Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

lsd - pamiątki z podróży

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
1 karton LSD-25
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
THC, MDMA, LSD-25

raporty pilgrim

lsd - pamiątki z podróży

Kiedy: Wakacje 2009

W moim dzienniku zapisałem pytania, które uderzyły mnie pewnego dnia po długim okresie ukrycia, gdy nadmiar pracy naukowej nie pozwalał wyjść na wierzch rzeczom ważnym. „Co zostawię po sobie? Czy moje życie ma sens? Czy nie będę żałował tego, jak żyłem? Czym jest śmierć?”
 
W moim dzienniku zapisałem pytania, które uderzyły mnie pewnego dnia po długim okresie ukrycia, gdy nadmiar pracy naukowej nie pozwalał wyjść na wierzch rzeczom ważnym. „Co zostawię po sobie? Czy moje życie ma sens? Czy nie będę żałował tego, jak żyłem? Czym jest śmierć?”
Wpis ten znajdował się bezpośrednio po kilku notatkach o jednym z systemów logiki modalnej i jego obecność była dla mnie dużym zaskoczeniem. W jednym momencie zostałem wyrwany ze swojego monotonnego życia w świat całkowicie mi obcy. Pisałem: „Do czego mam odwołać się odpowiadając na te pytania, jeżeli chcę pozostać szczery przed samym sobą? Odpowiedzi udzielane przez filozofię - oczywiście taką, jaką myślący człowiek może przyjąć opierając się o fakty, a nie ślepą wiarę - traktują śmierć wyłącznie w perspektywie życia. Stąd zdenerwowanie Epikura, który wbrew nieuchronnym umieraniu i rozpadowi świata rozgadywał się zaraz o urokach życia. Bo przecież „dopóki jesteśmy - nie ma śmierci. A kiedy przychodzi śmierć - nie ma nas”. Nawet jeśli niewielu jest dziś w stanie rozmawiać z Epikurem językiem dialektyki, instynktownie odczuwamy niezgodę na takie postawienie sprawy. Być może, tak jak głosi to modny współcześnie naturalizm, po śmierci nasza świadomość rozpada się wraz z zamierającym mózgiem, jednak tu i teraz śmierć towarzyszy nam nieodłącznie, a wszelkie wstrzymanie się od odpowiedzi, nawet podyktowane szlachetną obojętnością czy duchową wyższością, jest tylko ucieczką od zmierzenia się z jednym z najważniejszych elementów naszego człowieczeństwa.”

W miesiąc po zapisaniu tamtych słów dzwoni telefon:

- Dalej chcesz te kartony? - tak pyta mnie Szymon, kolega z pierwszego roku studiów.

Mówię, że tak i umawiamy się u Szymona. Informacja ta jest wielkim zaskoczeniem. Przypadkiem wróciłem wcześniej do miasta, przedtem kilkukrotnie nie udało nam się zdobyć kwasu, problemem było nawet kupić dobrą trawę. Spotykamy się u niego w mieszkaniu. W środku jest jeszcze Lily, która właśnie wróciła z Amsterdamu i właśnie ona przywiozła ze sobą kwasy. W pokoju jest ciemno, świeci tylko przygaszona lampa, wszędzie leżą rozrzucone książki będące świadectwem namiętnej, łóżkowej lektury podczas której treść książki staje się cielesna i bliska. King, Lacan, Jünger, to akurat wpadło mi w oko. Witam się z Szymonem i Lily. Szymon niespiesznie skręca jointa, zapala go i puszcza w kółko. Zaciągam się zachłannie gryzącym dymem i w chwilę potem czuję jak rozgrzana krew uderza w skronie. Z przyjemnością zapadam się w miękkiej kanapie:

- Jesteście pewni, że to prawdziwy kwas? - pytam odległym głosem, a z moich płuc wypływają resztki dymu. - Na rynku jest teraz mnóstwo podobnych substancji.

- Tak, prosto od producenta - mówi Lilly.

Potem wyjmuje z portmonetki blotter i odrywa od niego kawałki tektury, o boku nie większym niż pół centymetra.

- Jakie małe! - wykrzykuję na widok kwadracików. Myślałem, że są raczej wielkości znaczka pocztowego.

Ostrożnie biorę kartoniki do ręki i przyglądam się, wysilając słaby wzrok przez grube soczewki okularów. Słynna edycja z wizerunkiem Alberta Hofmanna, twórcy LSD. Popularnie zwane „babą na rowerze”. Bo kiedy Hofmann pierwszy raz spróbował LSD, nie mogąc skorzystać z samochodu (ograniczenie spowodowane drugą wojną światową) wsiadł na rower i stąd ta przepiękna symbolika. Mój boże, kupiłbym od niej wszystkie, za każdą cenę. Niestety sprzedać może mi tylko dwa, dobre i to. Palimy blanta i rozmawiamy o dostępie do narkotyków. Lilly jest przeciwko legalizacji bo dzięki żmudnemu poszukiwaniu, do kwasu mają ograniczony dostęp ci, którym brakuje samozaparcia by go zdobyć. Czy to jest właśnie współczesna ceremonia i proces wtajemniczenia, choć trochę podobny do tego co dzieje się w czasie przygotowywania Ayahuaski, gdy Indianie zmieniają swój język, a sam zbiór świętych kaktusów staje się rytualnym obrzędem? Może tak właśnie wygląda odpowiedź na bolączkę wyrażoną przez badaczy mitu - substancje psychodeliczne to zbyt łatwy dostęp do doświadczeń, na które kiedyś trzeba było zapracować wieloletnimi wyrzeczeniami, wokół których krążyły potężne mity, pozwalające odnaleźć się w zupełnie nowym świecie religijnych doświadczeń?

- Wczoraj zjedliśmy po półtorej kartona - tłumaczy mi wyrozumiale Szymon, kiedy pytam go, dlaczego tak mało mówią. Podkręca głośniki - akurat leci jego ulubiona piosenka.

