Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

gdzieś pomiędzy zielonym a kryształem.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
Całość ok 130 mg, może ciut więcej
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
na początku trochę wątpliwości, ale towarzystwo, klimat, muzyka zrobiły swoje.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
alkohol - niegdyś więcej, teraz mało
marihuana - rzadko ale w konkretnych ilościach ;)

gdzieś pomiędzy zielonym a kryształem.

Wszystko działo się na domówce sylwestrowej organizowanej w domu, w którym kiedyś mieszkałam a teraz jest przerobiony na gabinet mamy. Byłam trochę spięta, bo to pierwsza taka impreza organizowana w tym domu, na około mnóstwo wścibskich sąsiadów (piszę to bo w dalszej opowieści się do tego odniosę). Po spaleniu paru blantów i bong (bongów?) mój chłopak podchodzi do mnie i pyta się czy nie chciałabym spróbować MDMA. Sporo czytam na temat narkotyków, więc temat nie był mi obcy, wiedziałam jak mniej więcej to działa, ale nigdy nie próbowałam. Na początku trochę strachu, więc mówię "no stary, nie wiem, nie wiem", ale za chwilę sobie myślę, że może być ciekawie, a skoro mnie częstują, to może to jest ten czas by spróbować. Poza tym byłam w towarzystwie, na którym mogłam polegać (to jest ważne w eksperymentowaniu z narkotykami, by wiedzieć, że jakby coś się stało, to ktoś zawsze Ci pomoże :D), więc myślę no dobra, czemu nie. Umówiłyśmy się z koleżanką, spaliłyśmy jeszcze jedno bongo i czekamy aż chłopaki nas zawołają. No to wołają. Jedna bombka i jedna kreska. Nie wiem dokładnie ile w tej kresce i bombce było miligram, zdałam się na mojego bardziej doświadczonego chłopaka, który szybko przeliczył moją masę ciała na ilość substancji jaką powinnam zażyć. Biorę. 

Na początku spokojnie, wciąż czuję kojące działanie jazzu. Wlepiam się, rozmawiam, funkcjonuję normalnie. I nagle trzask. Coś jakby mnie ożywiło. Jakbym wypłynęła z jeziora na powierzchnię, na której jest jeszcze lepiej niż w owym jeziorze. Poczułam, że mam kontrolę nad wszystkim, nad całą imprezą. Przestałam w jednym momencie przejmować się krzykami ludzi z imprezy, tym, że ktoś przyjdzie, tym, że ktoś coś rozwali. Po prostu wszystkie te niepotrzebne paranoje zniknęły. Tkwiłam w tym cudownym stanie, zanurzałam się w nim i wtapiałam w niego, ale wiedziałam, że gdyby przyszła potrzeba, potrafiłabym zrozumieć powagę sytuacji (co potem moja psychika mi udowodniła :D). Potem z postanowiliśmy się przejść po mieście. Miałam wielką ochotę przejść się między ludźmi, nie rozmawiać z nimi, ale po prostu przejść się, popatrzeć na nich, na to co robią, jak się zachowują. Poszłyśmy. Jakież mi się gadanie włączyło. Po prostu czułam potrzebę mówienia, a mówię rzadko szczególnie w większym towarzystwie. Rozmawiałam chętnie i uprzejmie, wszyscy (a na dwór poszliśmy we 3) byliśmy jak grono jakichś przepełnionych życzliwością ludzi. Rozmowa toczyła się tak pięknie - kiedy ktoś komuś przerywał to przepraszał, potem prosił o kontynuowanie. Doszliśmy do baru, w którym nikogo nie było, nie weszliśmy, staliśmy przed paląc papierosa i tocząc dalej rozmowę pełną ekspresji. Obeszliśmy pół miasta i wróciliśmy inną stroną do domu. 

W środku poczęstowano nas kolejnym bongiem (albo blantem?). I tu zaczęła się moja w dziwna zależność oddziaływania na siebie marihuany i MDMA. Otóż po spaleniu tego bonga lub jointa znów w górę wzięło uczucie spalonej marii. A MDMA jakby "całkowicie wyparowało". Nie czułam już tego co wcześniej, nie chciało mi się gadać, inaczej oddziaływałam - po prostu tak jakbym się upaliła, nie biorąc niczego innego :P Chwilę tak postałam, potem znowu dostałam propozycję zażycia kryształów, więc zażyłam i bang - tym razem poczucie bycia spalonym po prostu wyparowało i zastąpiła ja ta mieszanka (gdyż to moje pierwsze spożycie MDMA i nie mam porównania jak działa bez jazzu), chociaż znacznie różniła się od tego co się dzieje w moim mózgu po samym spaleniu. Była inna. Bardziej wyraźna, nie czułam się taka oddalona od świata, byłam blisko z ludźmi i czułam się dobrze z nimi. 

