Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

pierwszy raz z lsd i miłość na bad tripie

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
200 ug LSD-25
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Delikatna nerwowość, ale też ekscytacja wywołana wyczekiwanym pierwszym razem na kwasie. Stresujący tydzień, dzień wcześniej zdane prawko, co poprawiło mi bardzo humor. Miejsce: dom ziomka, brałem z dziewczyną, najlepszym przyjacielem, jego dziewczyną i paroma innymi ludźmi, których wcześniej nie znałem.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
marihuana (nie zlicze ile razy), kodeina, klonazepam (raz), oksykodon, MDMA (jakies 13 razy), LSD-25 (ten jeden raz)

pierwszy raz z lsd i miłość na bad tripie

Piszę ten tripraport, aby spróbować poukładać sobie w głowie i przypomnieć co się działo tamtego wieczoru i przy okazji się tym z kimś podzielić. Ramy czasowe nie będą zbyt dokładne, ponieważ całkowicie straciłem poczucie czasu, także nie sugerujcie się nimi za bardzo.

 

Planowaliśmy tripa na kwasie z K. już od jakiegoś czasu i akurat nadarzyła się okazja, bo J. robił "kwaśną imprezę" u siebie w domu. Straszny zbieg okoliczności, ponieważ T. od dobrych 2 tygodni się mnie pytała, kiedy weźmiemy razem LSD, bo chciała spróbować. Dowiedziałem się o imprezie tydzień wcześniej i próbowałem się jakkolwiek przygotować psychicznie. Nalezę do tych osób, które zanim wezmą jakąkolwiek substancje, muszą zrobić 30h researchu, przeczytać wszystkie posty na HS i tripraporty na neurogroove, nie wiem, czy to dobrze czy nie, ale wole wiedzieć co biorę i z czym mam do czynienia, niestety tym razem nie wyszło mi to na dobre, ponieważ sprawiło to, że jeszcze bardziej się zestresowałem.

 

Spotkaliśmy się z I., K. i T. niedaleko domu J. i weszliśmy się przywitać ze wszystkimi, było nas łącznie jakieś 8 osób, a poza mną, T. oraz I. byli to starzy kwasiarze z dużym stażem.

 

Nie znałem połowy osób, która tam była więc czułem się delikatnie zdenerwowany i wiedziałem, że lepiej by było brać z kimś zaufanym, dlatego umówiliśmy się z J., że jak coś to pójdziemy z K., I. i T. do innego pokoju i będziemy się bawić sami.

 

T+00:00 :

 

O godzinie 19.15 wrzuciliśmy z T. po 3/4 kartonika, co wydawało się sporą ilością, ale stwierdziłem, że trudno, jak już biorę, to chcę full experience. Kartonik nie miał żadnego smaku, przez co przynajmniej byłem pewny, że to co biorę to faktycznie kwas. Potrzymałem pod językiem aż zamienił się w papkę i chodząc jak na szpilkach oczekiwałem na pierwsze efekty.

 

T+00:45:

 

Próbuję sobie przypomnieć dokładnie co wtedy czułem, więc spróbuję to jakkolwiek ubrać w słowa. Najpierw zacząłem czuć się dosyć dziwnie, odpaliła mi się smiechawa, miałem trudności z oddychaniem, zwiotczałe nogi i wszystko zaczęło się wydawać jakieś dziwne. Potem w trakcie siedzenia z innymi zauważyłem, że zasłony zaczynają delikatnie falować i szafka jakby się przesuwała, ale nie wiedziałem czy jestem naćpany czy sobie wkręcam, jako że biorę pierwszy raz i nie wiem za bardzo czego się spodziewać oraz totalnie nie potrafiłem zrozumieć z czego się śmieją i o czym rozmawiają.