- Pewnie i tak nic z tego nie zrozumiem - mówię zaczepnie, chcąc sprowokować ich do zwierzeń. Patrzą na mnie w milczeniu. Zdaję sobie sprawę, że to prawda i zmieniam temat.

Potem, gdy wychodzimy na spacer po zapomnianych miejscach Warszawy, mówię Szymonowi że chcę rzucić studia i całkowicie poświęcić się pisaniu. Pyta, czy mam talent. Co mogę mu odpowiedzieć? Nie mam nic poza talentem. Choć znacznie lepiej czuję się mówiąc o poświęceniu. Odpowiadam mu tylko, że wciąż za mało pracuję.

Nie mogę opanować zdenerwowania. Co dziesięć minut przepakowuję malutkie kartoniki z jednego sreberka w drugie, z folii w folię, nie śmiąc na nie spojrzeć. Jednocześnie walczę z natrętnym odruchem połknięcia ich wszystkich, tu i teraz. Przegrzebuję pokój i sterty walających się po podłodze ubrań, próbując odnaleźć wygodne miejsce, by móc na chwilę przysiąść. W moim życiu nie odpowiedziałem na żadne ważne pytanie. Spotkałem wielu ludzi, ale nikt z nich nie zapytał mnie o nic, co wstrząsnęłoby moim światem. Egzaminy na studiach testowały moje oczytanie i łatwość dowodzenia nabytą przez przemierzanie stałych ścieżek logicznych rozumowań. Schematy, które niezawodnie prowadziły mnie od przesłanek do koniecznych wniosków ukazują nasz rozpaczliwy brak podstawowych narzędzi, kiedy niczym zmarznięci, nadzy ślepcy przychodzimy do nich badać nasze uczucia. Gdzie znajduje się twórca ścieżek i labiryntów, gotów przepuścić nas, małych i słabych, przez konstrukcje swego geniuszu? Kto stworzy obraz, który wraz z pierwszym spojrzeniem porwie nas i wypuści w miejscu, którego istnienia nawet nie podejrzewaliśmy? Oddam wszystko by wykrzyczeć piękno jego inwencji! „Jakaż wspaniała konstrukcja! Wejdźmy do niej i zobaczmy, gdzie wyjdziemy!”.
Dzwonię do Dawida, przyjaciela z dzieciństwa:

- Mam. Jedziemy do ciebie na działkę - mówię tajemniczo.
- Ale co, jak, skąd? - wypytuje podniecony Dawid.

- Opowiem na miejscu - ucinam.

Następnego ranka wsiadamy do autobusu i jedziemy do W., małej miejscowości w okolicach Warszawy. W czasie drogi czytam Tao Te Ching wydrukowane z komputera. Czy słowa tej świętej księgi przemówią do mnie tym samym głosem jak wtedy, gdy dwa lata wcześniej czytałem je w amerykańskim seminarium, jeszcze przed studiami w Polsce, wiedząc już, że jestem tam tylko przez przypadek? Znalazłem je wtedy na bibliotecznej półce w sekcji poświęconej innym religiom, którą każdy dobry chrześcijanin omijał szerokim łukiem - ja zaś byłem jej stałym klientem, łącznie z działami z klasyką literatury, co wzbudzało w moich współbraciach uzasadniony strach o moją biedną duszę (martwiła ich zwłaszcza literatura piękna, która, jak wiadomo, wyniszcza podstępnie). Z pierwszymi przeczytanym zdaniem moje oczy zaszły łzami - nie dlatego, żeby było mi ono jakoś szczególnie bliskie, wręcz przeciwnie - zupełnie nic z niego nie zrozumiałem. To właśnie świadomość zetknięcia z tym, co całkowicie obce, nagle postawiła mnie w sytuacji kryzysu. Ja, biedny ateista z całym balastem oświecenia i naturalizmu, bez słów wadziłem się z tym, co uciekało zrozumieniu, na co nie byłem w żaden sposób przygotowany przez swój neoficki racjonalizm. Czytam je teraz, po długiej przerwie, w nowym angielskim tłumaczeniu. Czy powinienem nauczyć się języka chińskiego tylko po to, by móc czytać w oryginale, tak jak uczyłem się kiedyś koine do studiów Nowego Testamentu? A może czytać tak, jak przeważnie czyta się literaturę, nie próbując zrozumieć, ale samemu tworząc sensy, zrzucić świętość z jej wyżyn do mojego poziomu? Czytając przypominam sobie, jak pewnego dnia wszyscy studenci rozjechali się do domów na trzydniową przerwę, nie miałem pieniędzy ani nic do jedzenia, stołówka była zamknięta i zamiast po prostu głodować, wyjadając resztki masła orzechowego, które ktoś zostawił w lodówce, postanowiłem pościć. Właśnie spadł pierwszy śnieg, leżałem na podłodze słuchając kupionych po przecenie winyli z symfoniami Sibeliusa, które puszczałem na stole mikserskim jednego z moich współlokatorów. Głód wzmagał się, a ja próbowałem go zagłuszyć czytając właśnie Tao Te Ching, a może raczej mocując się z nim, bo przecież nikt z nas nie przyjmuje tego co obce z własnej woli - wszelka wiedza jest wynikiem naszych przegranych walk, a cała nasza mądrość jest przymierzem demonów, które nas sobie podporządkowały.

Dojeżdżamy do wsi. Wychodzimy z autobusu i na piechotę zmierzamy do domu Dawida. Na poboczu drogi ogromny, drewniany krzyż z wykończeniem w kształcie wybuchającej gwiazdy:

- Musimy tu koniecznie wrócić jak już zjemy tego kwasa - mówię i śmiejemy się.

