Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

istotyto.

istotyto.

   Witajcie ponownie duszyczki. Przedstawię wam kolejne surrealistyczne doświadczenie, którego byłem czynnym uczestnikiem, a które wyniosło mnie najwyżej, najdalej, czy też najgłębiej. Co widziałem i co czułem postaram się przekazać w poniższym tekście.

 

   Niedawno rozprawiałem ze znajomymi o matematyce, jako języku Wszechświata. O jej ograniczeniach, wynikających z samego faktu bycia językiem. Czyż da się opisać emocje? O informacji, która nigdy nie ginie, a podlega ciągłym przemianom i definiuje wszystko. O szarych dziurach i zasadach panujących w Kosmosie. O życiu, jego sensie, lub braku tegowoż. O "przypadkach", będących przeznaczeniem, czy też konsekwencją wcześniejszych czynów/wyborów. O płynięciu z nurtem Życia. Wszak zawsze dzieje się najlepiej, jak może. Po prostu się dzieje. Zwykłe demagogie i niezwykłe dywagacje na temat natury istnienia, które to niejednokrotnie zapędzały mnie w otchłań jestestwa. Jaka jest właściwie moja misja tutaj? Co ja tu robię? Żyję!

 

   W piątek zarzuciłem garść Łysiczek. Grybki tańczą na tej swojej jednej nóżce, więc i ja tańczę. Uwielbiam je. Ziewam co chwilę, bijąc rekordy długości ziewu, po czym zanoszę się śmiechem. Tylko Gańdziuszka w początkach naszej znajomości dawała mi tyle śmiechu. Całkiem niezła impreza się wywiązała z próby, która przerodziła się w prywatny koncert. Najlepsze zawsze wydarza się na afterach, ale tym razem zebrałem się dwie godzinki po północy,  mimo iż prosili, bym został. Nie miałem ochoty..., a na jutro planowałem przygodę z DMT po ponad miesięcznej przerwie. Bałem się. Ostatnia przygoda z dementorem nieco mnie przestraszyła, gdy wielki palec Absolutu dotknął mojego języka, wylatując z środka mej głowy.

 

   Nazajutrz poddałem się na gralni iście szekspirowskim rozważaniom: Palić, czy nie palić - oto jest pytanie. Nie... Odpuszczę chyba dzisiaj - pomyślałem, po czym skonsumowałem garść Łysic. Zadzwonił do mnie Orfeusz. Wpadaj na gralnię - jestem sam i nikogo się nie spodziewam. Zdążył przyjechać, zanim Grybki się załadowały. Podałem mu susz, w którym już niestety więcej było nóżek, niż kapeluszy. Nie zdecydował się i wyciągnął andrzeja (znanego wcześniej, jako władek). Wciągnął kreskę białego skurwiela i chcąc, nie chcąc wysłuchał ode mnie sporo słów krytyki pod adresem tego czynu. No wiem, to są zbyt niskie loty, jak dla Ciebie - ripostował, a ja stwierdziłem, że to żadne loty, a zwykła jazda. Po co sobie to robić? Przecież to tak wyniszcza... Zapaliliśmy lolka, później parę razy bongo i skończyła się przyniesiona przez niego MJ. Spałaszował Grybki i prowadziliśmy żywe dyskusje odnoszące się do prywatnych przeżyć. Do sklepu zbieraliśmy się ponad godzinę, a wyruszyliśmy dopiero, gdy realna stała się groźba zamknięcia budynku z szyldem sympatycznego płaza. Papierosy, piwa i chrupki spod znaku geparda na przekąskę. Wróciliśmy...

 

