Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

świat miliarda żywych barw

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
ok. 25 mg i.v.
Waga: 74kg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pokój na piętrze w moim domu. Noc. Rodzice śpią piętro niżej. Ekscytacja na myśl o tripie, połączona z lekką obawą przed pierwszym w życiu podaniu i.v.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
Opium w postaci PST (59 razy), kodeina (wiele razy), alkohol (wiele razy), dimenhydrynat (1 raz), DXM (kilkanaście razy), benzydamina (kilka razy), 4-ho-met (3 razy i.m.), 4-Aco-DMT (1 raz p.o.), 25c-nbome (2 razy), 25i-nbome (4 razy), marihuana (wiele razy), nikotyna (wiele razy), kofenina (wiele razy), amfetamina (1 raz)

świat miliarda żywych barw

T+0 (23:50)
Pomysł wzięcia 4-ho-meta właśnie teraz, wpadł mi do głowy spontanicznie, niecałe pół godziny temu. Siedziałem na gg i pisałem z dwoma kumplami. Miałem zdawać im relację z tripa, który za chwilę się zacznie. Wszystko już było gotowe. Strzykawka z 2 ml roztworu leżała na biurku. Trochę się bałem, bo miało to być moje pierwsze w życiu podanie i.v. Dominowała jednak ekscytacja na myśl o zbliżającej się podróży.

Włączyłem muzykę z komputera i zacząłem rytuał. Zawiązałem na przedramieniu kawałek reklamówki foliowej. Pojawiła się dosyć wyraźna żyła. Odkaziłem miejsce ukłucia spirytusem salicylowym, po czym w nią wszedłem. Trafiłem idealnie i bezboleśnie (jak się później okazało wyszedłem równie profesjonalnie). Rozerwałem zębami reklamówkę i upewniszwy się, że na pewno jestem w żyle, zacząłem delikatnie naciskać na tłoczek. Już w pierwszych sekundach zacząłem coś czuć. Cisnąłem dalej. Wyraźnie odczułem rosnące ciśnienie krwi i falę ciepła. Kolory zaczęły robić się bardziej jaskrawe, obraz zaczął się zniekształcać, pojawiły się fraktale. Z każdą sekundą wizuale nabierały ogromnej siły. W tym momencie już daleko przekroczyłem to, co osiągnąłem kiedykolwiek po psychodelikach, a to była dopiero połowa strzykawki. Musiałem przyspieszyć, wiedziałem że jeśli szybko nie wstrzyknę reszty, to za moment będę już tak daleko stąd, że nie dam rady tego zrobić. Doszedłem już do ok. 5/6, węże różnorodnych kolorów rozprysły się dookoła, miliony fantastycznych wizuali ogarnęły całe moje pole widzenia. W tym momencie serce biło już naprawdę mocno, miałem wrażenie, że ogromny skok ciśnienia zaraz je rozsadzi. Nie czułem już ciepła, a rozpływające się po organizmie gorąco. "Dyscyć!" - pomyślałem. Wyjąłem ciągnącą się kilometrami igłę, wokół której poruszały się teraz niesamowite, różnobarwne twory. Zdołałem jedynie napisać "Jezu" do kumpla. Ostatkiem sił wyłączyłem kompa (nie byłbym w stanie ogarnąć wtedy włączonego, robienie na nim czegokolwiek byłoby niemożliwe, do tego muzyka z głośników to już za dużo bodźców na raz), zebrałem sprzęt do iniekcji z biurka, zatopiłem się w morze wizuali (czyt. podłogę) i rzuciłem go pod szafę, wyłączyłem także telefon, po czym ledwo doczołgawszy się do kontaktu, zgasiłem światło, następnie jakoś dobrnąłem do łóżka, gdzie rzuciłem się pod kołdrę i już całkowicie odpłynąłem w inny świat.

