Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

istotyto.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Około 100mg.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Gralnia z bratem. Ni to plany, ni spontan. Podkład z Grybków i ogólny luz.
Wiek:
32 lat
Doświadczenie:
Alkohol, papierosy, marihuanina i haszysz, amfetamina, MDMA (kryształ i pixy), MDEA, Szałwia Wieszcza - ekstrakty od x5 do x60, LSD-25, 1p-LSD, White LSD, N-bome, DOX, Grybki, 4-Aco-DMT, DMT, Changa, Kokaina. Przeróżne mixy.

istotyto.

   Witajcie ponownie duszyczki. Przedstawię wam kolejne surrealistyczne doświadczenie, którego byłem czynnym uczestnikiem, a które wyniosło mnie najwyżej, najdalej, czy też najgłębiej. Co widziałem i co czułem postaram się przekazać w poniższym tekście.

 

   Niedawno rozprawiałem ze znajomymi o matematyce, jako języku Wszechświata. O jej ograniczeniach, wynikających z samego faktu bycia językiem. Czyż da się opisać emocje? O informacji, która nigdy nie ginie, a podlega ciągłym przemianom i definiuje wszystko. O szarych dziurach i zasadach panujących w Kosmosie. O życiu, jego sensie, lub braku tegowoż. O "przypadkach", będących przeznaczeniem, czy też konsekwencją wcześniejszych czynów/wyborów. O płynięciu z nurtem Życia. Wszak zawsze dzieje się najlepiej, jak może. Po prostu się dzieje. Zwykłe demagogie i niezwykłe dywagacje na temat natury istnienia, które to niejednokrotnie zapędzały mnie w otchłań jestestwa. Jaka jest właściwie moja misja tutaj? Co ja tu robię? Żyję!

 

   W piątek zarzuciłem garść Łysiczek. Grybki tańczą na tej swojej jednej nóżce, więc i ja tańczę. Uwielbiam je. Ziewam co chwilę, bijąc rekordy długości ziewu, po czym zanoszę się śmiechem. Tylko Gańdziuszka w początkach naszej znajomości dawała mi tyle śmiechu. Całkiem niezła impreza się wywiązała z próby, która przerodziła się w prywatny koncert. Najlepsze zawsze wydarza się na afterach, ale tym razem zebrałem się dwie godzinki po północy,  mimo iż prosili, bym został. Nie miałem ochoty..., a na jutro planowałem przygodę z DMT po ponad miesięcznej przerwie. Bałem się. Ostatnia przygoda z dementorem nieco mnie przestraszyła, gdy wielki palec Absolutu dotknął mojego języka, wylatując z środka mej głowy.

 

   Nazajutrz poddałem się na gralni iście szekspirowskim rozważaniom: Palić, czy nie palić - oto jest pytanie. Nie... Odpuszczę chyba dzisiaj - pomyślałem, po czym skonsumowałem garść Łysic. Zadzwonił do mnie Orfeusz. Wpadaj na gralnię - jestem sam i nikogo się nie spodziewam. Zdążył przyjechać, zanim Grybki się załadowały. Podałem mu susz, w którym już niestety więcej było nóżek, niż kapeluszy. Nie zdecydował się i wyciągnął andrzeja (znanego wcześniej, jako władek). Wciągnął kreskę białego skurwiela i chcąc, nie chcąc wysłuchał ode mnie sporo słów krytyki pod adresem tego czynu. No wiem, to są zbyt niskie loty, jak dla Ciebie - ripostował, a ja stwierdziłem, że to żadne loty, a zwykła jazda. Po co sobie to robić? Przecież to tak wyniszcza... Zapaliliśmy lolka, później parę razy bongo i skończyła się przyniesiona przez niego MJ. Spałaszował Grybki i prowadziliśmy żywe dyskusje odnoszące się do prywatnych przeżyć. Do sklepu zbieraliśmy się ponad godzinę, a wyruszyliśmy dopiero, gdy realna stała się groźba zamknięcia budynku z szyldem sympatycznego płaza. Papierosy, piwa i chrupki spod znaku geparda na przekąskę. Wróciliśmy...

 

