykłe DXM, a dla mnie było sacrum- najczystsze poznanie obłędu świata. Nasza egzystencja jest tak debilnie zje**na, że aż prosta. Jest tak bezsensowna, że aż ma sens! I to my ten sens możemy odczuwać! Wszystko dzielimy na dwoje "Tak" albo "Nie", "Być" albo "Nie być", "Czarny" oraz "Biały"... a wiecie co? Wszystko jest tak naprawdę jednością. I doświadczyć tego da się nawet po błahym z pozoru DXM. Skoro ja mogłem, wy też możecie.

Gdzieś w międzyczasie jeszcze napisałem wiersz, a na takiej fazie pisze się trudno, bo nie wiedziałem, po co to robię i czy to ma sens =D Ale duszapoety wygrała- zamieniłem myśli w słowa:

 

Zmieszany kontekst wiruje dzisiaj wszędzie,
Ja myślę o tym, co nie było i nie będzie.
Wszystko zanika, a moje myśli są jak tytan-
Zbyt ciężkie, aby wszystkie naraz mogły w ten świat wnikać.

Podróż do sfer gdzie wszystko jest "za bardzo",
Tu jednocześnie fraszki wielbią i nimi gardzą.
Tu na raz stała staje się ta cała zmiana,
Paradoksalne światło prawdą jest w omamach.

I dobrze wiem, że "nic" tu łączy się z całością,
A nie sadziłem,  że suma stanie się oczywistością.
Mamy iść w lewo, a szliśmy prosto,
Filozof empatysta daje początek mostom.

Łączy się jakoś dziwnie schemat w DNA
Wszystko tak nie na miejscu, jak Najman w MMA.
Wniknijmy w inne buty, dajmy się ponieść,
Wszystko to kurwa ulepiły moje dłonie.

Jakaś masakra, jedno wielkie nieporozumienie,
Jedno wielkie wszystko, jedna wielka jedność,
Dualizm jednoczący ze mną całą Ziemię,
Nic nie wiem, nic nie jest tu "na pewno"

Czas się rozciąga, skraca, myśl się pojawia, wraca,
Przyszłość jak taca- wszystko w jednej chwili się wywraca.
Chcę cos przekazać, a nie mogę nawet sobie,
Nie chcę zapomnieć, a zapominam słowo po słowie.

Kręci się wszystko- tak wyszło, że nie ma nic znaczenia,
Początek, koniec- bliskość, wspomnienia to me marzenia,
Mego istnienia czystość to subiektywność,
Czujemy cały świat, jestem nieświadomą pizdą.

Uświadomiony tego, czego nie byłem świadomy,
Stok rozkmin stromy sypie się jak książki strony,
Pozostałości schizofrenii to popierdolony wiedzy promyk,
Skojarzeń fala napierdala mnie jak gromy.

 

 

Podsumowując fazę- To było KU**A DZIWNE. I tyle ;)

Zaskakujące jest też to, że z takiego obłędnego i popier**lonego stanu da się tak łatwo wyjść. Trwało to wieczność i zarazem chwilę :D Zaćpaliśmy 10 minut przed dziesiątą, puściło nas subtelnie, powolutku, stopniowo. Mniej więcej o 15stej faza się skończyła.

Była to najmocniej poryta rzecz, jaką dane mi było przeżyć. Pewnie ten raport nie trzyma się kupy, bo jest pełen sprzeczności, paradoksów, pytań, schiz i debilizmów, ale o to chodziło :) Taka wymówka ^^

Oto jedna z takich przygód, które są tak dziwne, że aż sam w nie nie wierzę. Jedna z takich faz, po których myślisz, że nic już nie jest takie samo, ale zaskakująco łatwo to akceptujesz. Jeden z tych momentów, dla których zdecydowanie warto żyć. Jeden z takich tripów, po których czuję się po prostu wyśmienicie, bo wiem, że przeżyłem coś na maxxxa!

Wszystko jest chaosem i ładem. Wy decydujecie, co widzicie. HE HE HE!

Ocena: 

Odpowiedzi

No i koniec :D

Piękny trip, rozumiem co przyżyłeś w 100%! Nawet miałem podobne przemyślenia czasami, ale taki już urok dxm. Ubolewam, że nie znam takiej osoby, z którą bymógł potripować na dxm... Ahaha a co do nagrań to fajny klimat i od razu słychać ten sposób mówienia "dxm voice"

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media