To co poczułem na początku, to strach. Nie byłem gotowy na coś aż tak gwałtownego i potężnego. Nie miałem w ogóle czasu na oswojenie się z psychodelą. "Tylko spokojnie, nie bój się, musisz zaakceptować stan, w którym jesteś. Jeśli teraz złapię bad tripa to psychicznie nie dam rady wytrzymać do końca.". Rodzice spali piętro niżej. Co jak znajdą mnie w takim stanie? "Nie przyjdą tu. Światło jest zgaszone, nigdy nie przychodzą tutaj po nocy, więc i teraz tak nie będzie. Przecież leżę spokojnie i nie hałasuję. Spokojnie. Tylko spokojnie. Nigdzie się stąd nie ruszaj, a będzie dobrze" Serce biło jak oszalałe, dużo mocniej niż kiedykolwiek po podobnych psychodelikach, choć byłem na to gotowy, lekko mnie to zaniepokoiło. "Nic Ci nie grozi, wyolbrzymiasz wszystko, nie umrzesz od tego, nie ma znanych przypadków śmierci po tryptaminach". Udało się, dzięki powtarzaniu tych prostych zdań, szybko się uspokoiłem (przynajmniej po części) i zacząłem sobie wmawiać, że obecny stan świadomości jest szalenie piękny i pozytywny. Po chwili uwierzyłem w to, rzeczywiście zacząłem go postrzegać właśnie w ten sposób. W dużej części każdy jest kowalem swojego tripa, w tej chwili autosugestia była potęgą. Strach ustąpił miejsca euforii. Opanowałem to. Teraz byłem już panem tej podróży.

Czy lepiej będzie z zamkniętymi, czy otwartymi oczami? Postanowiłem sprawdzić. Było ciemno i właściwie nie było diametralnej różnicy, ale z zamkniętymi mogłem jednak trochę bardziej odciąć się od świata (choć i tak już byłem odcięty) i zagłębić w moich wizjach. A to co widziałem, daleko przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Myślałem, że nic nie jest w stanie przebić w 100% realnych halucynacji po deliriantach, jednak to było równie niezwykłe. Czy lepsze? Tego nie powiem, te doświadczenia zbyt bardzo się różniły od siebie, by móc je porównywać.

Świat, w którym byłem, w ogóle nie przypominał realnego świata, a jeśli już, to w niewielkim stopniu. Ten świat kreowały przede wszystkim barwy, to one pełniły tutaj dominującą rolę. Układały się w niesamowite twory, które tworzyły doskonałe obrazy, złożone z milionów detali. Każda ich część składowa żyła własnym życiem. Każdy obraz był jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny. Do tego wciąż się one zmieniały. Były w ciągłym ruchu, nie zatrzymywały się ani na chwilę, W ciągu kilku sekund jeden niezwykły i absolutnie genialny obraz, zmieniał się w zupełnie inny, nie podoby do pierwszego, a równie wspaniały. Kolory były jaskrawe i niezwykle piękne. To co widziałem, było tak dziwne i niesamowicie złożone, że nie byłem w stanie nawet dokładnie zapamiętać czegokolwiek, a tym bardziej tego opisać. W przypadku takich wizji, żadne słowa znane człowiekowi, ani obrazy malowane przez genialnych artystów nie są w stanie nawet w ułamku tego oddać i wcale nie przesadzam. To były najsilniejsze i najbardziej niezwykłe wizuale, jakie miałem kiedykolwiek, oglądanie ich wprawiało w stan euforii, mógłbym na nie patrzeć godzinami, prawdziwa rozkosz dla oczu.