 

T+01:30:

 

Pierwsza godzina/półtorej tripu wydawała się dosyć przyjemna, miałem wyjątkowo dobry humor, szczerzyłem się jak mysz do sera, muzyka wydawała się przyjemniejsza i bardziej "żywa", papierosy smakowały cudownie i zauważyliśmy, że przy szybszym poruszeniu ręką fajka zostawiała za sobą poświatę. Czułem nacisk na klatce piersiowej, to słynne uczucie "ciasnego sweterka" . Wyjątkowo ciężko mi się oddychało oraz nogi były jakby zwiotczałe i same mi się uginały.

 

T+????:

 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczął się badtrip i od czego, ale w tamtym momencie dużo rzeczy zaczęło się już ruszać i "oddychać"/powiększać i zmniejszać się, a z zamkniętymi oczami widziałem mieniące się jak w kalejdoskopie kształty geometryczne. Próbowałem rozkminić życie i ułożyć myśli do kupy, ale totalnie mi nie szło, mając jednocześnie 1000 i zero myśli naraz, nie potrafiłem ich ułożyć w jedną całość, a wysławianie się przychodziło mi jeszcze trudniej.

 

Próbowałem to jakoś rozbijać:

 

krok 1 ułożyć myśl (co samo w sobie było ciężkie)

 

Krok 2 powiedzieć ją na głos (co było 100x cięższe)

 

Zacząłem się zastanawiać czy coś jest ze mną nie tak, że nie czuje tego vibe'u co reszta, I zastanawiałem się, jak się zachowuje człowiek który się dobrze bawi żeby chociaż sprawiać pozory - chociażby przed samą T., jednak ona czytała ze mnie jak z książki i widziała, że coś jest nie tak, ale do tego zaraz wrócę. Nie pamiętam kiedy dokładnie, ale poprosiłem T. żeby poszła ze mną do pokoju na chwilę posiedzieć, bo czułem się przy niej bezpiecznie, nikomu na świecie nie ufam tak bardzo, jak jej.

 

Spędziliśmy bardzo dużo czasu w tym pokoju, który btw - był trippy jak chuj, poświęćmy chwilę na jego opis:

 

Miał fototapetę z chmurami, które wyglądały jak prawdziwe - zmieniały kształty i poruszały się na wietrze, łapacz snów, który cały czas wirował oraz drzwi z naklejonymi oczami, które cały czas patrzyły się prosto na mnie. Nie dość, że wkręcałem sobie, że te drzwi są jak portal do innego wymiaru, to jeszcze oddychały i miały oczy. Dosłownie były jak żywe. Oprócz tego, łóżko - spędziłem na nim dobre parę godzin i było strasznie miękkie, tak miękkie, że wydawało mi się, jakbym się w nie zapadał i wtapiał się w nie.

 

Okej koniec charakterystyki pokoju.

 

Wracając do samego bad tripa, wszystkie negatywne myśli napływały mi do głowy po kolei, do momentu w którym przeżyłem chyba coś w rodzaju ego death(?), ponieważ zacząłem gubić jakiekolwiek poczucie rzeczywistości, czy świadomości, do momentu, aż nie poznawałem siebie. T. próbowała mnie uspokajać, tłumaczyć mi, że to wszystko minie i że to tylko kwas.

 

Uparcie trzymałem się tej myśli, że to minie i wszystko wróci do normalności, patologicznie spoglądając na czas w telefonie i wiedząc że wrzuciłem jakoś 1.5 godziny wcześniej, a przybijało mnie to jeszcze bardziej, bo w momencie gdy w mojej głowie minęły 3 godziny, na zegarku ubyło 15 minut. Czas dla mnie nie istniał, nie rozumiałem takiego pojęcia jak czas i takie słowa jak jutro, wczoraj, nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Mimo powtarzania, że to wszystko minie i że ja to ja, to nie mogłem uwierzyć w te słowa. Czułem tylko, że nie podoba mi się to i chciałbym żeby się skończyło, byłem zdesperowany, próbowałem znaleźć coś w internecie jak zbić trip, ale nie byłem w stanie przeczytać nic w telefonie, w którym litery ciągle zmieniały kształty i pulsowały, a dywan w łazience cały czas się ruszał.