Dawid miał już doświadczenie z LSD, ale teraz jest równie podenerwowany co ja. Wchodzimy do domku jego mamy. Wyjmuję kartoniki - jeden zostawiam dla siebie a drugi wręczam Dawidowi. Stajemy przed lustrem:

- Pod język? - pyta naiwnie Dawid, jakby chciał w ten sposób przeciągnąć chwilę tego radosnego podenerwowania przed rozpoczęciem podróży. Otwieramy usta i patrząc w nasze odbicia kładziemy kartoniki na delikatnej, ukrwionej błonie wyściełającej nasze usta. Za czterdzieści minut powinniśmy poczuć pierwsze efekty. Notuję dokładną godzinę w notesie.

Czekając na wejście substancji idziemy do sklepu kupić jedzenie i picie. Podniecenie wzmaga się. Każdy przejaw zmienionej świadomości biorę za dobry znak. Czy człowiek na tym plakacie nie wygląda trochę jak anioł? Dawid łaje mnie za moją niecierpliwość, ale widzę po nim, że on także zaczyna coś czuć.
Wyjmujemy ze schowka rozkładane leżaki. Dawid nalega, żebyśmy zdjęli grubą, niebieską folię przykrywającą basen. W środku ogromne, martwe chrząszcze, a także uduszone motyle i robactwo wyściełają dno gęstym wzorem. Kładziemy się na leżakach i pijemy oranżadę przez kolorowe słomki. W końcu Dawid zamyka oczy i odsuwa swój leżak od mojego, ustawiając się twarzą do zachodzącego słońca. Czuję, że coś się dzieje, a może tylko tak mi się wydaje? Teraz próbuję się odurzyć, ale gdy narkotyk uderzy z mocą, będę pragnął trzeźwości. Wchodzę do domku po wieżę i płyty. Rozkładam sprzęt na werandzie. Wybieram niezobowiązującego Satie. Unoszę pokrywę odtwarzacza, wkładam cd i naciskam przycisk „play”. Czuję zapach smażonej kiełbasy. W oddali majaczy jakieś techno. Podkręcam głośność i wracam na leżak.

- Tam pod słońcem jest jakiś jeleń - mówi Dawid patrząc na mnie z przejęciem i niedowierzaniem.

Przymykam oczy. Czuję miłość do świata i całkowitą empatię. Ugryzł mnie komar - miał wybór? Momentami mam wrażenie, że jeśli tylko podniosę powieki, zaraz zobaczę wszystkie cuda o których kiedyś słyszałem, twarde pnie drzew wygną się jak wstęgi, a woda wystąpi z brzegów basenu. Jednak kiedy otwieram oczy świat magii ustępuje znanym, codziennym obrazom. Zmieniamy muzykę na „La mer” Debussyego. Woda w basenie. Zdejmuję skarpetki, podwijam nogawki i zanurzam stopy w zimnej wodzie. Machając nimi powoduję fale. Mimo wzburzonej powierzchni robaki na dnie trwają nieporuszone. Mówię o tym Dawidowi.
- One są elementem, wszystko jest elementem jednej całości - tłumaczy mi, gorączkowo wymachując rękami.

- Oho, chyba już weszło - śmieję się - ale masz oczy wielkie!

Idziemy do lustra. Nasze czarne, gadzie oczy - źrenice tak wielkie, że rozrywają tęczówki. Zaczynam nucić - „czy te oczy mogą kłamać…”. Wszystko jest elementem. Gdy idę do toalety, przykuwa moją uwagę to, czego do tej pory nie zauważałem - obraz, poduszka na kanapie, zgnieciony papierek. Jakich kryteriów używałem do tej pory oceniając ważność rzeczy? Czy to co wielkie musi być podziwiane przez ludzi i monumentalne rozmiarem? Oddając mocz patrzę w lustro na odbicie swojej twarzy - w świecące oczy, w twardy zarost i każdy poszczególny włos. Zapinam rozporek i już cały staję naprzeciw lustra. Czy kiedy w czasie porannej toalety patrzysz w lustro myślisz o tym, że twoja twarz to wielka architektura, twoje czoło - tympanon, oczy - ołtarze, policzki - pilastry, usta - portal, a ty jesteś najpiękniejszym człowiekiem na świecie? Czy tylko poprawiasz włosy i wklepujesz pudry, żeby nie odstawać od średniej na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu? Zdecydowanie za mało wierzymy w piękno. Ja na przykład mam bardzo piękną twarz, może nawet najpiękniejszą na świecie. Rozpinam guzik koszuli i odsłaniam płaski, szeroki mostek. Jak teraz wyglądam?

- Chodźmy na rowery! - woła mnie Dawid.

Wybiegam na dwór w rozpiętej koszuli. Dawid wyciąga właśnie wspaniałą, srebrną holenderkę i wraca do szopy. Rower mieni się w słońcu a ja momentalnie zakochuję się w nim i wiem, że cokolwiek się stanie, ten rower musi być mój. Wołam do Dawida głosem nieznoszącym sprzeciwu, gotów posunąć się do każdej okropności, byleby tylko wsiąść na ten boski rower. Dawid śmieje się ze mnie.

- Mamy dwie drogi. Jedną drogą jest Beztroska, drugą Ciekawość. Którą wybierasz?

Jestem już wystarczająco beztroski, decyduję się więc na ciekawość, gotów oddać się tej psychodelicznej inwencji Dawida. Z tych rzeczy rodzi się radosna wiedza i mądrość, beztroska i ciekawość to potęga! Odtwarzamy przygodę Hofmanna. Dawid jedzie pierwszy, prowadząc mnie przez rzeki asfaltu i w końcu zbaczamy na wrzosowiska, całe fioletowe od bzów.

