Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

samotna księżna dopamina w śnieżnej karocy zwanej ścierwem.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
0,5-1,0g / jedno podejście w tyg.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Beztroska, intymna atmosfera, noce na powietrzu. Samotne nocki w ciepłym, przytulnym mieszkaniu. Nastawienie od umiarkowanie pozytywnego do bardzo pozytywnego.
Wiek:
28 lat
Doświadczenie:
Alkohol, kofeina, DXM, marihuana, haszysz, tytoń, MDMA, MDA, 2CB, salvia divinorum, DMT, DOC, LSD, 25C-NBOMe, 25I-NBOMe, pseudoefedryna, amfetamina, metamfetamina, ketamina, mefedron, pentedron, mcpp, muchomor czerwony, absynt, skullcap, kanna, kodeina, tramadol, morfina, difenhydramina, dimenhydrynat, metylofenidat, poppers, benzodiazepiny (klorazepat, klonazepam, lorazepam, alprazolam, diazepam, midazolam), "Z" drugs (zolpidem, zopiklon), MAOi (moklobemid), SSRI's (fluoksetyna, citalopram, sertralina, DARI (bupropion), SNRI (wenlafaksyna), SARI (escitalopram), NaSSA (mianseryna), neuroleptyki (olanzapina, arypiprazol, amisulpryd, lewomepromazyna, flupentiksol, zuklopentiksol, sertindol, kwetiapina, risperidon), stabilizatory (lamotrygina, kwas walproinowy).

samotna księżna dopamina w śnieżnej karocy zwanej ścierwem.

Jedną z moich oficjalnych diagnoz jest schizofrenia paranoidalna z objawami afektywnymi, nieco przybliżając - objawy psychozy, czyli paranoi mieszają się z symptomami choroby afektywnej dwubiegunowej (depresja popsychotyczna, mania, subtelna mania czyli tzw. hipomania). Drzwi do prawdziwego epizodu manii psychotycznej otworzyły mi amfetamina i metamfetamina w 2014 roku. Epizod przepięknego "zawieszenia" LSD ze stymulantami trwał blisko pół roku, po których mój mózg wyglądał jak spalony, blady step, a żniwo zebrała depresja. Spędziłam bity rok w szpitalu.

 

Ponadto, choruję również na zespół uzależnień, który zależnie od lekarza/ośrodka jest różnie definiowany, m.in. uzależnienie od THC, halucynogenów (nie zgadzam się), stymulantów (nie zgadzam się) czy też po prostu uzależnienie mieszane.

 

Zawarte w powyższych akapitach informacje wcale nie blokują mi szansy do dalszego "(niedo-)rozwoju" na polu substancji psychoaktywnych, od ponad pół roku borykam się z postępującym (?) (edit: wcale nie postępuje, hehe) uzależnieniem od amfetaminy. Nie jest to może rekordowe spożycie, ba, dla wielu takie dawkowanie, częstotliwość oraz zapalona lampka ostrzegawcza wydadzą się po prostu bardzo naciągane i żałosne, jednakże staram się opisać subtelne przejście z fazy towarzyskiej na alarmujące, samotne pociskanie z furmanką.

 

8 lat palenia ganji (gdyby to zestawić dzień po dniu wyszłoby łącznie może z 5?) było za mną. W roku, w którym dzieją się niżej wymienione wydarzenia również spróbowałam. Pozytywnie, bez schiz, całkiem na poziomie, jednakże w konfrontacji ze sniffem marihuana jakoś pobladła, była nieciekawa i jak zwykle: tłumiąca, rozkojarzająca, upośledzająca pamięć. Nie tego tym razem szukałam, nie tego potrzebowałam.

 

Wczesnym latem kolega, wedle mojego pobożnego życzenia (zareagowałam na widok ułożonych kresek i opinie) zarzucił mi sniff wg jego opinii kapitalnej amfetaminy, miało być 25mg, swoją drogą zastanawiał się czy jest to ćwierć gieta, a notabene diler, ale pal licho - dookreśliłam, że raczej 1/40, nie chciałam ryzykować już i tak nadwątlonym zdrowiem psychicznym, a po takiej dawce nie mogło nic mi się stać, w końcu to dawka niczym w leku Adderall, lecznicza! Posypał trochę więcej, miał miarkę w oku i zdawał sobie sprawę, że 25mg nie ruszy nawet płodu z ukształtowanym systemem nerwowym.