   Aerosmith, Void vibration i Ouzo bazooka umilały nam świat dźwięków i nagle mnie tchnęło. Powyciągałem wszystko z kieszeni i ściągnąłem wisiorek - tym razem awenturyn. Wyciągnąłem szkiełko i DMT. Nie będziesz miał nic przeciwko, jak zapalę? - spytałem brata. Nie, no co Ty - odparł od razu. Chcesz też? - Nie, dzięki... Powiedziałem mu, że się boję, ale wiem, że jak już to zrobię, to zapomnę czego. Nasypałem około 50mg, przygasiłem światła i wymierzyłem gdzie mam usiąść. Wytopiłem proszek i jednym solidnym buszkiem przedarłem się w cudowną krainę fantastycznych wizualizacji. Mmmmmmm, jak mi było przyjemnie, gdy przed oczami przelatywały kolorowe wzory, a ciałem targało uczucie smyrania i miziania. Nogi ocierały się w swym nie do powstrzymania wierzganiu o oparcie sofy. Cudnie - fakt, ale nie byłem do końca usatysfakcjonowany, mimo iż mruczałem z przyjemności. Otworzyłem oczy. Orfeusz siedział na fotelu, a w jego oczach widziałem lekką zazdrość. Mmmmmm - ciągle mrucząc zapytałem go, czy chce. Nie był zdecydowany, ale tak skromniutko i cichutko stwierdził, że może trochę (Orfeusz tylko raz palił DMT, ale się nie przedarł wtedy). Zadziała, jak wciągnę to do nosa? - zapytał. No pewnie - odparłem, ale sam nigdy tak nie przyjmowałem dementora. Odmierzyłem mu około 50mg, zrobił z tego ścieżkę i fruuu do nocha. Usiadł na fotelu i zamknął oczy. Siedział nieruchomo, ale jak później stwierdził rzucało nim strasznie. Widać było, że dementor działa na niego dłużej, co niewątpliwie było pokłosiem sposobu jego przyjęcia. Jak sam stwierdził, przegryzał się co chwilę wpuszczając raz za razem coraz dalej. Czuł wielki ból w nozdrzach i zatokach, aż do gardła. Mówił, że w moim przypadku (palenia) efekt był natychmiastowy i skumulowany, a w jego dozowany z każdym pociągnięciem nosa. On ma bardzo wyrobione przegrody i żadne spływki mu nie straszne, a jednak czując "smołę", która tak bezpardonowo wtapiała się w jego ciało, nie poleciłby nikomu takiej formy przyjęcia. Gdy już można z nim było pogadać doszedłem do wniosku, że polecę jeszcze raz. Minęła około godzina od pierwszej waporyzacji.

 

   TRIP WŁAŚCIWY:

 

   Nasypałem około 100mg, może ciut więcej. Podgrzałem i złapałem takiego bucha, że nie byłem w stanie w ogóle przytrzymać go w płucach. Od razu go wypuściłem i odkładając sprzęt, zdążyłem tylko powiedzieć: "Przegiąłem, będę miał baaaardzo grubo..." Opadając na sofę zamknąłem oczy i przykryłem je jeszcze dłońmi. Od razu w centrum pojawił się czerwony punkt, a dookoła niego zaczęły majaczeć wzory. Hmmmnn, mmmmmm, ohhhhhhh - mniej więcej tak brzmiały moje oddechy. Nagle zrobiło się nieprawdopodobnie jasno w tej ciemnej przestrzeni. Ze wzorów, które wyglądały, jak płytki skóry z wyraźnym jądrem każda, tak multikolorowych z przewagą fioletu, zaczął wyłaniać się obraz. Pomieszczenie na szczycie wielkiego, słupkowego kryształu o falujących we wszystkich kierunkach "ścianach" (tu przypomniał mi się Big Nose na deskorolce na pegasusa - kryształowa mapa) wypełniała istota. Była płaska, jak kartka papieru, a jednak tak pełna, jak ocean. Wyraźnie, bez cienia wątpliwości była jednocześnie męska i żeńska - jak to nazwać? Absolut? To Absolut - forma nijaka nie jest dokładna, no ale jak to inaczej nazwać? Istotyto! tak to nazwę (od istoty - żeńskiej, bytu - męskiego i o na końcu, jako połączenie obydwu). Zbliżało się do mnie, a ja zapierałem się rękami i nogami (choć chyba nawet nie miałem kończyn), dopchnęło mnie do rogu, który znajdował się za mną. Nie miałem jak uciec, gdy zaczęło mi wlewać do buzi jakiś płyn z probówki. Gdyby tylko wlało mi go niedużo, to byłoby ok. Ale niestety wlewało go tyle, że się nim krztusiłem. Odczucie było takie, jakbym przyjmował jakieś lekarstwo od swojego pana, będąc jego domowym zwierzaczkiem. Nie chciałem i nie mogłem więcej go przyjąć. Ekchm, ekchm, kchhhyyy, klkhyyyy - naprawdę się krztusiłem i to na głos. W tym czasie już moje fizyczne ciało zaczęło się prężyć i wierzgać. Ulało mi się, a takiej jasności, gdy Istotyto było najbliżej mnie, jak tylko się da; nigdy wcześniej nie widziałem. Bez emocji. Wszystko było tak kolorowe, tak wyraźne... Tak hiperabstrakcyjne. Czułem się tak, jakbym był wewnątrz ściany i mógł oglądać ją od środka i z zewnątrz z obydwu (obypięćsettrzystutysięcymiliondwu) stron. Istotyto poruszało się bardzo płynnymi, falującymi ruchami. Wszystko tak pięknie tańczyło... Istotyto odeszło nieco na skraj kryształu, na którym się znajdowaliśmy, bacznie mnie obserwując, a ja czułem, jak każda komórka w moim ciele przeżywa ekstatyczną rozkosz. Poczułem bardzo przyjemnie swoje krocze. Dotyk ocierających się o oparcie sofy wierzgający nóg przyprawiał mnie niemalże o orgazm. Uaaahahahahahahaha, aaaaahahaahahaa, łoooo hehe, ahahahahaha. Darłem się wniebogłosy prężąc swoje ciało na sofie i czując gigantyczną euforię każdej komórki mego ciała. Niemalże płakałem ze szczęścia, że mogłem to zobaczyć i poczuć. Jakie to piękne... Jakie cudowne to Istotyto. Wcześniejsze doświadczenia z dimetylotryptaminą w wymiarze fizycznym sprawiały wrażenie głaskania ręką Boga. Tym razem był to wręcz niepłciowy stosunek. Wielokrotnie przyjemniejszy od seksu. Było to tak bardzo erotyczne... Ale nie w sensie konkatku kobieta-mężczyzna. Po prostu erotyczne. Istotyto wyglądało na świadomą formę samą z siebie. Świadoma forma! w pustej przestrzeni. Geometrycznie niemożliwa, jakby było to połączenie wszelakich form, ukazujące się w postaci tak abstrakcyjnej, jak plama atramentu na kartce ukazująca wszystko, co mogę sobie wyobrazić, a cały czas płynnie zmieniając kształt. Istotyto nie wykazywało już większego zainteresowania mną, ale było obecne - tak, jakby wiedziało, że lekarstwo zadziałało prawidłowo. Spoglądało na mnie, a ja czułem się, jak domowy zwierzaczek w swoim posłaniu. Krążyło jeszcze przy mnie chwilę, a ja nie mogłem nic, jak tylko poddać się biegowi wydarzeń, których byłem uczestnikiem. Uśmiechałem się, bo tak mi było dobrze... Tak mi było cudownie. Do tego cały czas obserwowałem przestrzeń. Była mroczna, wręcz czarna, ale wszystkie tańczące formy w niej tak jasne i kolorowe. Przepiękne po prostu. Istotyto było jakby wszędzie, a wyłaniało się niczym wypukłość i wklęsłość jednocześnie, w konretnym miejscu tańczących wzorów. 