Dzwonię do Szymona:

- To najwspanialszy dzień mojego życia, chciałbym ci to wszystko wyśpiewać! Poczekaj - mówię, nie wypuszczając komórki chwytam za kierownicę i zjeżdżam gwałtownie z niewielkiego wzniesienia, krzycząc z radości, tak głośno, że nawet Dawid, który ma teraz na uszach słuchawki, odwraca się do mnie i uśmiecha ze zrozumieniem.

- Musiało już dobrze wejść. Za chwilę będziesz uginał się od sensów - tłumaczy mi Szymon.

Nagle drganie i śpiew, to rośliny i powietrze rozbrzmiewają potężnym świergotem, który można porównać tylko z orkiestrą świerszczy. W jednej chwili płaczę przez to piękno, którego nie jestem godzien, a moją twarz wykrzywia nieopisane szczęście, którego nie byłbym w stanie w żaden sposób udawać, jakby to sama natura odcisnęła swą pieczęć w mojej miękkiej twarzy, albo wykrzywiała wargi rozgrzanym węgielkiem. Pojedyncze krzaki objawiają mi się w pełnej doskonałości jako kolejni muzycy tej symfonii. Dawid patrzy na mnie z przejęciem, podziwiając moc, która mnie opętała. Jedziemy wzdłuż zgęstniałej, zielonej rzeki, w której pogrzebane są stare łódki, do połowy napełnione glonami i wodą. Na zmianę z Dawidem zatrzymujemy się i zapisujemy nasze przebłyski w notatnikach, po czym wrzucamy je do koszyka na kierownicy i jedziemy dalej.

Potężne uczucia i myśli. Jak często uderza myśl, która rujnuje dotychczasowe postrzeganie świata i staje się fundamentem nowego człowieczeństwa? Z każdym kolejnym zdaniem zanotowanym w dzienniku odkrywam, że minęła tylko chwila. Co jakiś czas spięcie - wracam z tej bezkresnej głębiny do miejsca czasu, a wieczność której doświadczyłem okazuje się tylko minutą. Ptak z błyskiem rozdziera wielkie, niebieskie płótno. Świat ożywa i zaczyna drgać na poziomie atomów. To co do tej pory wydawało mi się małe i nieistotne urasta w moich oczach do niebotycznych rozmiarów, rozsypując w proch hierarchię, która każe segregować rzeczy według ich fizycznej wielkości. Nie ma podziału na to co wielkie i małe, każda rzecz przemawia do mnie na poziomie pojedynczych cząsteczek. Obraz wyostrzył się i ukazało się to, co do tej pory było zakryte, wszystko jest rojem brzęczących cząsteczek. Czy moje pisanie ma wystarczającą rozdzielczość, by bez utraty szczegółów przełożyć ten drgający obraz na papier?

Wracamy. Dawid daje mi swój odtwarzacz muzyczny, na którym leci właśnie Simon&Garfunkel. Mijamy półnagich ludzi w dresach, z szerokimi, owłosionymi torsami, którzy stoją na środku ulicy i smażą kiełbaski. Obok nas pojawiają się dzieci na maleńkich rowerkach. Gdy unoszą nogi z pedałów i wyrzucam je przed kierownicę, dzieci śmieją się głośno - znak że chociaż na chwilę przełamaliśmy tę niemą przestrzeń pomiędzy naszymi światami. Dojeżdżamy do domu i zanim odstawię rower robię jeszcze kilka slalomów pomiędzy młodymi świerkami na działce, śmiejąc się jak dziecko. Jestem bardziej trzeźwy niż kiedykolwiek i w biegu zeskakuję z roweru, który odkładam potem pod ścianę. Zaraz po wejściu do domu zaczynam notować; notatniki nie opuszczą mnie do końca tego wieczoru. Fizyczny kontakt z długopisem i papierem, ostateczny znak, że jestem pisarzem i nie mogę się tego wstydzić - to tylko jedna z wielu dróg, tak jak życie ogrodnika czy pomywacza. Byłem opętany przez nieśmiałość, która nie pozwalała mi mówić głośno - zamiast „jestem pisarzem”, mówiłem o sobie „jestem piszący”, jakby przeciwstawiając się popularnemu obrazowi pisarza-bóstwa. Ale teraz wiem, że kto traktuje poważnie swoją sztukę, musi potraktować poważnie samego siebie. Jestem pisarzem - odcinam kolejne drogi ucieczki, palę kolejne mosty, z każdą chwilą mój wybór staje się coraz bardziej skrępowany przeszłością i podejmowanymi decyzjami. Nie zostanę już lekkoatletą ani muzykiem. Nie skończę studiów. A nawet gdybym dalej zmywał talerze, tak jak robiłem to w Ameryce, miałbym poczucie zmarnowanego życia. Nie przez zmywanie talerzy, ale przez utratę tego owocu, jedynego, który napawa mnie swoją słodyczą. Czy mogę się jeszcze wycofać? Jestem pisarzem - co z tym zrobię?

Dawid zamyka się w pokoju na drugim piętrze, a ja walczę ze sobą, żeby zapisać w dzienniku jakieś znaki, które pokierują mną później, kiedy powrócę do normalnego świata i będę próbował odtworzyć te wydarzenia. Czy będę cokolwiek pamiętał z tych cudów, które nie są halucynacjami, ale wyostrzeniem wizji? A jeśli nawet będę pamiętał, czy będę umiał przetłumaczyć je na nasz codzienny język? Kwas przytłacza mnie nadmiarem doznań, wprawiając świat w drżenie. Gorączka i ból gardła, jakby organizm walczył z tym nowym środowiskiem. Kiedy ostatni raz poezja czy oryginalna myśl odmieniła świat wokół mnie sprawiając, że znane mi rzeczy uderzyły mnie swoją świeżością, tak jakby ziemia zawaliła się i narodziła na nowo?