   Aerosmith, Void vibration i Ouzo bazooka umilały nam świat dźwięków i nagle mnie tchnęło. Powyciągałem wszystko z kieszeni i ściągnąłem wisiorek - tym razem awenturyn. Wyciągnąłem szkiełko i DMT. Nie będziesz miał nic przeciwko, jak zapalę? - spytałem brata. Nie, no co Ty - odparł od razu. Chcesz też? - Nie, dzięki... Powiedziałem mu, że się boję, ale wiem, że jak już to zrobię, to zapomnę czego. Nasypałem około 50mg, przygasiłem światła i wymierzyłem gdzie mam usiąść. Wytopiłem proszek i jednym solidnym buszkiem przedarłem się w cudowną krainę fantastycznych wizualizacji. Mmmmmmm, jak mi było przyjemnie, gdy przed oczami przelatywały kolorowe wzory, a ciałem targało uczucie smyrania i miziania. Nogi ocierały się w swym nie do powstrzymania wierzganiu o oparcie sofy. Cudnie - fakt, ale nie byłem do końca usatysfakcjonowany, mimo iż mruczałem z przyjemności. Otworzyłem oczy. Orfeusz siedział na fotelu, a w jego oczach widziałem lekką zazdrość. Mmmmmm - ciągle mrucząc zapytałem go, czy chce. Nie był zdecydowany, ale tak skromniutko i cichutko stwierdził, że może trochę (Orfeusz tylko raz palił DMT, ale się nie przedarł wtedy). Zadziała, jak wciągnę to do nosa? - zapytał. No pewnie - odparłem, ale sam nigdy tak nie przyjmowałem dementora. Odmierzyłem mu około 50mg, zrobił z tego ścieżkę i fruuu do nocha. Usiadł na fotelu i zamknął oczy. Siedział nieruchomo, ale jak później stwierdził rzucało nim strasznie. Widać było, że dementor działa na niego dłużej, co niewątpliwie było pokłosiem sposobu jego przyjęcia. Jak sam stwierdził, przegryzał się co chwilę wpuszczając raz za razem coraz dalej. Czuł wielki ból w nozdrzach i zatokach, aż do gardła. Mówił, że w moim przypadku (palenia) efekt był natychmiastowy i skumulowany, a w jego dozowany z każdym pociągnięciem nosa. On ma bardzo wyrobione przegrody i żadne spływki mu nie straszne, a jednak czując "smołę", która tak bezpardonowo wtapiała się w jego ciało, nie poleciłby nikomu takiej formy przyjęcia. Gdy już można z nim było pogadać doszedłem do wniosku, że polecę jeszcze raz. Minęła około godzina od pierwszej waporyzacji.

 

   TRIP WŁAŚCIWY:

 