   Nagle otworzyłem oczy. Jeszcze gnąc się na sofie spojrzałem na swoje ręce. Mam ręce! Dwie! Złapałem się za kostki u stóp i ... Mam nogi! Dwie! Żyję, ja żyję! Aaahahahaha! Łuuuuuuuu! Powydzierałem się chwilę, nadal jeszcze się prężąc. Boże, dlaczego nie umiem malować!? - wykrzyczałem w myślach. Namalowałbym to, mimo iż nie ma na świecie tak nasyconych farb. Chciałbym to namalować... Orfeusz patrzył na mnie i spytał: Szamanie, czy ktoś jeszcze Cię widział na DMT? Nie - odparłem, ale Bąku kiedyś wpadł na afterglow, no i raz mnie widział na Chandze, ale przy niej nie wierzgam. Spytał, czy i jego ciało tak wierzgało. Nie wierzgało - siedziałeś, jak posąg. W krtani czułem, jakbym miał taką nieckę, gdzie nazbierał się dementor. To akurat nie było przyjemne. Ze trzy razy solidnie zakasłałem i wyszliśmy na korytarz na papierosa. W zasadzie to po prostu pogadać. Jeszcze co jakiś czas krzyczałem łuuuuuu, a Orfeusz stwierdził, że niesamowicie mi przyjemnie, skoro nadal krzyczę. Skłamałbym zaprzeczając. Spytał mnie, co mi się tak naprawdę tak podoba w DMT. Wizualizacje! Po prostu. To, że ciało wierzga i przeżywa ekstazę jest dla mnie drugorzędne. Spytał, czy DMT jest najmocniejsze. Nie - odparłem. DMT jest królewskie, ale są jeszcze kaktusy (na wiosnę planuję pierwsze spotkanie), Iboga (ibogaina), Renako... 

 

   Podsumowanie:

 

   Wydaje się, że każda podróż psychodeliczna jest, jak kolejny odcinek serialu. Za każdym razem niesie za sobą coś nowego na podwalinach poprzednich doświadczeń. Mam jednak świadomość, że na samym końcu tej drogi jest trzeźwość, która jest najlepszym stanem. W przypadku psychodelików nie ma mowy na dłuższą metę o uzależnieniu. Jest tak dlatego, że gdy dany psychodelik pokaże wszystko, co może, to się po prostu od niego odchodzi. Za przykład podam moje doświadczenia z LSD: odbyłem około trzystu podróży z lizergamidem wyciągniętym z buławinki czerwonej i dotarłem po kres jego możliwości. Po prostu kwas nie może mi już nic nowego pokazać (nawet w wielkich dawkach). Oczywiście podjąłem jeszcze parę prób, ale z każdą czułem się coraz bardziej znużony i niezadowolony. Zrobiłem trzymiesięczną przerwę od kartonów i spróbowałem jeszcze raz. Zawód. Dlatego z LSD zrezygnowałem całkiem. Oczywiście nigdy nie mów nigdy, więc nie zarzekam się, tym nie mniej obecnie uważam, że najlepsze są Grybki. I w ogóle natura. 

