Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

katharsis

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
7g~ miksu różnych cubensisów
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Chęć doświadczenia Cienia dostrzeżonego podczas poprzedniej podróży. Nie pierwszy raz taka dawka. Środek lasu, dom.
Wiek:
34 lat

raporty andrzej

katharsis

Jest 03.03.2019, 17:56. 

Powykręcanymi z bólu palcami, stawiając czerwone stemple o metalicznym zapachu zaczynam pisać sprawozdanie z podróży. Każde uderzenie w klawiaturę wysyła przez ciało falę ognia i lodu. Smak palonego mięsa i łez, ból w kościach, ogień w płucach.

Zacznę od tego czym kończę podróże, od dialogu z samym sobą.

- Jak myślisz czym to jest?

- Ciężko powiedzieć. Autonomicznym bytem, częścią jakiegoś większego, może całkowicie nieświadomym tworem.

- Wydaje mi się raczej, że to druga strona medalu, yin, brakujące ogniwo...

- Tak, tak, tak. Trafnie to ująłeś.

...

- Zabawne jest to jak ludzie odcinają się od Całości w imię okrojonej, niedorozwiniętej Miłości, jak wyklu-

- No nie wiem czy takie zabawne. Smutne raczej. 

- Wiesz... nie każdy, a właściwie bardzo niewielu jest w stanie otworzyć się na Całość. Wygodniej jest egzystować w bańce kolorowej, zabawnej ułudy.

- O tak... sam coś o tym wiesz prawda?

- Nie zaczynaj znowu.

...

- Jezus to był całkiem głupi. Na opak wszystko zrozumiał.

- Albo ktoś to przekręcił. Zobacz co z tego wyrosło.

- Racja.

 

Wstęp

Podróż zaczyna się lekko, szybkie wejście grzybów witam z uśmiechem na twarzy. Kolejna szansa na wyraźniejsze połączenie z Absolutem. Cieżkość ciała nie przeszkadza, w zadumie popijam sok z mango i pomarańczy. Fraktalizująca rzeczywistość przyspiesza, morfuje. Bliżej, dalej, jeszcze dalej. Salon przypomina teraz kształtem karetę. Wąski u podstawy rozszerza się kilkukrotnie u szczytu. Po ścianach spływają poprzednie podróże, mógłym nabrać jednej z nich w dłonie, wchłonąć i znowu doświadczyć dokładnie tego samego ale nie o to mi chodzi. Nigdy o to nie chodziło. Siedzę pośrodku, niczym centrum wszechświata, a czas i materia spływają i krążą wokół mnie na wyciagnięcie ręki. Szepczą żebym ich dotknął, pogłaskał, dał się wypełnić nieskończoną Miłością. 

Podczas jednej z poprzednich podróży zauważyłem Cień. Z braku właściwej terminologii tak właśnie owe zjawisko nazwałem. Całkowicie przeciwny wszystkiemu czego do tej pory doświadczyłem ogromny, nierozerwalnie połączony z tym co znane.

Choć pokusa jest ogromna opieram się. Wir wokół mnie przyspiesza i zaczyna piąć się w górę. Kostki i pośladki, stopy i uda, łydki i wyżej. Cały czas czuje ogrom Miłości, która wypełnia wszystko wokół mnie, nachalna i gwałtowna, gotowa wedrzeć się we mnie gdy tylko stracę uwagę, dam jej jakiś punkt zaczepienia. Wir pnie się wyżej i wyżej, sięga już szyi. 

Zaczynam czuć jak ciało przykryte już Miłością zaczyna się łuszczyć. Czuję jak Wir obiera mnie ze skóry choć jest to raczej mrowienie niż prawdziwy ból. I gdzieś tam, na granicy Miłości, gdzieś niedaleko dryfujących w materii części mojego ciała znów go dostrzegam. Cień. 

Rozwinięcie

Już mnie nie ma. Tylko wirująca Miłość i, co teraz wydaje mi się całkiem prawdopodobne, jej brat Cień. Degradacja ciała postępuje w tempie geometrycznym i w ten sam sposób rosną też fizyczne odczucia. Do mrowienia dołącza swędzenie, niewygoda, pieczenie i ból. Ból, który na początku jest tępy, gdzieś w tle lecz, który rozwija się w fantastyczne wzory. Próbuję otworzyć oczy ale okazuje się, że ich już nie mam. Z mojego ciała zostaje jedynie szkic wypełniony Cieniem.

Ból rośnie. Dołącza do niego głód, nienawiść, gorycz, agresja, antypatia, rozpacz, panika, żal, strach, obrzydzenie, tęsknota.

Czuję jak płuca napełniają lodowatą wodą. Czuję jak topi się moja skóra, kości trzaskają jak bierwiona, a oczy spływają po twarzy spod wypalonych powiek.

Uderzenie w mały palec u stopy. Ktoś szarpie mnie za włosy. Szorstki, mokry sznur ściska mą szyję, a ja łapię na język krople deszczu. Pękają łydki i uda. Zdrada. Ktoś wyrywa mi paznokcie. Rodzę się i rodzę jednocześnie. Nienawidzę. Coś ostrego tnie mnie w płetwę. Palec uderzony młotkiem. Pęknięte żebra przebijają płuco. Wyrostek. Gotujemy się. Matka zostawiła mnie samą w lesie. Głód szarpie wnętrzności. Głowa w imadle. 

O ja już nie chcę, proszę... szlocham... ja nie wiedziałem...

Gwałtowny zryw potęguje jeszcze poprzednie odczucia.