   Nasypałem około 100mg, może ciut więcej. Podgrzałem i złapałem takiego bucha, że nie byłem w stanie w ogóle przytrzymać go w płucach. Od razu go wypuściłem i odkładając sprzęt, zdążyłem tylko powiedzieć: "Przegiąłem, będę miał baaaardzo grubo..." Opadając na sofę zamknąłem oczy i przykryłem je jeszcze dłońmi. Od razu w centrum pojawił się czerwony punkt, a dookoła niego zaczęły majaczeć wzory. Hmmmnn, mmmmmm, ohhhhhhh - mniej więcej tak brzmiały moje oddechy. Nagle zrobiło się nieprawdopodobnie jasno w tej ciemnej przestrzeni. Ze wzorów, które wyglądały, jak płytki skóry z wyraźnym jądrem każda, tak multikolorowych z przewagą fioletu, zaczął wyłaniać się obraz. Pomieszczenie na szczycie wielkiego, słupkowego kryształu o falujących we wszystkich kierunkach "ścianach" (tu przypomniał mi się Big Nose na deskorolce na pegasusa - kryształowa mapa) wypełniała istota. Była płaska, jak kartka papieru, a jednak tak pełna, jak ocean. Wyraźnie, bez cienia wątpliwości była jednocześnie męska i żeńska - jak to nazwać? Absolut? To Absolut - forma nijaka nie jest dokładna, no ale jak to inaczej nazwać? Istotyto! tak to nazwę (od istoty - żeńskiej, bytu - męskiego i o na końcu, jako połączenie obydwu). Zbliżało się do mnie, a ja zapierałem się rękami i nogami (choć chyba nawet nie miałem kończyn), dopchnęło mnie do rogu, który znajdował się za mną. Nie miałem jak uciec, gdy zaczęło mi wlewać do buzi jakiś płyn z probówki. Gdyby tylko wlało mi go niedużo, to byłoby ok. Ale niestety wlewało go tyle, że się nim krztusiłem. Odczucie było takie, jakbym przyjmował jakieś lekarstwo od swojego pana, będąc jego domowym zwierzaczkiem. Nie chciałem i nie mogłem więcej go przyjąć. Ekchm, ekchm, kchhhyyy, klkhyyyy - naprawdę się krztusiłem i to na głos. W tym czasie już moje fizyczne ciało zaczęło się prężyć i wierzgać. Ulało mi się, a takiej jasności, gdy Istotyto było najbliżej mnie, jak tylko się da; nigdy wcześniej nie widziałem. Bez emocji. Wszystko było tak kolorowe, tak wyraźne... Tak hiperabstrakcyjne. Czułem się tak, jakbym był wewnątrz ściany i mógł oglądać ją od środka i z zewnątrz z obydwu (obypięćsettrzystutysięcymiliondwu) stron. Istotyto poruszało się bardzo płynnymi, falującymi ruchami. Wszystko tak pięknie tańczyło... Istotyto odeszło nieco na skraj kryształu, na którym się znajdowaliśmy, bacznie mnie obserwując, a ja czułem, jak każda komórka w moim ciele przeżywa ekstatyczną rozkosz. Poczułem bardzo przyjemnie swoje krocze. Dotyk ocierających się o oparcie sofy wierzgający nóg przyprawiał mnie niemalże o orgazm. Uaaahahahahahahaha, aaaaahahaahahaa, łoooo hehe, ahahahahaha. Darłem się wniebogłosy prężąc swoje ciało na sofie i czując gigantyczną euforię każdej komórki mego ciała. Niemalże płakałem ze szczęścia, że mogłem to zobaczyć i poczuć. Jakie to piękne... Jakie cudowne to Istotyto. Wcześniejsze doświadczenia z dimetylotryptaminą w wymiarze fizycznym sprawiały wrażenie głaskania ręką Boga. Tym razem był to wręcz niepłciowy stosunek. Wielokrotnie przyjemniejszy od seksu. Było to tak bardzo erotyczne... Ale nie w sensie konkatku kobieta-mężczyzna. Po prostu erotyczne. Istotyto wyglądało na świadomą formę samą z siebie. Świadoma forma! w pustej przestrzeni. Geometrycznie niemożliwa, jakby było to połączenie wszelakich form, ukazujące się w postaci tak abstrakcyjnej, jak plama atramentu na kartce ukazująca wszystko, co mogę sobie wyobrazić, a cały czas płynnie zmieniając kształt. Istotyto nie wykazywało już większego zainteresowania mną, ale było obecne - tak, jakby wiedziało, że lekarstwo zadziałało prawidłowo. Spoglądało na mnie, a ja czułem się, jak domowy zwierzaczek w swoim posłaniu. Krążyło jeszcze przy mnie chwilę, a ja nie mogłem nic, jak tylko poddać się biegowi wydarzeń, których byłem uczestnikiem. Uśmiechałem się, bo tak mi było dobrze... Tak mi było cudownie. Do tego cały czas obserwowałem przestrzeń. Była mroczna, wręcz czarna, ale wszystkie tańczące formy w niej tak jasne i kolorowe. Przepiękne po prostu. Istotyto było jakby wszędzie, a wyłaniało się niczym wypukłość i wklęsłość jednocześnie, w konretnym miejscu tańczących wzorów. 

   Nagle otworzyłem oczy. Jeszcze gnąc się na sofie spojrzałem na swoje ręce. Mam ręce! Dwie! Złapałem się za kostki u stóp i ... Mam nogi! Dwie! Żyję, ja żyję! Aaahahahaha! Łuuuuuuuu! Powydzierałem się chwilę, nadal jeszcze się prężąc. Boże, dlaczego nie umiem malować!? - wykrzyczałem w myślach. Namalowałbym to, mimo iż nie ma na świecie tak nasyconych farb. Chciałbym to namalować... Orfeusz patrzył na mnie i spytał: Szamanie, czy ktoś jeszcze Cię widział na DMT? Nie - odparłem, ale Bąku kiedyś wpadł na afterglow, no i raz mnie widział na Chandze, ale przy niej nie wierzgam. Spytał, czy i jego ciało tak wierzgało. Nie wierzgało - siedziałeś, jak posąg. W krtani czułem, jakbym miał taką nieckę, gdzie nazbierał się dementor. To akurat nie było przyjemne. Ze trzy razy solidnie zakasłałem i wyszliśmy na korytarz na papierosa. W zasadzie to po prostu pogadać. Jeszcze co jakiś czas krzyczałem łuuuuuu, a Orfeusz stwierdził, że niesamowicie mi przyjemnie, skoro nadal krzyczę. Skłamałbym zaprzeczając. Spytał mnie, co mi się tak naprawdę tak podoba w DMT. Wizualizacje! Po prostu. To, że ciało wierzga i przeżywa ekstazę jest dla mnie drugorzędne. Spytał, czy DMT jest najmocniejsze. Nie - odparłem. DMT jest królewskie, ale są jeszcze kaktusy (na wiosnę planuję pierwsze spotkanie), Iboga (ibogaina), Renako... 

