Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

psychoaktywna noc pełna nowości.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
LSD - pół kartonu
6-abp - około... 80?
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Przed kwasem trochę strachu (jak za pierwszym razem), przed 6-abp wielka chęć spróbowania.
Ludzie bardzo w porządku, milutko, prawie cieplutko w domu ;)
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
MDMA - raz
marihuana - wiele razy

psychoaktywna noc pełna nowości.

Tamtej nocy braliśmy nie to, co wpisałam jako substancję wiodącą. Ale ona jest ważniejsza (choć to może wydawać się nieco dziwne).
Ogólnie tamta noc miała być kwasowym tripem, ale niestety mnie się nie udało. I nie, nie dlatego, że nie wzięłam… tylko to nie było to. Ale o tym zaraz.
               

Godzina 18, zarzucamy LSD. Ja z kolegą na pół – reszta po całym kartonie. Chłopaki mówią, że trzeba czekać na pierwsze akcje jakieś 40 minut, więc siedzimy i czekamy.
               

Godzina około 19 – wszystkim powoli zaczyna wchodzić. Wszystkim prócz mnie. Nie wiedziałam dlaczego, czułam się trochę dziwnie w obliczu tylu porobionych już powoli osób, kiedy ja siedziałam i nie odczuwałam prawie niczego.
               

  Po godzinie dwudziestej trochę weszło. Zaczął się humorek, wyostrzenie kolorów, lekkie zaburzenie rzeczywistości (lekkie w porównaniu do tego co chłopakom było). Chłopaki zaczęli biegać, tańczyć, połowa z nich w sumie się lekko wyłączyła i zaczęli oglądać psychodeliczne filmiki na polepszenie odczuwania. Te filmy oglądało mi się fajnie, przyjemnie, ale nie wkręcały mnie jakoś za bardzo. Kolega odjebał, że mu się wszystko skręca – chwytał szklanki i udawał, że je wykręca no i rzeczywiście, w moim odczuciu te szklanki się wyginały! Chociaż nie wiem czy to był efekt autosugestii, że chciałam je widzieć, czy rzeczywiście tak mi się porobiło : )
               

  Potem poszliśmy do sklepu po żelki. Już w trakcie tej podróży zaczęłam głębiej odczuwać działanie kwasu, szło mi się lekko, rzeczywistość była taka no… lekka po prostu, trochę wirowało (jednak prawie żadnych halucynacji nie miałam, po prostu trochę inne odczuwanie rzeczywistości). Wracało się fajnie, prawie bez zmian w odczuciu – po prostu dobrze. A żelki były zajebiste w smaku.
               

  Posiedzieliśmy trochę i minęły już spore 2 godziny. Wtedy całe działanie się rozkręciło. Patrzyłam w lustro i zastanawiałam się nad sobą, zastanawiałam się nad swoimi oczami, niekontrolowanym uśmiechem, kształtem twarzy, włosami. Wydawało mi się, że patrzę na zupełnie inną osobę, że to nie jestem ja. Wydawałam się sobie taka obca, a zarazem bliska, wręcz najbliższa. Niczym swój najlepszy przyjaciel.
Na początku raczej kręciłam się między chłopakami, śmiałam się i w ogóle, ale nie robiło mi to aż tak wiele niż to co było potem. Wracając jeszcze do tego jak z nimi siedziałam, z kumplem patrzyliśmy na ścianę taką jakby…wykorkowaną? O, wtedy to mi się ruszało. Fajowe odczucie. Potem poszłam do pokoju obok i wpatrywałam się w obraz Mesajaha. Mesajah się uśmiechał i przestawał uśmiechać, uśmiechał i znowu przestawał, a na dodatek odcienie szarości w jakim było zrobione zdjęcie zmieniało kolory na zielony, niebieski… ale mało intensywnie.
               