Moja klatka piersiowa eksploduje. Na moją twarz padają resztki z klatki piersowiej mojej siostry. Pogarda. Wysrywam ból i wnętrzności. Dłoń polewana jest czymś zimno-gorącym. Waterboarding. Wyłamywane palce. Dziecko rodzi się martwe. Jestem gwałcona. Dziecko rodzi się. Obieranie. Śmieją się ze mnie. Spadam ze schodów. Pęka obojczyk. Wymiotuję krwią. Zaszyte w jamie brzusznej i udach larwy wyjadają okolice. 

Gorące powietrze rozrywa nas. Topię się w alkoholu. Seppuku. Złamane serce. Pragnienie. Wyrwany ząb. Łamanie kołem. 

- Aaa.. - wyję, wyję, wyyyyję. Skrawkiem świadomości rejestruję album, który się włączył. Jak klimatycznie. Rose Red Flechette - Disenlightenment.

Eony bólu i cierpienia. Cały wszechświat, od początku do końca. Wieczność. Nicość. Peknięty kręgosłup. Zacięcie przy goleniu. Kac. Ktoś ściąga ze mnie skalp. Okradziony. Złamana pęcina. Krojenie. 

- Ja nie widziałem...

Nieopisywalne, niewyobrażalne cierpienie. Wszystko dzieje się na raz i ciągle, ciągle, ciągle... 

Całość jest jednak czysta. Wiem, że to dobre tak samo jak Miłość. Miłość i Cierpienie są nierozłączne. Yin i yang. Jedno wynika z drugiego. Całość. 

Krzesło elektryczne. Zawód. Rosnące kości. Ktoś skacze mi na głowę. Przyjaciel umiera. Zamarzam. 

Wir opada odsłaniając moje zniekształcone cierpieniem ciało. Łzy żłobią koryta w mojej pokrytej krwią twarzy. Odkrztuszam flegmę i spluwam na dywan. 

Przybity do krzyża. Odbierają mi dzieci. Dekapitacja.

Czuję jak w okolicy krocza rozlewa się przyjemne ciepło. Dotykam dłonią - tak, to sperma. Obrzydzenie miesza się z ciekawością. Z nosa leci mi krew, mam przegryzioną wargę. 

Z trudem podnoszę się na klęczki i ruszam w stronę kanapy.

Rozdziewiczenie. Cios w szczękę. 

- Daj mi już spokój...

Wszystko czego doświadczam, Cierpienie, gwałtownie zanika. Wraz z spadkiem poziomu świadomości spada też umiejętność ciała i umysłu do odbierania tego wszystkiego. 

Chwytam za dyktafon ale nie jestem wstanie nic powiedzieć. Gardło mam zapuchnięte, ledwo mogę przęłknąć sok. Wymiotuję kilka razy.

Ogarnia mnie ciepło i poczucie, że wszystko jest już dobrze co przypomina mi o cieple w okolicach krocza. Jednak sperma. Obmywam się.

La fin

Wszystko mnie boli. Samo istnienie sprawia ból, chociaż w porównaniu do tego czego doświaczyłem jest on niczym. Wbijam sobie końcówkę noża między palec wskazujący i środkowy. Jedynie delikatne pieczenie w miejsce bólu.

...

Teraz już wiem czym jest Całość. To wszystko, dobro i zło, ból i przyjemność to po prostu wszystko. 

Cierpimy, ponieważ bez tego nie mogłibyśmy doświadczyć przyjemności. Doświadczamy przyjemności, bo bez tego nie moglibyśmy cierpieć. Miłość i Cierpienie to dwie istoty, tworzące jedną, która tworzy wszystko. Większość ludzi wybiera jedno z nich czym zamyka się na resztę. Nie można być pełnym jeżeli nie doświadcza się Całości. Nieskończone cierpienie i nieskończona miłość - to są składniki Prawdy. Jeżeli ich nie doświadczasz, ciągle i ciągle to nie będziesz w stanie się wznieść. 

Buddyści próbujący osiągnąć stan nirwany są głupcami, tak samo jak fakirzy. To czego doświadczasz teraz definiuje to czego doświadczysz później. Nie da się przeżyć życia beztrosko i oczekiwać pośmiertnego spokoju. Yin i yang. Kiedy dokonujesz wyboru, między jednym, a drugim ograniczasz się. Wiem, że to czujesz, czujesz, że to prawda.

Ta wędrówka duszy, która powraca na ziemię. To nie po to, żeby rozwijać jakieś duchowe moce. To nie ma znaczenia. Chodzi o cierpienie. Istniejemy tutaj, żeby go doświadczać. Od narodzin do ostatniego tchu. Śmierć to początek twojej prywatnej nirwany. Ale nie trwa ona wiecznie, ponieważ jedno wynika z drugiego. Im bardziej cierpisz tym dłuższa będzie twoja nirwana. Im dłuższa tym bardziej będziesz cierpiał.

Jednak można, wierzę teraz w to, osiągnąć stan Całości kiedy Cierpienie i Miłość wypełnią cię całkowicie. Nie wiem jak to nazwać ale kiedyś się uda. "Całość" brzmi zbyt przyziemnie.

Owa prawda nadchodzi powoli, krystalizuje się. Wierzę, że istnieje więcej osób, które o tym wiedzą. 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Ciekawe i jak się domyślam traumatyzujące czy może "taumatyzujące". Ciekaw jestem jak się to rozwinie chociaż sam nie chciałbym tego przeżyć.

No może poza spustem z bólu xD

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media