 

   Podsumowanie:

 

   Wydaje się, że każda podróż psychodeliczna jest, jak kolejny odcinek serialu. Za każdym razem niesie za sobą coś nowego na podwalinach poprzednich doświadczeń. Mam jednak świadomość, że na samym końcu tej drogi jest trzeźwość, która jest najlepszym stanem. W przypadku psychodelików nie ma mowy na dłuższą metę o uzależnieniu. Jest tak dlatego, że gdy dany psychodelik pokaże wszystko, co może, to się po prostu od niego odchodzi. Za przykład podam moje doświadczenia z LSD: odbyłem około trzystu podróży z lizergamidem wyciągniętym z buławinki czerwonej i dotarłem po kres jego możliwości. Po prostu kwas nie może mi już nic nowego pokazać (nawet w wielkich dawkach). Oczywiście podjąłem jeszcze parę prób, ale z każdą czułem się coraz bardziej znużony i niezadowolony. Zrobiłem trzymiesięczną przerwę od kartonów i spróbowałem jeszcze raz. Zawód. Dlatego z LSD zrezygnowałem całkiem. Oczywiście nigdy nie mów nigdy, więc nie zarzekam się, tym nie mniej obecnie uważam, że najlepsze są Grybki. I w ogóle natura. 

 

   Największym sekretem świata jest fakt, że nikt nic nie wie. Każdy, kto twierdzi, że wie, ten kłamie, a ten kto wie nie żyje. Rozmawiam z wieloma światłymi ludzi i każdy ma jakąś swoją wizję świata. Dlatego wielokrotnie powtarzam, że matryca rzeczywistości jest pusta. Wielu ludzi nie lubi określenia "Bóg", bo słowo to nadaje cech osobowości. Z ledwością godzą się na Absolut, jednak częściej wolą określenie energii, jako jądra, czy też rdzenia. Niektórzy twierdzą, że życie nie ma sensu jako takiego. Ale nie musi. Patrząc jednak na Kosmos i obserwując tyle współistniejących ze sobą form nie mogę zgodzić się, że mamy tu chaos. Chaos jest pozorny. Wzór ktoś napisał. Muzyka sama się nie zagra przypadkiem. Trzeba świadomie ją grać, a my tu mamy najwspanialszą harmonię. Dlatego doszedłem do wniosku, że energia (forma w pustce) jest samoświadoma. Śmieszy mnie często, jak ludzie odnoszą się do tego, co wymyślili naukowcy, jako rzeczywistości niepodważalnej. Zachęcam do otwarcia Umysłu, by wyrwał się z okowów zawężonych horyzontów. Nie ma jednak pośpiechu, bo niewiedza jest cudowna i niewinna. Rozwój wymaga odpowiedzialności. Nie tylko za siebie. Cieszmy się każdą chwilą, bo nic innego nie mamy. Nic! poza chwilą obecną.

 

   Pozdrawiam was duszyczki.

Ocena: 

Odpowiedzi

"Nadal jednak uważam, że ten organ jest "kabiną" dla "kierowcy" i nieprzypadkowo od zarania dziejów ludzie na nim właśnie się tak skupiają." - Może i jest :P jednak DMT nie musi mieć z tym nic wspólnego

Nie musi. Osiągnęliśmy konsensus.

To tylko sen samoświadomości.

No, aż dziwnie się z tym chuję, podyskutowałbym jeszcze hehe

czuję

nie wiem osochozi, czasem takie byki wale, że aż głowa mała

chuję :C

Nawet trochę śmiechłem na koniec dnia :D

Tematów do dyskusji raczej nam nie braknie;-) Uznajmy, że skończyliśmy wątek DMT w szyszynce. Z tym "chuję" to wyszło Ci chyba od chillu. W sensie, żeby "ch" czytać, jako "cz";-)

To tylko sen samoświadomości.

Strony

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media