Gorączka wzmaga się. Chwytam za Tao Te Ching i czytam łapczywie, jakbym wypłynął na powierzchnię i zaczerpnął powietrza. Pierwsze zdanie - krzyk - ruina świata - nowe narodziny - wszystkie te obrazy nagle, w jednej chwili. Czytam drugie zdanie i wiem już, że te słowa opisują świat na poziomie, który odbieram w tej chwili - drogę, której nie da się przedstawić na żadnej mapie, rzeczywistość, która wymyka się słowom. Czym jest kwas? Czy to tylko substancja chemiczna? Psychodelik: z greckiego - poszerzający umysł. A może raczej wywalający duszę na lewą stronę, z wewnątrz na zewnątrz, stawia mi ją teraz przed oczami, bo są we mnie rzeczy które rosną niczym bąbelki wody i próbują się wydostać na powierzchnię, powstrzymuję je, ale ile można się opierać? Jakie oceany są we mnie uwięzione? Nagle przeciek i już nie jestem w stanie tego kontrolować, żeby nie oszaleć pozwalam temu wszystkiemu wypłynąć ze mnie rwącymi rzekami. Czym jest moja skóra, ta cienka powłoka oddzielająca mnie od reszty? Kwas rozszerza moje pory i nagle świat wewnętrzny i zewnętrzny mieszają się w jedno - jestem częścią świata, w żaden sposób nie wyróżnioną spośród martwych chrząszczy na dnie basenu i otaczającej mnie przyrody.

Chaos. Rozrzucam wszystko wokół siebie, na przemian jest mi gorąco i zimno. Ubrania zaczynają mi ciążyć. Zrzucam z siebie koszulę. Chodzę z pokoju do pokoju, gubię notatnik, zaczynam pisać w drugim, gubię drugi, szukam na półkach Biblii, ale nie mogę jej znaleźć, jednym ruchem zrzucam wszystkie książki na podłogę, kucam i przegrzebuję ten stos, jest tylko komentarz do Kazania na górze, może chociaż będzie cytat z piątego rozdziału Mateusza, ale nie, nawet jednego wersetu, gdzie jest ta pierdolona Biblia, kiedy akurat jej potrzebuję? Siadam do Tao Te Ching, gdzie mój długopis? Zgubiłem długopis! Idę do kuchni, otwieram lodówkę, zamykam lodówkę, otwieram szufladę, potem drugą i trzecią, przestawiam jakieś talerze, nastawiam wodę, szukam herbaty, rozrywam opakowanie paluszków, które znajduję w jednej z szafek, paluszki rozlatują się we wszystkie strony, podnoszę jeden z podłogi i zanurzam go w pomidorze, poczym piszę nim na brzegu kartki komentarz do zdania które uderzyło mnie swoją oczywistością. Rzucam to wszystko w jednej chwili i idę zmienić płytę, gdzie dałem Vivaldiego? Biorę inną, puszczam, kładę się na dywanie ale zaraz wstaję bo ogarniają mnie złe myśli, jakby przy podłodze unosiła się jakaś złowroga mgła, spodnie uwierają mnie, zdejmuję pasek i rozpinam rozporek, na czworaka, ze spodniami opadniętymi do kolan, wdrapuję się po schodach do Dawida, pod jedną pachą trzymam rulon kartek z Tao Te Ching, Dawid leży rozwalony na łóżku i słucha muzyki, a gdy mnie zauważa, uśmiecha się i mówi:

- Płynę przez kosmos, o, z tamtą gwiazdką - pokazuje palcem gdzieś za okno.
Tłumaczę mu, że nie mamy czasu, że to zaraz z nas zejdzie, opowiadam mu co przeczytałem, każde słowo znów razi mnie swoją głębią, mówię mu żeby poszedł ze mną do basenu. Odpowiada, że nie będzie pływał ale przynajmniej mnie popilnuje. Niech to we mnie zostanie! Jeśli tak wygląda szaleństwo, to ja pragnę tego szaleństwa! Wychodzimy na zewnątrz, jest już ciemno, zrobiło się bardzo zimno, ale nie myślę o tym, tylko zaraz pozbywam się reszty ubrań i wskakuję do lodowatej wody, cienkie chitynowe pancerzyki pękają pod moimi stopami, zanurzam się pod powierzchnią i wypuszczam z płuc całe powietrze, wypływam, płynę do jednego brzegu, odbijam się od niego i walcząc z żywiołem wody w basenie płynę na drugą stronę, chcę wyjść, tonę, odbijam się i płynę znowu, staję na środku basenu i kręcę się w koło, nagle wokół mnie wystrzelają drzewa, wielkie do nieba, słyszę przejmujące dudnienie pracującego wszechświata, w którym gwiazdy i drzewa są trybami napędzającymi machinę, a każdy mój ruch jest rozpadaniem i stawaniem się świata. Gwiazdy które krążą po nieboskłonie wydają najpiękniejsze dźwięki w całym wszechświecie, poruszają się bowiem po doskonałych orbitach, razem tworzą harmonię sfer niebieskich, do której ludzie przyzwyczajają się wraz z wiekiem i w końcu przestają ją słyszeć. Harmonia ta rozbrzmiewa teraz we mnie niczym pulsowanie umierającego i odradzającego się kosmosu.