Jednak efekty wzrokowe to nie było wszystko, oprócz nich, towarzyszył mi nieprzeciętny i zadziwiający sposób myślenia. Mój mózg analizował i poddawał w wątpliwości rzeczy, których nigdy wcześniej by nie zakwestionował. Przed moimi oczywistymi postawami, nad którymi nawet się nie zastanawiałem, stawiał on teraz pytania: Dlaczego właśnie tak? "Dlaczego właściwie staram się być dobrym człowiekiem? Czemu akurat taką postawę obrałem?" Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale zobaczyłem wewnątrz mózgu coś, co odpowiadało właśnie za nią, miało kształt dużej, czerwonej, nieregularnej eliptycznej bryły, za to "rzecz", która odpowiadała za zło, które również miałem w sobie, przyjęła kształt czegoś podobnego do szarego, postrzępionego ogryzka. Czerwona bryła była przyjemniejsza i wydała mi się dużo bardziej bliska, wolałem zdecydowanie właśnie ją.  Zadawałem sobie wiele podobnych pytań. To była prawdziwa psychodela. Działanie środka psychoaktywnego, które kochałem. Niekiedy przychodziły chwilowe momenty niepokoju, lecz powtarzałem wtedy sobie krótkie trzy słowa: "Nie bój się!", co całkowicie je niwelowało, nie pozwalałem im urosnąć i doprowadzić do bad tripa, niszczyłem je w zarodku. W świecie, w którym się znalazłem panowała absolutna wolność, nie istniały żadne ograniczenia. Tam było po prostu wszystko, każda rzecz, która nawet nie śniła się człowiekowi, mogła tam wystąpić. Zawór, filtrujący postrzegane przez nas bodźce z zewnątrz, o którym pisał Aldous Huxley został odkręcony. Bariery nałożone na mózg zniknęły. "Każda rzecz jawiła się taka, jaka jest: nieskończona". Po raz pierwszy w życiu, poczułem coś na wzrór oświecenia, to uczucie było tak genialne, że nie da się go z niczym innym porównać.

Poza tym odczuwanie temperatur było dużo bardziej intensywne. Zimno było 10 razy bardziej nieprzyjemne niż zwykle, za to fala ciepła, która mnie ogarniała, gdy mocniej przykrywałem się kołdrą, była wyjątkowo miła.  Oprócz tego, doświadczałem pewnych wrażeń słuchowych, choć nie były one specjalnie ciekawe, ani zbyt intensywne.

T+1h
 
Po pewnym czasie niezwykłych przemyśleń i wizualizacji, poczułem, że wszystko słabnie. Zacząłem rozważać wyjście z łóżka, lecz wiedziałem, że nie jestem jeszcze na to gotowy. Jednak za jakieś 10 minut już byłem. Na początku delikatnie z niego zszedłem i usiadłem na podłodze. Za chwilę wstałem, dałem radę już bez problemu ustać, moc wizualizacji, które straciły na mocy, nie zwalała mnie już z nóg. Euforia także już minęła, choć świetny nastrój pozostał. Peak był krótki, za to bardzo intensywny, co w pełni rekompensowało czas jego trwania. Nie znaczy to oczywiście, że trip już się skończył. Obraz dalej falował i się wykrzywiał, kolory były intensywne, a myślenie inne. Poszedłem do ubikacji, a gdy wróciłem włączyłem telefon i kompa. "Co się dzieje towarzyszu Sz. Czy komandor już wystartował?". Zaśmiałem się po przeczytaniu smsa od kumpla. Na komputerze oglądałem różne "tripowe" filmiki (np. "fraktal zoom", w czasie którego obraz przed oczami zaczął mi się wykrzywiać 5 razy bardziej) podsyłane głównie przez Aigora. Do tego słuchałem muzyki, którą odbierałem znacznie lepiej i głębiej niż zwykle. Starałem się też opisać kolegom na gg moje przeżycia.

Stałem się dużo bardziej wrażliwy na wszelkie przejawy sztuki. Nigdy specjalnie nie interesowałem się malarstwem, jednak teraz przeglądałem z zaciekawieniem różne obrazy. Moją szczególną uwagę przyciągnęło pewne bardzo dziwne drzewo, którego zakręcone w ślimaki kolorowe gałęzie ruszały mi się przed oczami.(http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5d/Klimt_Tree_of_Life_19...).