Włożyłam rulonik do nosa, schyliłam się do kreski pod kątem 45 stopni, zaciągnęłam proch...

- Sshhhh! Www... Wooob... Rzyyyyyt! Flussssh!

Jest prąd, włączyli dodatkowe światła! Zwoje się mienią!

Jak na tak śladową dozę poczułam się wybitnie, tak wybitnie, że zapragnęłam dalszego dróg kreślenia. Percepcja muzyki stała się bardziej klarowna, głębsza, przybasowiona, pojawiły się osławione, zimne ciarki przepływające przez czaszkę, nawet zaczęło mnie bawić to całe towarzystwo błaznów, życiowych nieudaczników z tikami postamfetaminowymi, salutujących w służbie patologii. Jeszcze tej samej nocy popłynęłam z nimi w rejs z grubej rury zrobionej z banknotu o średnim nominale. Fuku, fuk, bawmy się bo nie istnieje Bóg!

 

 

Lato pamiętam jako weekendowe, bezsenne szwędanie się po miasteczku od późnych wieczorów do wczesnych ranków bez jasno założonego celu. Przyjaciel (przy następnym napomknięciu nazwę go "P.") załatwiał towar, na chwilę wpadaliśmy na chatę by zaciągnąć kreski wielkości 0,25g, x2 tudzież x4, po czym, z powiewem lekkiego, letniego wiatru wypadaliśmy z mieszkania nafukani jak wieprze, kojoty, czy inne zwierzopodobne bestie. Wejście amfetaminy trwa 1-30 min, rush wzrasta płynnie, pół gieta daje lajtową fazę, a giet średnią (z wyraźnym dla obserwatora szczękościskiem, wywijaniem gębą, zgrzytaniem, oblizywaniem ust, pociąganiem nosem), przypominam, że średnia czystość sortu w PL to na chwilę obecną 15%. Dla mnie nawet ten giet (4 ścieżki przerobione w 2h) to nigdy nie było zbyt wiele. Brak niechcianej rozerotyzowanej śmiałości, brak skłonności do jakichś wybitnych głupot, wszystko na miejscu: energia szeregowca przebijającego się przez wielokilometrowe zasieki, subtelnie podeuforyzowane a zarazem troszku rozbuchane emocje, krystaliczna, przecinająca struga rozumu, racjonalnego myślenia, koncentracji, wyobraźni i polotu. Pełen ogar. Ruch sprawiał niesamowitą przyjemność, delikatne powiewy wiatru wzmagały ciarki na całym ciele, koszule kleiły się od potu pachnącego końskimi ekskrementami, och jak gorąco, a zarazem ożywczo! Czułam się nieustraszona, wszechmocna, rozenergetyzowana i kurewsko pewna siebie (wpływ na samoocenę; amfetamina jako narzędzie leczenia kompleksów dresiarzy), jak na jedne z pierwszych, porządnych faz po frycie przystało. Słowa wypływały potokami, co jakiś czas zbierało się na intymne zwierzenia, a każde porozumienie było kwitowane falą ciarek przechodzącą od czubka do tyłu głowy... taaaaak! Oto księżna dopamina w śnieżnej karocy zwanej ścierwem.

 

"2g na stoliku, gnieciemy granulat kartą, drugą ściągamy pył z poprzedniej, krawędzią szybciutko, lekkim ruchem rozdrabniamy, rozprowadzamy, formujemy szczura i voila! Zwinięty banknot na szerokość dziurki w nosie, delikatne, ale stanowcze pociągnięcia prosto w śluzówkę, na jedną i na drugą nóżkę" - głosi reklama proszku do udrażniania nosa. Jego zapach, ten który czuję wychodząc na powietrze, w smaku papierosa etc. etc., snuje się za mną czasem, a nawet czasem częściej.