Dawid podaje mi ręcznik. Wracamy do domu. Na pewno będę chory. Dawid idzie na górę (bo, jak mówi, czuje się wspaniale i chce porozsyłać ludziom SMSy ze znakiem pokoju). Patrzę w lustro. Mój zarost rośnie, skóra płowieje, oczy płoną przez chwilę i zaraz zachodzą bielmem, włosy wypadają, umieram, potem znów jestem dzieckiem przed którym roztacza się horyzont możliwości, którą droga pójdę tym razem? Nie, nie ma żadnej drogi, znowu starzeję się i umieram. Próbuję wyobrazić sobie w podobnej sytuacji Hofmanna, tego sympatycznego naukowca o olbrzymiej erudycji i klasycznym wykształceniu - czym dla niego było to doświadczenie? Czy również zrzucił kitel i poszedł się jednać z kosmosem? Zaczynam z nim tańczyć. Czuję nagle bardzo mocno, że nie boję się śmierci i zaczynam rozumieć czemu Aldous Huxley w ostatniej chwili zażądał zastrzyku z LSD. Jedyną bliską mi osobą która umarła jest moja babcia (prawdopodobnie ilość zmarłych bliskich odpowiada naszej wewnętrznej dojrzałości), przywołuję ją teraz i składam jej hołd, ona również włącza się do naszego tańca umarłych. Martwi tańczą, trzymamy się za ręce, a ja płaczę ze szczęścia i z bólu rozrywanych tkanek, bo przecież przepoczwarzam się bez chwili wytchnienia, ja - starzec i dziecko, śmierć i życie, szaleństwo i normalność która powraca do mnie falami. Z perspektywy mojej chwilowej nienormalności dostrzegam, że normalność, której się tak kurczowo trzymamy, to prawdziwe szaleństwo otępienia i niewiary. Szaleństwo kurzu i niemocy. Szaleństwo stałości i petryfikacji. Łuski odpadają z moich z oczu i nagle widzę wszystko wyraźnie, tak wyraźnie, że znowu naraz zwijam się na podłodze ze śmiechu i płaczu.

Kwas najpierw doprowadził mnie do rozpaczy, gdyż bez niego nie byłbym w stanie sam wymyślić tego świata na papierze. Teraz zostawia mnie bez języka, który potulnie zwinął się w rulonik i zapadł w gardło. Potem słowo odżywa, a ja widzę jego ciężar, to co mówi, a przede wszystkim to, czego nie mówi. A to czego nie widzimy jest znacznie ważniejsze od tego co widzimy, a to czego nie napiszę będzie znacznie ważniejsze od tego co napiszę, kadr w aparacie nie wydziela obrazu lecz ciemność, która na zawsze pozostanie dla nas zakryta przez zdjęcie. Musimy mieć jakiś punkt obserwacyjny, a psychodeliki, wyrzucając nas poza normalność, dają nam jedyny możliwy punkt zaczepienia, by pisać prawdę o codzienności. Świat wokół nas jest pełen szaleńców, którzy wyprawiają rzeczy, od których gasną słońca i bieleją oczy, tym właśnie jest ta normalność, której się tak kurczowo trzymamy.

Misteria w Eleusis, do których nieustannie odwołują się Hofmann, Huxley, Leary - cały ten samozwańczy kościół psychodeliczny - były objęte tajemnicą której przełamanie karano śmiercią. Dziś, kiedy mamy dostęp nie tylko do LSD, ale również środków nowych, znacznie mocniejszych, misteria uległy pauperyzacji, tak jak sztuka, literatura i muzyka, którą tworzy i czyta każdy, a z drugiej strony w ciągu dnia mogę odsłuchać kilka symfonii i obejrzeć w internecie setki obrazów, każdy o mocy tysiąca bomb wodorowych, zdolnych położyć całe imperia, przemienić wieśniaka w anioła, a wielkomiejskiego chama w eremitę. Jak odnaleźć się w tym przygniatającym nadmiarze geniuszu? W nadmiarze nadmiaru! Ukryjmy się gdzieś i odpocznijmy od wielkoludów, którzy depczą nam głowy! Nie - jeżeli rzeczywiście o tych wspaniałych misteriach geniuszu rozgaduje się każdy, to my też mówmy, tylko piękniej, najpiękniej jak potrafimy głośmy ten nadmiar!

Przestaję zapisywać moje notatniki. Wszystko co napisałem wydaje mi się teraz pozbawione sensu. Strawił mnie ogień, ten który płonie tylko po to, by oczyścić duszę i pozostawić nas pokornych i cichych. Jestem już bardzo zmęczony tym wszystkim. Słucham muzyki siedząc na krześle, ze stopami obwiniętymi kocem i czekam aż narkotyk przestanie działać. Mijają kolejne godziny. Dawid schodzi do mnie i jemy kolację, pierwszy posiłek od ośmiu godzin. Dawid patrzy na mnie uważnie:

- Może spróbuj jeszcze pojeździć na rowerze - doradza mi z troską.
Wsiadam na rower i jadę kilka kilometrów po pustej szosie. Z trudem porządkuję myśli. Sporządzam w głowię listę ludzi, którym dałbym ten niepozorny papierek.

Całą noc nie mogę zasnąć i tylko przewalam się z boku na bok słuchając spokojnej muzyki. Następnego dnia rozjeżdżamy się do domów, ktoś mnie o coś pyta ale mu nie odpowiadam, widzę jakiegoś grubego księdza, znowu jestem w Warszawie i patrzę na ludzi, po raz pierwszy nie myśląc sobie zupełnie nic. Już w progu mojego domu obejmuję matkę i całuję ją czule w policzek. Idę do pokoju i zwalam się na łóżko w ubraniach, szamocząc się ze sobą jeszcze chwilę nim zasnę.

Papierek rozpuścił się po kilkunastu minutach. Kwas przestał działać po kilku godzinach. Nie mogłem zrobić żadnego zdjęcia, zabrać ze sobą niezwykłego kamienia, suchego liścia ani wielkiej muszli. Jak zachować to wszystko inaczej niż całym sobą? Pamiątka, która nie stanie się początkiem kolejnej podróży, jest naszą kolejną śmiercią.

Ocena: 

Odpowiedzi

Świetny TR, jeden z najlepszych jakie czytałam. U mnie również dragi powodują zdobywanie wyżyn intelektualnych, zanurzenie się w kulturze, sztuce, odnajdywanie sensu słów i nowych znaczeń, ale to chyba zależy od duszy nie od narkotyku :) Pozdrawiam

Tego, czego chciałem przez chwilę, tylko dotknąłem, przez ten smak zwariowałem...