Przy normalnym stanie umysłu, na pewno przeszedłbym obok tego obrazu obojętnie, jednak teraz przyglądałem się mu z fascynacją. On nie pochodził z tego świata, nie pasował do niego. Przeróżne dziwne kolory i kształty, sprawiały że wyglądał, jakby był wyrwany z krainy moich wizji, które oglądałem nie tak dawno, a raczej był nieudolną próbą pokazania ludziom tamtej krainy (nieudolną, bo mimo że w naszym świecie obraz był niezwykły i wspaniały, to świat żyjących, nieskończonych, będących w ciągłym ruchu barw, ukazywał dosyć ubogo w stosunku do tego, jak wyglądał on naprawdę. Ale tamtego świata, po prostu nie dało się ukazać dostępnymi artystom metodami, był on zbyt doskonały, by było to możliwe. Oglądane przeze mnie malowidło mógło być jedną, zatrzymaną, niepowtarzalną sekundą z tamtej krainy, której zaledwie marne odwzorowanie malarz starał się przenieść na płótno).

Przyjrzałem się obrazowi nieco bliżej i zacząłem go analizować. W sukni kobiety po lewej stronie dostrzegłem wymieszanych ludzi, różnych narodowości, kultur i religii. Ci sami ludzie i nie tylko ludzie, ale każda ożywiona cząstka wszechświata, znajdowali się pod drzewem. Wszyscy pogodni, radośni, życzliwi dla siebie, jakby w ogóle nie znali zła, jakby odrzucili je całkowicie. Łączyła ich jedna wspólna cecha: Życie. Najpiękniejszy dar, jaki każde z nich mogło otrzymać. Postacie po prawej, były po prostu dwiema losowymi osobami, wybranymi spośród milionów, stojących pod drzewem, ukazanymi w powiększeniu. Pozakręcane gałęziem, symbolizowały ludzkie umysły, skomplikowane i różnorodne myśli, uczucia i pragnienia. Malowidło było cudowne i niesamowicie pozytywne. "Tree of life" - ten świetny tytuł był dopełnieniem doskonałości tego wspaniałego dzieła. Jego oglądanie sprawiło, że serce zaczęło mi szybciej być, pojawiła się euforia i dogłębnego poruszenia. Naszła mnie refleksja: Świat byłby wspaniałym miejscem, gdyby tylko ludzie porafili być tacy jak Ci na obrazie: dobrzy i życzliwi dla siebie, nie znający zła, żyjący w pokoju i kochający i szanujący życie.

Przez resztę tripa nie działo sie już nic zbyt ciekawego. Prowadziłem rozmowy na gg, słuchałem muzyki i przeglądałem różne rzeczy w internecie. Oczywiście dalej czułem działanie psychodelika, ale było ono już niczym w porównaniu do peaku. Ostatnie wyraźne efekty minęły po ok. 5 godzinach od momentu wzięcia. Nazajutrz czułem się trochę "inny" przez przeżycia, których doświadczyłem. Poza tym przez kilka kolejnych dni, miałem delikatne kłucia w okolicach serca (szczególnie w czasie wysiłku fizycznego). Było to najprawdopodobniej skutkim ogromnego skoku ciśnienia, dlatego radzę uważać z przyjmowaniem tryptamin i.v. A tak ogólnie rzecz biorąc, był to jeden z najgenialniejszych tripów w moim życiu, dzięki któremu po raz kolejny, mogłem odkryć na nowo wspaniałość psychodelików.

Ocena: 

Odpowiedzi

Raport pojawił się nawet na wallu fb Hyperreala. Mam 20 lat i większość życia przed sobą w którym nigdy nie odważę się na taką drogą podania.

Jak to mowia ´Bog lubi nas karac za to, czego nie umiemy sobie wyobrazic´´. Nigdy, rajusiu. :) Masz racje, lepiej domiesniowo. Sama jednak nie lubie tryptamin iniekcyjnie, bo lubie to subtelne rozkrecanie sie. Moze poza DMT wybieram przyjecie oralne. Nic przyjemnego jak cala strona wizualna tripa rozwija sie w 2 min. Klimt calkiem w porzadku. :)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media