 

   Największym sekretem świata jest fakt, że nikt nic nie wie. Każdy, kto twierdzi, że wie, ten kłamie, a ten kto wie nie żyje. Rozmawiam z wieloma światłymi ludzi i każdy ma jakąś swoją wizję świata. Dlatego wielokrotnie powtarzam, że matryca rzeczywistości jest pusta. Wielu ludzi nie lubi określenia "Bóg", bo słowo to nadaje cech osobowości. Z ledwością godzą się na Absolut, jednak częściej wolą określenie energii, jako jądra, czy też rdzenia. Niektórzy twierdzą, że życie nie ma sensu jako takiego. Ale nie musi. Patrząc jednak na Kosmos i obserwując tyle współistniejących ze sobą form nie mogę zgodzić się, że mamy tu chaos. Chaos jest pozorny. Wzór ktoś napisał. Muzyka sama się nie zagra przypadkiem. Trzeba świadomie ją grać, a my tu mamy najwspanialszą harmonię. Dlatego doszedłem do wniosku, że energia (forma w pustce) jest samoświadoma. Śmieszy mnie często, jak ludzie odnoszą się do tego, co wymyślili naukowcy, jako rzeczywistości niepodważalnej. Zachęcam do otwarcia Umysłu, by wyrwał się z okowów zawężonych horyzontów. Nie ma jednak pośpiechu, bo niewiedza jest cudowna i niewinna. Rozwój wymaga odpowiedzialności. Nie tylko za siebie. Cieszmy się każdą chwilą, bo nic innego nie mamy. Nic! poza chwilą obecną.

 

   Pozdrawiam was duszyczki.

Ocena: 

Odpowiedzi

Świetny raport szamanie, czekam na okazję, kiedy i mnie dane będzie spróbować DMT, bo z tego co opisujesz- feels good. 

 

I pytanie mam- co to jest Renako? ;D

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

Właściwie to ciężko mi powiedzieć dokładnie co to jest. W Peru u miejscowych indian organizowane są ceremonie Ayahuaski, a oprócz nich, jeszcze głębsze - Renako. Trudno powiedzieć, czy to imię jakiejś rośliny (coś, jak Jurema), czy ducha kilku roślin (analogicznie, jak Ayahuasca). Indianie na tyle dobrze strzegą tej tajemnicy, że w necie w zasadzie nie ma żadnych informacji na ten temat. W każdym razie ponoć podróż daje dużo większy wgląd, ale jest przy tym o wiele trudniejsza, niż Aya. Żeby to przeżyć trzeba jechać do Peru i zdobyć zaufanie miejsciwych indian.

To tylko sen samoświadomości.

W teorii 'świętości' roślin jest kilka luk, mianowicie przykładowo bieluń lub wilcza jagoda; zawierają substancje które zrobią z mózgu, oraz ogólnie z organizmu przysłowiowe gówno, a mimo wszystko są naturalne. Co do DMT, jestem strasznie ciekaw tej substancji, ponieważ nigdzie nie znalazłem dokładnego opisu jej oddziaływania na mózg (albo słabo szukałem) bo naprzykład psylocyna lub dimetyloamid blokują receptory serotoniny, by pózniej wywołać jej nadprodukcje, co powoduje psychodeliczne doznania, a gdy czytałem o DMT nigdzie nie znalazłem niczego o układzie serotoninowym. Oraz sama jego produkcja w organiźmie mnie intryguje, np. uwolnienie dużej ilości adrenaliny podczas śmierci ma za zadanie pomóc organizmowi w walce ze śmiercią, uwolnienie dopaminy, serotoniny lub innych hormonów szczęścia by dać ulgę, skoro organizm już jest pewien że umrze (?) W takim razie czemu uwalniana jest również ogromna ilość DMT? Jaki jest w tym cel? Zainteresowałem się, ponieważ mimo że jestem sceptyczny nie wierze że świadomość/dusza anihiluje po śmierci organizmu, ba, wręcz jestem pewien że pozostaje i przechodzi gdzieś dalej (W końcu energia we wszechświecie nie ginie) więc jest to dla mnie zagadkowe, czy DMT ma jakiś związek z przejściem duszy dalej? Słyszałem ostatnio że w jakichś wierzeniach (nie pamiętam) dusza potrzebuje 49 dni (chyba) żeby przejść do następnego ciała, a taki sam okres czasu potrzebuje płód w łonie matki by wykształcić szyszynke, jestem ciekaw twojej opinii na ten temat. Oczywiście biore pod uwagę, że wszystko może być wytworem mózgu, a działanie może wydawać się abstrakcyjne wyłącznie nam. Mam nadzieję, że mimo niewiedzy którą w tym komentarzu podkreśliłem jakoś milion razy połapiesz się o co mi chodzi, czekam na odpowiedź. Pozdrowienia ;)

wypierdalac (promuj post za 5zł)

Nie wszystkie rośliny są święte. Za święte uważam pewną specyficzną grupę z roślin leczniczych, ale są i jadalne, neutralne i trujące. Opisane przez Ciebie rośliny atropinowe uważam za specyficzną grupę wśród trujących. Grybki np. przyjęte z należytym szacunkiem świetnie oczyszczają organizm. Czasem nawet nie trzeba ich jeść dla takiego oczyszczenia, ale o tym może raporcik sklecę (a może nie, któż wie).