Potem znowu spaliłam blanta i wciągnęłam kreskę i tak samo. Ludzie zajęli się sobą, nikt nie montował ani bonga ani blanta, więc ja zajęłam się rozmową z chłopakiem na temat działania substancji psychoaktywnych na receptory w mózgu :P Chłopaki brali MDMA, mnie nie dali, gdyż powiedzieli, że jestem już w odpowiednim stanie i jak wezmę teraz (w stanie gdy czułam to dooooosyć wyraźnie) to potem będzie gorzej (zaraz do tego wrócę). No to tylko zlizałam pozostałości po rozdzielaniu i zajęłam się dalszą rozmową. Potem przez dłuższy czas (ok 2 godzin) nic nie brałam ani nie paliłam, zaczęło mnie przymulać (zresztą nie tylko mnie :P). Praktycznie nie rozmawiałam tylko słuchałam ludzi, wtrącając tylko co jakiś czas zdania. Impreza po prostu dociągnęła do szczytu, że tak powiem. Na dodatek - choć wiedziałam, że muszę pić, żeby się nie przegrzać - nie mogłam nic przełknąć, bo wszystkie płyny stawały mi w gardle gulą i ledwo co szły dalej. O jedzeniu już nie wspominając, zanim zjadłam kryształki miałam takie gastro, że zjadłam chyba z pięć babeczek i dosyć sporo chipsów, paluszków i innych dupereli, które znajdziemy na sylwestrowym stole - po MDMA nic. Co najgorsze miałam ochotę na wiele rzeczy, ale tylko po to, by poczuć ich smak, a nie po to by się napełnić. Ale żołądek jakby cały czas miałam pełny (może po tym wszystkim co zjadłam na gastro :>). Ten nieciekawy ból brzucha utrzymywał się dosyć długo, ale w końcu postanowiłam to olać. Po tym dziwnym stanie, który mnie złapał, które nazwałam "schodzeniem tego wszystkiego" kumpel miał ostatnią kreskę, ale była ona tak gruba, że gdyby sam ją wciągnął to by chyba umarł, więc zapytana czy chcę odparłam, że spoko. I znowu wzniesienie się na powierzchnię, wszystko nagle się ogarnęło, rozmawiałam swobodnie z ludźmi, czułam do nich empatię, a zarazem miałam błogo wszystko w dupie. Nie przejmowałam się tym co się stanie, nie wyobrażałam sobie żadnych złych scenariuszy jak mam to w zwyczaju, po prostu rozkoszowałam się tymi cudownymi chwilami. I tak trwało już do rana, owszem, było to nazwane przeze mnie "zejście", ale już w mniej odczuwalny sposób, nie było takiego nagłego spadku, tylko powolne przechodzenie z jednego poziomu na drugi. Wtedy też właśnie udowodniłam sobie, że kiedy trzeba, potrafię zapanować nad sytuacją. 

Swoją drogą z tego co zauważyłam, lepiej jest wpaść w ten stan agonii, lekkiego nieogaru i dopiero wtedy walnąć kolejnego kryształa, niż - jak mój kumpel, biedactwo - brać je po dosyć krótkim okresie czasu, by owego stanu "zejścia" uniknąć. No cóż, kolega złapał potwornego bad tripa... Za dużo przyjął :P 

 

Potworne i strasznie denerwujące (prócz uczucia pełnego żołądka) było - co się każdemu udzieliło - ciągłe ruszanie szczęką i memlanie nią, przez co na drugi dzień strasznie nas wszystkich bolała :D To były ruchy niekontrolowane, po prostu siedziałam i czułam, że nie mogę zapanować nad tym jak bardzo wykręcam ryj. 

 

Spotkanie z MDMA dało mi coś, co mam nadzieję utrzyma się u mnie na dłużej - poczucie spokoju. Brak stresów, nieprzejmowanie się tym co będzie, co pomyślą ludzie (a niestety z tym mam wielki problem). Po prostu rozkoszowanie się samą chwilą, nie rozstrząsanie przyszłości i przeszłości. Potem wprawdzie, kiedy wszystko już ze mnie schodziło (i nie było więcej :P) zaczęłam rozkminiać różne zachowania moich przyjaciół, ale doszłam do jednego wniosku - mam wyjebane. Pozytywnie wyjebane. Tak, że przyjmę to co będzie, bo przecież tego nie zmienię :D

 

Myślę, że z chęcią będę wracać do tego narkotyku, ofc nie często, bo wtedy albo nie zadziała jak trzeba, albo się uzależnię - gdyż nie trudno się uzależnić od tak pięknego stanu :P To było genialne przeżycie. 

 

Na zakończenie utwór, który mi się kojarzy z tym stanem - Łona - Fruźki Wolą Optymistów. Idealne :D

Ocena: 

Odpowiedzi

Szkoda, że nie wiadomo jakie ilości dokładnie sobie zaplikowałaś. Dziwne, że trawa potrafiła tak zbić efekt MDMA. Jak siedziałem w Holandii to po dobrej pigułce czy krysztale Madame paliliśmy z chłopami przemysłowe ilości ganji i byliśmy nie do zarżnięcia w pierwszych 3-4 godzinach działania. Ale ogólnie przeżycie sympatyczne :) Następnym razem, jeśli już wtedy tego nie zrobiłaś, polecam słuchać dużo przyjemnej muzyki (to jak dla mnie generalne zastosowanie MDMA), przebywać w ciepłym, przytulnym miejscu i otoczyć się miłymi w dotyku rzeczami. Także ciepły prysznic po kryształkach jest doświadczeniem godnym skolekcjonowania ;) Ogólnie osobiście uważam, że liczy się tylko pierwszy strzał, a późniejsze dorzucanie to już nie to samo. Ja zawsze generalną ilość ładowałem na początek, bo później bania już raczej nie wzrasta, a tylko się przedłuża. Kiedy czujesz, że schodzi działanie to dobrze jest, choćby trochę na siłę, coś zjeść. Jak nie wchodzi normalne jedzenie - lekkie, miękkie owoce albo jogurty pitne dobrze dadzą radę. Ja zawsze po pigułowej zabawie na sam koniec paliłem opór trawy i jadłem ze 2-3 kromki, a rano czułem się znacznie lepiej niż ci, którzy "nie byli głodni" :D

Przed chwilą czytałam Twój tripraport odnośnie ayahuasca. Nie uwierzysz w jaki pozytywny nastrój mnie on wprawił :) 

To bardzo się cieszę :) Skoro Ciebie wprawił w taki nastrój to spróbuj wyobrazić sobie jak ja się czułem kiedy TO trwało :DDD

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media