Extra TR, widać że masz zapał do pisania wszystko opisałeś po prostu fajnie , u mnie dragi nie powodują zdobywania szczytów intelektualnych :<, tylko przygodę i przyjemność. Jeszcze nie próbowałem LSD ale chyba zaexperymentuje ;p

a czy można dostać notatki z tripu na uhoronowania tego kawalka tortu wisienką? Proszę więc o adres książki w której sie znajdują jesli nie to tak to poprosze na jarajto@gmail.com
Trip raport w deche!!

--
Czy też wierzysz że możesz namówić swoich rodziców do... zarzucania kwasu

Witam. Jestem tu nowy więc się przedstawię ;) (może nie do końca nowy, bo czytam tutaj od daawna, ale konto mam od 5 minut ). Bartek, 21, Dolnyśląsk.

Pozwolę sobie odpowiedzieć na twoje pytanie, odnośnie przekonania rodziców do kwasu. Myślę, że jest to do wykonania, aczkolwiek potrzebuje czasu. Ważne też jest, jakimi ludźmi są rodzice ( czy są otwarci na pomysły, czy wierzą w jakieś kwestie paranormalne, czy są tolerancyjni, empatyczni ). Z własnego doświadczenia wiem, że jest to do zrobienia. Z mamą bez problemu od czasu do czasu palę w domu mj. Wie również, że eksperymentuję oraz mam zamiar wciąż to robić z cięższymi substancjami. Wie o DXM oraz o przyszłysz próbach z LSD. Czuje matczyną obawę i zawsze będzie to czuć, ale akceptuje i ważne, że mi ufa, że wiem co robię - to jest najważniejsze ;) Trzeba rozmawiać, rozmawiać, i jeszcze raz rozmawiać ;) 

Co do TR, naprawdę genialny. Wspaniale mi się to czytało. Pozdrawiam 

Bartek

chętnie bym z tobą polatał po przeczytaniu tego TR. Mamy podobne zainteresowania. jakby co zapraszam do przeczytania moich wypocin ;)
http://neurogroove.info/blog/306
pozdro

Kompletny, świetnie oddający ten połyskliwy czepek, który nakłada na mózg LSD raport.

Czytelniku, jeżeli jeszcze nie brałeś tego specyfiku, wiedz, że po jego wzięciu przypomnisz sobie ten tekst.

Powiem najokropniejszą rzecz, jaką można powiedzieć twórcy. Czytając to miałem wrażenie, że przeglądam zaginione fragmenty "Opium" Jeana Cocteau. Ten sam kipiący potok myśli i skakanie po zagadnieniach, zawężające krąg czytelników do tych obdarzonych wyjątkową erudycją (pamiętaj - pisarze erudyci zwykle przymierają głodem!)

A co do całej reszty (i tu chyba nie zaskoczę nikogo z forum), to mam wrażenie, że to znów nie był kwas, stawiam na DOC.

"Opium" bardzo sobie cenię, choć artystycznie nigdy nie szedłem w tym kierunku. Może to podobieństwo jest wynikiem specyfiki doświadczenia narkotycznego i wynikającej z niego nadproduktywności? Tekst był pisany z gorącą głową, zaraz po opisywanych wydarzeniach i wrzuciłem go tutaj właśnie dlatego, że n i e j e s t opowiadaniem, a tripreportem ze wszystkimi ograniczeniami tej formy, w związku z czym pozwoliłem sobie na fabularną niekonsekwencję.

Kwasy były kupione w Amsterdamie, a chronologia prowadzonych przeze mnie zapisków pokrywa się z podręcznikowym działaniem LSD.

Naprawdę genialny tr. Jak już napiszesz jakąś książkę, daj znać - z pewnoscią kupię ;)

Tekst wywarł na mnie duże wrażenie. Pisz, pisz - powinieneś. Jak już coś wydasz, chciałabym wiedzieć, że to Twoje, bo przeczytałabym na pewno.
Jedynym zastrzeżeniem, jakie mogę mieć, jest literówka - Albert nazywał się Hofmann.

Takich trip raportów nam potrzeba! Trydzyk jak zwykle szuka dziury w całym i DOCów z Amsterdamu ;p

Wiatr do tańca mnie porywa, las mnie wzywa, las mnie wzywa...

Jeśli kolega pilgrim był w stanie tak panować nad tripem LSD, to powinien poświęcić swój mózg dla nauki i dać pociąć go plasterki w celu dalszych badań. Ja pamiętam kwas jako nawał wrażeń i idei napływających do świadomości z szybkością 100 memów na sekundę. Trudno w czymś takim złapać wątek, a najmądrzejsze zdanie, jakie mógłbym sklecić w peaku brzmiałoby "uuffmmzzazzazuuuffffrrrrrr".

wiesz, dawka dawce nierówna, człowiek człowiekowi też.
nie możes wciąż mówić, że czyjeś kwasy to nie kwasy, tylko dlatego że inaczej zapamiętałeś swoje.

ja opisanego wyżej doświadczenia nigdy nie nazwałbym docowym. imo jest typowo kwaśne.

To, co piszesz, jest bardzo prawdopodobne. Nie znam się zbytnio na różnicach między substancjami psychodelicznymi, ale nawet na dwukrotnie większej dawce niż ta opisana tutaj, mimo zamotania psychicznego, byłem w stanie nagrywać narrację wydarzeń na dyktafonie. Więc z jednej strony LSD jeszcze przede mną, z drugiej, jeżeli DOC działa tak wspaniale - kupuję hurtem.