Co do oddziaływania na organizm DMT i innych substancji, to na hyperrealu było jakiś czas temu zestawienie obrazujące z jakimi receptorami wchodzą w interakcje. Jak będę miał czas, to może tego poszukam i wkleje linka (o ile politycy nie wprowadzą cenzury). W każdym razie z lizergamidami i serotoniną to też nie do końca tak wygląda. W zasadzie każda substancja oddziałuje na bardzo dużo receptorów (zmienne są głównie proporcje).

Buddyzm w tradycji Bon mówi o 49 dniach przebywania duszy w bardo. Prawdopodobnie wyczytałeś to w Tybetańskiej Księdze Umarłych. Nie przywiązywałbym się do tego, bo czas nie istnieje (nie jest stały), więc to może być i pierdyliard lat dla przebywającego w tym stanie.

Osobiście skłaniam się do tego, że dusza (w szerszym pojęciu świadomość) zmienia zużyte ciała na nowe, jak kierowca samochody (ciało = pojazd). Nie jest ona jednak też wieczna (nic nie jest). Generalnie uważam, że jesteśmy graczami i gramy sobie w życie, jednak bardzo ciężko jest znaleźć wspomnienia z poprzednich awatarów (ale wydaje się to możliwe - niemalże pewne;-) ). Możliwe, że po jakimś czasie staniemy się drzewami/grzybami już jako duch (świadomość gatunkowa), zamiast duszy (indywidualna), a może można odrzucić hedonistyczne pragnienia i pozostać duszą bez żadnego ciała(?). A może to tylko samooszukiwanie się(?), heh:-) Możliwości jest co niemiara. Może tylko informacja z naszego bycia przejdzie w formie pokarmu do innych istot, tak, jak emocje (energie) przejmujemy po kurczaku, czy po czym tam jemy. Może świadomość znika całkiem? Nikt tego nie wie... Jeśli jednak miałbym na coś stawiać, to na to, że ten cały rozwój świadomości ma głębszy sens (tak, jak wyżej) i uważam, że musieliśmy naprawdę długo dojrzewać, by ogarnąć sterowanie takim pojazdem, jakim jest ciało ludzkie. I choć widzę, jak automatycznie działamy w tych ciałach, jak instykty i pragnienia nami kierują, to zaprawdę nie sądzę, by wszystko było aż tak trywialne (mimo, iż olbrzymia większość ludzi do tego sprowadza całe życie).

DMT trafia w szyszynkę. Tam jest produkowane i w DMT kąpiemy się podczas śnienia, czy przy umieraniu (czyli w najbardziej psychedelicznych stanach). Nie ma co tego ogarniać rozumem. Zwaporyzuj DMT, a przeniesiesz się do pewnego pomieszczenia, gdzie już żadnych pytań nie będzie, jeśli zastaniesz tam istotę. Bo jeśli nie zastaniesz, to będą tylko ładne wzorki w ciemnym miejscu. Mała to i wielka przestrzeń jednocześnie. Poznasz to miejsce od razu (już nie raz tam byłeś). Waporyzując DMT masz go w szyszynce tyle, ile powinno się tam znaleźć w przypadku śmierci, dlatego możnaby rzecz, że jest to jej symulacja. Stan bardzo zbliżony. Nie istnieje wtedy coś takiego, jak ciało, fizyczne otoczenie, ego, czy niewiedza. Empirycznie musisz tego doświadczyć, bo teoria nie da Ci nawet nanoprocenta wyobrażenia tego, co tam jest. 

Polecam Ci jednak bardziej Changę/Ayę, niż samo DMT. Jest może mniej intensywnie, ale za to... bardziej bogato pod pewnym względem. Tylko tutaj dieta ważna jest. 

Widzę, że masz bardzo otwarty Umysł. Mam nadzieję, że coś pomogłem. Pozdrawiam.

To tylko sen samoświadomości.

To jest tak naprawdę taki urban legend, że szyszynka produkuje dmt czy, że jest ono odpowiedzialne za sny, albo wytwarzane podczas narodzin czy śmierci. Kiedyś pijany aktor rzucił tekstem, który podchwycili spekulanci i voila! mamy całą teoryję. Do tego ponaciągane i poprzekręcane słowa badaczy zaadaptowane w ten sam sposób i wszyscy myślą, że to fakt.