 

Pierwsze odczucia zaraz po spożyciu to twórczy niepokój, zwiększenie nasycenia kolorów, wzrost detaliczności zmysłów, ciarki na czubku głowy, polepszenie nastroju, wzmożone zainteresowanie rzeczywistością, wrażenie istnienia większej liczby możliwych ścieżek działania, aktywności. Po kilku minutach następuje spływ do gardła, jest zresztą bardzo przyjemny w smaku, lekko goryczkowaty, nieciężki, dlatego nie lubię go niczym przegryzać. Wkręcam się, zaczynam czerpać esencję z każdego pojedynczego bodźca, widzę i słyszę wyraźnie, po pół godziny dorzutka i tak wkoło aż szczur padnie.

 

P. rysuje, detal za detalem, to twarz dziewczyny, to jakiegoś truposza, to szpaler kamienic, ja słucham ambitnego techno w pełnym skupieniu co jakiś czas wtrącając zdanie, dwa. Nic mi się właściwie nie chce, teraz tkwię w fotelu jak nieruchomy kamień, a zwykle mam tendencje do niepokoju ruchowego. Wsłuchuję się w perliste dźwięki beatmaszyn, cyknięcia hatów, głębokie kicki, ostre werble i przenikliwe akordy. W tym czasie tytoń palę rzadko, wybitnie rzadko jak na siebie, tzn. na wejściu, potem już mijają godziny bez dymka, niewarto wywoływać dystrakcji, nie potrzeba odskoczni w postaci peta. Czasem czuję momenty schodzenia fazy, po czym lot wzbija się z powrotem na oczekiwaną wysokość. Prospołeczność nie jest już taka jak kiedyś: większa nerwowość, pewien dyskomfort, drażliwość. Duża potrzeba wciąż i wciąż zatracanej higieny. Wielokrotne podmywki, mycie zębów ze względu na szybko pojawiający się, nieprzyjemny zapach z jamy ustnej, długie seanse rzadkiego sikania, szczyny o feralnym, chemicznym zapachu. Oczy. Rano jeszcze bardziej rozwalone (prawdopodobnie wpływ wyrzutu serotoniny [wielkość źrenicy], noradrenaliny [rozdziawienie powiek]), powieki rozszerzone, źrenice dosyć duże, alergia skórna na policzku, przekrwione gałki oczne. Rano odzywa się skopana nocką wątroba. Na żołądek dobra jest gorąca herbata z mięty spearmint, daje wielką ulgę i przywraca siły. Potem, wraz z kolejnymi, coraz częstszymi użyciami - w kwestiach fizjologicznych będzie już tylko lepiej (przyzwyczajenie organizmu).

 

Kończymy seans o 6 rano, łykamy po 200mg (1 tabletka) amisulprydu (lek Solian), neuroleptyku, agonisty receptora presynaptycznego dopaminy, powodującego dodatkowe podniesienie dopaminy, przedłużającego fazę i zmniejszającego zejście. Czas działania szczytu amph trwa 3-4h, łącznie z zejściówką 8-12h (ja zaliczam bardzo udaną i przyjemną, choć z drobnymi zgrzytami), a z amisulprydem do 16-20h. Trudno podać ostre granice. Wyruszamy na spacer w urokliwe miejsce, by podziwiać wschód Słońca. Jest całkiem romantycznie. Po powrocie do domu na pół zmęczona, na pół nastymulowana kładę się do łóżka, kręcę się jak śruba bez gwintu, ciągle zerkając na tel, wydzwaniając do śpiących ludzi lub wstając by zerknąć na to i owo na komputerze lub zmienić muzykę. Nie jestem w stanie wyleżeć by jakkolwiek odpocząć, zrywam się jak maniak.

 

 

 

Samotne walenie, samotne wieloryby. Tzw. faza alarmująca, oby ani kroku dalej!