Świetny TR. Bardzo dobrze się czyta. Widać, że kwasy są dla ciebie. Myślę, że kwaszenie z tobą musi być świetną sprawą. Pisz, pisz, wychodzi ci. Poza tym narobiłeś mi smaka na psychodeliki. :D

"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu..." A. Mickiewicz

Niby brak podobieństwa a jednak - dało się zobaczyć te wrzosy, basen, Twego kumpla leżącego na łóżku, nogi podniesione podczas jazdy na rowerze.
Wciągające było czytanie Twego artykułu.

fajnie piszesz...cenna zdolność...pozdrawiam Ananda yeshe.bloog.pl

Ananda 

Przemyślenia wywołały dreszcze, płacz i radośc, to co się działo na rowerze czy w tańcu ze zmarłymi podziałało jak balsam... Piszesz dając energię, czuję entuzjazm dziecka, to jest energia atomowa właśnie, no i nie słuchałem wcześniej La Mer - nawet nie wiedziałem, że tak przypasuje - czytając Twojego tr z tą muzyką, czułem się jakbym oglądał film o życiu któregoś z salonu odrzuconych - pięknie Pan to namalował, profesorze. Dziękuję

Szmit

Nie jesteś ślepy

mistrzostwo! Czyta się bardzo przyjemnie, ten raport jest tak przecudowny, pełen wrażeń, opisuje wszystko to co przeżywasz na lsd tak dogłębnie.. Jestem zachwycona.

Ja pierdole.. Coś pięknego.. Siedze sobie właśnie zjarany - człowiek bez takich doświadczeń.. Trochę jak istota wykreowana przez słowa Twojej koleżanki. Zbyt wystraszony możliwymi konsekwencjami próbowania narkotyków.. Próbowałem jedynie marihuany a i tej spróbowałem bo trafiła się okazja a nie dlatego że sam do tego dążyłem i SZUKAŁEM odpowiedzi na pytania.. Uzyskałem te odpowiedź od kogoś.. Tytuł.. Cóż.. uznałem że jest najtrafniejszy bo wyraża tak wiele i tak niewiele jednocześnie.. Nagrywam sobie teraz taki notatnik w formacie audio - przebieg swojej dzisiejszej podróży - nie dlatego żeby to gdzieś publikować czy wrzucać ale właśnie po to by stworzyć taką pamiątke o której wspomniałeś w ostatnim akapicie.. Pałęta mi się teraz po głowie myśl czy kiedykolwiek dane mi będzie spotkać takiego człowieka. Istotę która myśli tak podobnie i sprawiła że po raz pierwszy gdziekolwiek się w ogóle zarejestrowałem żeby coś komuś napisać.. I jebie mnie to czy ma to sens czy też nie, i tak to dodam ( zaczynam się tylko zastanawiać co sobie musi ktoś pomyśleć czytając te wypociny.. Czy spora ilość przekleństw sprawi że odbiorą mnie jak idiotę i ignoranta których sam się tak wystrzegam? Czy nie tworzę teraz błędnego koła.. Pisarzem nie zostanę - i nie chcę.. To nie dla mnie. Wystarczy mi czytanie takich rzeczy, czuje jak wspaniały wpływ ma to na moją duszę.. Nie znam kilku słów których użyłeś podczas swojego opisu i chyba to poniekąd sprawiło że doszedłem do konkluzji że powyższy tekst jest kwintesencją tego co kołacze się bardzo często w mojej głowie ale nie może znaleźć drogi ujścia na zewnątrz, własnie przez brak odpowiednich słów.. UBRAŁEŚ MYŚLI W SŁOWA. I dokonałeś tego w przepięknym stylu. Zagrałeś bez fałszu sprawiając że ta muzyka gra we mnie równie głośno i wyraźnie co u Ciebie. To rzadki dar.. Zastanawiam się czy to czasem nie to uczucie które ludzie nazywają poruszeniem duszy.. Chyba powinienem czytać więcej książek.. Czuje się przez to lepszym człowiekiem.. Jest wspaniale :) Trzymaj się przyjacielu.

A.

bardzo dojrzałe przemyslania jak na pierwszy raz. zwykle ludzie znacznie dlużej uczą się doceniać dzkiałanie kwasu i wyciągać odpowiednie wnioski z jego lekcji : )

pierwszy raz widzę, aby ktoś podszedł do sprawy w taki sposób jak ty. miałeś bardzo dobrego trip'a, szkoda, że mój pierwszy raz był bad trip'em, ale mam nadzieje, że opiszę go niedługo na tym portalu. pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.

 

Najprzyjemniejszy tekst jaki tutaj czytałem.
Właśnie tacy ludzie powinni oddawać się przyjemności spływania do innych światów, przynoszenia z nich tego, co najlepsze.

Niewielu potrafi pisać tak pięknie i ubrać raport w te wszystkie aluzje osobiste i kulturalne. Brawo!

 

PS. Szkoda, że najwyraźniej opuściłeś forum. Bardzo chciałbym przeczytać więcej Twoich tekstów.

Troche nie na temat ale moje pierwsze spotkanie z LSD to była kompletna porażka zażyłem aż 3 kartony (jeden a po godzinie następne dwa) a jedyne co odczułem to euforia,leciutko falujący obraz, bardziej jaskrawe kolory i migoczące światełka przed oczami. Nic więcej a całość skończyła sie po niecałych 5 godzinach czy ktoś na tej planecie wykazuje aż taką tolerancje czy jestem jakiś niezwykły? Dodam że benzydamina i kodeina równierz nie robiły wcześniej na mnie większego wrażenia (po 20 tabletkach acodinu i 3 saszetkach tantum rosa odczuwałem jedynie lekkie zmiany w nastroju) a gdy mój znajomy następnego dnia przyjoł tylko jeden karton tego samego kwasa, spotkało go 12 godzin ostrej jazdy po której ma dosyć cpania na jakiś czas więc to nie kwestia jakości specyfiku. Pozdrawiam wszystkich braci narkomanów ;)

Kontrast

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media