  Wyruszyłam potem do pokoju obok, gdzie siedział kolega i tripował. Fajnie mi się z nim przebywało, choć w ogóle nie rozmawialiśmy. Patrzyłam w sufit i widziałam „kontynenty”. Na suficie. Głównie Afrykę (znaczy był to jakiś zlepek kształtu, ale mnie się przyjęło, że to kontynenty). Fajnie się też patrzyło na drzwi, zza których szyb wlatywały śladowe ilości światła. Szyby mieniły się kolorami.
               

  Potem przyszli jeszcze inni ludzie i szczerze mówiąc – większość z nas się wyłączyła, odizolowała. Kumplowi nawet porobiło to na tyle, że dostał takiego mini-badtripa („nie odczuwam teraz nic prócz lęku”). Więc ja z innym kumplem usiedliśmy sobie z dala od znajomych i oglądaliśmy kolejne psychodeliczne filmiki, co by sobie zrobić lepiej. Szczerze mówiąc w tym momencie ja się czułam całkowicie trzeźwa.
               

  Dlaczego jednak oceniłam swój trip lsd jako średni? Otóż w tej rozmowie z kumplem dowiedziałam się co on odczuwał – zachwiania kolorów, widok z różnych dziwnych perspektyw, nawet odwracał się tyłem i widział to co jest za nim (ciekawe). W porównaniu z nim moje halucynacje były raczej właśnie średnie. Nie wychylałam się poza horyzonty, po prostu dużo się śmiałam. Wiem dobrze, że nie należy oczekiwać nic od tripa, bo można się zawieść i ja właśnie chyba za wiele oczekiwałam. Choć patrząc na to co się dzieje z kolegami trudno nie oczekiwać ;) Warto jeszcze dodać, że kolega, z którym wzięłam na pół również ładnie tripował, powiedziałabym wręcz, że na poziomie tych, którzy brali cały karton. A mamy mniej więcej taką samą wagę.
               

  Potem kiedy już wszyscy prawie (bo przecież nie można powiedzieć, że całkiem ;) )wytrzeźwieliśmy jeden z kumpli sobie przypomniał, że ma w domu 6-abp. No to zebraliśmy pieniądze na transport i ruszyliśmy na miejsce spotkania. Podróż minęła całkiem przyjemnie poza kontrolą policyjną (na szczęście wtedy nic nie mieliśmy przy sobie). Wróciliśmy i choć było cholernie zimno, jakoś dotarłam z nimi do mieszkania.
               

  Na miejscu  rozdzielono wszystkie porcje. Ogólnie mieliśmy tego 1g, a konkretnie upieprzyliśmy tym… 5 osób z czego zostało jeszcze sporo na kiedy indziej ;) Tak więc wsypano beżowy proszek do szklanki, nalaliśmy wody, porządnie wymieszaliśmy i wypiliśmy. W smaku było to nieprzyjemne, aż musiałam wypić jeszcze jedną szklankę wody.
               

  Czas ładowania – około 20-40 minut. Szczerze mówiąc byłam trochę zmęczona, więc usadowiłam się z moim „kocykiem mocy” (kocyk który ratował mnie przed zimnem :D) na łóżku w gronie kolegi, który też wypił szóstkę i jego dziewczyny. Rozmawialiśmy, nic się nie działo. Po około 20 minutach wparował mój chłopak, któremu już zaczęło wchodzić i pyta się mnie jak tam. Na co ja mu mówię, że średnio. Stwierdziliśmy, że jestem dziwna, gdyż marihuany nie muszę wypalić dużo, żeby mnie porządnie klepnęło, a inne narkotyki przyjmuję w sporych ilościach i dopiero wtedy mnie łapie (dlatego stwierdziłam, że następnym razem biorę cały karton, no i – jeśli ktoś czytał mój raport z MDMA to sprostuję, gdyż się dowiedziałam, że przyjęłam około 180-200mg jednak oO). Zaproponowali mi wiadro dla lepszego czekania na efekty. I tu moja duma – skonstruowałam po raz pierwszy wiadro :D Zjadłam z kumplem na pół i poszłam się bawić.
               