 

Byłem o tyle zdesperowany, że przez myśli przechodziły mi dosłownie myśli o śmierci. (serio nie jestem z tego dumny). Chciałbym nie czuć tego, a cokolwiek innego niż to byłoby lepsze. Wtedy też doznawałem jakiś delikatnych przebłysków świadomości i trzeźwości, że nie no nie mogę, T. tu jest, nie mogę jej tego zrobić.

 

I w tym momencie, enter T.:

 

Jej rola w moim tripie była przepotężna, a wcześniej mało o tym napisałem. Jako że jest moją dziewczyną, kocham ją i jest moim safe space, to przy niej czułem się najbezpieczniej i dlatego bardzo cieszyłem się, że będzie brać ze mną, ponieważ wiedziałem, że cokolwiek by się nie działo, ona mi pomoże. Poza tym sama oddała większą część swojego tripa na rzecz próby ratowania mnie i trzymania mnie przy rzeczywistości. Miałem straszne wyrzuty sumienia, że jestem dla niej problemem i że musi mnie ratować, ale uspokajała mnie, że nic się nie dzieje i nie jestem żadnym problemem. Dosłownie, musiała mi kazać powtarzać po sobie, że jestem w X mieście, jestem u J., leżę na łóżku ze swoją dziewczyną, wziąłem kwas, ale niedługo wytrzeźwieję i wrócę do domu.

 

(Zakiełkowała tym u mnie myśl pod tytułem "dom" - Jezu, jak ja chciałbym być teraz w swoim łóżku. I nagle taka realizacja, że - o kurde, to ja mam łóżko i dom? Ale nie dam rady wrócić, prędzej bym wpadł pod tory po drodze.)

 

Wracając do wagi T. w tej sytuacji, na trochę pozytywniejszej nocie, była jedyną rzeczą, która wydawała się dla mnie realna, nieważne, w którym wymiarze aktualnie bym nie był, to wiedziałem, że jestem tam z nią. Była jak punkt uziemienia, keeping me from total fucking insanity.

 

(Dlatego w pewnym momencie miałem taką myśl, że jest dla mnie jak "kotwica" trzymająca mnie przy rzeczywistości i chciałem się z nią podzielić tą myślą, ale z moich ust wyszło chyba coś w stylu - "jesteś moją kotwicą" XDDD.)

 

Tutaj wchodzą jeszcze bardziej pokręcone rzeczy w sumie, bo próbowaliśmy o tym rozmawiać z T. i na tyle ile potrafiliśmy się skomunikować, to doszliśmy do tych samych wniosków mniej więcej. To akurat było dziwne w pozytywny sposób - a mianowicie czułem/czuliśmy się jak te spirytualistyczne obrazki z pinteresta, na których dwie osoby łączą się ze sobą, przytulając się. Ja wiem, że to brzmi głupio i abstrakcyjnie, ale dosłownie tak się w tamtym momencie czułem, jakbym się z nią dosłownie łączył i jakbyśmy wtapiali się w siebie nawzajem. Totalnie nie wiem dlaczego, ale w tamtym momencie wiedziałem i byłem pewny, że to jest to, że nasza więź jest silniejsza i głębsza niż tylko świat trójwymiarowy, ale jednocześnie przekraczało to moje pojmowanie i delikatnie mnie przerażało, ale w taki pozytywny sposób. Nie byłem pewny, w którym wymiarze jestem i co się ze mną dzieje, ale wiedziałem, że jestem z nią i jestem bezpieczny. To wszystko jest cute, corny i cringe ale dosłownie jedyne co czułem to miłość. Tak, to słowo idealnie opisuje co w tamtym momencie razem czuliśmy. Byłem przekonany, że nikogo innego na świecie nie ma oprócz nas i miałem mindfucka, gdy od czasu do czasu Ktoś do nas zajrzał. Czuliśmy się jakbyśmy mieli gości z innego wymiaru, a tak szybko jak weszli, tak szybko znikli i zastanawialiśmy się czy ktokolwiek faktycznie wszedł, czy tylko nam się wydawało.