 

Samotne ładowanie speeda wiąże się z większą twórczą swobodą, nikt i nic nie wpływa na kierunek Twoich działań i zamierzeń. To wygodne, sniffujemy w najlepszym towarzystwie nie musząc słuchać zrytych dragami idiotów. Solo ładuję mniejsze kreseczki, cieńsze, długości karty kredytowej, powolutku, często poprzestając na 0,5g raz na tyg, do 1g. Wygląda na to, że futrzenie nawet raz na tydzień wiąże się ze wzrostem tolerancji. Walę powolutku, bo biorę moklobemid, który z amph stanowi niebezpieczny miks, tzn. może wysadzić serce, a że faktycznie pobolewa podczas fazy to staram się drugą dzienną dawkę moklo wrzucać stosunkowo wcześnie, bądź wesprzeć się beta-blokerem, oczywiście jeżeli tego dnia jest pościg Need For Speed. Bezproblemowo można wtedy ładować węgorze. Luta wchodzi na różne sposoby, ten sam sort, a działanie bardzo różne, silnie uzależnione od stanu psychofizycznego, okazuje się, że to wybredna, tfu, substancja. Spokojnie kreślę kolejne węże, w międzyczasie sprzątając całą chałupę. Wszystko czego się nie dotknę robię jak maszyna, z maksymalną precyzją, detal po detalu, z ogromnym skupieniem, które nawet nie pozwala mi iść się odlać, koncentracja jest maksymalna, to coś właściwie jak zadurzenie w czynności, totalne pochłonięcie przez działanie w absolutnym zaciekawieniu. ULTRA-FOCUS to najbardziej charakterystyczna i lubiana przeze mnie cecha śniegu. Twórczość i kreacja, aktywność poznawcza oraz pewne drobne zajęcia fizyczne są prowodyrem moich kolejnych spotkań z brudną (cały czas mam jedynie nadzieję, że umoczoną wyłącznie w kofeinie i laktozie) dziwką. Do tej pory sprzyja to rozwojowi. Kiedy szala przeważy na rzecz uwstecznienia?

 

W kwestii następstw zaburzeń psychicznych: mój przypadek okupiony jest występowaniem hipomanii na drugi dzień zaraz po zejściu substancji (nadmierna gadatliwość, wesołkowatość, pobudzenie). Podwyższone ryzyko psychozy związane z podniesieniem poziomu dopaminy i brakiem snu.

 

 

Czy to jest warte posiadania podziurawionego mózgu, wyciśniętej gąbki, niczym chory na Alzheimera i to za kilka lat? Balansowania na linii kompletnego zrycia beretu? Popadania w czarną otchłań, z której wyłaniają się zapryszczone, pozapadane gęby wychudzonych zombie? Zaniku odporności? Należy pamiętać: to tylko przytępione narzędzie do spełniania małych marzeń ponad zwykłe siły, narzędzie, które może te marzenia szybko zaprzepaścić.

 

 https://www.youtube.com/watch?v=_Pc9xFlZf_I

 

I tak tydzień po tygodniu życie toczy się nowelą, amfetamina wyjeżdża nocą w swojej karocy, a organiczne uszkodzenia istoty szarej postępują. Jej błysk powoli zanika, ale mam nadzieję, że jeszcze nieraz ukaże swój pazur, rozsadzi czaszkę i powybija zęby (niekoniecznie chodzi mi o wjebanie się głębiej w nałóg, rzadsze spożycie przedłuża życie i wzmacnia przeżycie). Jestem Philipem K. Dickiem tej generacji, jednakowoż bawię się nie w s-f, a w syf. O jaką stawkę on grał, igrając ze schizofrenią i speedem? Największą, tak jak i ja. Idę.
Raz, dwa, trzy, odpadasz Ty. Tu nie spełniają się sny, bo Ty czuwasz i czuwasz, nie masz czasu śnić o Finlandii. Młodość marnujesz, nie będziesz za chwilę wiedziała gdzie się znajdujesz. Czy tak? Czy nie? Odpowiedz mi na pytanie.

Ocena: 

Odpowiedzi

25 mg to 12 godzin zabawy dla dużego faceta. Pod warunkiem, że jest to amfetamina, rzecz jasna.

Problem w tym, że linijka wielkości 25mg (tabletka adderallu, tak?) robiłaby średnio nowicjusza, a znajdź 99% czystą amfetaminę.

Mejti? Szybko mi poszlo...

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media