  Nie ogarnęłam zbytnio ile czasu minęło, ale – w przeciwieństwie do MDMA – zaczęło to wchodzić powoli. Całkiem krótki okres czas później zaczęła się pasjonująca rozmowa z kolegą. Rozmawialiśmy o tym co gość odczuwał po kwasie. Potem chwile posiedziałam z kumplem, który leżał i leżał i przyszedł kolejny kolega z którym też rozmawiałam na temat odczucia po LSD. Trochę jakbym wywiad zbierała. Bardzo dużo rozmów się przesmyknęło, co chwila kazaliśmy leżącemu koledze pić wodę, sama też przynosiłam coraz to nowe dzbanki. O dziwo, w przeciwieństwie do tripu po ekstazy pić wodę nie było trudno, jednak nic nie chciałam jeść (szczerze mówiąc, mijają trzy dni odkąd się bawiliśmy, a mnie się jakoś szczególnie nie chce jeść – żeby nie było jednak – jem, bo wiem, że trzeba).
               

  Potem znalazłam się w salonie, w którym siedziała spora liczba ludzi i dobry znajomy, który miał całkiem głębokie i dziwne rozkminy. Wszystkim rył beret, mnie się z nim rozmawiało świetnie :D Przy okazji też prowadziliśmy wyniosłe rozmowy na temat Boga, że Bóg ma nas w dupie bo w sumie czemu by nie mógł mieć nas w dupie, skoro robimy „tak bardzo złe rzeczy” i jakoś nie jesteśmy rażeni piorunami. Szybko jednak ta rozmowa zaczęła schodzić na drogi nie do ogarnięcia, więc nakrzyczałam, że kończymy temat, bo zaraz wszystkim nam to mocno mocno MOCNO porobi. 
               

  Potem rozpoczęły się jazdy trochę bardzo psychodeliczne. Kolorki zaczęły się wyostrzać, rzeczywistość podchodziła trochę jak ta po kwasie. Wiele z nas tak miało, więc razem stwierdziliśmy, że może to kwas się uaktywnia.
               

  Kiedy większość osób zaczęła już powoli umierać – nie w znaczeniu posiadania bad tripa, tylko po prostu zaczęli zasypiać, to położyliśmy się z chłopakiem w łazience na podłodze i rozmawialiśmy. Ja za wiele nie mówiłam, raczej leżałam z otwartymi oczami, patrzyłam się w sufit i rozmyślałam nad całym dzisiejszym dniem. Dobrym elementem było, jak ktoś otworzył drzwi i patrzyłam na te otwierane drzwi jak w jakimś filmie poklatkowym. Poza tym, lampa na suficie zlewała mi się z tłem, a ja leżałam, odpoczywałam i myślałam o wszystkich pozytywnych rzeczach.
               

  Co najlepsze – nie miałam zjazdu jak przy MDMA. Poza tym, że jak zasypiałam powoli, to traciłam dziwne poczucie z rzeczywistością – wydawało mi się, że mój chłopak coś do mnie mówi, po czym ja mu odpowiadałam, a ten zasypywał mnie pytaniami typu „Co? O czym ty mówisz?”. W pewnym momencie zaczęłam w ogóle wątpić czy wszystko co słyszę to efekt psychodeliku czy rzeczywiście on coś do mnie mówił. Chwilę później, żeby się obudzić wstaliśmy, ale ja i tak zaraz się położyłam i spałam nieszczęsne 4 godziny ;)

               

  Podsumowując 6-abp. Ów analog MDA nieznacznie różni się od fazy po MDMA, może poza większym odczuciem psychodelicznym, ale nie mogę tego jednoznacznie stwierdzić, gdyż przez 40 minut trzymałam na dziąśle LSD. Wprawdzie nie ruszyło mnie ono tak bardzo, ale mogło pogłębić psychodelę po szóstce. Jednak z tego co mi mówiono, 6 właśnie tym się wyróżnia, że ma większe działanie psychodeliczne.
  Ale ogólnie wszystko na plus ;) 

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media