Jaki to aktor rzucił takim hasłem po pijaku? Bardzom ciekaw. Zwłaszcza, że o szyszynce i jej roli ludzie od niepamiętnych czasów rozprawiają. Bada się ją pod kątem fluoryzacji, czy zwapnienia (paradoks wapnia), co ma wyraźny wpływ na jakość marzeń sennych, szamani tworzą receptury przeciwko zwapnieniu szyszynki, starożytni egipcjanie przedstawiali szyszynkę, jako Oko Horusa. Mnisi wschodu, którzy zamykają się w ciszy i ciemności, by doznać wizji opisują gdzie i co czują i miejsce, które wskazują zajmuje szyszynka. Nawet skrajni gnostycy biczują się w tym samym celu i znów wskazują ten sam punkt. W czasach współczesnych teorie odnośnie szyszynki przedstawiali Strassman, czy laureat nagrody Nobla z farmakologii - Axelrod. Cała nasza naukowa wiedza to bardziej opisy prawdopodobieństwa, niż prawdy, ale dziwnym trafem wszyscy celują w szyszynkę (no chyba nie dlatego, że pijany aktor o tym powiedział, ale raczej odwrotnie). Z własnych obserwacji i doświadczeń (subiektywnych) też skłonny jestem przyznać, że to właśnie ten malutki, niepozorny organ jest odpowiedzialny za wszelkie wizje, czy sterowanie ciałem. Aczkolwiek człowiek, jak to człowiek jest omylny, a prawda nieraz potrafi zaskoczyć.

To tylko sen samoświadomości.

Tym aktorem był i chyba nadal jest (bo chyba dalej to rozpowszechnia) Joe Rogan. Teorie na temat szyszynki były różne, Galand, Descartes, Strassman. Nie twierdzę, że szyszynka nie ma nic wspólnego z wyższymi stanami świadomości ale jak dotąd jedyne co na to wskazuje to spekulacje ludzi, którzy (Descartes) sami do końca nie wiedzieli o czym piszą, mieszając naukę z wierzeniami Hinduskimi, lub ludzi którzy (Strassman) obok badań podali swoją opinię przy czym podkreślali, że to tylko ich opinia/wymysł, a ludzie wiedzieli swoje i poprzekręcali ich słowa. 

To, że hindusi mają kropkę na czole, trzecie oko i te sprawy - może sugerować, że to szyszynka, przez jej umiejscowienie, jest za to odpowiedzialna ale!

kiedyś ludzie byli pewni, że za emocje odpowiada serce

albo, że używamy tylko 10% swojego mózgu

jak dotąd w szyszynce nie znaleziono DMT, jedynie o ile dobrze pamiętam prekursory melatoniny: tryptofan i serotoninę?

DMT jest obecne w prawie całym organizmie 

Zauważ, że w miejscu szyszynki jest jedna z czakr, trzecie oko, nazywaj sobie to jak chcesz. I jest umiejscawiane pomiędzy oczami, tak hmmm... naturalne się wydaje takie umiejscowienie. 

Szczerze to o Axelrodzie nie słyszałem ale sprawdziłem i gość badał szczury, u których wykrył trypto/sero/melatonine.

 

Ogólnie sam byłem kiedyś pewien tego, że szyszynka produkuje DMT i jest odpowiedzialna za wizje. Tak sam tego, że układ słoneczny wygląda tak jak w książkach w podstawówce (słońce w środku i wokół niego, coraz dalej, planety). W sumie to wierzyłem w dużo rzeczy, które przekładały się na wizje podczas tripów. W momencie kiedy stwierdziłem, że odjebała mi palma i zacząłem faktycznie weryfikować swoją "wiedzę" miałem dosyć spore zdziwko. Siła autosugestii jest potężna, a po psychodelikach jeszcze większa. 

Tak może nie do końca związane z tematem ale przypomniało mi się jak gdzieśtam i ktośtam (kilku ich było) robili doświadczenia z zaszczepianiem fałszywych wspomnień. Wystarczyło, że ktoś z rodziny kilka razy o tym wspomniał np. "A pamiętasz Pawełku jak pięć lat temu we Francji żeś się przerócił na murzyna?". On odpowiadał, że nie ale po kilku dniach mówił o tym ktoś inny i potem znowu i znowu i po pewnym czasie ów Pawełek był pewien, że wydarzenie miało miejsce. 

 

Ja mam pewność tylko co do jednej absolutnej rzeczy: kto się urodził, ten umrze. Resztę sobie w zasadzie wymyślamy.

W miejscu szyszynki znajduje się czakram siódmego oka bodajże, a nie trzeciego (trzecie oko jest nieco bliżej czoła), ale to szczegół - wiadomo o co be. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że to nie od słów tego aktora wzięło się poszukiwanie DMT w szyszynce, bo to trwa od niepamiętnych czasów. Swoją drogą przypomniało mi się proste ćwiczonko na pobudzenie trzeciego oka - pocieranie palcem od dołu do góry punktu około dwa cm ponad linią brwi. Może rozboleć, jeśli czakra była uśpiona, ale to zdrowy objaw. Może komuś się przyda...