 

Odnośnie tej sytuacji z T. zarzuciła trafnym spostrzeżeniem, że dla nas każda substancja jest pretekstem do okazywania sobie miłości i coś w tym jest, ale no, to było strasznie dziwne.

 

T+04:00:

 

Po kilku godzinach, około godziny 23:00 wszedł do pokoju K., który wpadł w pętle i zaczął najpierw próbować się wysłowić przez 10 minut, a potem powtarzał pytanie - czy powiedział matce, że I. wraca do niego na noc - jak się okazało, nie zrobił tego i z całej sytuacji wyszła straszna drama. Ktoś mógłby pomyśleć, że kłótnia i nerwowa atmosfera jeszcze bardziej pogorszyłaby mój stan, jednak próbując pomóc K., skupiając się na przyziemnych rzeczach i uziemiając się w rzeczywistości, wróciłem do świata żywych i mimo tego, że nadal nie byłem trzeźwy, to przynajmniej wiedziałem, że żyje i wiedziałem, co jest prawdziwe - uciekłem z bad tripa.

 

W tym momencie wrócił mi dobry humor i odpaliła mi się śmiechawa, przez co nie zrozumiałem za bardzo powagi sytuacji K. oraz I. i zacząłem sobie z nich żartować. Dopiero później ogarnąłem, że moje zachowanie było średnie, gdy koło 5 rano zadzwonił do mnie K. i wytłumaczył mi, co sie stało.

 

Reszta nocy była całkiem przyjemna i choć czułem się już w miarę trzeźwy, to jednak dobry humor pozostawał, w sumie czułem się głupi i niedorozwinięty, ale było to strasznie przyjemne. Visuale - mimo, że nie tak intensywne jak wcześniej, to nadal nie ustawały a z zamkniętymi oczami dalej widziałem dużo kolorów i kształtów. T. wytrzeźwiała o wiele szybciej i była zawiedziona długością całej podróży, liczyła na więcej. Domyślam się, że było to w dużym stopniu spowodowane tym, że musiała mi pomóc i wytrzeźwieć na rzecz ratowania mnie. Przepraszałem ją za to, ale gdyby nie ona to dosłownie bym się obsikał.

 

Mimo tego, że czułem się strasznie zmęczony fizycznie i wycieńczony psychicznie to nie byłem w stanie zasnąć, a próbowaliśmy przez dobre 2 godziny. O godzinie 7 wróciliśmy pociągiem do mnie i w drodze powrotnej przedmioty nadal czasami się ruszały i oddychały.

 

To było dla mnie naprawdę bardzo ciężkie i straszne przeżycie, przez co boje się, że ciężko mi będzie, biorąc kwas następnym razem i znowu wpadnę w szpony bad tripa, jednak nauczyło mnie to sporo i następny raz na pewno będzie duo z T., bez osób, których nie znam albo przy których będę się niezręcznie czuć, a już na 100% następnym razem wezmę mniej.

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
18 lat
Set and setting: 
Delikatna nerwowość, ale też ekscytacja wywołana wyczekiwanym pierwszym razem na kwasie. Stresujący tydzień, dzień wcześniej zdane prawko, co poprawiło mi bardzo humor. Miejsce: dom ziomka, brałem z dziewczyną, najlepszym przyjacielem, jego dziewczyną i paroma innymi ludźmi, których wcześniej nie znałem.
Ocena: 
Doświadczenie: 
marihuana (nie zlicze ile razy), kodeina, klonazepam (raz), oksykodon, MDMA (jakies 13 razy), LSD-25 (ten jeden raz)
chemia: 
Dawkowanie: 
200 ug LSD-25

Odpowiedzi

Mam nadzieje że ten rapport się wam spodobał, jako że to mój pierwszy, jeśli ktokolwiek go przeczytał w całości, jest on bardziej przeznaczony dla mnie bądź moich znajomych.

Przeczytałem, poprawiłem, zatwierdziłem. Pozdrawiam,

Klamm

Na następny raz wrzuć pół i zadbaj o S&S. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2022
design: Metta Media