Co do wiedzy hinduistycznej, to nie na darmo hitler kazał przetłumaczyć Mahabharatę na niemiecki. Starożytni mieli wiedzę daleko przekraczającą naszą. CAŁA nasza nauka jest oparta o psu warte teorie. Wszak Einstein sam powiedział, że ogólna teoria względności jest błędna, ale nic lepszego nie wymyślił, a ludzie dalej starają się ją udowodnić na wszelkie możliwe sposoby (tylko nie bardzo im wychodzi). Zresztą teoria jest tylko teorią i może leżeć blisko prawdy, ale jej nie dosięgnie (gdyby jakaś była prawdziwa, to nie powstawałyby nowe).

Ostatnie badania wskazują, że w sercu jest olbrzymie zagęszczenie komórek nerwowych i (czy to metaforycznie, czy fizycznie) raczej właśnie to miejsce odpowiada za emocje (zresztą na wykresie czakr jest to punkt centralny [kolor zielony/różowy], a reszta kolorów punktów energetycznych w ciele człowieka jest w negatywie przechodząc przez serce). Zresztą czuć to - jak się zakochasz, to serce bije szybciej i jest aż gorące, nieprawdaż?

Co do tej historyjki apropo sugestii/autosugestii, to w USA był przypadek, jak hipnotyzowali gościa, żeby wydobyć z niego informację, czy zabił swoje dzieci. Wmawiali mu to i facet się przyznał. Tyle, że później sam nie wiedział, czy to zrobił, czy nie i w efekcie nie wytrzymał przeciążeń i się zabił. Po latach znalazły się dowody, że to nie był on i po tym incydencie hipnoza przestała być w stanach uznawana za dowód. (A przynajmniej tak mi coś w głowie świta). Także zgadzam się w 100%. I dalej, skoro ludzki mózg jest, jak komputer (raczej komputer, jak mózg), to wymaga oprogramowania (wychowanie, afirmacje, światopogląd itd.). Wszystko co nas otacza jest i tak mirażem, bujdą, iluzją... Dlatego warto go sobie programować świadomie, a nie na chybił/trafił.

To tylko sen samoświadomości.

Aha i DMT występuje chyba we wszystkich żywych formach, stąd mowa o molekule duszy.

To tylko sen samoświadomości.

Sorki, że nie w jednym komencie, ale taka sprawa:

Gdyby ludzie mieli rozmawiać tylko o tym, co wiedzą, to cała ludzkość by zamilkła. Dlatego możemy sobie dyskutować/dywagować, by przybliżać się do prawdy.

To tylko sen samoświadomości.

https://www.erowid.org/chemicals/dmt/dmt_article2.shtml

Na samym dole artykułu są cytaty Strassmana w związku z jego książką.

DMT + szyszynka to dosyć nowa sprawa, kiedyś po prostu stwierdzali, że szyszynka jest ważna, bo jest w centrum mózgu lub jak zauważył Descartes jest to jedyna nie-podwójna część mózgu.

Wiesz, Adolf z kolegami to łykali wszystko nawet to: https://en.wikipedia.org/wiki/Welteislehre

 

Co do tego zakochania to szczerze mówiąc nie wiem, mam niedojebanie emocjonalne kolokwialnie mówiąc. Zaliczam się do psychopatów jeżeli patrzeć na głębię uczuć i sposób myślenia. Ale podobno tak, więc ok.

 

W sumie to się zgadzam.

 

 

Warto zauważyć, że rośliny takie jak bieluń, wilcza jagoda, muchomor czerwony czyli rośliny trujące nie były konsumowane przez ludzi od wieków. Po takim czasie organizm traci do nich przystosowanie i dlatego są tak szkodliwe.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Muchomorem ludzie obżerają się cały czas. A idąc twoim tokiem rozumowania - kaktusy meskalinowe czy aya powinny być trujące dla europejczyków, a dla rdzennych mieszkańców tamtych okolic nie.

Tyle że kaktusy meskalinowe i aya nie są trujące.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Odniosłem się do twojego komentarza, że skoro (podobno) ludzie od wieków nie jedzą wilczej jagody, bielunia czy muchomóra i dlatego są tak trujące, to kaktusy i aya też powinny, przynajmniej dla europejczyków, którzy od wieków ich nie jedli.

Napisałem "są tak trujące" a nie że są trujące tylko dlatego, że nie były jedzone od wieków. Muskaryna, atropina, skopolamina są toksyczne a np. meska już nie. Do tego po ponad kilkuset albo więcej lat nie jedzenia naszych psychoaktywnych-toksycznych roślin ludzie odzwyczaili się od nich na tyle, że zjedzenie tego typu rośliny może wywołać zatrucie albo śmierć i nie wiadomo do końca jak organizm zareaguje.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Każda z tych substancji powoduje jakieś zmiany w postrzeganiu rzeczywistości.  Muchomór jest jedzony do teraz, a śmierć czy jakieś faktyczne powikłania (oprócz psychoz itp.) nie występują. Dlatego przyjąłem, widocznie nieprawidłowo, że chodzi o to, że poprzez częste spożywanie danych roślin uodparniamy się na negatywne efekty (jakieś uszkodzenia organów czy coś w tym stylu), a zostają te tzw. pozytywne (halucynacje/wizualizacje). Wybacz.

Tak btw. toksyczne są wszystkie rośliny psychoaktywne. 

Niektóre rośliny oczyszczają, a że proces bywa tym trudniejszy, im więcej czyścić trzeba, to jako nieprzyjemny może być błędnie odebrany, jako szkodzący. W nadmiarze i złym podejściu w szystko zaszkodzi.

To tylko sen samoświadomości.

Czyli mogę bez obaw jeść wysuszone muchomory czerwone?

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Zależy jakich obaw. Przeczytaj raport Abliego co się po tych śmieszkach może stać

Czytałem ten TR i raczej tak daleko się nie wybieram. A obawiać się mogę, że coś sobie nieodwracalnie spierdole w organizmie. Chodzi głównie o dawkowanie. Na Hypciu w faqu jest napisane, że kapelusz o którym mowa ma 20 cm średnicy, przy czym nie jest podana wysokość ani objętość, i że muchomory z bardziej nasłonecznionych miejsc mają więcej mocy. Z tymże nie wiadomo o ile więcej i jak dokładnie nasłonecznionych. Ani jak odróżnić starsze kapelusze od młodych.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

No to jak siętego obawiasz to nie jedz mochomora :C problem rozwiązany.

Dzięki

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Wiele osób miało poważne problemy z wątrobą po zjedzeniu muchomorów (nieumiejętnie zbierane/przetrzymywane/przygotowane z reguły starsze kapelutki). Saamowie pili/piją mocz reniferów, gdy te najadły się Amanity (nietrujący i psychoaktywny). Mógłbyś spróbować z sarnami :-D

Tu masz raport, o którym Gryby wspomniał:

https://neurogroove.info/trip/metempsychoza

To tylko sen samoświadomości.

Muchomorami możemy się obżerać chyba po odpowiednim przygotowaniu, na surowo jest 100% zatrucie, z wysoką szansą na skutki śmiertelne z tego co pamiętam. Możesz podrzucić jakieś materiały odnośnie DMT i mózgu Gryby, chętnie dowiem się więcej, jeżeli wydzielanie dmt w szyszynce jest kłamstwem lub niepotwierdzone.

wypierdalac (promuj post za 5zł)

Podobno młode muchomory zbierane o odpowiedniej porze i trzymane od północnej strony nie wymagają dalszych zabiegów, by nie były toksyczne. Trzeba by poszperać - może ktoś stworzył kalendarz księżycowy dla muchomora. Skoro jest takowy dla Marihuany, albo skoro drewno księżycowe może mieć tak niezwykłe właściwości, to tylko kwestia odpowiednich obserwacji.

To tylko sen samoświadomości.

Szczerze to mi się szukać już nie chce xD

https://www.erowid.org/chemicals/dmt/dmt_article2.shtml

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/29095071

https://www.samwoolfe.com/2017/09/is-dmt-really-produced-in-pineal-gland...

Znaleziono ślady DMT w szyszynce kiku z iluśtam szczurów:

https://www.cottonwoodresearch.org/dmt-pineal-2013/

Ale u ludzi nie (jednak jest dodatkowe ALE):

"Nevertheless, Strassman’s 2013 study certainly does add motivation for testing whether DMT is present in the human pineal gland as well. Strassman did attempt to isolate DMT from 10 human pineal glands, taken from corpses. No DMT was detected. Although it’s worth pointing out that neither the bodies nor the glands were freshly frozen. Since DMT metabolises quickly, it may have degraded before being analysed by Strassman. Further studies on freshly frozen brains could be done, which may end up validating Strassman’s hypothesis."

To z trzeciego linku

 

 

 

 

Dzięki wielkie ;)

wypierdalac (promuj post za 5zł)

Apropo tego szybkiego rozkładania DMT, to mi się takie zdanie kogoś przypomniało odnośnie badania życia, że ludzie próbują zrozumieć, jak "działa" żaba, zabijając ją i krojąc. Problem polega na tym, że martwa żaba już nie "działa" - nie ma w niej już życia. Stąd konkluzja, że nawet szybko zamrożony mózg jest już martwy (czyli nie ma w nim tej boskiej cząstki życia - może DMT) nawet jeśli większość jego funkcji jest nadal aktywna. 

W każdym razie przekonałeś mnie, że nie udowodniono jeszcze(?) obecności/produkcji DMT w szyszynce. Nadal jednak uważam, że ten organ jest "kabiną" dla "kierowcy" i nieprzypadkowo od zarania dziejów ludzie na nim właśnie się tak skupiają.

To tylko sen samoświadomości.

Strony

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media